środa, 5 kwietnia 2017

26. Taking the long way home...


Proponowany podkład muzyczny:

1. Opening soundtrack
2. Middle soundtrack
3. Final soundtrack
__________________________

 - Zamknij oczy...
Proszę gdy kilka dni później delikatne ciało dziewczyny wpada bezwiednie w moje ramiona.
- Nie mogę.
Szepcze nastolatka, a obejmując jej ramiona czuję jak zaczyna drżec.
- Proszę... Zrób to dla mnie.
- Boję się.
- Czego?

Ona jednak pozostaje niema.

- Czego się boisz, Sky?
Szepczę, zagarniając niesforny, hebanowy kosmyk zbłąkany gdzieś na jej chłodnym policzku.
Czuję jak jej oddech się splyca, rozluźniam więc uścisk w obawie o sprawienie jej bólu.

- Boję się, że kiedy znów je otworzę ciebie nie będzie. Że on wciąż tu jest. Że to wszystko wróci.

Wnet obraca się gwałtownie, a w jej ciemnych oczach tańczy przerażenie.- Boję się jego towarzystwa, nawet nie wiesz jak na mnie patrzył...

- Sky...

Szepczę starając się ją uspokoić.

- Nie zrozumiesz... Nikt z was tego nie rozumie.  A on wróci. On kłamał, Wcale nie miał na myśli przeprosin...

Kontynuuje brunetka, a ja w oniemiałym przerażeniu przyglądam się jej ciemnym źrenicom.

- Jego już tu niema, Skylar. Twój ojciec wczoraj w nocy wrócił do Puerto Rico wraz z twoją matką, rozumiesz? Jesteś bezpieczna, jestem tu tylko ja.
Szepczę wprost do jej ucha i ze zdumieniem zauważam jak jej ciało ponownie się napręża.

- Skąd mogę mieć  pewność że ty nie chcesz tego czego chciał on?

Pyta, w amoku odstępując ode mnie o krok.
To pytanie rzuca mnie na kolana.
Kolejno przychodzi złość, żal, aż w końcu zostaje już tylko  rozpacz.

- Ja...
Szepczę lecz słowa zastygają w gardle.
Co powinienem teraz powiedzieć?
Co zrobić?

Nie chcę zadać jej bólu kolejnymi słowami,
nie chcę wlać w jej oczy kolejnej dawki strachu.
Nie mówię więc nic, jedynie spoglądam głęboko w te piwne oczy.- To kwestia zaufania, Sky...

Nie reaguje od razu, ale kiedy już odpowiada pragnę by, powrócił ówczesny strach przed nieznanym i zamienił się miejscami z pustką, nadchodzącą zaraz po poznaniu bolesnej prawdy.

- Jak mogę ci ufać skoro niemal się nie znamy?

Pyta, a po moim ciele przebiega ostry dreszcz.
Zastygam w bezruchu kiedy ona pędzona wewnętrznym rozdygotaniem cofa się do ściany, jak gdyby oczekiwała iż chłodne mury wchłoną ją całą tym samym  zabierając  z zamglonego pola mojego widzenia.

- Znasz mnie, Sky. Znasz mnie lepiej niż ktokolwiek inny na tym świecie.

Szepczę, choć pragnę krzyku.- Powiedziałem ci o sobie wszystko, jak na spowiedzi, jestem zawsze gdy tylko tego potrzebujesz, jestem kiedy płaczesz, gdy kipisz złością, gdy cierpisz, spijam twoje smutki jak gdyby byly moimi wlasnymi. Podzieliłem z tobą najbardziej bolesne wspomnienia,wiesz o mnie to co powininem zachować dla siebie, a mimo to mówisz, że jestem dla ciebie obcy, nie rozumiem tego Sky...
Dlaczego?

- Powinieneś już iść, Peter.

Szepcze nagle, jak gdyby moje słowa nigdy nie przecięły powietrza.
Chcę zaprzeczyć.
Chcę się postawić.
Chcę wyjść naprzeciw tej bezuczuciowej masce za którą się skrywa.
Chcę zapytać dlaczego.
Chcę przyswoić, pojąć i zrozumieć.

Nie chcę by, zaszczycała mnie ostrymi półsłówkami, chcę stoczyć z nią batalię na bogate w litery wyrazy.
Nie chcę szeptu,
chcę rozmowy soczystej w natłoku uczuć.
Chcę krzyku,
szczerej kłótni,
słów chłodniejszych niż najczystszy lód, ale nie milczenia.
Nie pragnę milczenia, bowiem zdaje się być tym z czego zbudowany jest mur, którym odgradza się o świata, odcina mnie od siebie.

Ale ona milczy.
Jej spojrzenie nagle staje się chlodne, obce, a wtedy rozumiem.
Z boleścią pojmuję iż przegrałem.
Przegrałem nierozpoczęty bój, bowiem ona nie zmieni zdania, nie zechce spojrzeć na świat moimi oczami nawet wtedy gdy zaoferuję jej cały świat, wraz z niebem i niezmierzonymi galaktykami.
Pozostanie głucha na moje słowa i kiedy ów prawda wdziera się pomiędzy szczelne zbroje umysłu czuję rezygnację tak bezbrzeżną iż obawiam się czy aby na pewno zdołam się w niej nurzać bez ryzyka utonięcia.

Nie znajduję w sobie jednak nadto siły.
Nie chcę jej także szukać.
Chcę oślepnąć.
Chcę ogłuchnąć.
Chcę być taki jak ona.
Nieczuły.

Ale nie umiem hamować tego co gra w moim sercu, w każdym zakamarku mnie, kiedy ona jest blisko, kiedy jest tak blisko.
Więc wychodzę
.
Odwracam się na pięcie i choć wszystko we mnie krzyczy bym nie ustawał w walce o nią,
o nas, ja po prostu kapituluję...

                                                                 *      *      *

  Siadając na krańcu jednej z ukrytych gdzieś w głębi parku ławek biorę w ramiona zapomnianą dotychczas gitarę,  a moje palce mimowolnie przywierają do naprężonych strun instrumentu. Przymykam oczy w obliczu delikatnej barwy jej dźwięku i upajam się tą krótką chwilą milczenia.
Nie jestem pewien kiedy moje usta pozwalają słowom rozżalenia ujrzeć światło dzienne, lecz nie hamuję ich...


- Łatwo przyszło, łatwo poszło
Tak właśnie żyjesz, oh
Brać, brać, brać wszystko,
Ale nigdy nie dajesz
Powinienem był wiedzieć,
że jesteś problemem od pierwszego pocałunku
Miałaś oczy szeroko otwarte,
Czemu były otwarte?

 Dałem ci wszystko, co miałem, a ty wyrzuciłaś to do śmieci,
Wyrzuciłaś to do śmieci, tak zrobiłaś
Abyś dała mi całą swoją miłość to wszystko, o co prosiłem,
Bo to czego nie rozumiesz to, że...

Przerywam na moment zastanawiajac się nad tym do czego faktycznie byłbym zdolny aby tylko jej ulżyć, by zobaczyć uśmiech na jej słodkich usteczkach...

-...Złapałbym granat dla ciebie
Dałbym sobie uciąć rękę dla ciebie
Skoczyłbym prosto pod pociąg dla ciebie
Wiesz, że zrobiłbym wszystko dla ciebie 
Wytrzymałbym cały ten ból
Pozwoliłbym przestrzelić sobie głowę
Tak, umarłbym za ciebie skarbie,
Ale ty nie zrobisz tego samego

I nim nadążam ją zahamować emocja wznosi mój głos o kolejne oktawy, a wraz ze słowami umyka ból.
Choć jest go tak wiele...

- Nie, nie, nie, nie
Czarny, czarny, i posiniaczony, bij mnie aż zdrętwieję.
Pozdrów diabła ode mnie, gdy wrócisz tam skąd przyszłaś.
Szalona kobieta, zła kobieta,
Taka właśnie jesteś
Uśmiechniesz się do mnie,
a potem wyrwiesz hamulce mi z auta

Dałem ci wszystko, co miałem, a ty wyrzuciłaś to do śmieci,
Wyrzuciłaś to do śmieci, tak właśnie zrobiłaś
Abyś dała mi całą swoją miłość to wszystko, o co prosiłem,
Bo to czego nie rozumiesz to, że

Złapałbym granat dla ciebie
Dałbym sobie uciąć rękę dla ciebie
Skoczyłbym prosto pod pociąg dla ciebie
Wiesz, że zrobiłbym wszystko dla ciebie 
Wytrzymałbym cały ten ból
Dałbym przestrzelić sobie głowę
Tak,umarlbym za ciebie, kochanie
Ale ty nie zrobisz tego samego

Jeślibym płonął
oh, przyglądałabyś się, jak spłonałbym w płomieniach

 Ale ukochana, nadal złapię granat dla ciebie

Powtarzam niemal szeptem bo, nie umiem krzyczeć słowami prawdy...

 Dałbym sobie uciąć rękę dla ciebie
Skoczyłbym prosto pod pociąg, dla ciebie dziewczyno
Wiesz, że zrobiłbym wszystko dla ciebie  Oh, oh
Wytrzymałbym cały ten ból
Dałbym przestrzelić sobie głowę
Tak, umarłbym za ciebie skarbie,
Ale ty nie zrobisz tego samego...

Kończąc ostatni akord zatapiam spojrzenie w rozognionym niebie późnego popołudnia i pozwalam pustce na powrót zagościć w sercu.
Nie wiem czy czułem już kiedyś tak nie fizyczną boleść, a jeśli tak to byłbym skłonny pożałować sam siebie.
I żałuję.
Żałuję że po tym wszystkim co starałem się jej ofiarować Skylar, moja niewinna, krucha Sky potraktowała mnie jak...śmiecia, jak wroga.
Jak obcego.

I to przeraża mnie najbardziej.
Jej wzrok.
Jej strach.
Jej popłoch.

Kogo we mnie widziała?

Nie byłem pewien czy naprawdę chcę poznać odpowiedź,
nie wiedziałem także jak zniosę kolejny potok raniących słów.
Wiedziałem jednak że chcę być jej biski.
Chcę by, mnie poznała,
wnet zapragnąłem wykrwawić się przed nią ze wszystkich sekretów,
opowiedzieć jej swoje życie jak bajkę, której może nawet nie zechce usłyszeć.

                                                                *      *      *

 Nie jestem pewien ile czasu upływa zanim ospale podnoszę się z ławki i z trudem stawiając kolejne kroki niespiesznie ruszam ku wąskiej uliczce prowadzącej do domu w którym mieszkam, lecz wiem że Słońce kończy już swoją wędrówkę.
Wiem że wraz z nim kończy się także coś co zapoczątkowała we mnie Sky.

Nadzieja?
Możliwe...

Wnet czuję delikatne wibracje.
Drżę.
Nie chcę teraz towarzystwa innych ludzi.
Nie chcę ich słuchać, w końcu pragnę być ogłuszony sobą, a mimo to sięgam do kieszeni.
Spoglądam na wyświetlacz, a moje oczy zachodzą tą nieprzyjemną mgłą.

I nagle wiem gdzie pragnę teraz być.
Postanawiam wrócić...

Wchodzę więc do domu, jak zawsze cichych, czterech ścian.
Pakuję część dopiero co wypranych i uprasowanych ubrań po czym wychodzę, zamykając za sobą drzwi.
Wychodzę by, za progiem stanąć oniemiały.

Jej oczy poczerniały.
Jej twarz jeszcze wyszczuplała.
Lecz wciąż jest piękna.

Długo podążam rysami jej twarzy, dlatego dopiero teraz zauważam jej wyciągniętą dłoń.
Nie chwytam jej jednak od razu.
Nie obejmuję palcami i nie muskam szarmancko bo, mój wzrok nazbyt głęboko wsiąka w te dwa, krótkie słowa.

"Uratuj mnie"

Krzyczy pisana czarnym wkładem długopisu prośba.
Waham się.
Toczę krótki bój.
Po czym chwytam ją za rękę, splatam nasze palce i podążam przed siebie.
Razem, podążamy w długą drogę, której kres ustanowi miejsce,
które oboje nazwiemy domem...
_____________________________

Pierwsze i podstawowe pytanie, jak wrażenia?
Ku której stronie barykady się skłaniacie?
Czy Bruno zasłużył na wszystkie te słowa?

Podzielcie się Waszymi odczuciami i wracajcie niebawem na kolejną dawkę emocji!

Pozdrawiam cieplutko.
Ps.  Jak nastroje przed Wielkanocą?

<3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz