poniedziałek, 31 lipca 2017

30. Live life like you're giving all...


   Kiedy kilka tygodni później zasiadam za kierownicą podstarzałego BMW najstarszej z sióstr, dopada mnie zwątpienie.
Może już za późno?
Może powinienem zostawić życie takim jakie jest?
Może tak było lepiej?

Z nagłego przypływu myśli wypycha mnie wnet ciche skrzypnięcie fotela pasażera i delikatna woń jej perfum gdy zasiada u mojego boku. Spogląda na mnie uważnie, nasze tęczówki spajają się i choć trwają w jedności zaledwie ułamki sekund wnet jak niczego na świecie pragnę przedzielić moje wątpliwości na nas dwoje. Hamuję się jednak w obawie przed jej słowami, a słowa przeistaczam w czyn. Nim dochodzi do mnie to na co się porywam, silnik warczy nieprzychylnie, a samochód rusza po asfaltowej nawierzchni. Starannie unikając jej spojrzenia zapatruję się w przednią szybę, a wplatając palce w kierownicę zmuszam się do nakierowania większej niż dotychczas uwagi na słoneczne rytmy regae wydobywające się z radia, lecz ona nie pozwala mi zapomnieć o swoim towarzystwie i wkrótce delikatny głos tłumi słowa rozradowanego prezentera.:

- Jesteś pewien że to dobry pomysł, Bruno?

Zagaja łagodnie, ja natomiast z rozeźleniem odkrywam iż ten ton irytuje mnie i postanawiam oszczędzić brunetce gorzkich słów na które nie zasługuje. Zaciskając więc szczękę wbijam wzrok w przydrożny znak informacyjny i analizuję go wnikliwie w poszukiwaniu miejscowości, którą zasygnowany został jeden z najbardziej aktualnych listów matki do męża.- Kapolei.

Gdy wtaczamy się na autostradę radio nagle przerywa, a po samochodzie panoszy się  tak znienawidzona przeze mnie cisza. Pokątnie spoglądam więc na Sky w nadziei na choćby pojedyńczą frazę z jej ust lecz kiedy i nadzieja obumiera pogrzebana w ciszy, postanawiam zmienić taktykę.

- Tak.

Oznajmiam niespodziewanie, a nagłość mojej jakże opóźnionej reakcji zwraca jej oczy ku mnie.

- Słucham?

Dopytuje zdezorientowana wnet skupiając na mnie już nie tylko odsetek, ale całość swej  uwagi.

- Długo myślałem nad tym co powiem ojcu kiedy stanę z nim twarzą w twarz.

- I?

- Zadam mu jedno, jedyne pytanie.

- A jeśli odpowiedź nie będzie satysfakcjonująca?

Zastanawiam się przez moment nad przytoczoną przezeń opcją, stwierdzając gorzko iż nie wziąłem jej pod uwagę...- Wówczas...
Zaczynam lecz słowo, którego pragnę użyć nie jest zdolne do prześlizgnięcia się przez gardło.
Przełykam cięzko, w roztargnieniu skręcając w jedną z malowniczych uliczek, pobieżnie skanuję okolicę i z ulgą stwierdzam iż u jej wylotu droga poszerza się i łączy na nowo z autostradą, oblężoną teraz przez rozlicznych, niecierpliwych kierowców, oraz równie niecierpliwych turystów zasiadających w komfortowych fotelach busów turystycznych i wyposażonych we wszystko czego tylko dusza zapragnie, kolorowych  autokarów.

- Wówczas spasuję.

Dodaję wyzutym z przekonania głosem. Gdzieś z pomiędzy foteli wyrasta wówczas mur, ona zapatruje się w horyzont, a ja ponownie skupiam na drodze wzdychając ciężko gdy samochód gaśnie niespodziewanie.

- Cholera.

Syczę z poirytowaniem, pospiesznie przekręcając kluczyk w stacyjce.

- Nie wierzę że byłbyś do tego zdolny.

Mruczy nastolatka, niezmiennie wpatrzona w odległy punkt, gdzieś ponad horyzontem.- Nie znamy się na tyle długo bym mogła powiedzieć to z przekonaniem, lecz jestem niemal pewna że kłóciło by, się to z twoją naturą. Nie jesteś z tych co odpuszczają...

- Może i tak, ale jak to mówią: "zawsze musi być ten pierwszy raz".

Odpowiadam mrukliwie, na co ona szturcha mnie zadziornie.- Uważaj sobie panienko Sky...
Cedzę przez zaciśnięte od wzbierającego śmiechu gardło. Lecz gdy tylko spoglądam w jej stronę ów śmiech uwalnia się wnet salwą, a zaraz za mną chichocze i ona.

- Odrazu lepiej.

Komemtuje brązowooka po czym wychyla się nieznacznie i zmienia głośność odbiornika, wnet cały pojazd zalewają pierwsze nuty "Billie Jean" z repertuaru Michaela Jacksona. Unoszę brwi i spoglądam na nią z konsternacją, lecz to co widzę zamyka mi usta.

Powieki nastolatki opadają delikatnie, a usta wyśpiewują bezgłośnie znajome zwroty. W przypływie impulsu dołączam się do piosenkarza, wówczas jej oczy otwierają się gwałtownie, a policzki oblewa wnet delikatny rumieniec by, wkrótce do pięknego obrazu dołączył także jej melodyjny śmiech. Zamieram na moment, rozkoszując się subtelnością owego dźwięku i przysięgam przed  samym sobą wprawiać ją w rozbawienie tak często jak często nadaży się ku temu choćby najmniejsza, najbardziej błaha okazja. Ruchem ręki zachęcam ją również do duetu, odmawia kategorycznie.

- Nie umiem śpiewać!

Przewracam oczami w rozbawieniu.

- Owszem, umiesz. Przecież śpiewałaś przez ostatnie dwie minuty trwania utworu.

Zauważam, nie umiejąc pohamować chytrego uśmiechu.

- To już niemal koniec piosenki...

Odparowuje twardo, lecz blask w jej oczach daje mi znać, że bawi ją mój upór w równym stopniu w jakim ten jej poprawia humor mnie.

- Zdaje się że w schowku wala się kilka płyt, poszukaj wśród nich czegoś interesującego.

Proszę przymilnie, a ona wbija we mnie skonsternowany wzrok. Uśmiecham się promiennie.- Nie sądziłaś chyba że pozwolę ci tak po prostu zamilknąć gdy ja zdzieram dla ciebie głos?

Na te słowa kąciki jej ust unoszą się jeszcze odrobinę.

- W zasadzie właśnie taką nadzieję w sobie pielęgnowałam.

Szepcze nieśmiało, kokieteryjnie nawijając długie hebanowe pasmo na palec, mimowolnie odwzajemniam jej gest, a ona sięga niepewnie do czeluści schowka by, kilka sekund później smukłymi palcami wsunąć srebrzysty krążek do odtwarzacza.
Wkrótce mój słuch łechczą łagodne dźwięki kolenego niezapomnianego dzieła Jacksona- "You are not alone".
Tak jak przy poprzednim utworze zaczynam nucić dobrze znany mi tekst po chwili zachęcając do tego również brunetkę.
Z początku jej głosik ledwo wynurza się ponad emocjonalny głos piosenkarza, lecz wkrótce i ona wturuje artyście gładko przechodząc z utworu na utwór.
                                                                  
                                                                 *      *      *

Choć droga z Waikiki do Kapolei jest stosunkowo krótka, my pokonujemy ją z trudem, a gdy finalnie parkuję na podjeździe malowniczego domku szeregowego z wybielonego piaskowca, o miodowo- brązowej dachówce zwieńczającej urokliwy pejzaż i pozwalam kościom na odrobinę gimnastyki jęcząc w duchu gdy obie stopy zalewa nieprzyjemne mrowienie.
Przedzierając się przez schludny podjazd odczuwam zdenerwowanie. Wyczuwa je także Sky, a jej dłoń odnajduje moje palce i zaciska się nań subtelnie. Wymieniamy spojrzenia, Dzielimy uśmiechy,  w końcu znajduję w sobie odwagę by, stawić czoła przeszłości przed którą uciekłem.

We wnętrzu domostwa rozlega się dzwonek, a chwilę po nim drzwi frontowe otwierają się, smukłą postać wymija wnet rozpędzony pies, który w mig doskakuje do furtki radośnie nas obszczekując. Drobna szatynka przechyla głowę i mruży oczy próbując rozpoznać w nas znajomych, lecz w końcu wita się z nami kulturalnie i zawolawszy imię mojego ojca wychodzi na podwórze przed domem. Nim dociera do furtki gdzieś z głębi domu wyłania się także ojciec.
Spoglądam na niego pobieżnie, takie spojrzenie powoli wchodzi mi w nawyk...
Jego twarz zmienia się diametralnie, ostra szczęka jakby łagodnieje, pospiesznie odgarnia niesforny hebanowy lok opadający na czoło i uśmiechając się w niedowierzaniu prędkim krokiem dołącza do naszej trójki.

- Dzień dobry.

Wita nas ciepło niewysoka kobieta, kolejno podając nam dłoń. I kiedy ona wita równie radosną życzliwością Skylar, ja postępuję krok ku ojcu.

- Bruno... tak długo cię nie widziałem, synu!

Wita mnie radośnie, a ja mimowlnie odwzajemniam jego uśmiech. Powielam go, bowiem patrząc na jego twarz widzę to co dostrzegam i w sobie.

- Cześć...tato...

Mruczę, czując się nagle niebywale niezręcznie.

- Nie spodziewałbym się, że... ty... tutaj...

Mówi mężczyzna i przez moment jego oczy szklą się dyskretnie lecz zaciera ów dowód wzruszenia i zastępuje go kolejnym szerokim uśmiechem. Wyciąga rękę i poklepuje czule moje ramię by, następnie kulturalnie ucałować dłoń brązowookiej. W zamian za imię mojej towarzyszki ojciec przedstawia nam swoją wybrankę, a obejmując ją przelotnie zaprasza nas do środka, z góry zastrzegając iż nie wypuszczą nas bez uroczystej, w tym jakże podniosłym dniu kolacji.

Zanim przekraczamy próg domu nastolatka dotyka mojego ramienia. Zatrzymuję się na moment i patrzę w jej oczy.

- Nie potrafię...

Szepczę splatając nasze palce, a ona uśmiecha się łagodnie i gładząc kciukiem wierzch mojej dłoni, mówi:

- To twój ojciec Bruno. Teraz albo nigdy. Nie znajdziesz już lepszego momentu, z czasem będzie coraz trudniej...

Kiwam głową w roztargnieniu i zanim rozplatam uścisk pochylam się lekko całując czule jej ciepły policzek,  pragnąc przekazać bez słów jak ogromnie jestem jej wdzięczny za to że jest tu ze mną.
(...)

 Patrząc w jego oczy zaczynam się zastanawiać nad przewrotnością życia.
Oto ja, Skylar Grey- córka marnotrawna, z ojca marnotrawnego, nakłaniam najczystszą w uczuciach osobę, którą dotychczas poznałam do rozmowy z człowiekiem, do którego i ja jako obca dziewczyna stojąca z boku, gdzieś poza całym obrazem, odczuwam żal.
Przechodzimy przez próg razem, lecz on zdaje się być daleko i kiedy ja po omacku docieram do serca domu- kuchni i obdarzam gospodynię serdecznym uśmiechem, wdając się przy tym w niezobowiązującą rozmowę brązowooki podąża do jednego z niewielkich pokojów, w którym skrył się starszy z Hernandezów, zamykając za sobą drzwi.
(...)

Zamykając za sobą drzwi napotykam jego wzrok.
Siedzi w eleganckim, skórzanym fotelu i popijając niespiesznie słodkawy likier popatruje na mnie z konsternacją.
Odwzajemniam to spojrzenie i przez krótki moment dotyka mnie wrażenie, że on już wie.
Przejrzał mnie na wylot, teraz czeka już tylko na oblężenie.
Lecz ja zachowuję spokój, a przemierzając pokój kilkoma długimi krokami zasiadam w fotelu na przeciwko niego.
Wymuszam na nim wzrokiem by, popatrzył w moje oczy. Nie jestem jednak pewien czego oczekuję po tym spojrzeniu.
Skruchy?
Rozżalenia?

- Dlaczego?

Pytam, lecz mój głos z trudem przebija się przez ciszę.- Dlaczego odszedłeś wtedy kiedy potrzebowała cię najbardziej? Kiedy... oni wszyscy potrzebowali ciebie...Dlaczego?

- Peter, posłuchaj...

Zaczyna lecz i jego głos zostaje wnet pokonany. Czuję się słaby. Słaby widząc pustkę jaką sobą prezentuje. A ów niebyt poszerza się jeszcze gdy zdaję sobie sprawę iż ja łączę się z nim w owej pustce.- Kochałem twoją matkę...Kocham Bernie, ale...czasami w życiu nadchodzą takie chwile, które decydują o tym czy dwoje ludzi zostanie ze sobą, czy też ich drogi się rozejdą... Choroba Bernie...była zwieńczeniem wszelkich nieszczęść jakie wtedy na nas spadły, matka i ja nie umieliśmy się dogadać po tym jak przepadłeś gdzieś w Nowym Jorku... A potem to, ta diagnoza...

- Więc obwiniasz za to mnie?

Pytam kąśliwie choć w głębi duszy pragnę go zrozumieć.

- Nie, oczywiście że nie! Nigdy bym tak nie pomyślał, wiem jak bardzo cierpiałeś przez tamtą dziewczynę...

Milknie na moment, zastanawiając się przez moment.

- Nicole.

Podsuwam cicho, a jego oczy rozświetlają się przelotnie.

- Tak, właśnie. Nicole.

- To nie ma związku z tym o co pytam!

Warczę nagle, czując jak wraz z powietrzem wyzbywam się także wszelkich pokładów cierpliwości.

- Nie unoś się.

Prosi łagodnie lecz już go nie słucham.

- Zostawiłeś ją! Zostawiłeś ją wtedy kiedy powinieneś był wspierać! Pamiętasz jeszcze słowa przysięgi? "Póki śmierć nas nierozłączy". Póki pieprzona śmierć was nie rozłączy... I gdzie byłeś?! Gdzie byłeś gdy ciebie potrzebowała? Pomyślałeś o tym chociaż? A co z Tiarą?! To jeszce dzieciak! Potrzebuje ojca, pomyślałeś o swoich dzieciach czy może miałeś inne priorytety?!

Naskakuję nań nienawistnie, a wtedy z jego ust padają słowa których spodziewałbym się po wszystkich członkach swojej rodziny, lecz nie po nim.

- Nie masz prawa mnie osądzać synu.

Mówi spokojnie, a w mojej głowie słowa te rozbrzmiewają wnet głosem Tiary...- Sam nie byłeś lepszy, uciekłeś, wyjechałeś. Zostawiając nas...

- Gdybym tylko wiedział nigdy bym nie wyjechał.

Bronię się nieporadnie choć nawet dla mnie samego wytłumaczenie to jest niczym milczenie. Niczym jego brak.

- Ale nie wiedziałeś, żadne z nas wtedy nie było świadome tego z czym przyjdzie nam się zmierzyć...

- Nam? Jak śmiesz mówić "nam" w sytuacji w której zostawiłeś ją z tym sam?!

- Bruno, postaraj się chociaż stanąć na moim miejscu...

- Nie.

Przerywam mu oschle, po czym podrywam się z miejsca. Ojciec podąża w moje ślady i jeszcze nim moja dłoń opada na mosiężną klamk jego uścisk oplata moje ramię.

- Nie skończyłem z tobą rozmawiać.

Oznajmia twardo, jak wtedy kiedy pierwszy raz przyłapał mnie na paleniu papierosa w przydomowym garażu. Czuję niemy wymóg jaki nakłada na moje spojrzenie, lecz nie chcę patrzeć mu w oczy. Nie chcę widzieć ani jego, ani jej.
Nie chcę być częścią jego nowego życia.
Nigdy więcej.

- Ale ja nie chcę już rozmawiać. Nie potrzebuję już niczego więcej. Nie od ciebie.

Ucinam ostro, a wtedy on składa na moim policzku odcisk palców swej prawej dłoni.

- Nie pozwalaj sobie.

Na te słowa spoglądam mu w oczy, najgłębiej jak tylko potrafię, kładę obie dłonie na barkach i wzdychając cicho, stwierdzam

- Nie pisz do niej, tato. Nie dzsoń...

- Ale...

Zaczyna, jak gdyby w zakłopotaniu lecz przerywam mu stanowczo.

- Dokonałeś już wyboru, w porządku. Teraz pozwól im stanąć na nogi. Poradzimy sobie, choćbym miał stracić na to wszystkie noce swojego życia. Poradzimy sobie. A ty...żyj życiem, które wybrałeś. I daj jej...

- Daniele...

Dopowiada na prędce, co przyjmuję jedynie delikatnym skinieniem głowy.

- Podaruj Daniele wszytko to na co zasługuje, w końcu to dla niej się zmieniłeś.

Szepczę, a spuszczając wzrok hamuję złość wzbierającą na nowo w żyłach.

- Do usłyszenia, tato.

Mówię dosadnie, a posyłając mu ostatnie chłodne spojrzenie opuszczam pomieszczenie by, następnie dziękując Daniele za gościnność i zażekając się jakoby owe spotkanie było najmilszym co dziś mnie spotkało żegnam ją kulturalnie, bowiem i ona na to zasługuje.

- A kolacja?

Pyta nieśmiało, w głębokiej konsternacji, lecz wtedy ojciec obejmuje ją delikatnie, nie tłumaczy nic lecz szepcze coś niezrozumiale, w oczach kobiety prześwituje wnet smutek, kiwa dobrodusznie i jeszcze nim zamykamy za sobą furtkę dziękuje nam za spotkanie po czym znika gdzieś w sieni, a na ganku zostaje tylko on.
Zadumany, z neutralnym wyrazem oczu...

                                                                 *      *      *

 Nie czuję głodu gdy kilka godzin później zasiadamy w roześmianym, rodzinnym gronie do kolacji, nie czuję pełnego współczucia spojrzenia Skylar choć podświadomie wiem w jaki sposób poparuje w moją twarz.
Nie wdaję się w rozmowę.
Nie komentuję niemoralnych żartów Tiary i nie jestem w stanie wlączyć się w błahą dyskusję o tłumach turystów przez których Presley nie wie w co włożyć ręce.
Kiedy posiłek dobiega końca niewiele myśląc pomagam w sprzątaniu stołu, po czym zarzucam na ramiona bluzę i wychodzę za próg, w nikomu nie znanym kierunku.

Krocząc niestrudzenie przemierzam kolejno kilka malowniczych dzielnic miasta by, w końcu zatrzymać się na brzegu spokojnego oceanu, a pozwalając powoli stygnącej wodzie obmywać moje kostki zatopić spojrzenie w rozżarzonym ostatnimi blaskami Heliosa horyzoncie.
Moje myśli dryfują, a kiedy z trudem zgarniam je w jednym miejscu wysuwa się z natłoku poranne zwątpienie, czy warto było?
Czy warto było usłyszeć wszystkie te słowa prawdy z ust ojca?

Mijają kolejne minuty w bezbrzeżnym milczeniu i w końcu nie jestem już pewien czy szum jaki napływa do moich uszu dochodzi z zewnątrz czy też z wnętrza.

- Bruno?

Słyszę jak gdyby z oddali słodki głos brunetki. Nie odwracam się jednak.
Czekam w niecierpliwości gdy drepcze pospiesznie po jeszcze ciepłym piasku, czekam też wtedy gdy jej gorący oddech owiewa moją szyję by, w końcu nie umiejąc już dłużej znieść czekania zagarnąć ją ramieniem jak najbliżej swego ciała i zatopić się na moment w słodyczy jej warg. Nie protestuje, nieśmiało oddając pocałunek, a wtedy zatracam świadomość swych poczynań.

Niczym w transie delikatnie kładę ją na piasku i upajam się jej dotykiem gdy delikatne opuszki suną niespeisznie po rozgrzanym karku.
I może gdybym wówczas się opanował. Opamiętał. Powstrzymał...

- Stop!

Szepcze brunetka wprost w moje usta gdy niespiesznie rozpinam guzik jej jeansowych spodenek. Niewiele rozumiejąc porzucam owe zmagania i powracam do jej ciepłych policzków.
Jakież jest moje przerażenie gdy odkrywam iż chłód jakim zaszły sygnowany jest przez łzy.
Otwieram szerzej oczy pragnąc ujrzeć ją dokładnie w łunie umierającego dnia, lecz ona wije się w rozpaczy, odpycha moje ciało i kiedy ja wstaję z kolan, ona przemierza biegiem piaszczyste połacie.

Doganiam ją w ostatnim momencie, tuż przed tym gdy ma zamiar zniknąć mi z oczu. Łapię jej nadgarstki, a gdy odwraca twarz widzę spustoszenie w jej kawowych źrenicach.

- Zostaw mnie!

Krzyczy prosto w moją twarz...

- Sky, przepraszam... Ja...sam nie wiem co we mnie wstąpiło...

- Zostaw.

Warczy przerażona, a wyswobodziwszy dłoń z mojego uścisku podąża przed siebie w nadziei na schron.
Ruszam jej śladem, nie zwalniając kroku nawet wtedy gdy dociera do mnie waga mojego przewinienia, gdy przychodzi świadomość...
Gdy uderza we mnie myśl iż przerażona nastolatka ucieka przed tym w kim dotychczas widziała schronienie przed najgorszym, a co finalnie okazało się również przynosić zgubę...
Przede mną.
______________


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz