niedziela, 15 stycznia 2017

23. Breathe for me...


 Wszystko to dzieje się szybko, zbyt szybko.
Nieme słowa na jego wargach, tłum przerażonych gapiów, nieustający klakson, oślepiające światła reflektorów, pisk opon...

A potem już nic.
Nic, oprócz bólu i tej niepojętej niemocy...
(...)

- Sky!

 Krzyczę, choć jest już za późno.
Rozpędzone auto gwałtownie hamuje, lecz droga hamowania jest zbyt długa.  Nawierzchnia zbyt śliska,
I kiedy już niemal chwytam jej dłoń, nasze spojrzenia się spotykają.
Na moment.
Na krótki moment przed tym jak srebrzysty Mercedes pcha jej wątłe ciało w przód,
daleko w przód by, następnie zniknąć niczym zjawa, w pierwszej bocznej uliczce.

Czuję jak moje palce rozluźniają uścisk złożony dotychczas trwale na chłodnym szkle telefonu, a sam telefon wymyka się spod ich władzy, ale nie dbam o to.
Wnet jedynym co nabiera znaczących barw, jakichkolwiek barw w niespodziewanie poszarzałym świecie; jest ona.

Niczym w transie ruszam ku miejscu w którym śnieg zatapia swą biel w jej cerze i choć dzieli mnie od niej zaledwie kilka metrów, ta wędrówka zdaje się trwać całe wieki, może lata świetlne.
Ktoś rozpaczliwie lamentuje, inni krzątają się w popłochu, matki zakrywają oczy dzieciom, zabiegani nowojorscy pracownicy korporacji przemykają obok, w garniturach i wypastowanych butach, nazbyt ponaglani przez kalendarz by, poczuć chłód zimy,zbyt obojętni na wszystko to, co dzieje się
dookoła, a  niema związku z biznesem, zyskiem oraz nimi samymi.

I nagle uświadamiasz sobie jak egocentryczny jest ten świat, świat ludzi.
Każdego z osobna.
Nie wszystkich razem...
(...)

Ukojenie jest tak momentalne iż przez pierwsze sekundy nie potrafię go nawet zdefiniować, dlatego jedynie porównuje je do nagłego porywu wiatru na rozgrzanej palącym Słońcem pustyni, do przebłysku Słońca w surowym chłodzie wiecznego mroku i do wszystkiego co pojawia się tak nagle kiedy myślisz że nigdy już nie nadejdzie...

Jeszcze przez moment przed oczami migoce biel, spoglądam więc w dół, a po ciele przebiega chłodny, nieprzyjemny dreszcz.

Widzę siebie, swoje ciało skryte w niewielkim przesmyku między ulicą a chodnikiem.
Widzę ludzi bezradnie krążących wokół miejsca wypadku i samochody nieprzerwanie sunące po betonowych płatach.

Przyglądam się więc baczniej, zgromadzonym wokół mnie osobom.
A patrząc nieustannie wśród tłumu dostrzegam także Mulata.
Klęczy, podtrzymując w ramionach mój bezwładny korpus, nie płacze choć jego oczy wypełnia ból. Nie krzyczy, choć wszyscy wokół rozprawiają podniosłym tonem.
Szepcze.
Szepcze, lecz jestem za daleko by, usłyszeć jego słowa.

A potem wszystko naraz przyspiesza...
(...)

Nie jestem do końca pewien ile czasu upływa od momentu kiedy zakapturzony nastolatek zawiadamia pogotowie do chwili w której przeszywający krzyk syreny zagęszcza powietrze lecz wiem iż trwa to długo.
Zdecydowanie zbyt długo.
Wiem tez że skóra dziewczyny w tym czasie nienaturalnie bieleje i że krew w jej żyłach porusza się teraz ospale.
Przyciskam ją więc silniej do piersi, z utęsknieniem wyczekując morza czerwieni niesionego wraz z przyjazdem ambulansu.

A kiedy personel medyczny kładzie ją na noszach znów nadchodzi ta cholerna niemoc.
Słyszę słowa i czuję obecność stojącej przy mnie osoby, prawdopodobnie spoglądam nawet w jego stronę lecz nie czytam z ruchu warg żadnych wyraźnych słów, a kiedy pada pytanie niemal nieświadomie, jedynie nikłym przebłyskiem rzeczywistości zaprzeczam skinieniem głowy.

- Do jakiego szpitala ją zabieracie?

Pytam, a wtedy ten sam mężczyzna, który wówczas zadał pytanie, spogląda
na mnie przez ramię, w grymasie smutnego uśmiechu odpowiada.:

- Brooklyn Hospital, przy Dekalb Avenue, wie pan gdzie to jest?

Zapytuje protekcjonalnie, a widząc konsternację w moich oczach wzdycha i odchodzi by, po chwili poprowadzić hałaśliwy pojazd przez powoli zatapiające się na powrót w świątecznym nastroju ulice.

- Dekalb Avenue...

 Powtarzam cicho, lecz w mojej głowie owa nazwa odbija się
tylko głuchym, nic nieznaczącym echem.- Dekalb...
Mruczę ponownie, pospiesznie sięgając
do kieszeni po telefon, a kiedy go tam nie odnajduję,
 w przypływie niepokoju rozglądam się dookoła, wnet zdając sobie sprawę iż
porzuciłem go dokładnie w chwili wypadku, porzucając tym samym rozmowę z matką.

- Zdaje się, że znalazłam twoją zgubę.

Rozlega się wnet niepewny, nastoletni głos, a wykonując pół obrotu staję twarzą w twarz z zarumienioną w niewinnym uśmiechu dziewczyną, w grubym, hebanowym płaszczu i równie czarnych rękawiczkach na wyciągniętych ku mnie dłoniach..

Jeszcze przez moment staram się zarejestrować
jej życzliwe słowa,  a gdy w końcu trafiają one do mojego umysłu przywołuję na twarz nikły uśmiech.

- Dziękuję.

- Drobiazg, nie sądzę by, dało się go uratować.

Wzrusza ramionami rudowłosa i dopiero wtedy dostrzegam iż szybka urządzenia tworzy na ekranie wymyślną  mozaikę.

- Cholera...

Klnę pod nosem, na co zielone oczy nastolatki spogladają na mnie surowo.

- Mógłbyś zachować trochę kultury.

Karci mnie urażona, na co spoglądam jej w oczy.

- Wyobraź sobie że nie mógłbym, nie teraz.

- Więc postaraj się chociaż być dla mnie milszy.

- Milszy...Nawet się nie znamy.

Burczę poirytowany na co zielonooka postępuje krok w moim kierunku, ściąga puchatą rękawiczkę
i  wyciągając delikatną rękę ku mnie, mówi.:

- Jestem Cerise i tak się składa że potrzebujesz mojej pomocy.

Mrugam niekoniecznie rozumiejąc co ma na myśli przez ,,potrzebę pomocy", po czym z ukrywaną  rezerwą ściskam jej rękę i przedstawiam się.:

- Peter.

Zapada więc cisza, w ciągu której Cerise przewierca mnie spojrzeniem po czym uśmiecha się szeroko, a ten uśmiech sprawia że wnet pragnę poznać to co zaprząta jej myśli.

- Spieszy ci się?

Pyta niespodziewanie, przez co wytrąca mnie nieco z rytmu.

- Słucham?

- Pytam w jakim stadium jest grunt pod twoimi nogami, pali się?

- Nie da się ukryć.

Przytakuję niespokojnie, na co usta dziewczyny nawiedza cień smutnego uśmiechu.
Poziom mojej adrenaliny gwałtownie się podnosi.- Więc...jak daleko jest stąd do szpitala?

- Samochodem nie powinno nam to zająć więcej niż czterdzieści minut, ruch nie należy w tych godzinach do przesadnych utrudnień.
- Samochodem...

Powtarzam zrezygnowany, a słysząc ową nutkę powątpiewania w moim głosie, zadbane brwi dziewczyny
podrygują niespokojnie na tle pobladłej od chłodu twarzy.

- W czym problem?

- Widzisz...należę do zawężonego grona Nowojorczyków, którzy nie posiadają takowego pojazdu.

Mruczę z dozą wstydu, lecz spoglądając w oczy Cerise ze zdziwieniem stwierdzam iż nie egzystuje w nich nawet cząstka kpiny.

- Cóż...

Szepcze, zaciskając piąstki i wlepiając wzrok w złotawą poświatę niedawno rozbłysłych lamp ulicznych.- W porządku... To nic takiego...

Zapewnia pospiesznie po czym rozgląda się dwukrotnie po powoli pustoszejących uliczkach
i pociąga mnie zdecydowanie ku jednej z najciemniejszych.

- W takim razie zażyjemy spaceru.
Oświadcza, nieustannie zaciskając w puchatej dłoni zmięty skrawek rękawa mojej kurtki.- Do jutra pewnie tam dotrzemy.
Rzuca żartobliwie, posyłając mi przy tym radosny uśmieszek, na co kącik moich warg niepewnie spogląda
ku niebu.


                                                                *      *      *


- Mam już dość...

 Burczy cicho zielonooka kiedy w nieustającym marszu wraz z chłodnym powietrzem połykamy trzydziestą minutę wyprawy.- Proszę, zatrzymajmy się chociaż na moment.

Po raz ostatni zawieram w płucach możliwie jak najwięcej tlenu, po czym pozwalam by, mój ciepły oddech uformował w powietrzu niewielki kłębek pary, po czym przystaję, rzucając okiem na mojego zatrwożonego zmęczeniem oraz  nieznoszącym decyzji o dalszym marszu, bólem stóp, towarzysza, a właściwie towarzyszkę.

- Jesteś pewna że nie dasz rady przejść jeszcze paruset metrów?
Pytam z nikłą nutą prośby w głosie lecz kiedy jej szmaragdowe tęczówki z drwiną spijają czekoladę z brązu tych moich, odpuszczam, pozostawiając pytanie w gronie  retorycznych po czym w geście kapitulacji przysiadam obok niej na zmarzniętym kawałku chodnika, tym, który jeszcze zdołał się uchronić przed zamaskowaniem pod grubą warstwą śniegu.

Zapada cisza, podczas której bezwiednie spoglądam na nią z nadzieją na to iż wnet odzyska siły.
A popatrując z ukosa zauważam jak szczuplutka i wątła jest rudowłosa, jak delikatnym blaskiem skrzą się jej długie, rozwiane pasma i jak głęboko zatapia ona wzrok w pobliskiej hałdzie poszarzałego śniegu.

- Czemu bezustannie się we mnie wpatrujesz?

Szepcze nastolatka co momentalnie mnie peszy, odwracam wzrok.

- Wydaje ci się.

Mruczę zgryźliwie.

- Jasne.

- Jasne.

- Oczywiście.

- Pewnie.

Mimowolnie powracam do niej wzrokiem.
Nasze oczy się spotykają.

- Co robiłaś tak późno na jednej z najbardziej zatłoczonych ulic?

- Spacerowałam.

- Sama...

Mruczę podejrzliwie.

- Owszem, sama, A widziałeś tam kogoś jeszcze?

- Nie naskakuję na ciebie. Po prostu... po prostu się zastanawiam.

- Ach tak.

- Tak. Jesteś młodziutką, śliczną dziewczyną, a Nowy Jork nocą nie należy do najbardziej przyjaznych miejsc na Ziemi  Poza tym twoi rodzice...

- Nie mam rodziców.

Ucina oschle, a mi nagle zasycha w gardle.

- Kłótnia rodzinna?

- Nie.

- Więc strzeliłaś focha?

- Nie.

- To o co chodzi?

- Szukałam przyjaciela.

- Nie mogliście się jakoś umówić?

- Nie.

- Ale...

- Nie, moi rodzice nie będą się martwić...

- Skąd taka pewność?

Pytam nie spuszczając z niej wzroku, lecz ona nie myśli odpowiadać.
Puchata rękawiczka zakrywa twarz, a szczuplutka postać dziewczyny momentalnie prostuje się w nikłej poświacie dogorywającej latarni.

- Cerise...

Wypowiadam jej imię lecz ona ani myśli zareagować.

- Cerise...

Powtarzam wstając i pospiesznie za nią podążając.

- Zostaw mnie!

- Proszę cię, powiedz co zrobiłem nie tak?

- Nic, przecież tylko zapytałeś.

- Więc...

- W bidulu nikt o nikogo się nie martwi, Peter!

Krzyczy, a kilka łez obmywa jej chłodny policzek.

- Przepraszam...

Mówię, chwytając ją za ramię.

- Skąd mogłeś wiedzieć...

Burczy zraniona.

- Nie powinienem był.

- Fakt. Nie powinieneś.

Warczy lecz za maską agresji skrywa ból, wyrywa się spod uścisku lecz pociągam ją ku sobie zamykając w ramionach. Bije piąstkami w moją pierś lecz nie zważam na to.

Z każdą chwilą uderzenia słabną by, w końcu w moją klatkę uderzył jedynie szloch.
Cichutki, dziewczęcy szloch.

- Powinniśmy już iść...

Szepcze w końcu odrywając się ode mnie i pocierając wierzchem dłoni po opuchniętej powiece.

- Powinniśmy.

Zgadzam się krótko po czym oboje ruszamy przed siebie.

                                                                     *     *     *

Chłodne, białe światło jeszcze przez moment pozostawia nas w zaślepieniu, a kiedy oczy z trudem przyzwyczajają się do surowego blasku niepewnie ruszam ku wielkim, przeszklonym drzwiom z przyciemnianego szkła hartowanego.
Cerise zostaje jednak z tyłu.

- Nie idziesz?

Pytam, a ona wzrusza ramionami, patrzy mi w oczy i kiwa przecząco.

- Nie powinnam. W końcu moim zadaniem było aby cię tutaj doprowadzić.

Mamrocze słabo i przez moment mam wrażenie że bliska jest omdlenia.
Cofam się więc by, stanąć u jej boku.

- Nie chcę byś szwędała się po nocach.

- A ja nie chcę ci zaprzątać głowy.

- Zostań.

- Nie powinieneś o to prosić.

- Dlaczego?

- Ponieważ nikt nigdy o to mnie nie prosi. Ludzie proszą o pomoc, a kiedy ją otrzymują odwracają się plecami i po prostu odchodzą.

- Więc będę tą pierwszą osobą.

- Nie chcę byś się o mnie troszczył.

- Przyjaciele już tak mają.

Szepczę, a ona jedynie spogląda mi w oczy z zagadkowym cieniem.

- Nie można przyjaźnić się z kimś kogo się nie zna.

- Ale my się już znamy.

- Przyjaźń potrzebuje czasu.

- Oboje mamy go w nadmiarze.

Odpowiadam ciepło, a ona raz jeszcze wtula się w moją szyję, Z tym że jest to uścisk zupełnie inny niż ten którym owinąłem ją kilka godzin temu. Tamten miał na celu zniewolenie jej, zatrzymanie przed ucieczką, ten świadczył o jej oddaniu naszej dopiero co raczkującej przyjaźni.
   
                                                                   *     *     *

 - Jesteście kimś z rodziny?

Pyta ochryple siedząca za  kontuarem białogłowa.

- My...

Jąkam nie bardzo wiedząc jak sformułować odpowiedź.

- My...

Starsza kobieta zaczyna się niecierpliwić.

- Jesteśmy rodzeństwem.

- Ach tak... A skąd mam mieć pewność że nie oszukujecie?

- Nie widzi pani podobieństwa pomiędzy nim, a Skylar?

Pyta Cerise, na co podstarzała recepcjonistka naciąga na nos okulary z grubymi, przestarzałymi szkłami i mierzy mnie wzrokiem spod podejrzliwie przymrużonych powiek.

- Nazwisko?

- Peter Grey.

Odpowiadam bez zawahania.

- A ty. młoda damo?

- Cerise Ma... To znaczy, Cerise Maria Grey.

- Cerise Maria... Co za absurd.

Burczy zgorzkniale kobieta na co oboje z rudowłosą wymieniamy przerażone spojrzenia.
Wpadliśmy?

- Mama jest bardzo religijna.

Tłumaczę pospiesznie, co finalnie przekonuje recepcjonistkę do wpuszczenia nas na oddział ratunkowy.

- Pokój 306.

- Dziękujemy!

Odpowiadamy jednocześnie po czym pospiesznie wkraczam w długi, szpitalny korytarz.

- Nie mogę uwierzyć, że ta baba dała się nabrać!

Chichocze podekscytowana nastolatka na co zatykam jej usta.

- Przymknij się, jeśli usłyszą to ratownicy medyczni równie dobrze będziemy mogli się podać za jej rodziców, a i tak wyprowadzą nas za ramię.

Syczę, po czym sadzam ją na jednym z wolnych, drewnianych siedzisk przed wspomnianą przez " tą babę" salą, a sam podchodzę do szerokiej na połowę zasuwanych drzwi szyby i przyglądam się milionom rurek prowadzącym od jej ciała.

- Pan wybaczy.

Zaczepia mnie wnet baryton głosu stojącego za mną lekarza.

- Czy mógłbym...

- Przykro mi lecz w tej chwili odwiedziny nie są możliwe, obrażenia są rozległe.

- W jakim ona jest stanie?

- Czy jest pan kimś z rodziny?

Przełykam ciężko ślinę, podążam wzrokiem ku rudowłosej nastolatce po czym powracam do kontemplowania twarzy lekarza.

- Ja i Cerise jesteśmy rodzeństwem Skylar.

Mówię pewnie starając się przy tym zatrzymać wzrok na zatroskanej teraz twarzy mężczyzny.

- Ach tak...

Mruczy szpakowaty brunet, a pocierając twarz zmęczonymi pracą rękoma patrzy mi w oczy ze współczuciem i zapewnia.:

- Zrobimy wszystko by, utrzymać pańską siostrę przy życiu. Mimo wszystko radziłbym zawiadomić o wypadku rodziców...

Mówi spokojnie po czym pospiesznie wchodzi do sali, a zaraz za nim podąża sztab zaalarmowanych jego krzykiem lekarzy.
Nie znam się raczej na medycynie lecz momentalnie rozpoznaję urządzenie które teraz przyciskają do jej klatki piersiowej.

Wnet uświadamiam sobie że jestem bliski jej utraty.

- Oddychaj!

Szepczę łamiącym się głosem, a powstrzymując wzbierające pod powiekami łzy, powtarzam tym razem na głos.:

- Oddychaj dla mnie.
______________________

 Witam!

Niemal dwa miesiące...
Doprawdy nie wiem już jak Was za to przepraszać, to znaczy, tych którzy jeszcze tu są...
Przepraszam, od teraz zmienił się mój plan zajęć i mam zamiar wrócić do regularnego, co-weekendowego pisania rozdziałów, także... Zapraszam w niedzielę 22- go stycznia!

Będzie to bowiem niezwykle przełomowy rozdział.
<3

Wybaczcie mi, proszę!!!

1 komentarz:

  1. O kurcze. Co to ma byc ja sie pytam. Tylko nie to, niech ona nie umiera. Nie moze. Zabraniam i kropka.

    OdpowiedzUsuń