poniedziałek, 19 czerwca 2017

28. Tears in heaven...

  
    Skupiam wzrok na nieśmiało wychylającym się zza chmur konturze wyspy i gdy patrzę na nią przez podwójne, plastikowe okienko, kołującego samolotu wydaje się niewiele większa od plamy na granatowym obrusie oceanu. Zamykam ją więc w dłoniach jak gdyby owe fikcyjne zniewolenie mogło zaoferować stabilniejszy grunt pod nogami, w momencie, w którym zasmakuję życia na ziemi nieznanej...

- Wciąż nie wiem gdzie tkwi złoty środek, który dostrzegasz w zabieraniu mnie... w nieznane.

Mruczę, popatrując kątem oka na budzącego się powoli Mulata.

- Wciąż dokładam wszelkich starań byś zrozumiała, że szczęście nie zawsze leży w tym co proste i zrozumiałe.

Odpowiada szeptem, a kiedy spoglądam w jego oczy nagle zalewa mnie chęć poznania tego co przyniesie mi czas.
Nie chcę przewidywać nieprzewidywalnego.
Pragnę żyć z dnia na dzień.
Tak jak nie przyszło mi żyć jeszcze nigdy...

I gdy przemierzam rozległe płyty lotniska, u boku brązowookego po raz pierwszy od dłuższego czasu dotyka mnie delikatna bryza, a ów bryza przyprawia mi skrzydła, które jednak zwijam, potulnie czekając na bardziej pomyślne wiatry.
(...)

Przemykając przez szklane drzwi z okazałym napisem "Przyloty" zaciągam się głęboko rześkim, porannym powietrzem.
Honolulu.
Mój dom.
Moja pierwsza miłość.
Moje największe przekleństwo...

Odkąd płuca smakowały delikatnego zasolenia w tutejszym powietrzu  minęły już dwa lata.
Dwa lata, siedemset trzydzieści dni.

Przecież to ogrom czasu, a jednak krocząc w porannym Słońcu, tym samym,  szerokim chodnikiem oplatającym gmach portu lotniczego wszystko zdaje się być takie jakim to pozostawiłem.
I kiedy maszerujemy tak, ramię w ramię, nagle narasta we mnie nadzieja, którą pogrzebałem w sobie przed tygodniami, dokładnie w dniu jej wypadku.

Jeśli można nauczyć człowieka widzącego innego spojrzenia na świat, pragnę być tym, który przywróci Skylar wzrok.

Jeśli możliwym jest nauczenie tego który słyszy, nauczyć słuchania dźwięków niemal niemożliwych do wychwycenia, stanę na wysokości zadania.

A jeśli miłość, można zaszczepić w kimś tak jak chip, na stałe by, nigdy już nie umknęła,  zaszczepię Skylar chip, własnymi rękoma...
Pływając gdzieś w odmętach przemyśleń nie słyszę dokładnie wołania gdy dobiega nas po raz pierwszy, lecz gdy czyjeś delikatne, smukłe palce zaślepiają moje oczy, a nozdrza wychwytują rześki powiew damskich perfum odwracam się gwałtownie i niewiele myśląc zamykam w ramionach długowłosą szatynkę.
- Bruno!

Krzyczy Tiara wprost do mojego ucha.- Tyle lat! Gdzie się szlajałeś?
Pyta półżartem, a potem jej ton się zmienia...- Tyle się zmieniło...od kiedy wyjechałeś.

Przełykam ciężko. Znam ten ton i doskonale wiem iż nie wróży on nic dobrego...
Lecz nim pytam o przyczynę, zjawia się Eric wraz z Jamie i nie ma już mowy, o dyskretnej rozmowie.

- No proszę! Kogo moje oczy widzą? Czyżby to Peter Gene Hernandez?

Jego głos dudni w moich uszach niczym dzwon na wieży, zaraz po ów głosie moje plecy smakują dobitnej oznaki braterskich uczuć w postaci soczystego klepnięcia w zdrętwiałe po długim locie plecy. A potem wszystko milknie.
Cztery pary oczu wpatrują się w brunetkę, ta natomiast zdaje się kulić pod rażeniem ów spojrzeń.

- To jest Skylar. Sky, to moje...rodzeństwo: Eric, Tiara oraz dziewczyna Eric'a, Jamie.

Na te słowa speszona dotychczas nastolatka ożywia się nieco, a komitet powitalny kolejno bierze ją w ramiona i waham się przez moment, czy nie przyjmują jej cieplej aniżeli przyjęli mnie.
Porzucam jednak te analizy, bowiem wraz z wycofaniem się Hernandezów, wycofuje się i ona. Niczym przerażone zwierzę, brązowooka zdaje się kulić ogon i przywierać silniej do mego boku. Zauważam to ja, widzi to także Eric, który odbiera to jakoby znak. Milczące ponaglenie, po którym cała nasza gromada przedziera się przez zaludnione połacie hali i parking, a następnie przy akompaniamencie radosnego trajkotania Tiary rusza w stronę miejsca, w którym pokładam nadzieje na przytulny kąt i to wszystko z czego los uszczknął dziewczynie drobinki szczęścia, w tej najprostszej postaci...
(...)

Pierwszym co rzuca mi się w oczy zaraz po przekroczeniu progu domostwa państwa Hernandez z niejasnych dla mnie przyczyn stają się drzwi.
Masywne, drewniane.
Z delikatnym akcentem pozłacanej, starannie wypolerowanej klamki. Na pozór,  zbyt ciężkie w przekroju uroczej willi, a jednak definiujące bezpieczeństwo mieszkańców tego domu.

Wtedy też myślę, o tym co nazwałabym domem.
Takim prawdziwym, do którego spieszno byłoby mi wracać. Mój wyimaginowany "dom idealny" miałby dokładnie  takie drzwi, żeby rodzinne ciepło i atmosfera odwzajemnionego uczucia nigdy nie wychynęła zeń przez szparę między podłogą. Byłby to domek w stylu skandynawskim, ze spadzistym dachem; ozdobnymi okiennicami wykonanymi z drewna i wiśniowymi zasłonami pyszniącymi się po obu stronach okazałych okien, przez które co rano, złociste Słońce zlizywałoby z blatów, pościeli, krzeseł i podłogi pojedyncze okruszki nocy.
Jeszcze przez moment stoję tak bez ruchu, w holu obcego domu, podziwiam i cegiełka po cegiełce buduję w myślach ten swój, a z niezmierzonych odchłani marzeń wyrywa mnie dopiero radosny, kobiecy głos, gdzieś na wysokości położonej nieopodal kuchni.

- Bruno?! Synu! Synku, to naprawdę ty?! Mój ty Boże... Tyle lat...Tyle lat czekałam na ten moment...

Wykrzykuje brunetka w euforycznym zaskoczeniu,  następnie oplata szyję chłopaka wtulając się w jego obojczyk, a po karmelowej skórze policzka spływa niespiesznie, kwartet słodkich w ów radosnym uniesieniu łez. Spoglądam więc na Bruna, a mimowolny uśmiech spływa na moje usta wraz z jego łzą, przemierzającą niestrudzenie rysy, zaciśniętej szczęki Mulata.

Potem kobieta szepcze coś jeszcze, mówi jednak zbyt cicho, a słowa skierowane są wyłącznie do potomka, odwracam więc wzrok nie chcąc naruszać dyskrecji tej konwersacji...

Wszystko zamiera na moment, jak gdyby ów słowa miały siłę by, zatrzymać czas i życie, na długi, długi moment...
(...)

*ścieżka dźwiękowa*

- Mamo, proszę... Powiedz że to nie prawda. To musi być pomyłka...

Szepczę, topiąc we łzach pozłacany brąz jej tęczówek.

- Przykro mi kochanie...

Odpowiada, jakby bez emocji...
Ów brak godzi we mnie niczym włucznia, pragnę wnet paść na kolana i prosić ją wraz z całym zastępem aniołów by, wszystko to było pomyłką, głupim żartem... Lecz i jej oczy wkrótce zachodzą mgiełką i choć otacza nas wianek rodziny, dzielimy łzy na nas dwoje.

- Przepraszam... Przepraszam, za to co zrobiłem, że tak zniknąłem...Że nie było mnie wtedy kiedy byłem potrzebny.

Łkam w jej ramię, jak za czasów gdy największym problemem była przebita przez sąsiada piłka, w odwecie za definiowanie jego płotu bramką do gry w piłkę nożną.
Wszystko to teraz zdaje się płowieć i maleć, do rozmiarów błahostki...

- To nie twoja wina...

Mruczy kobieta, a drżenie w jej głosie uświadamia mi, z jakim trudem przychodzi jej przepuszczenie tej informacji przez gardło.
Wtulam się w nią raz jeszcze nie chcąc przydawać jej bólu, po czym wychodzę, nie umiejąc już dłużej wytrzymać ciężaru jaki z hukiem spadł na moje ramiona...
(...)

Czuję się przytłoczona.
Przytłoczona wszystkim tym co widziały moje oczy, a w czym nie brałam udziału... Nie jestem pewna co tak naprawdę się stało, wiem tylko że po tych kilku słowach jakie kobieta skierowała do syna, ten wyszedł szybko z pomieszczenia, a w ślad za nim pomknęła szatynka...

Nie wiedząc gdzie winnam skupić swe spojrzenie, zatapiam je w pochylonej nad niskim parapetem postaci brunetki. Ona natomiast, jak gdyby czując moje spojrzenie odwraca się niespiesznie by następnie stopić nasze tęczówki w jedno.

- Zostań...

Szepcze jeszcze zanim zadaję to pytanie.- Zostań i powiedz mi coś o tej pięknej dziewczynie, którą mój syn przywiódł do domu...

Mówi łagodnie, po czym obdarza mnie uśmiechem tak ciepłym iż moje serce zdaje się wrzeć w jego temperaturze.

Nie wiem dokładnie co skłania mnie ku temu, nie myślę o tym aż nadto.
I nim kobieta postępuje w stronę blatu, nim zadaje jedno z kulturalnych pytań, którymi raczy gościa każdy uprzejmy gospodarz podchodzę do niej od tyłu i delikatnie ściskam jej ramię.
Wzdryga się delikatnie, po czym odwraca głowę i uśmiecha się,  uśmiechem wolnym, ufnym  gdy posyłam jej przeciągłe, przepraszające spojrzenie.

-  Mam nadzieję że pijasz czasami kawę?

Pyta ostrożnie, a kiedy potakuję bezgłośnie oddycha jakby z ulgą.- Rozgość się w salonie, niedługo do ciebie dołączę.

To mówiąc uśmiecha się szerzej i spogląda wymownie na bulgoczący cichutko ekspres do kawy.
(...)

Idąc niespiesznie kamienistą dróżką prowadzącą niegdyś do skrytego na samym końcu ogrodu szałasu z niewypowiedzianym rozżaleniem  rozkopuję wszelkie kamienie zastępujące mi drogę.
Nie wiem co dokładnie czuję.
Nie wiem czy to przepełnienie emocjami, czy też ich brak.
Wiem tylko że z serca sączy się rubinowa krew, by następnie zebrać się pod powiekami w postaci płynnego kryształu.

Straciłem tyle czasu...
Tyle cennego czasu, który mogłem podarować jej...

Nie jest mi jednak dane przemyśleć wszystko w samotnym milczeniu, bowiem moje ramię pokrywa wnet rozdygotana ręka młodszej siostry...

- Ucieczka nie pomoże mamie, Bruno...

Szepcze, a po moim ciele przebiega kolejno kilka ostrych dreszczy.
Zabawne, zabawne jest słuchanie własnych słów z innych ust...

- Nie uciekam...chcę... chcę tylko się z tym oswoić...

Mówię szczerze, po czym klękam w niewielkim zagłębieniu garstki spruchniałych gałązek, które przed laty nazywaliśmy szałasem.
Tiara siada po mojej prawej stronie i wtulając się we mnie tak, jak zwykła to robić gdy słowa przychodziły jej z trudem, zapatruje się w rozżarzoną kulę Słońca migoczącą wysoko nad taflą oceanu.

- Gdzie w tym wszystkim jest ojciec?

Pytam nagle, a ów pytanie zawisa w powietrzu, kiedy dziewczyna wbija we mnie spojrzenie, z którego nie umiem wyczytać zupełnie nic...
____________________________________

Czas to jednak największy przeciwnik tego bloga.
Zbliżają się wakacje, a ja mam tyle na głowie, że nie wiem co ze sobą zrobić i cierpi na tym blog.

Przepraszam za moją słabą organizację, kochani...
Obiecuję, że rozdziały będą pojawiały się częściej z początkiem lipca...
A tym czasem....
Co wy na to?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz