czwartek, 23 marca 2017

25. Au revoir hier...


   Pozostając w nieznacznym pohyle dokładnie pucuję szklaną powierzchnię jednego z licznych stolików, dochodzi osiemnasta i przy barze powoli mnoży się liczba amatorów spotkań towarzyskich. Kilka kobiet przygląda mi się z uwagą co rusz wymieniając mniej lub bardziej pochlebne spostrzeżenia, lecz nie zważam na to.
Moje myśli nieprzerwanie dryfują ku Skylar.
Minęły zaledwie dwa dni od kiedy trafiła do szpitala, a mimo to martwiła mnie niezmienność jej stanu. Za każdym razem gdy udawało mi się do niej zajrzeć drzemała lub bez słowa wpatrywała się w ścianę, a kiedy coś do niej mówiłem zdawała się nie słyszeć, sprawiała wrażenie jak gdyby unosiła się gdzieś wysoko, wysoko ponad tym co nas otaczało.

Naraz z zamyślenia wyrwała mnie przeszywająca moje kieszenie wibracja. Zdezorientowany uskoczyłem niezgrabnie w bok, a następnie pospiesznie pochwyciłem urządzenie,
Dzwoniący nie był znany, a numer na wyświetlaczu prezentował się w mojej głowie jako nieprzenikniona pustka. Mimo to rozpocząłem połaczenie, a przewiesiwszy szmatkę przez ramię dałem znak stojącemu za barem Kyle'owi iż wybieram się na zaplecze.

Ledwie zdążyłem przystawić aprat do ucha, a z głośnika niczym lawa buchnął chaotyczny potok słów.

- Peter? Musisz przyjechać do szpitala, byle szybko, Skylar zabarykadowała się w pokoju, a jeden człowiek z personelu powiadomił niedawno lekarza iż widział jak dziewczyna wynosi z pokoju lekarskiego jakieś ostre małe narzędzie, możliwie żyletkę Musisz tu przyjechać. Natychmiast...

Nie rozpoznaję głosu rozmówczyni lecz dokładnie rozumiem to o czym mówi. Na moje barki wstępuje ostry dreszcz, a gardło zaciska się w zdenerwowaniu.

- Niedługo tam będę.

Rzucam pospiesznie po czym kończę połączenie i popychając masywne drzwi wracam za bar.

- Muszę się wyrwać.

Mówię do Greka, a on spogląda na mnie niespokojnie.

- Chcesz zostawić mnie tu samego? Stary, jest piątek, zaraz zjawi się tu chmara pijusów, a ty mówisz mi że musisz się wyrwać?!

- Nate mnie zastąpi.

Podsuwam błagalnie, na co brunet zakłada ręce na kark i wzdycha nieporadnie.

- Igrasz z ogniem. Ostatnio bardzo często się urywasz, a dobrze wiesz jaki jest szef. Poza tym już raz miałeś z nim pogadankę.

Wzdycham nerwowo.

- Kyle, tym razem to sprawa życia i śmierci.

Szepczę z rozjuszonym drżeniem w głosie, przez co ten zaprzestaje przecierania pokali i przez moment dłuższy niż wieczność mierzy mnie badawczym spojrzeniem.

- A więc to ona dzwoniła?

- Tak. Nie. To znaczy...nie, nie ona, ale w jej sprawie.

- Bruno, powinieneś uważać na tę pannę,

Przewracam oczami w głębokim poirytowaniu.

- Kiedyś ci to wytłumaczę.

Obiecuję, z góry jednak wiedząc że taka chwila nie nastąpi. Kyle nie był dla mnie kimś zaufanym, był tylko znajomym z pracy.
Był typem faceta, który zamiast pięknych kobiet widział "dobre dupy", a każda jedna jeśli tylko miała długie włosy, nienaganną figurę i skąpe wdzianko, lub opięte dżinsy otrzymywała miano "niezłej panny".
Ja natomiast, może i byłem konserwatystą, zapyziałym nudziarzem, ale nie traktowałem dziewczyn, a tym bardziej kobiet w taki sposób.

W naszej rodzinie znaczącą pozycję odgrywała mama, to ona wpajała mi szacunek do płci przeciwnej ponadto ja i mój młodszy brat Eric wychowaliśmy się w domu pełnym wpływowych kobiet.

Posiadanie czterech sióstr zobowiązuje...

Narzucając na ramiona ciepłą, czarną kurtkę pospiesznie opuszczam lokal i ponownie wydobywam z kieszeni telefon. Odblokowuję go i w pośpiechu wyszukuję numer do przyjaciela.
Ku mojej bezbrzeżnej irytacji druga strona milczy.
Niczym wściekły ponawiam więc połączenie.
Wciąż na nowo.
I znowu.
I znowu.
I wciąż.
Aż finalnie do moich uszu dociera znurzony głos blondyna.

- Co się stało, Hernandez?

Burczy w słuchawkę, a ja dochodzę do mimowolnych wniosków iż niechcący wybudziłem go z drzemki.

- Nate, musisz mnie zmienić w barze.

Mówię spokojnie, choć w środku cały kipię ze zniecierpliwienia.
Chłopak nie odpowiada co dodatkowo wzmaga moje poirytowanie.- Słuchasz czy nie?
Warczę w słuchawkę, a potem nasłuchuję odzewu.

- Co znowu ci wypadło?

- Muszę być w szpitalu przy Dekalb Avenue. Teraz.

- To po drugiej stronie miasta!

Zauważa niebieskooki, a ja z trudem powstrzymuję się przed dodaniem uszczypliwego komentarza.

- Owszem, i tak się składa że potrzebuję wcześniej wspomnianego zastępstwa w barze. A więc zwracam się do ciebie, mój drogi przyjacielu, czy byłbyś tak dobry i wstąpił na moją szychtę?

Nate wzdycha głęboko po czym zapada niezręczna dla mnie cisza.

- W porządku.

Mruczy finalnie,a  ja czuję jak u mych ramion wyrasta para śnieżnobiałych skrzydeł .- W tym tygodniu wezmę twoją zmianę, ale w przyszłym to ty pracujesz za nas dwoje.

Mówi poważnie na co po moich wargach przemyka skromny uśmiech.

- Stoi.

Odpowiadam krótko, a po gorących podziękowaniach i zapewnieniach o przyszłej odpłacie za jego nieopisane dobro rozłączam się i z impetem ruszam na najbliższy postój taksówek.
(...)

 Nie liczę czasu bowiem niema on dla mnie znaczenia. W końcu...to tylko umowny pomiar, dla nas, ludzi.
Liczę tylko krople spływające w milczeniu po naciętych nadgarstkach.
I choć nie jest mi do śmiechu, uśmiecham się ponuro.

Z traumy się nie wyrasta...

Słyszę głos matki, prośby lekarza i ciche łkanie ojca.
Przywieram do drzwi.

- Powiedz chociaż że tego żałujesz, tato... Powiedz to!

Mówię dokładnie akcentując każde słowo i ponownie nacinam nadgarstek.
Krew zmienia kolor i wraz z jej żwawszym parciem na żyłę przed oczami pojawiają się mroczki.
Nie w pełni świadomie opieram się o chłodną ścianę.
Ciemnoczerwona ciecz pokrywa podłogę szkarłatem lecz nie budzi to we mnie emocji.

To jak stan nieważkości.
Jak gdyby twoje ciało nie było już dłużej twoją własnością.
A potem znów pozostaje tylko pustka.
I jedynym odstępstwem od reguły jest ulga, którą przynosi ów niebyt...
Chcę wykonać jeszcze jedno cięcie lecz palce odmawiają współpracy, a niewielka, srebrna żyletka upada i zataczając się nie zgrabnie wtula swój chłodny, srebrzysty policzek w gładkie płytki...
(...)

 Przełykając ciężko raz jeszcze agresywnie napieram na nieustępliwe drzwi.

- Jak długo już tam siedzi?

Rzucam przez ramię, a matka dziewczyny mruczy coś w odpowiedzi.

- Pół godziny, może trochę dłużej.

Odpowiada szpakowaty mężczyzna co przyjmuję tylko nieznacznym skinieniem głowy.
Nie jestem w stanie powiedzieć ile czasu zajmuje mi pokonanie przekluczonych drzwi, lecz gdy finalnie odpuszczają, niesiony siłą naporu wpadam do pomieszczenia i wyhamowuję dopiero w odległym kącie pomieszczenia.

Wtedy to dostrzegam ją.
Jest blada, a jej nugatowe oczy zioną przerażającą pustką.
Przełykam więc łzy, nie chcąc by, ujrzały światło dzienne i padam przed nią na kolana.

- Sky...

Szepczę nie wiedząc co dokładnie mógłbym teraz powiedzieć.
Lecz ona nawet na mnie nie patrzy.

- Sky, kochanie...

Ponawiam, a wtedy dzieje się coś czego nie przewiduję nawet w najgorszych podejrzeniach.

- Nie nazywaj mnie tak.

Szepcze i nim nadążąm z reakcją jej powieki opadają, a delikatne ciało wiotczeje.

- Sky!

Szepczę do jej ucha, delikatnie klepiąc jej policzek.
To jednak na nic się nie zdaje.
Zsuwam ją więc by, mogła oprzeć plecy na płytkach, a jej głowę kładę sobie na kolanach.
Jestem odrętwiały w narastającej rozpaczy, lecz nie wypuszczam jej z ramion.
W tym momencie to jedyne na co mnie stać.

- Mój Boże...

Gdzieś za plecami słyszę głos pani Grey, odwracam się więc w jej stronę.

- Powinna pani wyjść i zawołać lekarza.

Cedzę przez spierzchnięte wargi, a spoglądając oględnie na zaplamioną ciemnobrunatną cieczą podłogę, mówię:

- Byle szybko.

Ona kiwa tylko głową, a krótko po tym korytarz rozbrzmiewa wzburzonymi głosami lekarzy.

- Proszę delikatnie ją podnieść i ułożyć na wznak na noszch.

Rozkazuje roztropnie, przybrany w śnieżno-białe szaty lekarz,  a gdy wykonuję jego polecenie ten na prędce rusza przed siebie.
Żwawym krokiem podążąm jego śladem, aż do masywnych przeszklonych drzwi prowadzących na blok operacyjny.

- Nie może pan tutaj wejść.

Oznajmia przysadzista blondynka i nim wypieram zastygłe w krtani protesty zamyka za sobą wrota, a ja bezsilnie opadam na posadzkę przywierając czołem do kolan gdy dociera do mnie to co próbowała zrobić dziewczyna.

- Boże...

Charczę z przerażeniem, a łzy chłodzą rozgrzane policzki.
Nie chcę płakać bo, nie wiem czy mówiłem prawdę zapewniając nastolatkę iż łzy nie oznaczają słabości.
Nie wiem też czy płaczę przez to co się stało, przez pustkę w jej spojrzeniu,
z żalu,  czy może za nas oboje.

                                                                                      *      *      *

  Znajdując w sobie ostatki tego co nazywamy siłą unoszę się w końcu i wbijając dłonie w kieszenie dżinsów ruszam niespiesznie wzdłuż niekończącego się korytarza, kierując kroki ku skrytej w głębi gmachu kapliczce.
Kolejno mijam osnute ludzkim cierpieniem oddziały i niezliczone liczby pacjętów oraz odwiedzających, którzy są mi tak obcy.
Lecz łączy nas to miejsce.
Łączy nas cierpienie.

Gdy finalnie docieram do kapliczki rozglądam się oględnie.
Rzędy drewnianych ławek,
surowe, zatopione w bieli ściany i skromny ołtaż skrywają w sobie niepojęte ukojenie.
Są jak milczenie wśród tłumu rozszalałych myśli.
Są jak szept po burzliwej kłótni i słońce po długotrwałej ulewie.

Nie pamiętam kiedy ostatnio nawiedziłem mury kościoła, może jeszcze za dzieciaka.
Z resztą nigdy nie było mi po drodze...
Lecz teraz kiedy stałem u progu czułem skruchę...

Z trudem stawiając kolejne kroki finalnie docieram do jednej z najdalszych ławek i padam na kolana.

- Boże...

Szepczę niemrawo, a mój szept niesie się ciszym szmerem.

- Bądź dla niej wyrozumiały, ona jest dla mnie wszystkim, i nie wiem jak jeszcze mogę jej to okazać. Nie rozumiem jej Boże, nie rozumiem tej którą pokochałem ponad wszystko, a ogromnie bym tego chciał. Chciałbym spojrzeć jej w oczy i bez słowa podzielić jej smutki na nas dwoje, czy to tak wiele?
Dlaczego ucieka?
Co robię źle?!

Nie jestem pewien w którym momencie mój głos unosi się na wyżyny kolejnej oktawy lecz ten sam szloch zamiera w piersi gdy moje ramie ściskają czyjeś kościste palce.
 Wzdrygam się i odwracam wzrok.

- Daj jej czas synu, ona to widzi...

Szepcze głęboki, męski głos.
Spoglądam w oczy starszemu, przypruszonemu siwizną mężczyźnie w czarnej sutannie i mam ochotę zaprzeczyć jego słowom niczym rozkapryszony nastolatek.

- Dałem jej czas, dam tyle ile tylko zechce, ale wtedy ona odchodzi, a ja boję się że już jej nie znajdę. I kiedy tracę już nadzieję ona wraca by, przynieść ze sobą coś co mnie rujnuje. Nie mam jej tego za złe. Kocham ją i chcę ją wspierać, a ona odrzuca mnie jak gdybym był tylko zabawką, chusteczką higieniczną w którą roni łzy, a gdy ta przesiąka nimi cała ona odrzuca ją w kąt i odchodzi, a ja zostaję sam. Znowu sam, tylko ja i ten cholerny potok myśli.  Co robię źle?
Czego tak bardzo się boi?
Nie wymagam od niej zaufania, nie teraz, a tym bardziej miłości bo, na ten moment ta, którą darzę ją wystarczy nan nas dwoje.  Chcę tylko by, otworzyła oczy i spróbowaładostrzec we mnie kogoś kim chcę, kim się dla niej staję. Chcę by, patrząc mi w oczy widziała wsparcie nie wroga. Chcę nauczyć ją kochać, tak jak i ja zostałem nauczony.

- Pewne odpowiedzi zna tylko ona i tylko ona decyduje o tym co podzielicie na dwoje, a co pozostanie tylko jej. Bądź więc cierpliwy, ale nie wymagaj. Daj jej czas i wsparcie, a pewnego dnia ona otworzy oczy. Lecz nie odliczaj czasu jaki ona poświęci na uniesienie powiek.  Jeśli kochasz, nie staraj się zrozumieć.
Nie pouczaj jej, dawaj tylko nieznaczne wskazówki by, czuła twoje towarzystwo i nie zamykaj oczu na żaden z najmniejszych nawet znaków.

Patrz sercem,ono z natury widzi więcej niż zdradliwe ślepia,  a pewnego dnia rozum samoistnie pojmie to czego teraz nie rozumiesz.

Odpowiada zdawkowo kapłan, a ja czuję jak pod powiekami ponownie wzbierają łzy.
Chcę być cierpliwy, chcę znaleźć w sobie tyle cierpliwości by, wystarczyło na nas dwoje lecz nie wiem gdzie jej szukać.
Już nie.
 I wnet przychodzi ta jedna, okrutnie egoistyczna myśl.
Chcę się poddać.
Zostawić to wszystko za sobą.
Raz na zawsze.
________________

Witajcie!

Ogromnie przepraszam...:(
To nie miało tak być.

Rozdział niestety pojawia się dopiero teraz co jednak nie znavzy iż zapominam po prostu...
Dużo, bardzo dużo obowiązków.
Tak, wiem co myślicie.
Też mi wytłumaczenie.

Oświadczam jednak iż od teraz postaram się być bardziej systematyczna w publikowaniu rozdziałów. Ponieważ liczba odwiedzających HTL jest... zatrważająca...:(

Co do rozdziału, co wy byście zrobili na miejscu Bruna?

Następny rozdział już niebawem!
Podzielcie się swoimi opiniami i opowiadajcie co u was!
Pozdrawiam serdecznie!

<3