sobota, 3 czerwca 2017

27.Perfect imperfection...


 Nie patrzę na nią, wystarczy że czuję jej obecność.
Nie dotykam jej, choć pragnienie zamknięcia jej drobnego ciała w obręczy ramion nie ustaje.
Nie rozmawiam z nią choć usta aż pęcznieją od wszystkich słów, które powinna usłyszeć.

I choć siedzimy obok siebie ona wciąż jest tak daleko...

- Czy... czy ktoś cię kiedyś skrzywdził?

Pytam w końcu gdy myśli stają się zbyt głośne i czuję jak fala jej spojrzenia zalewa mój prawy profil.
Spoglądam więc ku niej w nadziei na jakikolwiek kontakt wzrokowy, lecz ona odwraca wzrok. Przełykam ciężko.
Chcę by, na mnie patrzyła, chcę by, choć raz mnie dostrzegła.

- Czy ktoś wyrządził ci krzywdę, Sky?

Powtarzam,lecz pozostaje milcząca.
Znów, milcząca.

- Skylar, proszę...

Szepczę, dotykając delikatnej skóry jej dłoni, a wtedy ona po raz pierwszy od czasu rozpoczęcia naszej wędrówki spogląda mi w oczy.
Nie umiem rozczytać słów skrytych za jej przymrużonymi powiekami, nie mam na to czasu, ani nawet pozwolenia bowiem gdy tylko przysuwam się do niej, ta gwałtownie podnosi się z krawężnika i nim nadążam z reakcją mój policzek smakuje jej prawego sierpowego.

- Nie powinno cię to obchodzić!

Warczy, a zarzucając na głowę ten sam obszerny kaptur jasnej bluzy, którą miała na sobie kiedy po raz pierwszy dane mi było usłyszeć jej głos wsuwa między wargi papierosa i zapalając go ostatnim tchnieniem podstarzałej zapalniczki, zaciąga się łapczywie.
Doskonale zdaje sobie sprawę z tego że ma mnie w garści,
wie też że na nią patrzę i może dlatego tak perfidnie unika mojego wzroku....
Nie godzę się na to, toteż nim siwa smuga dymu po raz kolejny opuszcza jej malinowe usta podrywam się z miejsca, chwytam ją mocno w pasie po czym obracam ku sobie.

- Kim dla ciebie jestem, Skylar?

Pytam, bezwiednie odbierając brunetce możność ruchu.
To jednak nie powstrzymuje jej przed milczeniem.
Albowiem nawet z największą siłą fizyczną nie zdołam otworzyć jej ust. Wiem to doskonale.
Aż za dobrze.
A jednak nie daję jej możliwości ruchu.
Chcę choć przez chwilę być w centrum jej spojrzenia. Pragnę uszczknąć choćby najmniejszy odsetek jej uwagi...

- Zostaw mnie.

Syczy, usilnie starając się odepchnąć moje ręce.

- Kim?

Naciskam, a wtedy ona ponownie otacza mnie spojrzeniem.

- Czego ode mnie oczekujesz, Bruno? Co chciałbyś usłyszeć?

- Prawdę, Sky. Jeśli faktycznie znaczę dla ciebie tyle co nic, w porządku. Odejdę, jeśli tylko tego zechcesz, ale jeśli...

Przerywam, zaciskając usta, a kiedy zdolność mowy znów odnajduje drogę do zaciśniętej krtani dodaję:...jeśli znaczę dla ciebie...jeśli znaczę choć trochę więcej niż powietrze...zostanę i zrobię wszystko byś była szczęśliwa.

Szepczę, a potem nastaje cisza w której to zbieram w sobie siły na stawienie czoła prawdzie.
Nie mam sumienia odwrócić wzroku od jej drobnej twarzyczki, lecz czuję jak przez palce upływają kolejne sekundy, gonione przez minuty,
czuję jak powietrze zaostrza się, zwiastując kolejną chłodną noc,aż w końcu pojmuję słowa których ona nie wypowiada.
Spuszczam głowę pozwalając głębokiemu westchnieniu na opuszczenie moich warg.
Dlaczego tak ślepo wierzyłem że to pytanie może mieć inną odpowiedź?

- Rozumiem.

Szepczę, usilnie starając się powstrzymać nieznośne drżenie w jakie wpada teraz mój głos.
Patrzę jej w oczy, patrzę w nie po raz ostatni.
Dwa rozżarzone węgle.
Morze czekolady.
Morze w którym nurzać się nie będzie mi dane...
A potem się odwracam.
I odchodzę.
Bezceremonialnie.
Dokładnie tak, jak ona, bezceremonialnie rozmyła wszystko to w co tak tępo wierzyłem...
(...)

 Przełykam z trudem, nie wiedząc co dokładnie powinnam teraz zrobić.
Nie chcę by, odszedł, nie chcę także by, poznał prawdę.
Nie pragnę niczego poza ciszą i  niemym pocieszeniem, lecz słowa niczym potok wylewają się wnet z moich ust. Jeszcze zanim nadążam je wyważyć.

- Ty nic nie rozumiesz!
Nie wiesz jak to jest kiedy własny ojciec, twój ideał, twój bohater, twój pieprzony numer jeden na ziemii pewnego dnia zaczyna traktować cię jak tanią szmatę!
Nie wyobrażasz sobie nawet jak bardzo jest to poniżające...

Krzyczę, lecz z każdym słowem mój głos słabnie.
Słabnie stopniowo by, w końcu zapaść się gdzieś w niezmierzonych odmętach krtani.
Pragnę mówić dalej.
Nagle chcę by, wiedział o wszystkim.: Ale co ty możesz wiedzieć?

Patrzę jak zastyga.
Jak napina łopatki.
Przymykam oczy i staram się oddychać, byle głęboko...

- Co ja mogę wiedzieć?

Odzywa się chrapliwie, a jego głos dociera do mnie jak gdyby zza zamkniętych drzwi.
Jest słaby i przytłumiony...
Lecz odnajduję w nim coś znajomego.- Zdziwiłabyś się Skylar. Dużo już widziałem. Moje życie to nie telenowela, to nie film. I wiesz, ja też chciałbym czasami wykrzyczeć swoje żale, ale tego nie robię.
Chciałbym klnąć na czym świat stoi.
Palić szlugi by, wypalić wstyd.
I topić smutki w litrach alkoholu.
Ale tego nie robię. Nie robię tego bo, jestem inny.
Jestem cierpliwy Sky. Ale też czuję ból.
Staram się być dla ciebie oparciem bo, właśnie o oparcie woła twoje spojrzenie.
Chcę być dla ciebie wszystkim czego tylko potrzebujesz by, osiągnąć szczęście i nie wymagam od ciebie byś czuła to samo.
Proszę tylko o jedno, ale ty mnie odrzucasz i...

Milknie, gaśnie tak nagle jak wcześniej wybuchł, wlewając we mnie obawę.
Przełykam raz jeszcze, zmuszam się do kilku kroków w przód i odchrząknąwszy słabo, szepczę.:

- Nie chcę byś odchodził.

Po raz pierwszy w życiu tak rozpaczliwie pragnę zobaczyć w jego oczach to uczucie, które deklarował mi niespełna dwa miesiące wcześniej, a które wówczas tak stanowczo od nas odepchnęłam.
Ale głębiny jego spojrzenia nie ujawniają niczego poza bezbrzeżną konsternacją.
On natomiast zaciska jedynie szczękę jak gdyby obawiał się przed tym co wypłynie z jego ust gdy tylko pozwoli słowom na ujrzenie światła dziennego.
(...)

Czuję się zagubiony.
Jak gdybym był dmuchawcem, który wcześniej zdmuchnęła w niezbadane prądy porywistego wiatru, a które teraz zbiera gdzieś z grząskiej gleby, w którą wpadły nie cały kwadrans temu.

- Zostań, proszę.

Szepcze ponownie w obawie że wypowiedziane wcześniej słowa jeszcze do mnie nie dotarły.
I po krótkiej analizie zdaję sobie sprawę z słuszności tychże obaw.

Nie dotarły.

Pragnę coś powiedzieć.
Dodać jej otuchy, zapewnić o swojej obecności.
Lecz zasób słów jest zbyt ubogi, dlatego milczę i zdobywam się jedynie na przygarnięcie jej do piersi, w którą wtula się nieporadnie.
Żadne z nas się nie odzywa toteż znów nadciaga niezbadana cisza..
Lecz ten brak słów jest inny niż wszystkie poprzednie, jest przepełniony emocją, nie tylko tą  jej lecz także moją, a oba te odczucia stanowią jedność.
W końcu brunetka, najwyraźniej  udręczona moim niemym towarzystwem zadziera głowę delikatnie ku górze, nasze tęczówki zlewają się niczym dwa rodzaje kawy, a rosnącą temperaturę powietrza uśmierza jej głos.

- Nie wiem jak mam ci okazać to co czuję, nie wiem też czy umiem jeszcze kochać tak jak ty byś tego chciał...

Mrużę oczy by, następnie posłać jej delikatny uśmiech i zatamować każde słowo, które pragnie wypowiedzieć.

- Nie mam określonych wymagań.
Zapewniam, ujmując jej chłodne policzki w dłonie i dotykając czołem jej czoła...-  Chcę tylko byś pozwoliła mi ciebie kochać. Nieważne jak...
Urywam nie widząc potrzeby rozwijania tej myśli i kiedy ona rozchyla wargi chcąc dodać jeszcze słowo zatapiam się w nich, zapraszając jej język do niespiesznego, upstrzonego zmysłowością tańca.
Nie protestuje, choć odstępuje na krok jak gdyby w zaskoczeniu.

- Powiesz mi w końcu gdzie mnie porywasz?

Zaprzeczam delikatnym skinieniem głowy po czym pociągam ją za rękę i ruszam przed siebie.

                                                                                       *      *      *

 Kiedy finalnie docieramy na jedno z nowojorskich lotnisk, spoglądam na nią przelotnie.
Odkrywam iż wydaje się teraz jeszcze bardziej kruchą i przestraszoną istotą, aniżeli leżąc na wpół przytomna na szpitalnym łóżku.
Zaciskam palce na jej smukłych paliczkach, a wtedy niepokój, który w niej buzuje odlewa i mnie.

Lecz to na co się porywam dociera do mnie dopiero po przejściu przez niekończącą się odprawę.

Waham się.

Nagle cały ten "plan idealny" traci swe iskierki, a ja poczyniam rozważania nad słusznością odwrotu.
Patrzę w jej oczy, spoglądam na nikły uśmiech rozświetlający jej usta, aż w końcu docieram do jej palców, splątanych z moimi i odkrywam że ten uścisk się zmienił.
Nie ma już prośby o powrót w bezpieczne zakamarki Brooklynu, jest tylko chęć poznania czegoś nowego.
Chęć poznania tego czegoś, we dwoje.
Uśmiecham się do siebie czując jak wiara w lepsze jutro powoli wraca do życia. Pragnę wziąść ją na ręce i zawirować z nią tak, jak ona nieprzerwanie zawirowuje moim światem, powstrzymuje mnie jedynie nasze położenie.
__________________________

Oto on, okropny rozdział dwudziesty siódmy...
Przepraszam Was za takie beznadziejne wypociny, obiecuję że następne rozdziały będą lepsze. Znacznie lepsze. 

Pozdrawiam i życzę jak najlepszysz średnich na koniec roku!
(Nie mam pojęcia kiedy kończycie, więc życzę za wczasu.)
<3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz