niedziela, 29 stycznia 2017

24. No one but you...


Poniższy rozdział dedykuję Pauli, dziękuję za Twoją wytrwałość!
<3
________

        Przez dłuższą chwilę skrupulatnie zliczam wąskie potoki skroplonej pary, niby na wyścigi ciągnące niestrudzenie ku krawędzi szerokiego okna. Czas zdaje się nie egzystować, a świat zblednąć jeszcze silniej aniżeli dnia poprzedniego.
Otacza mnie jak gdyby swoiste otumanienie, z którego nazbyt trudno jest się wyrwać, choć może najzwyczajniej w świecie, nie staram się wystarczająco zawzięcie...

- Peter?

Dochodzi do mnie przyciszony głos Cerise, na którego dźwięk automatycznie odwracam głowę w jej kierunku.

- Pomyślałam, że powinieneś się rozgrzać.

Mówi troskliwie po czym posuwistym ruchem wkłada mi w ręce papierowy kubek,  po brzegi wypełniony parującą kawą zbożową. Jeszcze przez kilka sekund patrzę na nią nic nie widzącymi oczyma po czym niespiesznie kiwam głową i powracam spojrzeniem ku szpitalnemu łóżku, na którego środku, pod osłoną przyćmionego światła niebieskiej żarówki ledowej drzemie ta, za której głosem wnet tak bardzo zatęskniłem.

- Jeśli chcesz, zamówię ci taksówkę, jest środek tygodnia, nie powinnaś...

Zaczynam niepewnie, bezustannie wpajając tęskne spojrzenie w półmrok sali, w której jawi się ukołysana nienaturalnym snem buzia dziewiętnastolatki.

- Wyganiasz mnie?!

Gromi mnie wnet pełen wyrzutu głos rudowłosej przez co po ciele pospiesznie przepływa gorący, nieprzyjemny prąd.
Raz jeszcze spoglądam w oczy mojej nieletniej towarzyszki po czym wzdycham przeciągle i przeczesuję palcami moje hebanowo czarne włosy.

- Nie wyganiam, po prostu roztrząsam wszelkie za i przeciw.

- Co do czego?

- Co do twojej bytności w szpitalu, Bóg jeden wie jak daleko od miejsca twojego zamieszkania.

- Ach, tak? Więc najpierw prosisz mnie o pomoc, potem nagabujesz na towarzystwo, a teraz tak po prostu proponujesz bym sobie poszła, bo nagle zaczęłam ci przeszkadzać, czyż nie?

Unosi się gwałtownie po czym staje na równe nogi i krzyżując ręce na piersi wbija we mnie chłodne spojrzenie swych szmaragdowych ślepiów.
Nasze spojrzenia się krzyżują.

- Więc pozwól, że w chwili obecnej opuszczę ten budynek byś nie musiał już więcej znosić mojego towarzystwa!

- Cerise, źle mnie zrozumiałaś.

Mówię łagodnie lecz ona ani myśli o przyjmowaniu jakichkolwiek wyjaśnień.

- Daruj sobie.

Warczy urażona po czym ze spuszczoną głową, pospiesznie przemierza korytarz by, w następnej chwili przenikając przez oszklone wrota prowadzące na oddział, zniknąć w roztaczającej się po szpitalnych płytkach, słabej łunie zimowego Słońca.

Waham się, lecz to uczucie trwa nazbyt krótko bym zdążył popaść w jakiekolwiek głębsze analizy. Raz jeszcze spoglądam wgłąb uśpionego mrokiem pomieszczenia po czym puszczam się biegiem w ślad za nastolatką.

                                                             *      *      *

 Jeszcze nim rozsuwane drzwi zamykają się na dobre chaotycznie omiatam spojrzeniem recepcję, a do moich uszu dochodzi wnet głos do złudzenia naśladujący w swej tonacji ten jakim włada dziewczyna, do której bije moje serce...

-  Aishia. Aishia Grey, a to mój mąż, Frederick Grey.

 Przedstawia się kulturalnie drobna brunetka, a stojący u jej boku szpakowaty dżentelmen skłania się wyrafinowanie w pas.- Dziś w nocy otrzymaliśmy wiadomość, iż w waszym szpitalu leży nasza córka, Skylar Grey, czy jest więc możliwość zobaczenia jej?

 Wyrzuciła z siebie z przejęciem, a na te słowa poczułem nieprzymnie chłodne ukłucie w okolicy żeber.
Było w nich coś w co szczerze wątpiłem, a energia jaką emanowali sprawiała iż  nie mogłem się do nich przekonać.

Tymczasem starsza kobieta zasiadająca na recepcji raz jeszcze przerzuciła wzrok z arkusza na parę podającą się za rodziców pacjentki, po czym westchnąwszy rozlegle wydała młodziutkiej pielęgniarce dyspozycję dotyczącą zaprowadzenia państwa Grey do sali, w której liczne medykamenty podtrzymywały Sky przy życiu.

Mimowolnie podążam więc ich śladem, dobrowolnie puszczając Cerise w niepamięć, bezwiednie zdradzając naszą przyjaźń, choć jeszcze chwilę temu poprzysiągłem sobie nigdy więcej jej nie ranić...
(...)

Unosząc jeszcze ciężkie od snu powieki jęczę cicho gdy moim ciałem wstrząsa nagła fala bólu. Nikt jednak nie widzi mojego cierpienia, nikt więc nie reaguje i kiedy ból odchodzi na powrót zostaję sama.

Przewracam się na prawy bok i dostrzegam ciemny zarys postaci, która teraz pospiesznie podchodzi do przyciemnionej szyby i choć nie umiem dostrzec dokładnych zarysów jego twarzy wnet zdaję sobie sprawę w kogo oczy spoglądam.

- Bruno...

Szepczę,  a przez myśl przebiega wnet ta jedna chwila...

...Wspomninie...

- Silne osoby nie upadają.

 Protestuję, mimowolnie dotykając palcami jego dłoni spoczywającej delikatnie na moim sercu.
 Kiedy tylko to wypowiadam na jego ustach wita słaby, smutny uśmiech, który jednak ukrywa przed moim spojrzeniem.

- Upadają, Sky.-
Częściej niż możesz sobie to wyobrazić. Ale zawsze się podnoszą i właśnie tam tkwi ich siła.

- A co jeśli i jej zabraknie?

Szepczę, a słysząc to pytanie brązowooki delikatnie obraca moją twarz ku sobie i muskając palcami szkarłatnej skóry na wychłodzonym policzku, szepcze.

- Wtedy jest ktoś kto stoi za ich plecami.

...Koniec wspomnienia...

Czuję jak wraz z tymi słowami moje oczy wypełniają łzy, zaciskam więc powieki nie chcąc by, mrok pochłonął moją rozpacz, nie chcąc by, naznaczyła ona biel poduszki, bowiem w późniejszych dniach zapewne zastygłaby na niej, zasypiała i budziła się wraz ze mną...

                                                           *      *       *

W niepwenym półśnie słyszę jak delikatne pchnięcie otwiera drzwi, a na posadzce rozlegają się ciche kroki. Gwałtownie otwieram oczy, podnoszę się i zapalam spoglądającą na mnie z eleganckiej, drewnianej szafki przy łóżku, lampkę.

Pokój zalewa wnet łagodne, miodowe światło, a moim oczom ukazują się delikatne rysy matczynej twarzy. Nie jestem pewna kiedy zaczynam płakać lecz zaraz po tym pospiesznie ukrywam twarz w poduszce.
Niczym mała, obrażona dziewczynka.

- Kochanie...

Szepcze mama, siadając delikatnie na krańcu łóżka gładząc moje włosy tak delikatnie jak gdyby obawiała się że sprawia mi tym ból.
I byłabym skłonna przysiąc iż nie pomyliła, się w swych obawach,  bowiem to co dla skóry przyjemne niczym podmuch letniego wiatru, rozdzierało teraz moje serce,  gorsze było od wszelkiego cierpienia fizycznego jakiego doznałam w trakcie tych dwóch, koszmarnych lat.

- Skylar, córeczko...

Wypowiada moje imię, wypowiada je tak jak zdarzało jej się to wtedy kiedy miałam zaledwie kilka lat i przybiegałam do niej z płaczem,  z wszelakich, jakże błachych na tle tego dzisiejszego, powodów.

- Gdzie byłaś?

Szepczę, a jej dłoń wnet zastyga bez ruchu gdzieś na wysokości mojego karku.

- Gdzie byłaś przez te wszystkie lata, mamo?

Powtarzam, zbierając się na odwagę by, spojrzeć jej w oczy.

- Słońce...o czym... o czym ty mówisz?

Pyta z cicha, a  na jej twarzy znajduję paletę przerażenia i wżerającego się we mnie boleśnie smutku.

- O tych wszystkich latach, kiedy cię nie było.
O tych wszystkich latach kiedy ojciec tak bardzo cię okłamywał, o czasie, w którym tak bardzo ciebie potrzebowałam.
O czasie, w którym ty byłaś zbyt zaślepiona by, dostrzec to co dzieje się pod twoim własnym dachem.

- Sky...

Odzywa się wnet ojciec, lecz gromię go tylko spojrzeniem.

- Nie odzywaj się.

- Kochanie...

- Nie mów tak do mnie, ona powinna woiedzieć.

Mówię ostro, a usta mężczyzny rozwierają się wnet w przerażeniu.

- Skylar, dziecko, o czym teraz mówisz?

Pyta matka, na co ojciec pospiesznie podchodzi do miejsca w którym teraz siedzi spięta kobieta.

- To nic takiego, kochanie...

Mówi, a te słowa rozpalają wnet ogień tak gorący iż stanęłabym w płomieniach gdyby ktoś odkręcił gaz.

- Nic takiego?!
Te wszystkie noce kiedy tak dobrze bawiłeś się swoją małą córeczką, dotykałeś tam gdzie wstydziłam się dotknąć nawet ja, te wszystkie noce kiedy całowałeś mnie tak jak jeszcze nigdy nie śmiałeś pocałować mamę, kiedy prosiłam byś przestał sprawiać mi tak ogromny ból. Te wszystkie noce gdy zmuszałeś mnie do seksu twierdząc że wwszystkie grzeczne córeczki pozwalają na to swoim tatusiom, to nic takiego?!
Uważasz, że to NIC TAKIEGO?!

Krzyczę zrozpaczona, a moją klatkę rozdziera wnet ból tak ogromny iż bliska jestem omdlenia.
Zamykam więc oczy, lecz nim powieki opadają widzę jeszcze przerażone spojrzenie mamy, sztab lekarzy i setki cieniutkich rurek...
(...)

- Proszę państwa, bardzo bym prosił aby opuścili państwo gabinet.

Dochodzi do mnie życzliwy głosik pielęgniarki, przytrzymującej teraz ramię pani Grey.
Spoglądam w twarz kroczącego u jej boku mężczyzny i przechodzi mnie wnet  niepojęta fala nienawiści. Coś mówi mi że to on jest człowiekiem, który tak silnie zmienił życie Sky, nie jestem jednak pewien skąd biorą się te przypuszczenia i postanawiam, iż pewnego dnia zapytam o to Sky, zapytam ją o prawdę...

- Kiedy będę mógł ją zobaczyć?

Pytam przechodzącej obok pielęgniarki, na co ta przystaje zmieszana i wpatrując się w moje oczy szuka odpowiednich słów.

- To...To naprawdę nie jest najlepszy moment. Lekarz właśnie podał jej silne leki nasenne...

- Czy mogę tam po prostu wejść? Bardzo panią proszę... Ta dziewczyna...jest wszystkim co mam, całym moim światem, chcę tylko...chcę przy niej być gdy się obudzi...

Błagam czując wnet jak z rozpaczy narasta we mnie skłonność by, paść przed kobietą na kolana. Wszystko byleby tylko wpuściła mnie do Sky.

Ta jednak o nic nie prosi.
Tylko patrzy.
Nieprzerwanie patrzy mi w oczy, po czym niby zahipnotyzowana wpuszcza mnie  do sali, prosi, o milczenie w tej sprawie i odchodzi szybkim krokiem, raz czy dwa spoglądając na mnie przez ramię.
Zatapiam się więc w głębi pokoju wcześniej starannie zamykając za sobą drzwi i siadam na koślawym, drewnianym krześle tuż przy łóżku.
Nastolatka wnet porusza się nerwowo, a ja jedynie zaciskam palce na jej ciepłej dłoni i patrzę jak ponownie wraca do niej spokojny, równomierny sen.

- Jestem tutaj, księzniczko.

Szepczę, w tym samym momencie, w którym dziewczyna zatapia mnie w brunatnym bursztynie swych pięknych źrenic...
______________________

Udało się!

W końcu jest...
Rozdział 24-ty.
Jak Wam się podoba?

Kto spodziewał się takiego obrotu spraw?

Podzielcie się opiniami i wracajcie już niebawem na ciąg dalszy, ponieważ to jeszcze nie koniec przewrotnych zdarzeń!
Ba!
To zaledwie początek...

Pozdrawiam cieplutko!
I zapraszam już niebawem. 
<3
Ps. Kiedy zaczynacie ferie?
      Macie już jakieś plany?

<3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz