poniedziałek, 31 lipca 2017

30. Live life like you're giving all...


   Kiedy kilka tygodni później zasiadam za kierownicą podstarzałego BMW najstarszej z sióstr, dopada mnie zwątpienie.
Może już za późno?
Może powinienem zostawić życie takim jakie jest?
Może tak było lepiej?

Z nagłego przypływu myśli wypycha mnie wnet ciche skrzypnięcie fotela pasażera i delikatna woń jej perfum gdy zasiada u mojego boku. Spogląda na mnie uważnie, nasze tęczówki spajają się i choć trwają w jedności zaledwie ułamki sekund wnet jak niczego na świecie pragnę przedzielić moje wątpliwości na nas dwoje. Hamuję się jednak w obawie przed jej słowami, a słowa przeistaczam w czyn. Nim dochodzi do mnie to na co się porywam, silnik warczy nieprzychylnie, a samochód rusza po asfaltowej nawierzchni. Starannie unikając jej spojrzenia zapatruję się w przednią szybę, a wplatając palce w kierownicę zmuszam się do nakierowania większej niż dotychczas uwagi na słoneczne rytmy regae wydobywające się z radia, lecz ona nie pozwala mi zapomnieć o swoim towarzystwie i wkrótce delikatny głos tłumi słowa rozradowanego prezentera.:

- Jesteś pewien że to dobry pomysł, Bruno?

Zagaja łagodnie, ja natomiast z rozeźleniem odkrywam iż ten ton irytuje mnie i postanawiam oszczędzić brunetce gorzkich słów na które nie zasługuje. Zaciskając więc szczękę wbijam wzrok w przydrożny znak informacyjny i analizuję go wnikliwie w poszukiwaniu miejscowości, którą zasygnowany został jeden z najbardziej aktualnych listów matki do męża.- Kapolei.

Gdy wtaczamy się na autostradę radio nagle przerywa, a po samochodzie panoszy się  tak znienawidzona przeze mnie cisza. Pokątnie spoglądam więc na Sky w nadziei na choćby pojedyńczą frazę z jej ust lecz kiedy i nadzieja obumiera pogrzebana w ciszy, postanawiam zmienić taktykę.

- Tak.

Oznajmiam niespodziewanie, a nagłość mojej jakże opóźnionej reakcji zwraca jej oczy ku mnie.

- Słucham?

Dopytuje zdezorientowana wnet skupiając na mnie już nie tylko odsetek, ale całość swej  uwagi.

- Długo myślałem nad tym co powiem ojcu kiedy stanę z nim twarzą w twarz.

- I?

- Zadam mu jedno, jedyne pytanie.

- A jeśli odpowiedź nie będzie satysfakcjonująca?

Zastanawiam się przez moment nad przytoczoną przezeń opcją, stwierdzając gorzko iż nie wziąłem jej pod uwagę...- Wówczas...
Zaczynam lecz słowo, którego pragnę użyć nie jest zdolne do prześlizgnięcia się przez gardło.
Przełykam cięzko, w roztargnieniu skręcając w jedną z malowniczych uliczek, pobieżnie skanuję okolicę i z ulgą stwierdzam iż u jej wylotu droga poszerza się i łączy na nowo z autostradą, oblężoną teraz przez rozlicznych, niecierpliwych kierowców, oraz równie niecierpliwych turystów zasiadających w komfortowych fotelach busów turystycznych i wyposażonych we wszystko czego tylko dusza zapragnie, kolorowych  autokarów.

- Wówczas spasuję.

Dodaję wyzutym z przekonania głosem. Gdzieś z pomiędzy foteli wyrasta wówczas mur, ona zapatruje się w horyzont, a ja ponownie skupiam na drodze wzdychając ciężko gdy samochód gaśnie niespodziewanie.

- Cholera.

Syczę z poirytowaniem, pospiesznie przekręcając kluczyk w stacyjce.

- Nie wierzę że byłbyś do tego zdolny.

Mruczy nastolatka, niezmiennie wpatrzona w odległy punkt, gdzieś ponad horyzontem.- Nie znamy się na tyle długo bym mogła powiedzieć to z przekonaniem, lecz jestem niemal pewna że kłóciło by, się to z twoją naturą. Nie jesteś z tych co odpuszczają...

- Może i tak, ale jak to mówią: "zawsze musi być ten pierwszy raz".

Odpowiadam mrukliwie, na co ona szturcha mnie zadziornie.- Uważaj sobie panienko Sky...
Cedzę przez zaciśnięte od wzbierającego śmiechu gardło. Lecz gdy tylko spoglądam w jej stronę ów śmiech uwalnia się wnet salwą, a zaraz za mną chichocze i ona.

- Odrazu lepiej.

Komemtuje brązowooka po czym wychyla się nieznacznie i zmienia głośność odbiornika, wnet cały pojazd zalewają pierwsze nuty "Billie Jean" z repertuaru Michaela Jacksona. Unoszę brwi i spoglądam na nią z konsternacją, lecz to co widzę zamyka mi usta.

Powieki nastolatki opadają delikatnie, a usta wyśpiewują bezgłośnie znajome zwroty. W przypływie impulsu dołączam się do piosenkarza, wówczas jej oczy otwierają się gwałtownie, a policzki oblewa wnet delikatny rumieniec by, wkrótce do pięknego obrazu dołączył także jej melodyjny śmiech. Zamieram na moment, rozkoszując się subtelnością owego dźwięku i przysięgam przed  samym sobą wprawiać ją w rozbawienie tak często jak często nadaży się ku temu choćby najmniejsza, najbardziej błaha okazja. Ruchem ręki zachęcam ją również do duetu, odmawia kategorycznie.

- Nie umiem śpiewać!

Przewracam oczami w rozbawieniu.

- Owszem, umiesz. Przecież śpiewałaś przez ostatnie dwie minuty trwania utworu.

Zauważam, nie umiejąc pohamować chytrego uśmiechu.

- To już niemal koniec piosenki...

Odparowuje twardo, lecz blask w jej oczach daje mi znać, że bawi ją mój upór w równym stopniu w jakim ten jej poprawia humor mnie.

- Zdaje się że w schowku wala się kilka płyt, poszukaj wśród nich czegoś interesującego.

Proszę przymilnie, a ona wbija we mnie skonsternowany wzrok. Uśmiecham się promiennie.- Nie sądziłaś chyba że pozwolę ci tak po prostu zamilknąć gdy ja zdzieram dla ciebie głos?

Na te słowa kąciki jej ust unoszą się jeszcze odrobinę.

- W zasadzie właśnie taką nadzieję w sobie pielęgnowałam.

Szepcze nieśmiało, kokieteryjnie nawijając długie hebanowe pasmo na palec, mimowolnie odwzajemniam jej gest, a ona sięga niepewnie do czeluści schowka by, kilka sekund później smukłymi palcami wsunąć srebrzysty krążek do odtwarzacza.
Wkrótce mój słuch łechczą łagodne dźwięki kolenego niezapomnianego dzieła Jacksona- "You are not alone".
Tak jak przy poprzednim utworze zaczynam nucić dobrze znany mi tekst po chwili zachęcając do tego również brunetkę.
Z początku jej głosik ledwo wynurza się ponad emocjonalny głos piosenkarza, lecz wkrótce i ona wturuje artyście gładko przechodząc z utworu na utwór.
                                                                  
                                                                 *      *      *

Choć droga z Waikiki do Kapolei jest stosunkowo krótka, my pokonujemy ją z trudem, a gdy finalnie parkuję na podjeździe malowniczego domku szeregowego z wybielonego piaskowca, o miodowo- brązowej dachówce zwieńczającej urokliwy pejzaż i pozwalam kościom na odrobinę gimnastyki jęcząc w duchu gdy obie stopy zalewa nieprzyjemne mrowienie.
Przedzierając się przez schludny podjazd odczuwam zdenerwowanie. Wyczuwa je także Sky, a jej dłoń odnajduje moje palce i zaciska się nań subtelnie. Wymieniamy spojrzenia, Dzielimy uśmiechy,  w końcu znajduję w sobie odwagę by, stawić czoła przeszłości przed którą uciekłem.

We wnętrzu domostwa rozlega się dzwonek, a chwilę po nim drzwi frontowe otwierają się, smukłą postać wymija wnet rozpędzony pies, który w mig doskakuje do furtki radośnie nas obszczekując. Drobna szatynka przechyla głowę i mruży oczy próbując rozpoznać w nas znajomych, lecz w końcu wita się z nami kulturalnie i zawolawszy imię mojego ojca wychodzi na podwórze przed domem. Nim dociera do furtki gdzieś z głębi domu wyłania się także ojciec.
Spoglądam na niego pobieżnie, takie spojrzenie powoli wchodzi mi w nawyk...
Jego twarz zmienia się diametralnie, ostra szczęka jakby łagodnieje, pospiesznie odgarnia niesforny hebanowy lok opadający na czoło i uśmiechając się w niedowierzaniu prędkim krokiem dołącza do naszej trójki.

- Dzień dobry.

Wita nas ciepło niewysoka kobieta, kolejno podając nam dłoń. I kiedy ona wita równie radosną życzliwością Skylar, ja postępuję krok ku ojcu.

- Bruno... tak długo cię nie widziałem, synu!

Wita mnie radośnie, a ja mimowlnie odwzajemniam jego uśmiech. Powielam go, bowiem patrząc na jego twarz widzę to co dostrzegam i w sobie.

- Cześć...tato...

Mruczę, czując się nagle niebywale niezręcznie.

- Nie spodziewałbym się, że... ty... tutaj...

Mówi mężczyzna i przez moment jego oczy szklą się dyskretnie lecz zaciera ów dowód wzruszenia i zastępuje go kolejnym szerokim uśmiechem. Wyciąga rękę i poklepuje czule moje ramię by, następnie kulturalnie ucałować dłoń brązowookiej. W zamian za imię mojej towarzyszki ojciec przedstawia nam swoją wybrankę, a obejmując ją przelotnie zaprasza nas do środka, z góry zastrzegając iż nie wypuszczą nas bez uroczystej, w tym jakże podniosłym dniu kolacji.

Zanim przekraczamy próg domu nastolatka dotyka mojego ramienia. Zatrzymuję się na moment i patrzę w jej oczy.

- Nie potrafię...

Szepczę splatając nasze palce, a ona uśmiecha się łagodnie i gładząc kciukiem wierzch mojej dłoni, mówi:

- To twój ojciec Bruno. Teraz albo nigdy. Nie znajdziesz już lepszego momentu, z czasem będzie coraz trudniej...

Kiwam głową w roztargnieniu i zanim rozplatam uścisk pochylam się lekko całując czule jej ciepły policzek,  pragnąc przekazać bez słów jak ogromnie jestem jej wdzięczny za to że jest tu ze mną.
(...)

 Patrząc w jego oczy zaczynam się zastanawiać nad przewrotnością życia.
Oto ja, Skylar Grey- córka marnotrawna, z ojca marnotrawnego, nakłaniam najczystszą w uczuciach osobę, którą dotychczas poznałam do rozmowy z człowiekiem, do którego i ja jako obca dziewczyna stojąca z boku, gdzieś poza całym obrazem, odczuwam żal.
Przechodzimy przez próg razem, lecz on zdaje się być daleko i kiedy ja po omacku docieram do serca domu- kuchni i obdarzam gospodynię serdecznym uśmiechem, wdając się przy tym w niezobowiązującą rozmowę brązowooki podąża do jednego z niewielkich pokojów, w którym skrył się starszy z Hernandezów, zamykając za sobą drzwi.
(...)

Zamykając za sobą drzwi napotykam jego wzrok.
Siedzi w eleganckim, skórzanym fotelu i popijając niespiesznie słodkawy likier popatruje na mnie z konsternacją.
Odwzajemniam to spojrzenie i przez krótki moment dotyka mnie wrażenie, że on już wie.
Przejrzał mnie na wylot, teraz czeka już tylko na oblężenie.
Lecz ja zachowuję spokój, a przemierzając pokój kilkoma długimi krokami zasiadam w fotelu na przeciwko niego.
Wymuszam na nim wzrokiem by, popatrzył w moje oczy. Nie jestem jednak pewien czego oczekuję po tym spojrzeniu.
Skruchy?
Rozżalenia?

- Dlaczego?

Pytam, lecz mój głos z trudem przebija się przez ciszę.- Dlaczego odszedłeś wtedy kiedy potrzebowała cię najbardziej? Kiedy... oni wszyscy potrzebowali ciebie...Dlaczego?

- Peter, posłuchaj...

Zaczyna lecz i jego głos zostaje wnet pokonany. Czuję się słaby. Słaby widząc pustkę jaką sobą prezentuje. A ów niebyt poszerza się jeszcze gdy zdaję sobie sprawę iż ja łączę się z nim w owej pustce.- Kochałem twoją matkę...Kocham Bernie, ale...czasami w życiu nadchodzą takie chwile, które decydują o tym czy dwoje ludzi zostanie ze sobą, czy też ich drogi się rozejdą... Choroba Bernie...była zwieńczeniem wszelkich nieszczęść jakie wtedy na nas spadły, matka i ja nie umieliśmy się dogadać po tym jak przepadłeś gdzieś w Nowym Jorku... A potem to, ta diagnoza...

- Więc obwiniasz za to mnie?

Pytam kąśliwie choć w głębi duszy pragnę go zrozumieć.

- Nie, oczywiście że nie! Nigdy bym tak nie pomyślał, wiem jak bardzo cierpiałeś przez tamtą dziewczynę...

Milknie na moment, zastanawiając się przez moment.

- Nicole.

Podsuwam cicho, a jego oczy rozświetlają się przelotnie.

- Tak, właśnie. Nicole.

- To nie ma związku z tym o co pytam!

Warczę nagle, czując jak wraz z powietrzem wyzbywam się także wszelkich pokładów cierpliwości.

- Nie unoś się.

Prosi łagodnie lecz już go nie słucham.

- Zostawiłeś ją! Zostawiłeś ją wtedy kiedy powinieneś był wspierać! Pamiętasz jeszcze słowa przysięgi? "Póki śmierć nas nierozłączy". Póki pieprzona śmierć was nie rozłączy... I gdzie byłeś?! Gdzie byłeś gdy ciebie potrzebowała? Pomyślałeś o tym chociaż? A co z Tiarą?! To jeszce dzieciak! Potrzebuje ojca, pomyślałeś o swoich dzieciach czy może miałeś inne priorytety?!

Naskakuję nań nienawistnie, a wtedy z jego ust padają słowa których spodziewałbym się po wszystkich członkach swojej rodziny, lecz nie po nim.

- Nie masz prawa mnie osądzać synu.

Mówi spokojnie, a w mojej głowie słowa te rozbrzmiewają wnet głosem Tiary...- Sam nie byłeś lepszy, uciekłeś, wyjechałeś. Zostawiając nas...

- Gdybym tylko wiedział nigdy bym nie wyjechał.

Bronię się nieporadnie choć nawet dla mnie samego wytłumaczenie to jest niczym milczenie. Niczym jego brak.

- Ale nie wiedziałeś, żadne z nas wtedy nie było świadome tego z czym przyjdzie nam się zmierzyć...

- Nam? Jak śmiesz mówić "nam" w sytuacji w której zostawiłeś ją z tym sam?!

- Bruno, postaraj się chociaż stanąć na moim miejscu...

- Nie.

Przerywam mu oschle, po czym podrywam się z miejsca. Ojciec podąża w moje ślady i jeszcze nim moja dłoń opada na mosiężną klamk jego uścisk oplata moje ramię.

- Nie skończyłem z tobą rozmawiać.

Oznajmia twardo, jak wtedy kiedy pierwszy raz przyłapał mnie na paleniu papierosa w przydomowym garażu. Czuję niemy wymóg jaki nakłada na moje spojrzenie, lecz nie chcę patrzeć mu w oczy. Nie chcę widzieć ani jego, ani jej.
Nie chcę być częścią jego nowego życia.
Nigdy więcej.

- Ale ja nie chcę już rozmawiać. Nie potrzebuję już niczego więcej. Nie od ciebie.

Ucinam ostro, a wtedy on składa na moim policzku odcisk palców swej prawej dłoni.

- Nie pozwalaj sobie.

Na te słowa spoglądam mu w oczy, najgłębiej jak tylko potrafię, kładę obie dłonie na barkach i wzdychając cicho, stwierdzam

- Nie pisz do niej, tato. Nie dzsoń...

- Ale...

Zaczyna, jak gdyby w zakłopotaniu lecz przerywam mu stanowczo.

- Dokonałeś już wyboru, w porządku. Teraz pozwól im stanąć na nogi. Poradzimy sobie, choćbym miał stracić na to wszystkie noce swojego życia. Poradzimy sobie. A ty...żyj życiem, które wybrałeś. I daj jej...

- Daniele...

Dopowiada na prędce, co przyjmuję jedynie delikatnym skinieniem głowy.

- Podaruj Daniele wszytko to na co zasługuje, w końcu to dla niej się zmieniłeś.

Szepczę, a spuszczając wzrok hamuję złość wzbierającą na nowo w żyłach.

- Do usłyszenia, tato.

Mówię dosadnie, a posyłając mu ostatnie chłodne spojrzenie opuszczam pomieszczenie by, następnie dziękując Daniele za gościnność i zażekając się jakoby owe spotkanie było najmilszym co dziś mnie spotkało żegnam ją kulturalnie, bowiem i ona na to zasługuje.

- A kolacja?

Pyta nieśmiało, w głębokiej konsternacji, lecz wtedy ojciec obejmuje ją delikatnie, nie tłumaczy nic lecz szepcze coś niezrozumiale, w oczach kobiety prześwituje wnet smutek, kiwa dobrodusznie i jeszcze nim zamykamy za sobą furtkę dziękuje nam za spotkanie po czym znika gdzieś w sieni, a na ganku zostaje tylko on.
Zadumany, z neutralnym wyrazem oczu...

                                                                 *      *      *

 Nie czuję głodu gdy kilka godzin później zasiadamy w roześmianym, rodzinnym gronie do kolacji, nie czuję pełnego współczucia spojrzenia Skylar choć podświadomie wiem w jaki sposób poparuje w moją twarz.
Nie wdaję się w rozmowę.
Nie komentuję niemoralnych żartów Tiary i nie jestem w stanie wlączyć się w błahą dyskusję o tłumach turystów przez których Presley nie wie w co włożyć ręce.
Kiedy posiłek dobiega końca niewiele myśląc pomagam w sprzątaniu stołu, po czym zarzucam na ramiona bluzę i wychodzę za próg, w nikomu nie znanym kierunku.

Krocząc niestrudzenie przemierzam kolejno kilka malowniczych dzielnic miasta by, w końcu zatrzymać się na brzegu spokojnego oceanu, a pozwalając powoli stygnącej wodzie obmywać moje kostki zatopić spojrzenie w rozżarzonym ostatnimi blaskami Heliosa horyzoncie.
Moje myśli dryfują, a kiedy z trudem zgarniam je w jednym miejscu wysuwa się z natłoku poranne zwątpienie, czy warto było?
Czy warto było usłyszeć wszystkie te słowa prawdy z ust ojca?

Mijają kolejne minuty w bezbrzeżnym milczeniu i w końcu nie jestem już pewien czy szum jaki napływa do moich uszu dochodzi z zewnątrz czy też z wnętrza.

- Bruno?

Słyszę jak gdyby z oddali słodki głos brunetki. Nie odwracam się jednak.
Czekam w niecierpliwości gdy drepcze pospiesznie po jeszcze ciepłym piasku, czekam też wtedy gdy jej gorący oddech owiewa moją szyję by, w końcu nie umiejąc już dłużej znieść czekania zagarnąć ją ramieniem jak najbliżej swego ciała i zatopić się na moment w słodyczy jej warg. Nie protestuje, nieśmiało oddając pocałunek, a wtedy zatracam świadomość swych poczynań.

Niczym w transie delikatnie kładę ją na piasku i upajam się jej dotykiem gdy delikatne opuszki suną niespeisznie po rozgrzanym karku.
I może gdybym wówczas się opanował. Opamiętał. Powstrzymał...

- Stop!

Szepcze brunetka wprost w moje usta gdy niespiesznie rozpinam guzik jej jeansowych spodenek. Niewiele rozumiejąc porzucam owe zmagania i powracam do jej ciepłych policzków.
Jakież jest moje przerażenie gdy odkrywam iż chłód jakim zaszły sygnowany jest przez łzy.
Otwieram szerzej oczy pragnąc ujrzeć ją dokładnie w łunie umierającego dnia, lecz ona wije się w rozpaczy, odpycha moje ciało i kiedy ja wstaję z kolan, ona przemierza biegiem piaszczyste połacie.

Doganiam ją w ostatnim momencie, tuż przed tym gdy ma zamiar zniknąć mi z oczu. Łapię jej nadgarstki, a gdy odwraca twarz widzę spustoszenie w jej kawowych źrenicach.

- Zostaw mnie!

Krzyczy prosto w moją twarz...

- Sky, przepraszam... Ja...sam nie wiem co we mnie wstąpiło...

- Zostaw.

Warczy przerażona, a wyswobodziwszy dłoń z mojego uścisku podąża przed siebie w nadziei na schron.
Ruszam jej śladem, nie zwalniając kroku nawet wtedy gdy dociera do mnie waga mojego przewinienia, gdy przychodzi świadomość...
Gdy uderza we mnie myśl iż przerażona nastolatka ucieka przed tym w kim dotychczas widziała schronienie przed najgorszym, a co finalnie okazało się również przynosić zgubę...
Przede mną.
______________


czwartek, 20 lipca 2017

29. Inverted theatre...


       Na każde dziesięć łez opuszczających kącik prawego oka przypada zaledwie pięć, zawieruszonych gdzieś pod lewym i gdy zaczynam się zastanawiać nad przyczyną tej niezgodności dochodzi do mnie iż przyczyna jest znacznie łatwiejsza aniżeli mogłabym podejrzewać.
Oto u mojego boku, po mojej lewej stronie, delikatnie uczepiona ramienia, w niejako matczynym uścisku drga nieznacznie, zatroskana postać niewysokiej kobiety.
Bernie.

- Czasami dobrze jest pozbyć się wspomnień...przedzielić je na pół, jesteśmy tylko ludźmi, a to przez co przeszłaś...Sky...to nie twoja wina...

Szepcze, gładząc przy tym mój szkarłatny policzek.
Trwam więc w niebycie, zawieszona gdzieś między wspomnieniami, słowami kobiety i delikatnym dotykiem nadającym tej chwili przytłumione światło nadziei na rychłą zmianę...- I w żadnym wypadku nie powinnaś się tym obarczać. To zabrzmi szorstko, jestem tego świadoma, ale...Czasu nie zdołasz cofnąć, nie znajdziesz także siły by, wymazać przeszłość... Lecz z czasem zapragniesz tego czego nie może dać ci żaden inny człowiek na ziemi, zapragniesz wrócić do matki, zobaczyć ją choć przez chwilę, usłyszeć jej głos, lub po prostu odetchnąć tym samym powietrzem.

- Nie było jej kiedy ojciec zmuszał mnie do...

Stwierdzam oschle, lecz urywam nagle, nie umiejąc wyrzucić z siebie tych słów.
 Bernie wzdycha ciężko i przez moment widzę tę sytuację tak jak gdybym stała na uboczu i przyglądała się scence w której nie biorę udziału.
Oto niemal nieznajoma kobieta stara się wzbudzić w rozżalonej nad sobą i własnym losem nastolatce empatię w stosunku do tych, których ta niegdyś odrzuciła. I wnet zaczynam się zastanawiać czy moje rozżalenie jest tu na miejscu.
Może winnam już zapomnieć?
Jakby nie patrzeć, minął już drugi rok, a życie toczy się dalej.

- Nie było jej, ale gdyby wiedziała na pewno by, zareagowała. Pomyśl o waszym ostatnim spotkaniu, Sky... Jaka wtedy była?

Na te słowa przełykam ciężko i nim udzielam odpowiedzi zastawiam się przez moment,  czy cała rodzina o nazwisku Hernandez posiada tak piorunujące umiejętności zaglądania ludziom w duszę, a kiedy dochodzę do wniosku iż jest to wysoce prawdopodne, rodzi się we mnie potrzeba lepszego kamuflarzu.
Jeszcze później dostrzegam zatroskane spojrzenie brunetki i uzmysławiam sobie że jej pytanie wciąż pozostaje bez odpowiedzi. Zbieram się więc na odwagę i wspominam matczyną twarz, wtedy w jednym z nowojorskich szpitali...

Wspomnienie

Pokój zalewa wnet łagodne, miodowe światło, a moim oczom ukazują się delikatne rysy matczynej twarzy. Nie jestem pewna kiedy zaczynam płakać lecz zaraz po tym pospiesznie ukrywam twarz w poduszce.
Niczym mała, obrażona dziewczynka.

- Kochanie...

Szepcze mama, siadając delikatnie na krańcu łóżka gładząc moje włosy tak delikatnie jak gdyby obawiała się że sprawia mi tym ból.
I byłabym skłonna przysiąc iż nie pomyliła się w swych obawach,  bowiem to co dla skóry przyjemne niczym podmuch letniego wiatru, rozdzierało teraz moje serce,  gorsze było od wszelkiego cierpienia fizycznego jakiego doznałam w trakcie tych dwóch, koszmarnych lat.

- Skylar, córeczko...

Wypowiada moje imię, wypowiada je tak jak zdarzało jej się to wtedy kiedy miałam zaledwie kilka lat i przybiegałam do niej z płaczem,  z wszelakich, jakże błachych na tle tego dzisiejszego, powodów.

- Gdzie byłaś?

Szepczę, a jej dłoń wnet zastyga bez ruchu gdzieś na wysokości mojego karku.

- Gdzie byłaś przez te wszystkie lata, mamo?

Koniec wspomnienia

Przez zamknięte oczy dostrzegam ból zalewający jej spojrzenie, miłość przytłumioną rozłąką i żal.
Wiele jest w niej emocji, lecz tę jedną wychwytuję odrazu.
Żal.
Tak bezbrzeżny i głęboki, zamknięty w krótkim spojrzeniu.

- Była zdruzgotana.

Szepczę, a mój głos zanika bezpowrotnie i przez moment nie mam nawet pewności czy aby na pewno jego poszlaka dotarła do ucha pani Hernandez.- Nie płakała, w zasadzie nie mówiła zbyt wiele, próbowała ze mną rozmawiać, ale dawno już zatraciłyśmy kontakt. Była milcząca, kiedy ja wylewałam swoje żale, a potem...- wnet mój głos się załamuje i nie umiem wypowiedzieć już nic, nie umiem też powstrzymać łez, które teraz niczym strumień przelewają się przez nadszarpnięte krańce tamy przeciwpowodzowej, którą skrupulatnie odnawiałam i zalewają policzki obfitymi ilościami płynnego kryształu.
Czuję się niezręcznie, a kobieca dłoń na moim policzku niczego nie ułatwia.

- Przepraszam kochanie... Nie powinnam była... Oh, co ja sobie myśłałam?... Wybacz Skylar...

Łaja się kobieta, po czym podrywa się z miejsca i jeszcze zanim o nie proszę, podstawia pod mój nos kwadratowe pudełko wypchane po brzegi delikatną bielą chusteczek.
Wyciągam więc pojedyńczo kwartet śnieżnych prostokątów, dokładnie osuszam oczy i nos, po czym wbijam zamglone wstydem spojrzenie w radosny nadruk na owym pudełku i mimowolnie poczynam zliczać hasające po nim kudłate, kuliste owieczki.
Kuchnię zalewa cisza, którą przerywam tak nagle iż sama jestem sobą zaskoczona.

- Jeszcze raz przepraszam.

Szepczę, po czym wolnym ruchem wstaję zza eleganckiego stołu i ruszam w kierunku otwartej klatki schodowej, a zatroskany wzrok kobiety depcze mi po piętach...
(...)

- On.. Odszedł.

Mówi cicho, wpatrzona  niezmiennie w odległy punkt gdzieś ponad horyzontem.

- I mówisz o tym tak spokojnie?!

Oburzam się nagle, a Tiara odskakuje wnet w przerażeniiu.

- A powinnam płakać? Dość już łez wylałam. To była jego decyzja.

- Mogłaś go zatrzymać.

Syczę jadowicie, nie zważając nawet na nieodpowiedni ton jaki wnet  przybrała konwersacja.

-  Zatrzymać?! Co ty chrzanisz?! Ojciec jest dorosły, ma swój rozum i sam za siebie decyduje. Nie miałam prawa uziemić go w tym bagnie!

- Więc nazywasz chorobę matki bagnem?

Pytam chłodno, lecz zapominam wówczas z kim rozmawiam, a odpowiedź mrozi mi krew i każdą aortę, która pompowała dotychczas rubinową ciecz do czeluści rozognionego serca

- Bruno, spójrzmy prawdzie w oczy, nie było cię. Nie było cię przy nas przez dwa lata. Nie odzywałeś się, nie pisałeś i nade wszystko, zajmowałeś tylko sobą, nie obchodziło cię to co działo się w domu, nie wiedziałeś nawet jak bardzo potrzebowała cię wtedy mama. Nie było cię wtedy więc i teraz powinieneś spuścić z tonu. Nie masz prawa pojawiać się tutaj tak nagle i żądać by, wszystko było takie jakim to pozostawiłeś.

Jej gniew uderza we mnie z taką siłą, iż przez moment nie jestem pewien czy wciąż oddycham, czy może jednak wstrzymuję oddech. Zapada milczenie, które niespodziewanie przerywają jej łzy.
Przez krótki moment nie jestem w stanie wprawić w ruch choćby paliczka. Umiem tylko patrzeć.    W milczeniu, może rozpaczy...

- Przepraszam...- łka niemrawo, a ja nie myśląc wiele biorę ją w ramiona i oddychając miarowo przeczesuję palcami puszyste pukle jej włosów.- ...nie powinnam była tak na ciebie naskakiwać.Nie miałam do tego prawa... przepraszam...

Krzyk gwałtownie zamiera, stłumiony przez szept, milknie i otoczenie.

- Tiara, siostrzyczko...

Mamroczę gardłowo, choć wiem jak ogromną nienawiścią napawały dziewczynę niegdyś złośliwie zdrabniane zwroty.- Spójrz na mnie...
Proszę podpierając na palcach jej delikatny podbródek.- Nie było mnie wtedy, wiem zachowałem się egoistycznie, ale jestem tutaj. Jestem z wami i zrobię wszystko co w mojej mocy by, było lepiej, rozumiesz?

- A co później?

Pyta tonem wyzutym z wszelkiego zaufania. Zmienność jej nastrojów przytłacza mnie. Przytłacza mnie do tego stopnia iż wkrótce na powrót milknę, pozwalając jej przelać na mnie kolejne gorzkie słowa.:

- Pozwól, że ja powiem ci co będzie później... Ty i ona wrócicie do Nowego Jorku, życie potoczy się dalej, a ja wezmę kolejny etat by było nas stać na kolejne leczenie. Przyjedziesz może za dwa lata, albo na jej pogrzeb. Uściskamy się we łzach, pomodlimy, złożymy wieńce i rozejdziemy, tak to działa. Każdy z nas zacznie nowe życie. Tego chcesz?!

- Przestań!

Krzyczę, gwałtownie gubiąc resztki dotychczasowej cierpliwości.- Przestań robić ze mnie syna marnotrawnego! Dobrze wiesz, że gdybym tylko mógł wróciłbym szybciej, ale nie chciałem. Nie chciałem ponownie upaść na samo dno! Wiesz przecież ile znaczyła dla mnie Nicole...

Warczę oschle, a wtedy ona wyrywa się z moich ramion i poczyna okładać moją klatkę i brzuch drobnymi kuksańcami.

- Ty egoistyczna świnio! Ty cholerny, egoistyczny debilu! Stawiasz jakąś idiotkę ponad własną rodzinę?! Ponad własną matkę?!

Nim zdąży wymierzyć kolejne uderzenie chwytam jej nadgarski i popycham ją na plecy niemal całkowicie blokując jej kończyny.

- Uspokój się dziewczyno... Maltretowanie mnie w zapłacie za błędy jakie popełniłem w minionych latach nie przywróci mamie zdrowia.

Stwierdzam, już łagodniej, bowiem niespodziewanie przychodzi mi na myśl ewentualne wyjście z tej sytuacji. Tiara najwyraźniej zauważa zmianę w mojej dotychczasowej postawie i sama zamienia ofensywę na zabarwioną krytycznym nastawieniem ciekawość. Nie lubuję się w przemowach gdy ona zieje tak dalekim od standardowej, siostrzanej ciekawości nastawieniem, lecz na ten moment uznaję że lepsza taka uwaga aniżeli ignorancja.

- Nie byłbym w stanie wrócić tu na stałe, moje życie toczy się tam, w Nowym Jorku, nie znaczy to jednak że chcę uciec od potrzeby podania mamie pomocnej dłoni. Będę was wspierał, w każdym, możliwym tego słowa znaczeniu...

- Mama wspominała że nie sypiasz na pieniądzach więc, nie sądzę byś...

Wcina się nagle, lecz przerywam jej gwałtownie.

- Podejmę drugą pracę.

- Jakim sposobem? Przecież sama praca w barze pochłania twoje życie niemal w dziewięćdziesięciu pięciu procentach!

- W takim razie pozostaje jeszcze około czterech procent na pracę dorywczą.

Stwierdzam żarliwie lecz iskra w moich oczach zbyt słaba jest by, rozpalić iskierkę nadziei w oczach Tiary.

- Mama nie zgodzi się byś zacharowywał się dla niej...

- Mama się nie dowie. Zanim wyjedziemy podasz mi numer swojego konta, a ja będę wpłacał na nie co miesiąc możliwie jak najwyższą sumę. Będziemy też w kontakcie, będę dzwonił do was regularnie  Zaufaj mi Tiara, wszystko się zmieni, na lepsze... Tylko pozwól mi spróbować...

Mówiąc to szukam w jej oczach choćby cienia niedzei bo, na iskierkę przestałem już liczyć. Najmniejszej drobiny poparcia...
W końcu i ona się przełamuje.

- W porządku. Spróbujmy...

Oznajmia niemrawo po czym spogląda w stronę domu, podnosi się, otrzepuje i wraca wzrokiem ku mojej osobie.

- Powinniśmy już wracać.

Dodaje po chwili, a skinąwszy głową podążam w ślad za nią.

                                                             *      *      *

 Przeczesując opuszkami biały piasek, nakreślam w głowie obraz człowieka, którego niegdyś nazwałbym ojcem... Słońce chyli się powoli ku zachodowi, a wspomnień niezmiennie ubywa, aż w końcu nieporadnie splatam ze sobą te pozostałe i z goryczą stwierdzam iż jest ich zbyt mało by, złożyć zeń kompletny wizerunek, a i cierpliwości nagle braknie. Toteż pozostaję z niekompletną repliką, dziurawą i bez głębszego wyrazu.
Potem objawia mi się , ów człowiek, lecz w świetle bieżących wydarzeń i on blaknie, gubiąc gdzieś wszelkie ludzkie zalety.
Bo, jak nazwać człowiekiem, haniebnego tchórza, uciekiniera, którego kiedyś za sprawą jego własnej, nieprzymuszonej woli mianowano mężem?
Małżonkiem, w zdrowiu i w chorobie,
w bogactwie i w biedzie.
A oto kiedy nadeszły bieda i choroba, ten stchórzył...
Jak nazwać ojca, który po latach pozostawia swe dzieci ginąc bez wieści i zdźbła chęci do odratowania kontaktu?

Trwając niezmiennie w otchłani tychże przemyśleń odcinam się od rzeczywistości i dopiero delikatny uścisk jaki na moim ramieniu składają smukłe palce brunetki prowadzi mnie na powrót do innej czeluści.
Czeluści dnia dzisiejszego.

- Chcę się z nim zobaczyć, Sky.

Wyznaję cicho, gdy dziewczyna sadowi się nieopodal i popatruje troskliwie na moje równie zatroskane lico.

- Bruno...

Zaczyna nastolatka ujmując moje palce w swoje kruche paliczki.- To nie jest dobry moment...Twoja mama, ona cię teraz potrzebuje. Potrzebuje cię teraz u swojego boku, rozumiesz? Jestem pewna, że jeszcze będziesz miał czas by, spotkać się ze swoim ojcem...

Słysząc to przerywam jej cicho.

- Będziemy, Sky. Będziemy.

Poprawiam ją, odwzajemniając jej spojrzenie i nim orientuję się w sytuacji, jej delikatne usta dotykają moich ust.
Ten krótki pocałunek jest jak powiew wiatru, jak muśnięcie zefirkiem, niemal niewyczuwalny lecz mnie o mało nie powala na łopatki.

- Nie jesteś w tym sam, Bruno.

Szepcze brązowooka, kilka milimetrów nad moją twarzą lecz nim nadążam z utrwaleniem w pamięci smaku jej warg poprzez ostatnie muśnięcie ona odsuwa się, nieuchwytna. Bliska i daleka zarazem.

Mimowolnie powracam więc do wpatrywania się w gasnące niespiesznie, żegnane ognistymi barwami grzywiastych fal Słońce, obejmując ramieniem pokryte gęsią skorką, szczupłe ramiona nastolatki. Ona natomiast wtula się we mnie, nie odrywając wzroku od przybrzeżnego piasku, co rusz obmywanego przez powoli słabnące fale.
Oboje dryfujemy, lecz nie na jednej łodzi.
Na dwóch oddzielnych tratwach,
po dwóch innych akwenach myśli i kiedy tak patrzę na nią rodzi się we mnie determinacja.
Nowe pokłady sił i zapału i zdaję sobie sprawę z własnego zaparcia:
znajdę ojca, choćbym miał szukać po całej wyspie i innych, pobliskich lądach.

Znajdę go, choćby tylko po to by, stanąć z nim twarzą w twarz i zapytać.
Zapytać i zrozumieć.
Zrozumieć dlaczego...
_______________________

Miesiąc...
Miesiąc nieobecności, ale jednak jestem.
Wciąż żyję, wciąż tworzę.
A tak oto za nami kolejny już rozdział.

Następny...
Ukaże się ZNACZNIE szybciej.
<3