czwartek, 20 lipca 2017

29. Inverted theatre...


       Na każde dziesięć łez opuszczających kącik prawego oka przypada zaledwie pięć, zawieruszonych gdzieś pod lewym i gdy zaczynam się zastanawiać nad przyczyną tej niezgodności dochodzi do mnie iż przyczyna jest znacznie łatwiejsza aniżeli mogłabym podejrzewać.
Oto u mojego boku, po mojej lewej stronie, delikatnie uczepiona ramienia, w niejako matczynym uścisku drga nieznacznie, zatroskana postać niewysokiej kobiety.
Bernie.

- Czasami dobrze jest pozbyć się wspomnień...przedzielić je na pół, jesteśmy tylko ludźmi, a to przez co przeszłaś...Sky...to nie twoja wina...

Szepcze, gładząc przy tym mój szkarłatny policzek.
Trwam więc w niebycie, zawieszona gdzieś między wspomnieniami, słowami kobiety i delikatnym dotykiem nadającym tej chwili przytłumione światło nadziei na rychłą zmianę...- I w żadnym wypadku nie powinnaś się tym obarczać. To zabrzmi szorstko, jestem tego świadoma, ale...Czasu nie zdołasz cofnąć, nie znajdziesz także siły by, wymazać przeszłość... Lecz z czasem zapragniesz tego czego nie może dać ci żaden inny człowiek na ziemi, zapragniesz wrócić do matki, zobaczyć ją choć przez chwilę, usłyszeć jej głos, lub po prostu odetchnąć tym samym powietrzem.

- Nie było jej kiedy ojciec zmuszał mnie do...

Stwierdzam oschle, lecz urywam nagle, nie umiejąc wyrzucić z siebie tych słów.
 Bernie wzdycha ciężko i przez moment widzę tę sytuację tak jak gdybym stała na uboczu i przyglądała się scence w której nie biorę udziału.
Oto niemal nieznajoma kobieta stara się wzbudzić w rozżalonej nad sobą i własnym losem nastolatce empatię w stosunku do tych, których ta niegdyś odrzuciła. I wnet zaczynam się zastanawiać czy moje rozżalenie jest tu na miejscu.
Może winnam już zapomnieć?
Jakby nie patrzeć, minął już drugi rok, a życie toczy się dalej.

- Nie było jej, ale gdyby wiedziała na pewno by, zareagowała. Pomyśl o waszym ostatnim spotkaniu, Sky... Jaka wtedy była?

Na te słowa przełykam ciężko i nim udzielam odpowiedzi zastawiam się przez moment,  czy cała rodzina o nazwisku Hernandez posiada tak piorunujące umiejętności zaglądania ludziom w duszę, a kiedy dochodzę do wniosku iż jest to wysoce prawdopodne, rodzi się we mnie potrzeba lepszego kamuflarzu.
Jeszcze później dostrzegam zatroskane spojrzenie brunetki i uzmysławiam sobie że jej pytanie wciąż pozostaje bez odpowiedzi. Zbieram się więc na odwagę i wspominam matczyną twarz, wtedy w jednym z nowojorskich szpitali...

Wspomnienie

Pokój zalewa wnet łagodne, miodowe światło, a moim oczom ukazują się delikatne rysy matczynej twarzy. Nie jestem pewna kiedy zaczynam płakać lecz zaraz po tym pospiesznie ukrywam twarz w poduszce.
Niczym mała, obrażona dziewczynka.

- Kochanie...

Szepcze mama, siadając delikatnie na krańcu łóżka gładząc moje włosy tak delikatnie jak gdyby obawiała się że sprawia mi tym ból.
I byłabym skłonna przysiąc iż nie pomyliła się w swych obawach,  bowiem to co dla skóry przyjemne niczym podmuch letniego wiatru, rozdzierało teraz moje serce,  gorsze było od wszelkiego cierpienia fizycznego jakiego doznałam w trakcie tych dwóch, koszmarnych lat.

- Skylar, córeczko...

Wypowiada moje imię, wypowiada je tak jak zdarzało jej się to wtedy kiedy miałam zaledwie kilka lat i przybiegałam do niej z płaczem,  z wszelakich, jakże błachych na tle tego dzisiejszego, powodów.

- Gdzie byłaś?

Szepczę, a jej dłoń wnet zastyga bez ruchu gdzieś na wysokości mojego karku.

- Gdzie byłaś przez te wszystkie lata, mamo?

Koniec wspomnienia

Przez zamknięte oczy dostrzegam ból zalewający jej spojrzenie, miłość przytłumioną rozłąką i żal.
Wiele jest w niej emocji, lecz tę jedną wychwytuję odrazu.
Żal.
Tak bezbrzeżny i głęboki, zamknięty w krótkim spojrzeniu.

- Była zdruzgotana.

Szepczę, a mój głos zanika bezpowrotnie i przez moment nie mam nawet pewności czy aby na pewno jego poszlaka dotarła do ucha pani Hernandez.- Nie płakała, w zasadzie nie mówiła zbyt wiele, próbowała ze mną rozmawiać, ale dawno już zatraciłyśmy kontakt. Była milcząca, kiedy ja wylewałam swoje żale, a potem...- wnet mój głos się załamuje i nie umiem wypowiedzieć już nic, nie umiem też powstrzymać łez, które teraz niczym strumień przelewają się przez nadszarpnięte krańce tamy przeciwpowodzowej, którą skrupulatnie odnawiałam i zalewają policzki obfitymi ilościami płynnego kryształu.
Czuję się niezręcznie, a kobieca dłoń na moim policzku niczego nie ułatwia.

- Przepraszam kochanie... Nie powinnam była... Oh, co ja sobie myśłałam?... Wybacz Skylar...

Łaja się kobieta, po czym podrywa się z miejsca i jeszcze zanim o nie proszę, podstawia pod mój nos kwadratowe pudełko wypchane po brzegi delikatną bielą chusteczek.
Wyciągam więc pojedyńczo kwartet śnieżnych prostokątów, dokładnie osuszam oczy i nos, po czym wbijam zamglone wstydem spojrzenie w radosny nadruk na owym pudełku i mimowolnie poczynam zliczać hasające po nim kudłate, kuliste owieczki.
Kuchnię zalewa cisza, którą przerywam tak nagle iż sama jestem sobą zaskoczona.

- Jeszcze raz przepraszam.

Szepczę, po czym wolnym ruchem wstaję zza eleganckiego stołu i ruszam w kierunku otwartej klatki schodowej, a zatroskany wzrok kobiety depcze mi po piętach...
(...)

- On.. Odszedł.

Mówi cicho, wpatrzona  niezmiennie w odległy punkt gdzieś ponad horyzontem.

- I mówisz o tym tak spokojnie?!

Oburzam się nagle, a Tiara odskakuje wnet w przerażeniiu.

- A powinnam płakać? Dość już łez wylałam. To była jego decyzja.

- Mogłaś go zatrzymać.

Syczę jadowicie, nie zważając nawet na nieodpowiedni ton jaki wnet  przybrała konwersacja.

-  Zatrzymać?! Co ty chrzanisz?! Ojciec jest dorosły, ma swój rozum i sam za siebie decyduje. Nie miałam prawa uziemić go w tym bagnie!

- Więc nazywasz chorobę matki bagnem?

Pytam chłodno, lecz zapominam wówczas z kim rozmawiam, a odpowiedź mrozi mi krew i każdą aortę, która pompowała dotychczas rubinową ciecz do czeluści rozognionego serca

- Bruno, spójrzmy prawdzie w oczy, nie było cię. Nie było cię przy nas przez dwa lata. Nie odzywałeś się, nie pisałeś i nade wszystko, zajmowałeś tylko sobą, nie obchodziło cię to co działo się w domu, nie wiedziałeś nawet jak bardzo potrzebowała cię wtedy mama. Nie było cię wtedy więc i teraz powinieneś spuścić z tonu. Nie masz prawa pojawiać się tutaj tak nagle i żądać by, wszystko było takie jakim to pozostawiłeś.

Jej gniew uderza we mnie z taką siłą, iż przez moment nie jestem pewien czy wciąż oddycham, czy może jednak wstrzymuję oddech. Zapada milczenie, które niespodziewanie przerywają jej łzy.
Przez krótki moment nie jestem w stanie wprawić w ruch choćby paliczka. Umiem tylko patrzeć.    W milczeniu, może rozpaczy...

- Przepraszam...- łka niemrawo, a ja nie myśląc wiele biorę ją w ramiona i oddychając miarowo przeczesuję palcami puszyste pukle jej włosów.- ...nie powinnam była tak na ciebie naskakiwać.Nie miałam do tego prawa... przepraszam...

Krzyk gwałtownie zamiera, stłumiony przez szept, milknie i otoczenie.

- Tiara, siostrzyczko...

Mamroczę gardłowo, choć wiem jak ogromną nienawiścią napawały dziewczynę niegdyś złośliwie zdrabniane zwroty.- Spójrz na mnie...
Proszę podpierając na palcach jej delikatny podbródek.- Nie było mnie wtedy, wiem zachowałem się egoistycznie, ale jestem tutaj. Jestem z wami i zrobię wszystko co w mojej mocy by, było lepiej, rozumiesz?

- A co później?

Pyta tonem wyzutym z wszelkiego zaufania. Zmienność jej nastrojów przytłacza mnie. Przytłacza mnie do tego stopnia iż wkrótce na powrót milknę, pozwalając jej przelać na mnie kolejne gorzkie słowa.:

- Pozwól, że ja powiem ci co będzie później... Ty i ona wrócicie do Nowego Jorku, życie potoczy się dalej, a ja wezmę kolejny etat by było nas stać na kolejne leczenie. Przyjedziesz może za dwa lata, albo na jej pogrzeb. Uściskamy się we łzach, pomodlimy, złożymy wieńce i rozejdziemy, tak to działa. Każdy z nas zacznie nowe życie. Tego chcesz?!

- Przestań!

Krzyczę, gwałtownie gubiąc resztki dotychczasowej cierpliwości.- Przestań robić ze mnie syna marnotrawnego! Dobrze wiesz, że gdybym tylko mógł wróciłbym szybciej, ale nie chciałem. Nie chciałem ponownie upaść na samo dno! Wiesz przecież ile znaczyła dla mnie Nicole...

Warczę oschle, a wtedy ona wyrywa się z moich ramion i poczyna okładać moją klatkę i brzuch drobnymi kuksańcami.

- Ty egoistyczna świnio! Ty cholerny, egoistyczny debilu! Stawiasz jakąś idiotkę ponad własną rodzinę?! Ponad własną matkę?!

Nim zdąży wymierzyć kolejne uderzenie chwytam jej nadgarski i popycham ją na plecy niemal całkowicie blokując jej kończyny.

- Uspokój się dziewczyno... Maltretowanie mnie w zapłacie za błędy jakie popełniłem w minionych latach nie przywróci mamie zdrowia.

Stwierdzam, już łagodniej, bowiem niespodziewanie przychodzi mi na myśl ewentualne wyjście z tej sytuacji. Tiara najwyraźniej zauważa zmianę w mojej dotychczasowej postawie i sama zamienia ofensywę na zabarwioną krytycznym nastawieniem ciekawość. Nie lubuję się w przemowach gdy ona zieje tak dalekim od standardowej, siostrzanej ciekawości nastawieniem, lecz na ten moment uznaję że lepsza taka uwaga aniżeli ignorancja.

- Nie byłbym w stanie wrócić tu na stałe, moje życie toczy się tam, w Nowym Jorku, nie znaczy to jednak że chcę uciec od potrzeby podania mamie pomocnej dłoni. Będę was wspierał, w każdym, możliwym tego słowa znaczeniu...

- Mama wspominała że nie sypiasz na pieniądzach więc, nie sądzę byś...

Wcina się nagle, lecz przerywam jej gwałtownie.

- Podejmę drugą pracę.

- Jakim sposobem? Przecież sama praca w barze pochłania twoje życie niemal w dziewięćdziesięciu pięciu procentach!

- W takim razie pozostaje jeszcze około czterech procent na pracę dorywczą.

Stwierdzam żarliwie lecz iskra w moich oczach zbyt słaba jest by, rozpalić iskierkę nadziei w oczach Tiary.

- Mama nie zgodzi się byś zacharowywał się dla niej...

- Mama się nie dowie. Zanim wyjedziemy podasz mi numer swojego konta, a ja będę wpłacał na nie co miesiąc możliwie jak najwyższą sumę. Będziemy też w kontakcie, będę dzwonił do was regularnie  Zaufaj mi Tiara, wszystko się zmieni, na lepsze... Tylko pozwól mi spróbować...

Mówiąc to szukam w jej oczach choćby cienia niedzei bo, na iskierkę przestałem już liczyć. Najmniejszej drobiny poparcia...
W końcu i ona się przełamuje.

- W porządku. Spróbujmy...

Oznajmia niemrawo po czym spogląda w stronę domu, podnosi się, otrzepuje i wraca wzrokiem ku mojej osobie.

- Powinniśmy już wracać.

Dodaje po chwili, a skinąwszy głową podążam w ślad za nią.

                                                             *      *      *

 Przeczesując opuszkami biały piasek, nakreślam w głowie obraz człowieka, którego niegdyś nazwałbym ojcem... Słońce chyli się powoli ku zachodowi, a wspomnień niezmiennie ubywa, aż w końcu nieporadnie splatam ze sobą te pozostałe i z goryczą stwierdzam iż jest ich zbyt mało by, złożyć zeń kompletny wizerunek, a i cierpliwości nagle braknie. Toteż pozostaję z niekompletną repliką, dziurawą i bez głębszego wyrazu.
Potem objawia mi się , ów człowiek, lecz w świetle bieżących wydarzeń i on blaknie, gubiąc gdzieś wszelkie ludzkie zalety.
Bo, jak nazwać człowiekiem, haniebnego tchórza, uciekiniera, którego kiedyś za sprawą jego własnej, nieprzymuszonej woli mianowano mężem?
Małżonkiem, w zdrowiu i w chorobie,
w bogactwie i w biedzie.
A oto kiedy nadeszły bieda i choroba, ten stchórzył...
Jak nazwać ojca, który po latach pozostawia swe dzieci ginąc bez wieści i zdźbła chęci do odratowania kontaktu?

Trwając niezmiennie w otchłani tychże przemyśleń odcinam się od rzeczywistości i dopiero delikatny uścisk jaki na moim ramieniu składają smukłe palce brunetki prowadzi mnie na powrót do innej czeluści.
Czeluści dnia dzisiejszego.

- Chcę się z nim zobaczyć, Sky.

Wyznaję cicho, gdy dziewczyna sadowi się nieopodal i popatruje troskliwie na moje równie zatroskane lico.

- Bruno...

Zaczyna nastolatka ujmując moje palce w swoje kruche paliczki.- To nie jest dobry moment...Twoja mama, ona cię teraz potrzebuje. Potrzebuje cię teraz u swojego boku, rozumiesz? Jestem pewna, że jeszcze będziesz miał czas by, spotkać się ze swoim ojcem...

Słysząc to przerywam jej cicho.

- Będziemy, Sky. Będziemy.

Poprawiam ją, odwzajemniając jej spojrzenie i nim orientuję się w sytuacji, jej delikatne usta dotykają moich ust.
Ten krótki pocałunek jest jak powiew wiatru, jak muśnięcie zefirkiem, niemal niewyczuwalny lecz mnie o mało nie powala na łopatki.

- Nie jesteś w tym sam, Bruno.

Szepcze brązowooka, kilka milimetrów nad moją twarzą lecz nim nadążam z utrwaleniem w pamięci smaku jej warg poprzez ostatnie muśnięcie ona odsuwa się, nieuchwytna. Bliska i daleka zarazem.

Mimowolnie powracam więc do wpatrywania się w gasnące niespiesznie, żegnane ognistymi barwami grzywiastych fal Słońce, obejmując ramieniem pokryte gęsią skorką, szczupłe ramiona nastolatki. Ona natomiast wtula się we mnie, nie odrywając wzroku od przybrzeżnego piasku, co rusz obmywanego przez powoli słabnące fale.
Oboje dryfujemy, lecz nie na jednej łodzi.
Na dwóch oddzielnych tratwach,
po dwóch innych akwenach myśli i kiedy tak patrzę na nią rodzi się we mnie determinacja.
Nowe pokłady sił i zapału i zdaję sobie sprawę z własnego zaparcia:
znajdę ojca, choćbym miał szukać po całej wyspie i innych, pobliskich lądach.

Znajdę go, choćby tylko po to by, stanąć z nim twarzą w twarz i zapytać.
Zapytać i zrozumieć.
Zrozumieć dlaczego...
_______________________

Miesiąc...
Miesiąc nieobecności, ale jednak jestem.
Wciąż żyję, wciąż tworzę.
A tak oto za nami kolejny już rozdział.

Następny...
Ukaże się ZNACZNIE szybciej.
<3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz