poniedziałek, 31 lipca 2017

30. Live life like you're giving all...


   Kiedy kilka tygodni później zasiadam za kierownicą podstarzałego BMW najstarszej z sióstr, dopada mnie zwątpienie.
Może już za późno?
Może powinienem zostawić życie takim jakie jest?
Może tak było lepiej?

Z nagłego przypływu myśli wypycha mnie wnet ciche skrzypnięcie fotela pasażera i delikatna woń jej perfum gdy zasiada u mojego boku. Spogląda na mnie uważnie, nasze tęczówki spajają się i choć trwają w jedności zaledwie ułamki sekund wnet jak niczego na świecie pragnę przedzielić moje wątpliwości na nas dwoje. Hamuję się jednak w obawie przed jej słowami, a słowa przeistaczam w czyn. Nim dochodzi do mnie to na co się porywam, silnik warczy nieprzychylnie, a samochód rusza po asfaltowej nawierzchni. Starannie unikając jej spojrzenia zapatruję się w przednią szybę, a wplatając palce w kierownicę zmuszam się do nakierowania większej niż dotychczas uwagi na słoneczne rytmy regae wydobywające się z radia, lecz ona nie pozwala mi zapomnieć o swoim towarzystwie i wkrótce delikatny głos tłumi słowa rozradowanego prezentera.:

- Jesteś pewien że to dobry pomysł, Bruno?

Zagaja łagodnie, ja natomiast z rozeźleniem odkrywam iż ten ton irytuje mnie i postanawiam oszczędzić brunetce gorzkich słów na które nie zasługuje. Zaciskając więc szczękę wbijam wzrok w przydrożny znak informacyjny i analizuję go wnikliwie w poszukiwaniu miejscowości, którą zasygnowany został jeden z najbardziej aktualnych listów matki do męża.- Kapolei.

Gdy wtaczamy się na autostradę radio nagle przerywa, a po samochodzie panoszy się  tak znienawidzona przeze mnie cisza. Pokątnie spoglądam więc na Sky w nadziei na choćby pojedyńczą frazę z jej ust lecz kiedy i nadzieja obumiera pogrzebana w ciszy, postanawiam zmienić taktykę.

- Tak.

Oznajmiam niespodziewanie, a nagłość mojej jakże opóźnionej reakcji zwraca jej oczy ku mnie.

- Słucham?

Dopytuje zdezorientowana wnet skupiając na mnie już nie tylko odsetek, ale całość swej  uwagi.

- Długo myślałem nad tym co powiem ojcu kiedy stanę z nim twarzą w twarz.

- I?

- Zadam mu jedno, jedyne pytanie.

- A jeśli odpowiedź nie będzie satysfakcjonująca?

Zastanawiam się przez moment nad przytoczoną przezeń opcją, stwierdzając gorzko iż nie wziąłem jej pod uwagę...- Wówczas...
Zaczynam lecz słowo, którego pragnę użyć nie jest zdolne do prześlizgnięcia się przez gardło.
Przełykam cięzko, w roztargnieniu skręcając w jedną z malowniczych uliczek, pobieżnie skanuję okolicę i z ulgą stwierdzam iż u jej wylotu droga poszerza się i łączy na nowo z autostradą, oblężoną teraz przez rozlicznych, niecierpliwych kierowców, oraz równie niecierpliwych turystów zasiadających w komfortowych fotelach busów turystycznych i wyposażonych we wszystko czego tylko dusza zapragnie, kolorowych  autokarów.

- Wówczas spasuję.

Dodaję wyzutym z przekonania głosem. Gdzieś z pomiędzy foteli wyrasta wówczas mur, ona zapatruje się w horyzont, a ja ponownie skupiam na drodze wzdychając ciężko gdy samochód gaśnie niespodziewanie.

- Cholera.

Syczę z poirytowaniem, pospiesznie przekręcając kluczyk w stacyjce.

- Nie wierzę że byłbyś do tego zdolny.

Mruczy nastolatka, niezmiennie wpatrzona w odległy punkt, gdzieś ponad horyzontem.- Nie znamy się na tyle długo bym mogła powiedzieć to z przekonaniem, lecz jestem niemal pewna że kłóciło by, się to z twoją naturą. Nie jesteś z tych co odpuszczają...

- Może i tak, ale jak to mówią: "zawsze musi być ten pierwszy raz".

Odpowiadam mrukliwie, na co ona szturcha mnie zadziornie.- Uważaj sobie panienko Sky...
Cedzę przez zaciśnięte od wzbierającego śmiechu gardło. Lecz gdy tylko spoglądam w jej stronę ów śmiech uwalnia się wnet salwą, a zaraz za mną chichocze i ona.

- Odrazu lepiej.

Komemtuje brązowooka po czym wychyla się nieznacznie i zmienia głośność odbiornika, wnet cały pojazd zalewają pierwsze nuty "Billie Jean" z repertuaru Michaela Jacksona. Unoszę brwi i spoglądam na nią z konsternacją, lecz to co widzę zamyka mi usta.

Powieki nastolatki opadają delikatnie, a usta wyśpiewują bezgłośnie znajome zwroty. W przypływie impulsu dołączam się do piosenkarza, wówczas jej oczy otwierają się gwałtownie, a policzki oblewa wnet delikatny rumieniec by, wkrótce do pięknego obrazu dołączył także jej melodyjny śmiech. Zamieram na moment, rozkoszując się subtelnością owego dźwięku i przysięgam przed  samym sobą wprawiać ją w rozbawienie tak często jak często nadaży się ku temu choćby najmniejsza, najbardziej błaha okazja. Ruchem ręki zachęcam ją również do duetu, odmawia kategorycznie.

- Nie umiem śpiewać!

Przewracam oczami w rozbawieniu.

- Owszem, umiesz. Przecież śpiewałaś przez ostatnie dwie minuty trwania utworu.

Zauważam, nie umiejąc pohamować chytrego uśmiechu.

- To już niemal koniec piosenki...

Odparowuje twardo, lecz blask w jej oczach daje mi znać, że bawi ją mój upór w równym stopniu w jakim ten jej poprawia humor mnie.

- Zdaje się że w schowku wala się kilka płyt, poszukaj wśród nich czegoś interesującego.

Proszę przymilnie, a ona wbija we mnie skonsternowany wzrok. Uśmiecham się promiennie.- Nie sądziłaś chyba że pozwolę ci tak po prostu zamilknąć gdy ja zdzieram dla ciebie głos?

Na te słowa kąciki jej ust unoszą się jeszcze odrobinę.

- W zasadzie właśnie taką nadzieję w sobie pielęgnowałam.

Szepcze nieśmiało, kokieteryjnie nawijając długie hebanowe pasmo na palec, mimowolnie odwzajemniam jej gest, a ona sięga niepewnie do czeluści schowka by, kilka sekund później smukłymi palcami wsunąć srebrzysty krążek do odtwarzacza.
Wkrótce mój słuch łechczą łagodne dźwięki kolenego niezapomnianego dzieła Jacksona- "You are not alone".
Tak jak przy poprzednim utworze zaczynam nucić dobrze znany mi tekst po chwili zachęcając do tego również brunetkę.
Z początku jej głosik ledwo wynurza się ponad emocjonalny głos piosenkarza, lecz wkrótce i ona wturuje artyście gładko przechodząc z utworu na utwór.
                                                                  
                                                                 *      *      *

Choć droga z Waikiki do Kapolei jest stosunkowo krótka, my pokonujemy ją z trudem, a gdy finalnie parkuję na podjeździe malowniczego domku szeregowego z wybielonego piaskowca, o miodowo- brązowej dachówce zwieńczającej urokliwy pejzaż i pozwalam kościom na odrobinę gimnastyki jęcząc w duchu gdy obie stopy zalewa nieprzyjemne mrowienie.
Przedzierając się przez schludny podjazd odczuwam zdenerwowanie. Wyczuwa je także Sky, a jej dłoń odnajduje moje palce i zaciska się nań subtelnie. Wymieniamy spojrzenia, Dzielimy uśmiechy,  w końcu znajduję w sobie odwagę by, stawić czoła przeszłości przed którą uciekłem.

We wnętrzu domostwa rozlega się dzwonek, a chwilę po nim drzwi frontowe otwierają się, smukłą postać wymija wnet rozpędzony pies, który w mig doskakuje do furtki radośnie nas obszczekując. Drobna szatynka przechyla głowę i mruży oczy próbując rozpoznać w nas znajomych, lecz w końcu wita się z nami kulturalnie i zawolawszy imię mojego ojca wychodzi na podwórze przed domem. Nim dociera do furtki gdzieś z głębi domu wyłania się także ojciec.
Spoglądam na niego pobieżnie, takie spojrzenie powoli wchodzi mi w nawyk...
Jego twarz zmienia się diametralnie, ostra szczęka jakby łagodnieje, pospiesznie odgarnia niesforny hebanowy lok opadający na czoło i uśmiechając się w niedowierzaniu prędkim krokiem dołącza do naszej trójki.

- Dzień dobry.

Wita nas ciepło niewysoka kobieta, kolejno podając nam dłoń. I kiedy ona wita równie radosną życzliwością Skylar, ja postępuję krok ku ojcu.

- Bruno... tak długo cię nie widziałem, synu!

Wita mnie radośnie, a ja mimowlnie odwzajemniam jego uśmiech. Powielam go, bowiem patrząc na jego twarz widzę to co dostrzegam i w sobie.

- Cześć...tato...

Mruczę, czując się nagle niebywale niezręcznie.

- Nie spodziewałbym się, że... ty... tutaj...

Mówi mężczyzna i przez moment jego oczy szklą się dyskretnie lecz zaciera ów dowód wzruszenia i zastępuje go kolejnym szerokim uśmiechem. Wyciąga rękę i poklepuje czule moje ramię by, następnie kulturalnie ucałować dłoń brązowookiej. W zamian za imię mojej towarzyszki ojciec przedstawia nam swoją wybrankę, a obejmując ją przelotnie zaprasza nas do środka, z góry zastrzegając iż nie wypuszczą nas bez uroczystej, w tym jakże podniosłym dniu kolacji.

Zanim przekraczamy próg domu nastolatka dotyka mojego ramienia. Zatrzymuję się na moment i patrzę w jej oczy.

- Nie potrafię...

Szepczę splatając nasze palce, a ona uśmiecha się łagodnie i gładząc kciukiem wierzch mojej dłoni, mówi:

- To twój ojciec Bruno. Teraz albo nigdy. Nie znajdziesz już lepszego momentu, z czasem będzie coraz trudniej...

Kiwam głową w roztargnieniu i zanim rozplatam uścisk pochylam się lekko całując czule jej ciepły policzek,  pragnąc przekazać bez słów jak ogromnie jestem jej wdzięczny za to że jest tu ze mną.
(...)

 Patrząc w jego oczy zaczynam się zastanawiać nad przewrotnością życia.
Oto ja, Skylar Grey- córka marnotrawna, z ojca marnotrawnego, nakłaniam najczystszą w uczuciach osobę, którą dotychczas poznałam do rozmowy z człowiekiem, do którego i ja jako obca dziewczyna stojąca z boku, gdzieś poza całym obrazem, odczuwam żal.
Przechodzimy przez próg razem, lecz on zdaje się być daleko i kiedy ja po omacku docieram do serca domu- kuchni i obdarzam gospodynię serdecznym uśmiechem, wdając się przy tym w niezobowiązującą rozmowę brązowooki podąża do jednego z niewielkich pokojów, w którym skrył się starszy z Hernandezów, zamykając za sobą drzwi.
(...)

Zamykając za sobą drzwi napotykam jego wzrok.
Siedzi w eleganckim, skórzanym fotelu i popijając niespiesznie słodkawy likier popatruje na mnie z konsternacją.
Odwzajemniam to spojrzenie i przez krótki moment dotyka mnie wrażenie, że on już wie.
Przejrzał mnie na wylot, teraz czeka już tylko na oblężenie.
Lecz ja zachowuję spokój, a przemierzając pokój kilkoma długimi krokami zasiadam w fotelu na przeciwko niego.
Wymuszam na nim wzrokiem by, popatrzył w moje oczy. Nie jestem jednak pewien czego oczekuję po tym spojrzeniu.
Skruchy?
Rozżalenia?

- Dlaczego?

Pytam, lecz mój głos z trudem przebija się przez ciszę.- Dlaczego odszedłeś wtedy kiedy potrzebowała cię najbardziej? Kiedy... oni wszyscy potrzebowali ciebie...Dlaczego?

- Peter, posłuchaj...

Zaczyna lecz i jego głos zostaje wnet pokonany. Czuję się słaby. Słaby widząc pustkę jaką sobą prezentuje. A ów niebyt poszerza się jeszcze gdy zdaję sobie sprawę iż ja łączę się z nim w owej pustce.- Kochałem twoją matkę...Kocham Bernie, ale...czasami w życiu nadchodzą takie chwile, które decydują o tym czy dwoje ludzi zostanie ze sobą, czy też ich drogi się rozejdą... Choroba Bernie...była zwieńczeniem wszelkich nieszczęść jakie wtedy na nas spadły, matka i ja nie umieliśmy się dogadać po tym jak przepadłeś gdzieś w Nowym Jorku... A potem to, ta diagnoza...

- Więc obwiniasz za to mnie?

Pytam kąśliwie choć w głębi duszy pragnę go zrozumieć.

- Nie, oczywiście że nie! Nigdy bym tak nie pomyślał, wiem jak bardzo cierpiałeś przez tamtą dziewczynę...

Milknie na moment, zastanawiając się przez moment.

- Nicole.

Podsuwam cicho, a jego oczy rozświetlają się przelotnie.

- Tak, właśnie. Nicole.

- To nie ma związku z tym o co pytam!

Warczę nagle, czując jak wraz z powietrzem wyzbywam się także wszelkich pokładów cierpliwości.

- Nie unoś się.

Prosi łagodnie lecz już go nie słucham.

- Zostawiłeś ją! Zostawiłeś ją wtedy kiedy powinieneś był wspierać! Pamiętasz jeszcze słowa przysięgi? "Póki śmierć nas nierozłączy". Póki pieprzona śmierć was nie rozłączy... I gdzie byłeś?! Gdzie byłeś gdy ciebie potrzebowała? Pomyślałeś o tym chociaż? A co z Tiarą?! To jeszce dzieciak! Potrzebuje ojca, pomyślałeś o swoich dzieciach czy może miałeś inne priorytety?!

Naskakuję nań nienawistnie, a wtedy z jego ust padają słowa których spodziewałbym się po wszystkich członkach swojej rodziny, lecz nie po nim.

- Nie masz prawa mnie osądzać synu.

Mówi spokojnie, a w mojej głowie słowa te rozbrzmiewają wnet głosem Tiary...- Sam nie byłeś lepszy, uciekłeś, wyjechałeś. Zostawiając nas...

- Gdybym tylko wiedział nigdy bym nie wyjechał.

Bronię się nieporadnie choć nawet dla mnie samego wytłumaczenie to jest niczym milczenie. Niczym jego brak.

- Ale nie wiedziałeś, żadne z nas wtedy nie było świadome tego z czym przyjdzie nam się zmierzyć...

- Nam? Jak śmiesz mówić "nam" w sytuacji w której zostawiłeś ją z tym sam?!

- Bruno, postaraj się chociaż stanąć na moim miejscu...

- Nie.

Przerywam mu oschle, po czym podrywam się z miejsca. Ojciec podąża w moje ślady i jeszcze nim moja dłoń opada na mosiężną klamk jego uścisk oplata moje ramię.

- Nie skończyłem z tobą rozmawiać.

Oznajmia twardo, jak wtedy kiedy pierwszy raz przyłapał mnie na paleniu papierosa w przydomowym garażu. Czuję niemy wymóg jaki nakłada na moje spojrzenie, lecz nie chcę patrzeć mu w oczy. Nie chcę widzieć ani jego, ani jej.
Nie chcę być częścią jego nowego życia.
Nigdy więcej.

- Ale ja nie chcę już rozmawiać. Nie potrzebuję już niczego więcej. Nie od ciebie.

Ucinam ostro, a wtedy on składa na moim policzku odcisk palców swej prawej dłoni.

- Nie pozwalaj sobie.

Na te słowa spoglądam mu w oczy, najgłębiej jak tylko potrafię, kładę obie dłonie na barkach i wzdychając cicho, stwierdzam

- Nie pisz do niej, tato. Nie dzsoń...

- Ale...

Zaczyna, jak gdyby w zakłopotaniu lecz przerywam mu stanowczo.

- Dokonałeś już wyboru, w porządku. Teraz pozwól im stanąć na nogi. Poradzimy sobie, choćbym miał stracić na to wszystkie noce swojego życia. Poradzimy sobie. A ty...żyj życiem, które wybrałeś. I daj jej...

- Daniele...

Dopowiada na prędce, co przyjmuję jedynie delikatnym skinieniem głowy.

- Podaruj Daniele wszytko to na co zasługuje, w końcu to dla niej się zmieniłeś.

Szepczę, a spuszczając wzrok hamuję złość wzbierającą na nowo w żyłach.

- Do usłyszenia, tato.

Mówię dosadnie, a posyłając mu ostatnie chłodne spojrzenie opuszczam pomieszczenie by, następnie dziękując Daniele za gościnność i zażekając się jakoby owe spotkanie było najmilszym co dziś mnie spotkało żegnam ją kulturalnie, bowiem i ona na to zasługuje.

- A kolacja?

Pyta nieśmiało, w głębokiej konsternacji, lecz wtedy ojciec obejmuje ją delikatnie, nie tłumaczy nic lecz szepcze coś niezrozumiale, w oczach kobiety prześwituje wnet smutek, kiwa dobrodusznie i jeszcze nim zamykamy za sobą furtkę dziękuje nam za spotkanie po czym znika gdzieś w sieni, a na ganku zostaje tylko on.
Zadumany, z neutralnym wyrazem oczu...

                                                                 *      *      *

 Nie czuję głodu gdy kilka godzin później zasiadamy w roześmianym, rodzinnym gronie do kolacji, nie czuję pełnego współczucia spojrzenia Skylar choć podświadomie wiem w jaki sposób poparuje w moją twarz.
Nie wdaję się w rozmowę.
Nie komentuję niemoralnych żartów Tiary i nie jestem w stanie wlączyć się w błahą dyskusję o tłumach turystów przez których Presley nie wie w co włożyć ręce.
Kiedy posiłek dobiega końca niewiele myśląc pomagam w sprzątaniu stołu, po czym zarzucam na ramiona bluzę i wychodzę za próg, w nikomu nie znanym kierunku.

Krocząc niestrudzenie przemierzam kolejno kilka malowniczych dzielnic miasta by, w końcu zatrzymać się na brzegu spokojnego oceanu, a pozwalając powoli stygnącej wodzie obmywać moje kostki zatopić spojrzenie w rozżarzonym ostatnimi blaskami Heliosa horyzoncie.
Moje myśli dryfują, a kiedy z trudem zgarniam je w jednym miejscu wysuwa się z natłoku poranne zwątpienie, czy warto było?
Czy warto było usłyszeć wszystkie te słowa prawdy z ust ojca?

Mijają kolejne minuty w bezbrzeżnym milczeniu i w końcu nie jestem już pewien czy szum jaki napływa do moich uszu dochodzi z zewnątrz czy też z wnętrza.

- Bruno?

Słyszę jak gdyby z oddali słodki głos brunetki. Nie odwracam się jednak.
Czekam w niecierpliwości gdy drepcze pospiesznie po jeszcze ciepłym piasku, czekam też wtedy gdy jej gorący oddech owiewa moją szyję by, w końcu nie umiejąc już dłużej znieść czekania zagarnąć ją ramieniem jak najbliżej swego ciała i zatopić się na moment w słodyczy jej warg. Nie protestuje, nieśmiało oddając pocałunek, a wtedy zatracam świadomość swych poczynań.

Niczym w transie delikatnie kładę ją na piasku i upajam się jej dotykiem gdy delikatne opuszki suną niespeisznie po rozgrzanym karku.
I może gdybym wówczas się opanował. Opamiętał. Powstrzymał...

- Stop!

Szepcze brunetka wprost w moje usta gdy niespiesznie rozpinam guzik jej jeansowych spodenek. Niewiele rozumiejąc porzucam owe zmagania i powracam do jej ciepłych policzków.
Jakież jest moje przerażenie gdy odkrywam iż chłód jakim zaszły sygnowany jest przez łzy.
Otwieram szerzej oczy pragnąc ujrzeć ją dokładnie w łunie umierającego dnia, lecz ona wije się w rozpaczy, odpycha moje ciało i kiedy ja wstaję z kolan, ona przemierza biegiem piaszczyste połacie.

Doganiam ją w ostatnim momencie, tuż przed tym gdy ma zamiar zniknąć mi z oczu. Łapię jej nadgarstki, a gdy odwraca twarz widzę spustoszenie w jej kawowych źrenicach.

- Zostaw mnie!

Krzyczy prosto w moją twarz...

- Sky, przepraszam... Ja...sam nie wiem co we mnie wstąpiło...

- Zostaw.

Warczy przerażona, a wyswobodziwszy dłoń z mojego uścisku podąża przed siebie w nadziei na schron.
Ruszam jej śladem, nie zwalniając kroku nawet wtedy gdy dociera do mnie waga mojego przewinienia, gdy przychodzi świadomość...
Gdy uderza we mnie myśl iż przerażona nastolatka ucieka przed tym w kim dotychczas widziała schronienie przed najgorszym, a co finalnie okazało się również przynosić zgubę...
Przede mną.
______________


czwartek, 20 lipca 2017

29. Inverted theatre...


       Na każde dziesięć łez opuszczających kącik prawego oka przypada zaledwie pięć, zawieruszonych gdzieś pod lewym i gdy zaczynam się zastanawiać nad przyczyną tej niezgodności dochodzi do mnie iż przyczyna jest znacznie łatwiejsza aniżeli mogłabym podejrzewać.
Oto u mojego boku, po mojej lewej stronie, delikatnie uczepiona ramienia, w niejako matczynym uścisku drga nieznacznie, zatroskana postać niewysokiej kobiety.
Bernie.

- Czasami dobrze jest pozbyć się wspomnień...przedzielić je na pół, jesteśmy tylko ludźmi, a to przez co przeszłaś...Sky...to nie twoja wina...

Szepcze, gładząc przy tym mój szkarłatny policzek.
Trwam więc w niebycie, zawieszona gdzieś między wspomnieniami, słowami kobiety i delikatnym dotykiem nadającym tej chwili przytłumione światło nadziei na rychłą zmianę...- I w żadnym wypadku nie powinnaś się tym obarczać. To zabrzmi szorstko, jestem tego świadoma, ale...Czasu nie zdołasz cofnąć, nie znajdziesz także siły by, wymazać przeszłość... Lecz z czasem zapragniesz tego czego nie może dać ci żaden inny człowiek na ziemi, zapragniesz wrócić do matki, zobaczyć ją choć przez chwilę, usłyszeć jej głos, lub po prostu odetchnąć tym samym powietrzem.

- Nie było jej kiedy ojciec zmuszał mnie do...

Stwierdzam oschle, lecz urywam nagle, nie umiejąc wyrzucić z siebie tych słów.
 Bernie wzdycha ciężko i przez moment widzę tę sytuację tak jak gdybym stała na uboczu i przyglądała się scence w której nie biorę udziału.
Oto niemal nieznajoma kobieta stara się wzbudzić w rozżalonej nad sobą i własnym losem nastolatce empatię w stosunku do tych, których ta niegdyś odrzuciła. I wnet zaczynam się zastanawiać czy moje rozżalenie jest tu na miejscu.
Może winnam już zapomnieć?
Jakby nie patrzeć, minął już drugi rok, a życie toczy się dalej.

- Nie było jej, ale gdyby wiedziała na pewno by, zareagowała. Pomyśl o waszym ostatnim spotkaniu, Sky... Jaka wtedy była?

Na te słowa przełykam ciężko i nim udzielam odpowiedzi zastawiam się przez moment,  czy cała rodzina o nazwisku Hernandez posiada tak piorunujące umiejętności zaglądania ludziom w duszę, a kiedy dochodzę do wniosku iż jest to wysoce prawdopodne, rodzi się we mnie potrzeba lepszego kamuflarzu.
Jeszcze później dostrzegam zatroskane spojrzenie brunetki i uzmysławiam sobie że jej pytanie wciąż pozostaje bez odpowiedzi. Zbieram się więc na odwagę i wspominam matczyną twarz, wtedy w jednym z nowojorskich szpitali...

Wspomnienie

Pokój zalewa wnet łagodne, miodowe światło, a moim oczom ukazują się delikatne rysy matczynej twarzy. Nie jestem pewna kiedy zaczynam płakać lecz zaraz po tym pospiesznie ukrywam twarz w poduszce.
Niczym mała, obrażona dziewczynka.

- Kochanie...

Szepcze mama, siadając delikatnie na krańcu łóżka gładząc moje włosy tak delikatnie jak gdyby obawiała się że sprawia mi tym ból.
I byłabym skłonna przysiąc iż nie pomyliła się w swych obawach,  bowiem to co dla skóry przyjemne niczym podmuch letniego wiatru, rozdzierało teraz moje serce,  gorsze było od wszelkiego cierpienia fizycznego jakiego doznałam w trakcie tych dwóch, koszmarnych lat.

- Skylar, córeczko...

Wypowiada moje imię, wypowiada je tak jak zdarzało jej się to wtedy kiedy miałam zaledwie kilka lat i przybiegałam do niej z płaczem,  z wszelakich, jakże błachych na tle tego dzisiejszego, powodów.

- Gdzie byłaś?

Szepczę, a jej dłoń wnet zastyga bez ruchu gdzieś na wysokości mojego karku.

- Gdzie byłaś przez te wszystkie lata, mamo?

Koniec wspomnienia

Przez zamknięte oczy dostrzegam ból zalewający jej spojrzenie, miłość przytłumioną rozłąką i żal.
Wiele jest w niej emocji, lecz tę jedną wychwytuję odrazu.
Żal.
Tak bezbrzeżny i głęboki, zamknięty w krótkim spojrzeniu.

- Była zdruzgotana.

Szepczę, a mój głos zanika bezpowrotnie i przez moment nie mam nawet pewności czy aby na pewno jego poszlaka dotarła do ucha pani Hernandez.- Nie płakała, w zasadzie nie mówiła zbyt wiele, próbowała ze mną rozmawiać, ale dawno już zatraciłyśmy kontakt. Była milcząca, kiedy ja wylewałam swoje żale, a potem...- wnet mój głos się załamuje i nie umiem wypowiedzieć już nic, nie umiem też powstrzymać łez, które teraz niczym strumień przelewają się przez nadszarpnięte krańce tamy przeciwpowodzowej, którą skrupulatnie odnawiałam i zalewają policzki obfitymi ilościami płynnego kryształu.
Czuję się niezręcznie, a kobieca dłoń na moim policzku niczego nie ułatwia.

- Przepraszam kochanie... Nie powinnam była... Oh, co ja sobie myśłałam?... Wybacz Skylar...

Łaja się kobieta, po czym podrywa się z miejsca i jeszcze zanim o nie proszę, podstawia pod mój nos kwadratowe pudełko wypchane po brzegi delikatną bielą chusteczek.
Wyciągam więc pojedyńczo kwartet śnieżnych prostokątów, dokładnie osuszam oczy i nos, po czym wbijam zamglone wstydem spojrzenie w radosny nadruk na owym pudełku i mimowolnie poczynam zliczać hasające po nim kudłate, kuliste owieczki.
Kuchnię zalewa cisza, którą przerywam tak nagle iż sama jestem sobą zaskoczona.

- Jeszcze raz przepraszam.

Szepczę, po czym wolnym ruchem wstaję zza eleganckiego stołu i ruszam w kierunku otwartej klatki schodowej, a zatroskany wzrok kobiety depcze mi po piętach...
(...)

- On.. Odszedł.

Mówi cicho, wpatrzona  niezmiennie w odległy punkt gdzieś ponad horyzontem.

- I mówisz o tym tak spokojnie?!

Oburzam się nagle, a Tiara odskakuje wnet w przerażeniiu.

- A powinnam płakać? Dość już łez wylałam. To była jego decyzja.

- Mogłaś go zatrzymać.

Syczę jadowicie, nie zważając nawet na nieodpowiedni ton jaki wnet  przybrała konwersacja.

-  Zatrzymać?! Co ty chrzanisz?! Ojciec jest dorosły, ma swój rozum i sam za siebie decyduje. Nie miałam prawa uziemić go w tym bagnie!

- Więc nazywasz chorobę matki bagnem?

Pytam chłodno, lecz zapominam wówczas z kim rozmawiam, a odpowiedź mrozi mi krew i każdą aortę, która pompowała dotychczas rubinową ciecz do czeluści rozognionego serca

- Bruno, spójrzmy prawdzie w oczy, nie było cię. Nie było cię przy nas przez dwa lata. Nie odzywałeś się, nie pisałeś i nade wszystko, zajmowałeś tylko sobą, nie obchodziło cię to co działo się w domu, nie wiedziałeś nawet jak bardzo potrzebowała cię wtedy mama. Nie było cię wtedy więc i teraz powinieneś spuścić z tonu. Nie masz prawa pojawiać się tutaj tak nagle i żądać by, wszystko było takie jakim to pozostawiłeś.

Jej gniew uderza we mnie z taką siłą, iż przez moment nie jestem pewien czy wciąż oddycham, czy może jednak wstrzymuję oddech. Zapada milczenie, które niespodziewanie przerywają jej łzy.
Przez krótki moment nie jestem w stanie wprawić w ruch choćby paliczka. Umiem tylko patrzeć.    W milczeniu, może rozpaczy...

- Przepraszam...- łka niemrawo, a ja nie myśląc wiele biorę ją w ramiona i oddychając miarowo przeczesuję palcami puszyste pukle jej włosów.- ...nie powinnam była tak na ciebie naskakiwać.Nie miałam do tego prawa... przepraszam...

Krzyk gwałtownie zamiera, stłumiony przez szept, milknie i otoczenie.

- Tiara, siostrzyczko...

Mamroczę gardłowo, choć wiem jak ogromną nienawiścią napawały dziewczynę niegdyś złośliwie zdrabniane zwroty.- Spójrz na mnie...
Proszę podpierając na palcach jej delikatny podbródek.- Nie było mnie wtedy, wiem zachowałem się egoistycznie, ale jestem tutaj. Jestem z wami i zrobię wszystko co w mojej mocy by, było lepiej, rozumiesz?

- A co później?

Pyta tonem wyzutym z wszelkiego zaufania. Zmienność jej nastrojów przytłacza mnie. Przytłacza mnie do tego stopnia iż wkrótce na powrót milknę, pozwalając jej przelać na mnie kolejne gorzkie słowa.:

- Pozwól, że ja powiem ci co będzie później... Ty i ona wrócicie do Nowego Jorku, życie potoczy się dalej, a ja wezmę kolejny etat by było nas stać na kolejne leczenie. Przyjedziesz może za dwa lata, albo na jej pogrzeb. Uściskamy się we łzach, pomodlimy, złożymy wieńce i rozejdziemy, tak to działa. Każdy z nas zacznie nowe życie. Tego chcesz?!

- Przestań!

Krzyczę, gwałtownie gubiąc resztki dotychczasowej cierpliwości.- Przestań robić ze mnie syna marnotrawnego! Dobrze wiesz, że gdybym tylko mógł wróciłbym szybciej, ale nie chciałem. Nie chciałem ponownie upaść na samo dno! Wiesz przecież ile znaczyła dla mnie Nicole...

Warczę oschle, a wtedy ona wyrywa się z moich ramion i poczyna okładać moją klatkę i brzuch drobnymi kuksańcami.

- Ty egoistyczna świnio! Ty cholerny, egoistyczny debilu! Stawiasz jakąś idiotkę ponad własną rodzinę?! Ponad własną matkę?!

Nim zdąży wymierzyć kolejne uderzenie chwytam jej nadgarski i popycham ją na plecy niemal całkowicie blokując jej kończyny.

- Uspokój się dziewczyno... Maltretowanie mnie w zapłacie za błędy jakie popełniłem w minionych latach nie przywróci mamie zdrowia.

Stwierdzam, już łagodniej, bowiem niespodziewanie przychodzi mi na myśl ewentualne wyjście z tej sytuacji. Tiara najwyraźniej zauważa zmianę w mojej dotychczasowej postawie i sama zamienia ofensywę na zabarwioną krytycznym nastawieniem ciekawość. Nie lubuję się w przemowach gdy ona zieje tak dalekim od standardowej, siostrzanej ciekawości nastawieniem, lecz na ten moment uznaję że lepsza taka uwaga aniżeli ignorancja.

- Nie byłbym w stanie wrócić tu na stałe, moje życie toczy się tam, w Nowym Jorku, nie znaczy to jednak że chcę uciec od potrzeby podania mamie pomocnej dłoni. Będę was wspierał, w każdym, możliwym tego słowa znaczeniu...

- Mama wspominała że nie sypiasz na pieniądzach więc, nie sądzę byś...

Wcina się nagle, lecz przerywam jej gwałtownie.

- Podejmę drugą pracę.

- Jakim sposobem? Przecież sama praca w barze pochłania twoje życie niemal w dziewięćdziesięciu pięciu procentach!

- W takim razie pozostaje jeszcze około czterech procent na pracę dorywczą.

Stwierdzam żarliwie lecz iskra w moich oczach zbyt słaba jest by, rozpalić iskierkę nadziei w oczach Tiary.

- Mama nie zgodzi się byś zacharowywał się dla niej...

- Mama się nie dowie. Zanim wyjedziemy podasz mi numer swojego konta, a ja będę wpłacał na nie co miesiąc możliwie jak najwyższą sumę. Będziemy też w kontakcie, będę dzwonił do was regularnie  Zaufaj mi Tiara, wszystko się zmieni, na lepsze... Tylko pozwól mi spróbować...

Mówiąc to szukam w jej oczach choćby cienia niedzei bo, na iskierkę przestałem już liczyć. Najmniejszej drobiny poparcia...
W końcu i ona się przełamuje.

- W porządku. Spróbujmy...

Oznajmia niemrawo po czym spogląda w stronę domu, podnosi się, otrzepuje i wraca wzrokiem ku mojej osobie.

- Powinniśmy już wracać.

Dodaje po chwili, a skinąwszy głową podążam w ślad za nią.

                                                             *      *      *

 Przeczesując opuszkami biały piasek, nakreślam w głowie obraz człowieka, którego niegdyś nazwałbym ojcem... Słońce chyli się powoli ku zachodowi, a wspomnień niezmiennie ubywa, aż w końcu nieporadnie splatam ze sobą te pozostałe i z goryczą stwierdzam iż jest ich zbyt mało by, złożyć zeń kompletny wizerunek, a i cierpliwości nagle braknie. Toteż pozostaję z niekompletną repliką, dziurawą i bez głębszego wyrazu.
Potem objawia mi się , ów człowiek, lecz w świetle bieżących wydarzeń i on blaknie, gubiąc gdzieś wszelkie ludzkie zalety.
Bo, jak nazwać człowiekiem, haniebnego tchórza, uciekiniera, którego kiedyś za sprawą jego własnej, nieprzymuszonej woli mianowano mężem?
Małżonkiem, w zdrowiu i w chorobie,
w bogactwie i w biedzie.
A oto kiedy nadeszły bieda i choroba, ten stchórzył...
Jak nazwać ojca, który po latach pozostawia swe dzieci ginąc bez wieści i zdźbła chęci do odratowania kontaktu?

Trwając niezmiennie w otchłani tychże przemyśleń odcinam się od rzeczywistości i dopiero delikatny uścisk jaki na moim ramieniu składają smukłe palce brunetki prowadzi mnie na powrót do innej czeluści.
Czeluści dnia dzisiejszego.

- Chcę się z nim zobaczyć, Sky.

Wyznaję cicho, gdy dziewczyna sadowi się nieopodal i popatruje troskliwie na moje równie zatroskane lico.

- Bruno...

Zaczyna nastolatka ujmując moje palce w swoje kruche paliczki.- To nie jest dobry moment...Twoja mama, ona cię teraz potrzebuje. Potrzebuje cię teraz u swojego boku, rozumiesz? Jestem pewna, że jeszcze będziesz miał czas by, spotkać się ze swoim ojcem...

Słysząc to przerywam jej cicho.

- Będziemy, Sky. Będziemy.

Poprawiam ją, odwzajemniając jej spojrzenie i nim orientuję się w sytuacji, jej delikatne usta dotykają moich ust.
Ten krótki pocałunek jest jak powiew wiatru, jak muśnięcie zefirkiem, niemal niewyczuwalny lecz mnie o mało nie powala na łopatki.

- Nie jesteś w tym sam, Bruno.

Szepcze brązowooka, kilka milimetrów nad moją twarzą lecz nim nadążam z utrwaleniem w pamięci smaku jej warg poprzez ostatnie muśnięcie ona odsuwa się, nieuchwytna. Bliska i daleka zarazem.

Mimowolnie powracam więc do wpatrywania się w gasnące niespiesznie, żegnane ognistymi barwami grzywiastych fal Słońce, obejmując ramieniem pokryte gęsią skorką, szczupłe ramiona nastolatki. Ona natomiast wtula się we mnie, nie odrywając wzroku od przybrzeżnego piasku, co rusz obmywanego przez powoli słabnące fale.
Oboje dryfujemy, lecz nie na jednej łodzi.
Na dwóch oddzielnych tratwach,
po dwóch innych akwenach myśli i kiedy tak patrzę na nią rodzi się we mnie determinacja.
Nowe pokłady sił i zapału i zdaję sobie sprawę z własnego zaparcia:
znajdę ojca, choćbym miał szukać po całej wyspie i innych, pobliskich lądach.

Znajdę go, choćby tylko po to by, stanąć z nim twarzą w twarz i zapytać.
Zapytać i zrozumieć.
Zrozumieć dlaczego...
_______________________

Miesiąc...
Miesiąc nieobecności, ale jednak jestem.
Wciąż żyję, wciąż tworzę.
A tak oto za nami kolejny już rozdział.

Następny...
Ukaże się ZNACZNIE szybciej.
<3

poniedziałek, 19 czerwca 2017

28. Tears in heaven...

  
    Skupiam wzrok na nieśmiało wychylającym się zza chmur konturze wyspy i gdy patrzę na nią przez podwójne, plastikowe okienko, kołującego samolotu wydaje się niewiele większa od plamy na granatowym obrusie oceanu. Zamykam ją więc w dłoniach jak gdyby owe fikcyjne zniewolenie mogło zaoferować stabilniejszy grunt pod nogami, w momencie, w którym zasmakuję życia na ziemi nieznanej...

- Wciąż nie wiem gdzie tkwi złoty środek, który dostrzegasz w zabieraniu mnie... w nieznane.

Mruczę, popatrując kątem oka na budzącego się powoli Mulata.

- Wciąż dokładam wszelkich starań byś zrozumiała, że szczęście nie zawsze leży w tym co proste i zrozumiałe.

Odpowiada szeptem, a kiedy spoglądam w jego oczy nagle zalewa mnie chęć poznania tego co przyniesie mi czas.
Nie chcę przewidywać nieprzewidywalnego.
Pragnę żyć z dnia na dzień.
Tak jak nie przyszło mi żyć jeszcze nigdy...

I gdy przemierzam rozległe płyty lotniska, u boku brązowookego po raz pierwszy od dłuższego czasu dotyka mnie delikatna bryza, a ów bryza przyprawia mi skrzydła, które jednak zwijam, potulnie czekając na bardziej pomyślne wiatry.
(...)

Przemykając przez szklane drzwi z okazałym napisem "Przyloty" zaciągam się głęboko rześkim, porannym powietrzem.
Honolulu.
Mój dom.
Moja pierwsza miłość.
Moje największe przekleństwo...

Odkąd płuca smakowały delikatnego zasolenia w tutejszym powietrzu  minęły już dwa lata.
Dwa lata, siedemset trzydzieści dni.

Przecież to ogrom czasu, a jednak krocząc w porannym Słońcu, tym samym,  szerokim chodnikiem oplatającym gmach portu lotniczego wszystko zdaje się być takie jakim to pozostawiłem.
I kiedy maszerujemy tak, ramię w ramię, nagle narasta we mnie nadzieja, którą pogrzebałem w sobie przed tygodniami, dokładnie w dniu jej wypadku.

Jeśli można nauczyć człowieka widzącego innego spojrzenia na świat, pragnę być tym, który przywróci Skylar wzrok.

Jeśli możliwym jest nauczenie tego który słyszy, nauczyć słuchania dźwięków niemal niemożliwych do wychwycenia, stanę na wysokości zadania.

A jeśli miłość, można zaszczepić w kimś tak jak chip, na stałe by, nigdy już nie umknęła,  zaszczepię Skylar chip, własnymi rękoma...
Pływając gdzieś w odmętach przemyśleń nie słyszę dokładnie wołania gdy dobiega nas po raz pierwszy, lecz gdy czyjeś delikatne, smukłe palce zaślepiają moje oczy, a nozdrza wychwytują rześki powiew damskich perfum odwracam się gwałtownie i niewiele myśląc zamykam w ramionach długowłosą szatynkę.
- Bruno!

Krzyczy Tiara wprost do mojego ucha.- Tyle lat! Gdzie się szlajałeś?
Pyta półżartem, a potem jej ton się zmienia...- Tyle się zmieniło...od kiedy wyjechałeś.

Przełykam ciężko. Znam ten ton i doskonale wiem iż nie wróży on nic dobrego...
Lecz nim pytam o przyczynę, zjawia się Eric wraz z Jamie i nie ma już mowy, o dyskretnej rozmowie.

- No proszę! Kogo moje oczy widzą? Czyżby to Peter Gene Hernandez?

Jego głos dudni w moich uszach niczym dzwon na wieży, zaraz po ów głosie moje plecy smakują dobitnej oznaki braterskich uczuć w postaci soczystego klepnięcia w zdrętwiałe po długim locie plecy. A potem wszystko milknie.
Cztery pary oczu wpatrują się w brunetkę, ta natomiast zdaje się kulić pod rażeniem ów spojrzeń.

- To jest Skylar. Sky, to moje...rodzeństwo: Eric, Tiara oraz dziewczyna Eric'a, Jamie.

Na te słowa speszona dotychczas nastolatka ożywia się nieco, a komitet powitalny kolejno bierze ją w ramiona i waham się przez moment, czy nie przyjmują jej cieplej aniżeli przyjęli mnie.
Porzucam jednak te analizy, bowiem wraz z wycofaniem się Hernandezów, wycofuje się i ona. Niczym przerażone zwierzę, brązowooka zdaje się kulić ogon i przywierać silniej do mego boku. Zauważam to ja, widzi to także Eric, który odbiera to jakoby znak. Milczące ponaglenie, po którym cała nasza gromada przedziera się przez zaludnione połacie hali i parking, a następnie przy akompaniamencie radosnego trajkotania Tiary rusza w stronę miejsca, w którym pokładam nadzieje na przytulny kąt i to wszystko z czego los uszczknął dziewczynie drobinki szczęścia, w tej najprostszej postaci...
(...)

Pierwszym co rzuca mi się w oczy zaraz po przekroczeniu progu domostwa państwa Hernandez z niejasnych dla mnie przyczyn stają się drzwi.
Masywne, drewniane.
Z delikatnym akcentem pozłacanej, starannie wypolerowanej klamki. Na pozór,  zbyt ciężkie w przekroju uroczej willi, a jednak definiujące bezpieczeństwo mieszkańców tego domu.

Wtedy też myślę, o tym co nazwałabym domem.
Takim prawdziwym, do którego spieszno byłoby mi wracać. Mój wyimaginowany "dom idealny" miałby dokładnie  takie drzwi, żeby rodzinne ciepło i atmosfera odwzajemnionego uczucia nigdy nie wychynęła zeń przez szparę między podłogą. Byłby to domek w stylu skandynawskim, ze spadzistym dachem; ozdobnymi okiennicami wykonanymi z drewna i wiśniowymi zasłonami pyszniącymi się po obu stronach okazałych okien, przez które co rano, złociste Słońce zlizywałoby z blatów, pościeli, krzeseł i podłogi pojedyncze okruszki nocy.
Jeszcze przez moment stoję tak bez ruchu, w holu obcego domu, podziwiam i cegiełka po cegiełce buduję w myślach ten swój, a z niezmierzonych odchłani marzeń wyrywa mnie dopiero radosny, kobiecy głos, gdzieś na wysokości położonej nieopodal kuchni.

- Bruno?! Synu! Synku, to naprawdę ty?! Mój ty Boże... Tyle lat...Tyle lat czekałam na ten moment...

Wykrzykuje brunetka w euforycznym zaskoczeniu,  następnie oplata szyję chłopaka wtulając się w jego obojczyk, a po karmelowej skórze policzka spływa niespiesznie, kwartet słodkich w ów radosnym uniesieniu łez. Spoglądam więc na Bruna, a mimowolny uśmiech spływa na moje usta wraz z jego łzą, przemierzającą niestrudzenie rysy, zaciśniętej szczęki Mulata.

Potem kobieta szepcze coś jeszcze, mówi jednak zbyt cicho, a słowa skierowane są wyłącznie do potomka, odwracam więc wzrok nie chcąc naruszać dyskrecji tej konwersacji...

Wszystko zamiera na moment, jak gdyby ów słowa miały siłę by, zatrzymać czas i życie, na długi, długi moment...
(...)

*ścieżka dźwiękowa*

- Mamo, proszę... Powiedz że to nie prawda. To musi być pomyłka...

Szepczę, topiąc we łzach pozłacany brąz jej tęczówek.

- Przykro mi kochanie...

Odpowiada, jakby bez emocji...
Ów brak godzi we mnie niczym włucznia, pragnę wnet paść na kolana i prosić ją wraz z całym zastępem aniołów by, wszystko to było pomyłką, głupim żartem... Lecz i jej oczy wkrótce zachodzą mgiełką i choć otacza nas wianek rodziny, dzielimy łzy na nas dwoje.

- Przepraszam... Przepraszam, za to co zrobiłem, że tak zniknąłem...Że nie było mnie wtedy kiedy byłem potrzebny.

Łkam w jej ramię, jak za czasów gdy największym problemem była przebita przez sąsiada piłka, w odwecie za definiowanie jego płotu bramką do gry w piłkę nożną.
Wszystko to teraz zdaje się płowieć i maleć, do rozmiarów błahostki...

- To nie twoja wina...

Mruczy kobieta, a drżenie w jej głosie uświadamia mi, z jakim trudem przychodzi jej przepuszczenie tej informacji przez gardło.
Wtulam się w nią raz jeszcze nie chcąc przydawać jej bólu, po czym wychodzę, nie umiejąc już dłużej wytrzymać ciężaru jaki z hukiem spadł na moje ramiona...
(...)

Czuję się przytłoczona.
Przytłoczona wszystkim tym co widziały moje oczy, a w czym nie brałam udziału... Nie jestem pewna co tak naprawdę się stało, wiem tylko że po tych kilku słowach jakie kobieta skierowała do syna, ten wyszedł szybko z pomieszczenia, a w ślad za nim pomknęła szatynka...

Nie wiedząc gdzie winnam skupić swe spojrzenie, zatapiam je w pochylonej nad niskim parapetem postaci brunetki. Ona natomiast, jak gdyby czując moje spojrzenie odwraca się niespiesznie by następnie stopić nasze tęczówki w jedno.

- Zostań...

Szepcze jeszcze zanim zadaję to pytanie.- Zostań i powiedz mi coś o tej pięknej dziewczynie, którą mój syn przywiódł do domu...

Mówi łagodnie, po czym obdarza mnie uśmiechem tak ciepłym iż moje serce zdaje się wrzeć w jego temperaturze.

Nie wiem dokładnie co skłania mnie ku temu, nie myślę o tym aż nadto.
I nim kobieta postępuje w stronę blatu, nim zadaje jedno z kulturalnych pytań, którymi raczy gościa każdy uprzejmy gospodarz podchodzę do niej od tyłu i delikatnie ściskam jej ramię.
Wzdryga się delikatnie, po czym odwraca głowę i uśmiecha się,  uśmiechem wolnym, ufnym  gdy posyłam jej przeciągłe, przepraszające spojrzenie.

-  Mam nadzieję że pijasz czasami kawę?

Pyta ostrożnie, a kiedy potakuję bezgłośnie oddycha jakby z ulgą.- Rozgość się w salonie, niedługo do ciebie dołączę.

To mówiąc uśmiecha się szerzej i spogląda wymownie na bulgoczący cichutko ekspres do kawy.
(...)

Idąc niespiesznie kamienistą dróżką prowadzącą niegdyś do skrytego na samym końcu ogrodu szałasu z niewypowiedzianym rozżaleniem  rozkopuję wszelkie kamienie zastępujące mi drogę.
Nie wiem co dokładnie czuję.
Nie wiem czy to przepełnienie emocjami, czy też ich brak.
Wiem tylko że z serca sączy się rubinowa krew, by następnie zebrać się pod powiekami w postaci płynnego kryształu.

Straciłem tyle czasu...
Tyle cennego czasu, który mogłem podarować jej...

Nie jest mi jednak dane przemyśleć wszystko w samotnym milczeniu, bowiem moje ramię pokrywa wnet rozdygotana ręka młodszej siostry...

- Ucieczka nie pomoże mamie, Bruno...

Szepcze, a po moim ciele przebiega kolejno kilka ostrych dreszczy.
Zabawne, zabawne jest słuchanie własnych słów z innych ust...

- Nie uciekam...chcę... chcę tylko się z tym oswoić...

Mówię szczerze, po czym klękam w niewielkim zagłębieniu garstki spruchniałych gałązek, które przed laty nazywaliśmy szałasem.
Tiara siada po mojej prawej stronie i wtulając się we mnie tak, jak zwykła to robić gdy słowa przychodziły jej z trudem, zapatruje się w rozżarzoną kulę Słońca migoczącą wysoko nad taflą oceanu.

- Gdzie w tym wszystkim jest ojciec?

Pytam nagle, a ów pytanie zawisa w powietrzu, kiedy dziewczyna wbija we mnie spojrzenie, z którego nie umiem wyczytać zupełnie nic...
____________________________________

Czas to jednak największy przeciwnik tego bloga.
Zbliżają się wakacje, a ja mam tyle na głowie, że nie wiem co ze sobą zrobić i cierpi na tym blog.

Przepraszam za moją słabą organizację, kochani...
Obiecuję, że rozdziały będą pojawiały się częściej z początkiem lipca...
A tym czasem....
Co wy na to?


sobota, 3 czerwca 2017

27.Perfect imperfection...


 Nie patrzę na nią, wystarczy że czuję jej obecność.
Nie dotykam jej, choć pragnienie zamknięcia jej drobnego ciała w obręczy ramion nie ustaje.
Nie rozmawiam z nią choć usta aż pęcznieją od wszystkich słów, które powinna usłyszeć.

I choć siedzimy obok siebie ona wciąż jest tak daleko...

- Czy... czy ktoś cię kiedyś skrzywdził?

Pytam w końcu gdy myśli stają się zbyt głośne i czuję jak fala jej spojrzenia zalewa mój prawy profil.
Spoglądam więc ku niej w nadziei na jakikolwiek kontakt wzrokowy, lecz ona odwraca wzrok. Przełykam ciężko.
Chcę by, na mnie patrzyła, chcę by, choć raz mnie dostrzegła.

- Czy ktoś wyrządził ci krzywdę, Sky?

Powtarzam,lecz pozostaje milcząca.
Znów, milcząca.

- Skylar, proszę...

Szepczę, dotykając delikatnej skóry jej dłoni, a wtedy ona po raz pierwszy od czasu rozpoczęcia naszej wędrówki spogląda mi w oczy.
Nie umiem rozczytać słów skrytych za jej przymrużonymi powiekami, nie mam na to czasu, ani nawet pozwolenia bowiem gdy tylko przysuwam się do niej, ta gwałtownie podnosi się z krawężnika i nim nadążam z reakcją mój policzek smakuje jej prawego sierpowego.

- Nie powinno cię to obchodzić!

Warczy, a zarzucając na głowę ten sam obszerny kaptur jasnej bluzy, którą miała na sobie kiedy po raz pierwszy dane mi było usłyszeć jej głos wsuwa między wargi papierosa i zapalając go ostatnim tchnieniem podstarzałej zapalniczki, zaciąga się łapczywie.
Doskonale zdaje sobie sprawę z tego że ma mnie w garści,
wie też że na nią patrzę i może dlatego tak perfidnie unika mojego wzroku....
Nie godzę się na to, toteż nim siwa smuga dymu po raz kolejny opuszcza jej malinowe usta podrywam się z miejsca, chwytam ją mocno w pasie po czym obracam ku sobie.

- Kim dla ciebie jestem, Skylar?

Pytam, bezwiednie odbierając brunetce możność ruchu.
To jednak nie powstrzymuje jej przed milczeniem.
Albowiem nawet z największą siłą fizyczną nie zdołam otworzyć jej ust. Wiem to doskonale.
Aż za dobrze.
A jednak nie daję jej możliwości ruchu.
Chcę choć przez chwilę być w centrum jej spojrzenia. Pragnę uszczknąć choćby najmniejszy odsetek jej uwagi...

- Zostaw mnie.

Syczy, usilnie starając się odepchnąć moje ręce.

- Kim?

Naciskam, a wtedy ona ponownie otacza mnie spojrzeniem.

- Czego ode mnie oczekujesz, Bruno? Co chciałbyś usłyszeć?

- Prawdę, Sky. Jeśli faktycznie znaczę dla ciebie tyle co nic, w porządku. Odejdę, jeśli tylko tego zechcesz, ale jeśli...

Przerywam, zaciskając usta, a kiedy zdolność mowy znów odnajduje drogę do zaciśniętej krtani dodaję:...jeśli znaczę dla ciebie...jeśli znaczę choć trochę więcej niż powietrze...zostanę i zrobię wszystko byś była szczęśliwa.

Szepczę, a potem nastaje cisza w której to zbieram w sobie siły na stawienie czoła prawdzie.
Nie mam sumienia odwrócić wzroku od jej drobnej twarzyczki, lecz czuję jak przez palce upływają kolejne sekundy, gonione przez minuty,
czuję jak powietrze zaostrza się, zwiastując kolejną chłodną noc,aż w końcu pojmuję słowa których ona nie wypowiada.
Spuszczam głowę pozwalając głębokiemu westchnieniu na opuszczenie moich warg.
Dlaczego tak ślepo wierzyłem że to pytanie może mieć inną odpowiedź?

- Rozumiem.

Szepczę, usilnie starając się powstrzymać nieznośne drżenie w jakie wpada teraz mój głos.
Patrzę jej w oczy, patrzę w nie po raz ostatni.
Dwa rozżarzone węgle.
Morze czekolady.
Morze w którym nurzać się nie będzie mi dane...
A potem się odwracam.
I odchodzę.
Bezceremonialnie.
Dokładnie tak, jak ona, bezceremonialnie rozmyła wszystko to w co tak tępo wierzyłem...
(...)

 Przełykam z trudem, nie wiedząc co dokładnie powinnam teraz zrobić.
Nie chcę by, odszedł, nie chcę także by, poznał prawdę.
Nie pragnę niczego poza ciszą i  niemym pocieszeniem, lecz słowa niczym potok wylewają się wnet z moich ust. Jeszcze zanim nadążam je wyważyć.

- Ty nic nie rozumiesz!
Nie wiesz jak to jest kiedy własny ojciec, twój ideał, twój bohater, twój pieprzony numer jeden na ziemii pewnego dnia zaczyna traktować cię jak tanią szmatę!
Nie wyobrażasz sobie nawet jak bardzo jest to poniżające...

Krzyczę, lecz z każdym słowem mój głos słabnie.
Słabnie stopniowo by, w końcu zapaść się gdzieś w niezmierzonych odmętach krtani.
Pragnę mówić dalej.
Nagle chcę by, wiedział o wszystkim.: Ale co ty możesz wiedzieć?

Patrzę jak zastyga.
Jak napina łopatki.
Przymykam oczy i staram się oddychać, byle głęboko...

- Co ja mogę wiedzieć?

Odzywa się chrapliwie, a jego głos dociera do mnie jak gdyby zza zamkniętych drzwi.
Jest słaby i przytłumiony...
Lecz odnajduję w nim coś znajomego.- Zdziwiłabyś się Skylar. Dużo już widziałem. Moje życie to nie telenowela, to nie film. I wiesz, ja też chciałbym czasami wykrzyczeć swoje żale, ale tego nie robię.
Chciałbym klnąć na czym świat stoi.
Palić szlugi by, wypalić wstyd.
I topić smutki w litrach alkoholu.
Ale tego nie robię. Nie robię tego bo, jestem inny.
Jestem cierpliwy Sky. Ale też czuję ból.
Staram się być dla ciebie oparciem bo, właśnie o oparcie woła twoje spojrzenie.
Chcę być dla ciebie wszystkim czego tylko potrzebujesz by, osiągnąć szczęście i nie wymagam od ciebie byś czuła to samo.
Proszę tylko o jedno, ale ty mnie odrzucasz i...

Milknie, gaśnie tak nagle jak wcześniej wybuchł, wlewając we mnie obawę.
Przełykam raz jeszcze, zmuszam się do kilku kroków w przód i odchrząknąwszy słabo, szepczę.:

- Nie chcę byś odchodził.

Po raz pierwszy w życiu tak rozpaczliwie pragnę zobaczyć w jego oczach to uczucie, które deklarował mi niespełna dwa miesiące wcześniej, a które wówczas tak stanowczo od nas odepchnęłam.
Ale głębiny jego spojrzenia nie ujawniają niczego poza bezbrzeżną konsternacją.
On natomiast zaciska jedynie szczękę jak gdyby obawiał się przed tym co wypłynie z jego ust gdy tylko pozwoli słowom na ujrzenie światła dziennego.
(...)

Czuję się zagubiony.
Jak gdybym był dmuchawcem, który wcześniej zdmuchnęła w niezbadane prądy porywistego wiatru, a które teraz zbiera gdzieś z grząskiej gleby, w którą wpadły nie cały kwadrans temu.

- Zostań, proszę.

Szepcze ponownie w obawie że wypowiedziane wcześniej słowa jeszcze do mnie nie dotarły.
I po krótkiej analizie zdaję sobie sprawę z słuszności tychże obaw.

Nie dotarły.

Pragnę coś powiedzieć.
Dodać jej otuchy, zapewnić o swojej obecności.
Lecz zasób słów jest zbyt ubogi, dlatego milczę i zdobywam się jedynie na przygarnięcie jej do piersi, w którą wtula się nieporadnie.
Żadne z nas się nie odzywa toteż znów nadciaga niezbadana cisza..
Lecz ten brak słów jest inny niż wszystkie poprzednie, jest przepełniony emocją, nie tylko tą  jej lecz także moją, a oba te odczucia stanowią jedność.
W końcu brunetka, najwyraźniej  udręczona moim niemym towarzystwem zadziera głowę delikatnie ku górze, nasze tęczówki zlewają się niczym dwa rodzaje kawy, a rosnącą temperaturę powietrza uśmierza jej głos.

- Nie wiem jak mam ci okazać to co czuję, nie wiem też czy umiem jeszcze kochać tak jak ty byś tego chciał...

Mrużę oczy by, następnie posłać jej delikatny uśmiech i zatamować każde słowo, które pragnie wypowiedzieć.

- Nie mam określonych wymagań.
Zapewniam, ujmując jej chłodne policzki w dłonie i dotykając czołem jej czoła...-  Chcę tylko byś pozwoliła mi ciebie kochać. Nieważne jak...
Urywam nie widząc potrzeby rozwijania tej myśli i kiedy ona rozchyla wargi chcąc dodać jeszcze słowo zatapiam się w nich, zapraszając jej język do niespiesznego, upstrzonego zmysłowością tańca.
Nie protestuje, choć odstępuje na krok jak gdyby w zaskoczeniu.

- Powiesz mi w końcu gdzie mnie porywasz?

Zaprzeczam delikatnym skinieniem głowy po czym pociągam ją za rękę i ruszam przed siebie.

                                                                                       *      *      *

 Kiedy finalnie docieramy na jedno z nowojorskich lotnisk, spoglądam na nią przelotnie.
Odkrywam iż wydaje się teraz jeszcze bardziej kruchą i przestraszoną istotą, aniżeli leżąc na wpół przytomna na szpitalnym łóżku.
Zaciskam palce na jej smukłych paliczkach, a wtedy niepokój, który w niej buzuje odlewa i mnie.

Lecz to na co się porywam dociera do mnie dopiero po przejściu przez niekończącą się odprawę.

Waham się.

Nagle cały ten "plan idealny" traci swe iskierki, a ja poczyniam rozważania nad słusznością odwrotu.
Patrzę w jej oczy, spoglądam na nikły uśmiech rozświetlający jej usta, aż w końcu docieram do jej palców, splątanych z moimi i odkrywam że ten uścisk się zmienił.
Nie ma już prośby o powrót w bezpieczne zakamarki Brooklynu, jest tylko chęć poznania czegoś nowego.
Chęć poznania tego czegoś, we dwoje.
Uśmiecham się do siebie czując jak wiara w lepsze jutro powoli wraca do życia. Pragnę wziąść ją na ręce i zawirować z nią tak, jak ona nieprzerwanie zawirowuje moim światem, powstrzymuje mnie jedynie nasze położenie.
__________________________

Oto on, okropny rozdział dwudziesty siódmy...
Przepraszam Was za takie beznadziejne wypociny, obiecuję że następne rozdziały będą lepsze. Znacznie lepsze. 

Pozdrawiam i życzę jak najlepszysz średnich na koniec roku!
(Nie mam pojęcia kiedy kończycie, więc życzę za wczasu.)
<3

środa, 5 kwietnia 2017

26. Taking the long way home...


Proponowany podkład muzyczny:

1. Opening soundtrack
2. Middle soundtrack
3. Final soundtrack
__________________________

 - Zamknij oczy...
Proszę gdy kilka dni później delikatne ciało dziewczyny wpada bezwiednie w moje ramiona.
- Nie mogę.
Szepcze nastolatka, a obejmując jej ramiona czuję jak zaczyna drżec.
- Proszę... Zrób to dla mnie.
- Boję się.
- Czego?

Ona jednak pozostaje niema.

- Czego się boisz, Sky?
Szepczę, zagarniając niesforny, hebanowy kosmyk zbłąkany gdzieś na jej chłodnym policzku.
Czuję jak jej oddech się splyca, rozluźniam więc uścisk w obawie o sprawienie jej bólu.

- Boję się, że kiedy znów je otworzę ciebie nie będzie. Że on wciąż tu jest. Że to wszystko wróci.

Wnet obraca się gwałtownie, a w jej ciemnych oczach tańczy przerażenie.- Boję się jego towarzystwa, nawet nie wiesz jak na mnie patrzył...

- Sky...

Szepczę starając się ją uspokoić.

- Nie zrozumiesz... Nikt z was tego nie rozumie.  A on wróci. On kłamał, Wcale nie miał na myśli przeprosin...

Kontynuuje brunetka, a ja w oniemiałym przerażeniu przyglądam się jej ciemnym źrenicom.

- Jego już tu niema, Skylar. Twój ojciec wczoraj w nocy wrócił do Puerto Rico wraz z twoją matką, rozumiesz? Jesteś bezpieczna, jestem tu tylko ja.
Szepczę wprost do jej ucha i ze zdumieniem zauważam jak jej ciało ponownie się napręża.

- Skąd mogę mieć  pewność że ty nie chcesz tego czego chciał on?

Pyta, w amoku odstępując ode mnie o krok.
To pytanie rzuca mnie na kolana.
Kolejno przychodzi złość, żal, aż w końcu zostaje już tylko  rozpacz.

- Ja...
Szepczę lecz słowa zastygają w gardle.
Co powinienem teraz powiedzieć?
Co zrobić?

Nie chcę zadać jej bólu kolejnymi słowami,
nie chcę wlać w jej oczy kolejnej dawki strachu.
Nie mówię więc nic, jedynie spoglądam głęboko w te piwne oczy.- To kwestia zaufania, Sky...

Nie reaguje od razu, ale kiedy już odpowiada pragnę by, powrócił ówczesny strach przed nieznanym i zamienił się miejscami z pustką, nadchodzącą zaraz po poznaniu bolesnej prawdy.

- Jak mogę ci ufać skoro niemal się nie znamy?

Pyta, a po moim ciele przebiega ostry dreszcz.
Zastygam w bezruchu kiedy ona pędzona wewnętrznym rozdygotaniem cofa się do ściany, jak gdyby oczekiwała iż chłodne mury wchłoną ją całą tym samym  zabierając  z zamglonego pola mojego widzenia.

- Znasz mnie, Sky. Znasz mnie lepiej niż ktokolwiek inny na tym świecie.

Szepczę, choć pragnę krzyku.- Powiedziałem ci o sobie wszystko, jak na spowiedzi, jestem zawsze gdy tylko tego potrzebujesz, jestem kiedy płaczesz, gdy kipisz złością, gdy cierpisz, spijam twoje smutki jak gdyby byly moimi wlasnymi. Podzieliłem z tobą najbardziej bolesne wspomnienia,wiesz o mnie to co powininem zachować dla siebie, a mimo to mówisz, że jestem dla ciebie obcy, nie rozumiem tego Sky...
Dlaczego?

- Powinieneś już iść, Peter.

Szepcze nagle, jak gdyby moje słowa nigdy nie przecięły powietrza.
Chcę zaprzeczyć.
Chcę się postawić.
Chcę wyjść naprzeciw tej bezuczuciowej masce za którą się skrywa.
Chcę zapytać dlaczego.
Chcę przyswoić, pojąć i zrozumieć.

Nie chcę by, zaszczycała mnie ostrymi półsłówkami, chcę stoczyć z nią batalię na bogate w litery wyrazy.
Nie chcę szeptu,
chcę rozmowy soczystej w natłoku uczuć.
Chcę krzyku,
szczerej kłótni,
słów chłodniejszych niż najczystszy lód, ale nie milczenia.
Nie pragnę milczenia, bowiem zdaje się być tym z czego zbudowany jest mur, którym odgradza się o świata, odcina mnie od siebie.

Ale ona milczy.
Jej spojrzenie nagle staje się chlodne, obce, a wtedy rozumiem.
Z boleścią pojmuję iż przegrałem.
Przegrałem nierozpoczęty bój, bowiem ona nie zmieni zdania, nie zechce spojrzeć na świat moimi oczami nawet wtedy gdy zaoferuję jej cały świat, wraz z niebem i niezmierzonymi galaktykami.
Pozostanie głucha na moje słowa i kiedy ów prawda wdziera się pomiędzy szczelne zbroje umysłu czuję rezygnację tak bezbrzeżną iż obawiam się czy aby na pewno zdołam się w niej nurzać bez ryzyka utonięcia.

Nie znajduję w sobie jednak nadto siły.
Nie chcę jej także szukać.
Chcę oślepnąć.
Chcę ogłuchnąć.
Chcę być taki jak ona.
Nieczuły.

Ale nie umiem hamować tego co gra w moim sercu, w każdym zakamarku mnie, kiedy ona jest blisko, kiedy jest tak blisko.
Więc wychodzę
.
Odwracam się na pięcie i choć wszystko we mnie krzyczy bym nie ustawał w walce o nią,
o nas, ja po prostu kapituluję...

                                                                 *      *      *

  Siadając na krańcu jednej z ukrytych gdzieś w głębi parku ławek biorę w ramiona zapomnianą dotychczas gitarę,  a moje palce mimowolnie przywierają do naprężonych strun instrumentu. Przymykam oczy w obliczu delikatnej barwy jej dźwięku i upajam się tą krótką chwilą milczenia.
Nie jestem pewien kiedy moje usta pozwalają słowom rozżalenia ujrzeć światło dzienne, lecz nie hamuję ich...


- Łatwo przyszło, łatwo poszło
Tak właśnie żyjesz, oh
Brać, brać, brać wszystko,
Ale nigdy nie dajesz
Powinienem był wiedzieć,
że jesteś problemem od pierwszego pocałunku
Miałaś oczy szeroko otwarte,
Czemu były otwarte?

 Dałem ci wszystko, co miałem, a ty wyrzuciłaś to do śmieci,
Wyrzuciłaś to do śmieci, tak zrobiłaś
Abyś dała mi całą swoją miłość to wszystko, o co prosiłem,
Bo to czego nie rozumiesz to, że...

Przerywam na moment zastanawiajac się nad tym do czego faktycznie byłbym zdolny aby tylko jej ulżyć, by zobaczyć uśmiech na jej słodkich usteczkach...

-...Złapałbym granat dla ciebie
Dałbym sobie uciąć rękę dla ciebie
Skoczyłbym prosto pod pociąg dla ciebie
Wiesz, że zrobiłbym wszystko dla ciebie 
Wytrzymałbym cały ten ból
Pozwoliłbym przestrzelić sobie głowę
Tak, umarłbym za ciebie skarbie,
Ale ty nie zrobisz tego samego

I nim nadążam ją zahamować emocja wznosi mój głos o kolejne oktawy, a wraz ze słowami umyka ból.
Choć jest go tak wiele...

- Nie, nie, nie, nie
Czarny, czarny, i posiniaczony, bij mnie aż zdrętwieję.
Pozdrów diabła ode mnie, gdy wrócisz tam skąd przyszłaś.
Szalona kobieta, zła kobieta,
Taka właśnie jesteś
Uśmiechniesz się do mnie,
a potem wyrwiesz hamulce mi z auta

Dałem ci wszystko, co miałem, a ty wyrzuciłaś to do śmieci,
Wyrzuciłaś to do śmieci, tak właśnie zrobiłaś
Abyś dała mi całą swoją miłość to wszystko, o co prosiłem,
Bo to czego nie rozumiesz to, że

Złapałbym granat dla ciebie
Dałbym sobie uciąć rękę dla ciebie
Skoczyłbym prosto pod pociąg dla ciebie
Wiesz, że zrobiłbym wszystko dla ciebie 
Wytrzymałbym cały ten ból
Dałbym przestrzelić sobie głowę
Tak,umarlbym za ciebie, kochanie
Ale ty nie zrobisz tego samego

Jeślibym płonął
oh, przyglądałabyś się, jak spłonałbym w płomieniach

 Ale ukochana, nadal złapię granat dla ciebie

Powtarzam niemal szeptem bo, nie umiem krzyczeć słowami prawdy...

 Dałbym sobie uciąć rękę dla ciebie
Skoczyłbym prosto pod pociąg, dla ciebie dziewczyno
Wiesz, że zrobiłbym wszystko dla ciebie  Oh, oh
Wytrzymałbym cały ten ból
Dałbym przestrzelić sobie głowę
Tak, umarłbym za ciebie skarbie,
Ale ty nie zrobisz tego samego...

Kończąc ostatni akord zatapiam spojrzenie w rozognionym niebie późnego popołudnia i pozwalam pustce na powrót zagościć w sercu.
Nie wiem czy czułem już kiedyś tak nie fizyczną boleść, a jeśli tak to byłbym skłonny pożałować sam siebie.
I żałuję.
Żałuję że po tym wszystkim co starałem się jej ofiarować Skylar, moja niewinna, krucha Sky potraktowała mnie jak...śmiecia, jak wroga.
Jak obcego.

I to przeraża mnie najbardziej.
Jej wzrok.
Jej strach.
Jej popłoch.

Kogo we mnie widziała?

Nie byłem pewien czy naprawdę chcę poznać odpowiedź,
nie wiedziałem także jak zniosę kolejny potok raniących słów.
Wiedziałem jednak że chcę być jej biski.
Chcę by, mnie poznała,
wnet zapragnąłem wykrwawić się przed nią ze wszystkich sekretów,
opowiedzieć jej swoje życie jak bajkę, której może nawet nie zechce usłyszeć.

                                                                *      *      *

 Nie jestem pewien ile czasu upływa zanim ospale podnoszę się z ławki i z trudem stawiając kolejne kroki niespiesznie ruszam ku wąskiej uliczce prowadzącej do domu w którym mieszkam, lecz wiem że Słońce kończy już swoją wędrówkę.
Wiem że wraz z nim kończy się także coś co zapoczątkowała we mnie Sky.

Nadzieja?
Możliwe...

Wnet czuję delikatne wibracje.
Drżę.
Nie chcę teraz towarzystwa innych ludzi.
Nie chcę ich słuchać, w końcu pragnę być ogłuszony sobą, a mimo to sięgam do kieszeni.
Spoglądam na wyświetlacz, a moje oczy zachodzą tą nieprzyjemną mgłą.

I nagle wiem gdzie pragnę teraz być.
Postanawiam wrócić...

Wchodzę więc do domu, jak zawsze cichych, czterech ścian.
Pakuję część dopiero co wypranych i uprasowanych ubrań po czym wychodzę, zamykając za sobą drzwi.
Wychodzę by, za progiem stanąć oniemiały.

Jej oczy poczerniały.
Jej twarz jeszcze wyszczuplała.
Lecz wciąż jest piękna.

Długo podążam rysami jej twarzy, dlatego dopiero teraz zauważam jej wyciągniętą dłoń.
Nie chwytam jej jednak od razu.
Nie obejmuję palcami i nie muskam szarmancko bo, mój wzrok nazbyt głęboko wsiąka w te dwa, krótkie słowa.

"Uratuj mnie"

Krzyczy pisana czarnym wkładem długopisu prośba.
Waham się.
Toczę krótki bój.
Po czym chwytam ją za rękę, splatam nasze palce i podążam przed siebie.
Razem, podążamy w długą drogę, której kres ustanowi miejsce,
które oboje nazwiemy domem...
_____________________________

Pierwsze i podstawowe pytanie, jak wrażenia?
Ku której stronie barykady się skłaniacie?
Czy Bruno zasłużył na wszystkie te słowa?

Podzielcie się Waszymi odczuciami i wracajcie niebawem na kolejną dawkę emocji!

Pozdrawiam cieplutko.
Ps.  Jak nastroje przed Wielkanocą?

<3

czwartek, 23 marca 2017

25. Au revoir hier...


   Pozostając w nieznacznym pohyle dokładnie pucuję szklaną powierzchnię jednego z licznych stolików, dochodzi osiemnasta i przy barze powoli mnoży się liczba amatorów spotkań towarzyskich. Kilka kobiet przygląda mi się z uwagą co rusz wymieniając mniej lub bardziej pochlebne spostrzeżenia, lecz nie zważam na to.
Moje myśli nieprzerwanie dryfują ku Skylar.
Minęły zaledwie dwa dni od kiedy trafiła do szpitala, a mimo to martwiła mnie niezmienność jej stanu. Za każdym razem gdy udawało mi się do niej zajrzeć drzemała lub bez słowa wpatrywała się w ścianę, a kiedy coś do niej mówiłem zdawała się nie słyszeć, sprawiała wrażenie jak gdyby unosiła się gdzieś wysoko, wysoko ponad tym co nas otaczało.

Naraz z zamyślenia wyrwała mnie przeszywająca moje kieszenie wibracja. Zdezorientowany uskoczyłem niezgrabnie w bok, a następnie pospiesznie pochwyciłem urządzenie,
Dzwoniący nie był znany, a numer na wyświetlaczu prezentował się w mojej głowie jako nieprzenikniona pustka. Mimo to rozpocząłem połaczenie, a przewiesiwszy szmatkę przez ramię dałem znak stojącemu za barem Kyle'owi iż wybieram się na zaplecze.

Ledwie zdążyłem przystawić aprat do ucha, a z głośnika niczym lawa buchnął chaotyczny potok słów.

- Peter? Musisz przyjechać do szpitala, byle szybko, Skylar zabarykadowała się w pokoju, a jeden człowiek z personelu powiadomił niedawno lekarza iż widział jak dziewczyna wynosi z pokoju lekarskiego jakieś ostre małe narzędzie, możliwie żyletkę Musisz tu przyjechać. Natychmiast...

Nie rozpoznaję głosu rozmówczyni lecz dokładnie rozumiem to o czym mówi. Na moje barki wstępuje ostry dreszcz, a gardło zaciska się w zdenerwowaniu.

- Niedługo tam będę.

Rzucam pospiesznie po czym kończę połączenie i popychając masywne drzwi wracam za bar.

- Muszę się wyrwać.

Mówię do Greka, a on spogląda na mnie niespokojnie.

- Chcesz zostawić mnie tu samego? Stary, jest piątek, zaraz zjawi się tu chmara pijusów, a ty mówisz mi że musisz się wyrwać?!

- Nate mnie zastąpi.

Podsuwam błagalnie, na co brunet zakłada ręce na kark i wzdycha nieporadnie.

- Igrasz z ogniem. Ostatnio bardzo często się urywasz, a dobrze wiesz jaki jest szef. Poza tym już raz miałeś z nim pogadankę.

Wzdycham nerwowo.

- Kyle, tym razem to sprawa życia i śmierci.

Szepczę z rozjuszonym drżeniem w głosie, przez co ten zaprzestaje przecierania pokali i przez moment dłuższy niż wieczność mierzy mnie badawczym spojrzeniem.

- A więc to ona dzwoniła?

- Tak. Nie. To znaczy...nie, nie ona, ale w jej sprawie.

- Bruno, powinieneś uważać na tę pannę,

Przewracam oczami w głębokim poirytowaniu.

- Kiedyś ci to wytłumaczę.

Obiecuję, z góry jednak wiedząc że taka chwila nie nastąpi. Kyle nie był dla mnie kimś zaufanym, był tylko znajomym z pracy.
Był typem faceta, który zamiast pięknych kobiet widział "dobre dupy", a każda jedna jeśli tylko miała długie włosy, nienaganną figurę i skąpe wdzianko, lub opięte dżinsy otrzymywała miano "niezłej panny".
Ja natomiast, może i byłem konserwatystą, zapyziałym nudziarzem, ale nie traktowałem dziewczyn, a tym bardziej kobiet w taki sposób.

W naszej rodzinie znaczącą pozycję odgrywała mama, to ona wpajała mi szacunek do płci przeciwnej ponadto ja i mój młodszy brat Eric wychowaliśmy się w domu pełnym wpływowych kobiet.

Posiadanie czterech sióstr zobowiązuje...

Narzucając na ramiona ciepłą, czarną kurtkę pospiesznie opuszczam lokal i ponownie wydobywam z kieszeni telefon. Odblokowuję go i w pośpiechu wyszukuję numer do przyjaciela.
Ku mojej bezbrzeżnej irytacji druga strona milczy.
Niczym wściekły ponawiam więc połączenie.
Wciąż na nowo.
I znowu.
I znowu.
I wciąż.
Aż finalnie do moich uszu dociera znurzony głos blondyna.

- Co się stało, Hernandez?

Burczy w słuchawkę, a ja dochodzę do mimowolnych wniosków iż niechcący wybudziłem go z drzemki.

- Nate, musisz mnie zmienić w barze.

Mówię spokojnie, choć w środku cały kipię ze zniecierpliwienia.
Chłopak nie odpowiada co dodatkowo wzmaga moje poirytowanie.- Słuchasz czy nie?
Warczę w słuchawkę, a potem nasłuchuję odzewu.

- Co znowu ci wypadło?

- Muszę być w szpitalu przy Dekalb Avenue. Teraz.

- To po drugiej stronie miasta!

Zauważa niebieskooki, a ja z trudem powstrzymuję się przed dodaniem uszczypliwego komentarza.

- Owszem, i tak się składa że potrzebuję wcześniej wspomnianego zastępstwa w barze. A więc zwracam się do ciebie, mój drogi przyjacielu, czy byłbyś tak dobry i wstąpił na moją szychtę?

Nate wzdycha głęboko po czym zapada niezręczna dla mnie cisza.

- W porządku.

Mruczy finalnie,a  ja czuję jak u mych ramion wyrasta para śnieżnobiałych skrzydeł .- W tym tygodniu wezmę twoją zmianę, ale w przyszłym to ty pracujesz za nas dwoje.

Mówi poważnie na co po moich wargach przemyka skromny uśmiech.

- Stoi.

Odpowiadam krótko, a po gorących podziękowaniach i zapewnieniach o przyszłej odpłacie za jego nieopisane dobro rozłączam się i z impetem ruszam na najbliższy postój taksówek.
(...)

 Nie liczę czasu bowiem niema on dla mnie znaczenia. W końcu...to tylko umowny pomiar, dla nas, ludzi.
Liczę tylko krople spływające w milczeniu po naciętych nadgarstkach.
I choć nie jest mi do śmiechu, uśmiecham się ponuro.

Z traumy się nie wyrasta...

Słyszę głos matki, prośby lekarza i ciche łkanie ojca.
Przywieram do drzwi.

- Powiedz chociaż że tego żałujesz, tato... Powiedz to!

Mówię dokładnie akcentując każde słowo i ponownie nacinam nadgarstek.
Krew zmienia kolor i wraz z jej żwawszym parciem na żyłę przed oczami pojawiają się mroczki.
Nie w pełni świadomie opieram się o chłodną ścianę.
Ciemnoczerwona ciecz pokrywa podłogę szkarłatem lecz nie budzi to we mnie emocji.

To jak stan nieważkości.
Jak gdyby twoje ciało nie było już dłużej twoją własnością.
A potem znów pozostaje tylko pustka.
I jedynym odstępstwem od reguły jest ulga, którą przynosi ów niebyt...
Chcę wykonać jeszcze jedno cięcie lecz palce odmawiają współpracy, a niewielka, srebrna żyletka upada i zataczając się nie zgrabnie wtula swój chłodny, srebrzysty policzek w gładkie płytki...
(...)

 Przełykając ciężko raz jeszcze agresywnie napieram na nieustępliwe drzwi.

- Jak długo już tam siedzi?

Rzucam przez ramię, a matka dziewczyny mruczy coś w odpowiedzi.

- Pół godziny, może trochę dłużej.

Odpowiada szpakowaty mężczyzna co przyjmuję tylko nieznacznym skinieniem głowy.
Nie jestem w stanie powiedzieć ile czasu zajmuje mi pokonanie przekluczonych drzwi, lecz gdy finalnie odpuszczają, niesiony siłą naporu wpadam do pomieszczenia i wyhamowuję dopiero w odległym kącie pomieszczenia.

Wtedy to dostrzegam ją.
Jest blada, a jej nugatowe oczy zioną przerażającą pustką.
Przełykam więc łzy, nie chcąc by, ujrzały światło dzienne i padam przed nią na kolana.

- Sky...

Szepczę nie wiedząc co dokładnie mógłbym teraz powiedzieć.
Lecz ona nawet na mnie nie patrzy.

- Sky, kochanie...

Ponawiam, a wtedy dzieje się coś czego nie przewiduję nawet w najgorszych podejrzeniach.

- Nie nazywaj mnie tak.

Szepcze i nim nadążąm z reakcją jej powieki opadają, a delikatne ciało wiotczeje.

- Sky!

Szepczę do jej ucha, delikatnie klepiąc jej policzek.
To jednak na nic się nie zdaje.
Zsuwam ją więc by, mogła oprzeć plecy na płytkach, a jej głowę kładę sobie na kolanach.
Jestem odrętwiały w narastającej rozpaczy, lecz nie wypuszczam jej z ramion.
W tym momencie to jedyne na co mnie stać.

- Mój Boże...

Gdzieś za plecami słyszę głos pani Grey, odwracam się więc w jej stronę.

- Powinna pani wyjść i zawołać lekarza.

Cedzę przez spierzchnięte wargi, a spoglądając oględnie na zaplamioną ciemnobrunatną cieczą podłogę, mówię:

- Byle szybko.

Ona kiwa tylko głową, a krótko po tym korytarz rozbrzmiewa wzburzonymi głosami lekarzy.

- Proszę delikatnie ją podnieść i ułożyć na wznak na noszch.

Rozkazuje roztropnie, przybrany w śnieżno-białe szaty lekarz,  a gdy wykonuję jego polecenie ten na prędce rusza przed siebie.
Żwawym krokiem podążąm jego śladem, aż do masywnych przeszklonych drzwi prowadzących na blok operacyjny.

- Nie może pan tutaj wejść.

Oznajmia przysadzista blondynka i nim wypieram zastygłe w krtani protesty zamyka za sobą wrota, a ja bezsilnie opadam na posadzkę przywierając czołem do kolan gdy dociera do mnie to co próbowała zrobić dziewczyna.

- Boże...

Charczę z przerażeniem, a łzy chłodzą rozgrzane policzki.
Nie chcę płakać bo, nie wiem czy mówiłem prawdę zapewniając nastolatkę iż łzy nie oznaczają słabości.
Nie wiem też czy płaczę przez to co się stało, przez pustkę w jej spojrzeniu,
z żalu,  czy może za nas oboje.

                                                                                      *      *      *

  Znajdując w sobie ostatki tego co nazywamy siłą unoszę się w końcu i wbijając dłonie w kieszenie dżinsów ruszam niespiesznie wzdłuż niekończącego się korytarza, kierując kroki ku skrytej w głębi gmachu kapliczce.
Kolejno mijam osnute ludzkim cierpieniem oddziały i niezliczone liczby pacjętów oraz odwiedzających, którzy są mi tak obcy.
Lecz łączy nas to miejsce.
Łączy nas cierpienie.

Gdy finalnie docieram do kapliczki rozglądam się oględnie.
Rzędy drewnianych ławek,
surowe, zatopione w bieli ściany i skromny ołtaż skrywają w sobie niepojęte ukojenie.
Są jak milczenie wśród tłumu rozszalałych myśli.
Są jak szept po burzliwej kłótni i słońce po długotrwałej ulewie.

Nie pamiętam kiedy ostatnio nawiedziłem mury kościoła, może jeszcze za dzieciaka.
Z resztą nigdy nie było mi po drodze...
Lecz teraz kiedy stałem u progu czułem skruchę...

Z trudem stawiając kolejne kroki finalnie docieram do jednej z najdalszych ławek i padam na kolana.

- Boże...

Szepczę niemrawo, a mój szept niesie się ciszym szmerem.

- Bądź dla niej wyrozumiały, ona jest dla mnie wszystkim, i nie wiem jak jeszcze mogę jej to okazać. Nie rozumiem jej Boże, nie rozumiem tej którą pokochałem ponad wszystko, a ogromnie bym tego chciał. Chciałbym spojrzeć jej w oczy i bez słowa podzielić jej smutki na nas dwoje, czy to tak wiele?
Dlaczego ucieka?
Co robię źle?!

Nie jestem pewien w którym momencie mój głos unosi się na wyżyny kolejnej oktawy lecz ten sam szloch zamiera w piersi gdy moje ramie ściskają czyjeś kościste palce.
 Wzdrygam się i odwracam wzrok.

- Daj jej czas synu, ona to widzi...

Szepcze głęboki, męski głos.
Spoglądam w oczy starszemu, przypruszonemu siwizną mężczyźnie w czarnej sutannie i mam ochotę zaprzeczyć jego słowom niczym rozkapryszony nastolatek.

- Dałem jej czas, dam tyle ile tylko zechce, ale wtedy ona odchodzi, a ja boję się że już jej nie znajdę. I kiedy tracę już nadzieję ona wraca by, przynieść ze sobą coś co mnie rujnuje. Nie mam jej tego za złe. Kocham ją i chcę ją wspierać, a ona odrzuca mnie jak gdybym był tylko zabawką, chusteczką higieniczną w którą roni łzy, a gdy ta przesiąka nimi cała ona odrzuca ją w kąt i odchodzi, a ja zostaję sam. Znowu sam, tylko ja i ten cholerny potok myśli.  Co robię źle?
Czego tak bardzo się boi?
Nie wymagam od niej zaufania, nie teraz, a tym bardziej miłości bo, na ten moment ta, którą darzę ją wystarczy nan nas dwoje.  Chcę tylko by, otworzyła oczy i spróbowaładostrzec we mnie kogoś kim chcę, kim się dla niej staję. Chcę by, patrząc mi w oczy widziała wsparcie nie wroga. Chcę nauczyć ją kochać, tak jak i ja zostałem nauczony.

- Pewne odpowiedzi zna tylko ona i tylko ona decyduje o tym co podzielicie na dwoje, a co pozostanie tylko jej. Bądź więc cierpliwy, ale nie wymagaj. Daj jej czas i wsparcie, a pewnego dnia ona otworzy oczy. Lecz nie odliczaj czasu jaki ona poświęci na uniesienie powiek.  Jeśli kochasz, nie staraj się zrozumieć.
Nie pouczaj jej, dawaj tylko nieznaczne wskazówki by, czuła twoje towarzystwo i nie zamykaj oczu na żaden z najmniejszych nawet znaków.

Patrz sercem,ono z natury widzi więcej niż zdradliwe ślepia,  a pewnego dnia rozum samoistnie pojmie to czego teraz nie rozumiesz.

Odpowiada zdawkowo kapłan, a ja czuję jak pod powiekami ponownie wzbierają łzy.
Chcę być cierpliwy, chcę znaleźć w sobie tyle cierpliwości by, wystarczyło na nas dwoje lecz nie wiem gdzie jej szukać.
Już nie.
 I wnet przychodzi ta jedna, okrutnie egoistyczna myśl.
Chcę się poddać.
Zostawić to wszystko za sobą.
Raz na zawsze.
________________

Witajcie!

Ogromnie przepraszam...:(
To nie miało tak być.

Rozdział niestety pojawia się dopiero teraz co jednak nie znavzy iż zapominam po prostu...
Dużo, bardzo dużo obowiązków.
Tak, wiem co myślicie.
Też mi wytłumaczenie.

Oświadczam jednak iż od teraz postaram się być bardziej systematyczna w publikowaniu rozdziałów. Ponieważ liczba odwiedzających HTL jest... zatrważająca...:(

Co do rozdziału, co wy byście zrobili na miejscu Bruna?

Następny rozdział już niebawem!
Podzielcie się swoimi opiniami i opowiadajcie co u was!
Pozdrawiam serdecznie!

<3

poniedziałek, 6 lutego 2017

Uwaga...

Z powodów czysto technicznych rozdział pojawić się może dopiero pod koniec tego tygodnia, a wszystko to przez komputer, który nie zapisał owego rozdziału. Wybaczcie, lecz nie mam dziś już siły, ani mówiąc szczerze ochoty pisać od nowa niemal pięciuset linijek tekstu, który raz już napisałam.
Przepraszam...
ROZDZIAŁ POJAWI SIĘ JESZCZE W TYM TYGODNIU.

Pozdrawiam i dziękuję za wytrwałość wszystkim, którzy jeszcze czytają poniższe opowiadanie.
<3

niedziela, 29 stycznia 2017

24. No one but you...


Poniższy rozdział dedykuję Pauli, dziękuję za Twoją wytrwałość!
<3
________

        Przez dłuższą chwilę skrupulatnie zliczam wąskie potoki skroplonej pary, niby na wyścigi ciągnące niestrudzenie ku krawędzi szerokiego okna. Czas zdaje się nie egzystować, a świat zblednąć jeszcze silniej aniżeli dnia poprzedniego.
Otacza mnie jak gdyby swoiste otumanienie, z którego nazbyt trudno jest się wyrwać, choć może najzwyczajniej w świecie, nie staram się wystarczająco zawzięcie...

- Peter?

Dochodzi do mnie przyciszony głos Cerise, na którego dźwięk automatycznie odwracam głowę w jej kierunku.

- Pomyślałam, że powinieneś się rozgrzać.

Mówi troskliwie po czym posuwistym ruchem wkłada mi w ręce papierowy kubek,  po brzegi wypełniony parującą kawą zbożową. Jeszcze przez kilka sekund patrzę na nią nic nie widzącymi oczyma po czym niespiesznie kiwam głową i powracam spojrzeniem ku szpitalnemu łóżku, na którego środku, pod osłoną przyćmionego światła niebieskiej żarówki ledowej drzemie ta, za której głosem wnet tak bardzo zatęskniłem.

- Jeśli chcesz, zamówię ci taksówkę, jest środek tygodnia, nie powinnaś...

Zaczynam niepewnie, bezustannie wpajając tęskne spojrzenie w półmrok sali, w której jawi się ukołysana nienaturalnym snem buzia dziewiętnastolatki.

- Wyganiasz mnie?!

Gromi mnie wnet pełen wyrzutu głos rudowłosej przez co po ciele pospiesznie przepływa gorący, nieprzyjemny prąd.
Raz jeszcze spoglądam w oczy mojej nieletniej towarzyszki po czym wzdycham przeciągle i przeczesuję palcami moje hebanowo czarne włosy.

- Nie wyganiam, po prostu roztrząsam wszelkie za i przeciw.

- Co do czego?

- Co do twojej bytności w szpitalu, Bóg jeden wie jak daleko od miejsca twojego zamieszkania.

- Ach, tak? Więc najpierw prosisz mnie o pomoc, potem nagabujesz na towarzystwo, a teraz tak po prostu proponujesz bym sobie poszła, bo nagle zaczęłam ci przeszkadzać, czyż nie?

Unosi się gwałtownie po czym staje na równe nogi i krzyżując ręce na piersi wbija we mnie chłodne spojrzenie swych szmaragdowych ślepiów.
Nasze spojrzenia się krzyżują.

- Więc pozwól, że w chwili obecnej opuszczę ten budynek byś nie musiał już więcej znosić mojego towarzystwa!

- Cerise, źle mnie zrozumiałaś.

Mówię łagodnie lecz ona ani myśli o przyjmowaniu jakichkolwiek wyjaśnień.

- Daruj sobie.

Warczy urażona po czym ze spuszczoną głową, pospiesznie przemierza korytarz by, w następnej chwili przenikając przez oszklone wrota prowadzące na oddział, zniknąć w roztaczającej się po szpitalnych płytkach, słabej łunie zimowego Słońca.

Waham się, lecz to uczucie trwa nazbyt krótko bym zdążył popaść w jakiekolwiek głębsze analizy. Raz jeszcze spoglądam wgłąb uśpionego mrokiem pomieszczenia po czym puszczam się biegiem w ślad za nastolatką.

                                                             *      *      *

 Jeszcze nim rozsuwane drzwi zamykają się na dobre chaotycznie omiatam spojrzeniem recepcję, a do moich uszu dochodzi wnet głos do złudzenia naśladujący w swej tonacji ten jakim włada dziewczyna, do której bije moje serce...

-  Aishia. Aishia Grey, a to mój mąż, Frederick Grey.

 Przedstawia się kulturalnie drobna brunetka, a stojący u jej boku szpakowaty dżentelmen skłania się wyrafinowanie w pas.- Dziś w nocy otrzymaliśmy wiadomość, iż w waszym szpitalu leży nasza córka, Skylar Grey, czy jest więc możliwość zobaczenia jej?

 Wyrzuciła z siebie z przejęciem, a na te słowa poczułem nieprzymnie chłodne ukłucie w okolicy żeber.
Było w nich coś w co szczerze wątpiłem, a energia jaką emanowali sprawiała iż  nie mogłem się do nich przekonać.

Tymczasem starsza kobieta zasiadająca na recepcji raz jeszcze przerzuciła wzrok z arkusza na parę podającą się za rodziców pacjentki, po czym westchnąwszy rozlegle wydała młodziutkiej pielęgniarce dyspozycję dotyczącą zaprowadzenia państwa Grey do sali, w której liczne medykamenty podtrzymywały Sky przy życiu.

Mimowolnie podążam więc ich śladem, dobrowolnie puszczając Cerise w niepamięć, bezwiednie zdradzając naszą przyjaźń, choć jeszcze chwilę temu poprzysiągłem sobie nigdy więcej jej nie ranić...
(...)

Unosząc jeszcze ciężkie od snu powieki jęczę cicho gdy moim ciałem wstrząsa nagła fala bólu. Nikt jednak nie widzi mojego cierpienia, nikt więc nie reaguje i kiedy ból odchodzi na powrót zostaję sama.

Przewracam się na prawy bok i dostrzegam ciemny zarys postaci, która teraz pospiesznie podchodzi do przyciemnionej szyby i choć nie umiem dostrzec dokładnych zarysów jego twarzy wnet zdaję sobie sprawę w kogo oczy spoglądam.

- Bruno...

Szepczę,  a przez myśl przebiega wnet ta jedna chwila...

...Wspomninie...

- Silne osoby nie upadają.

 Protestuję, mimowolnie dotykając palcami jego dłoni spoczywającej delikatnie na moim sercu.
 Kiedy tylko to wypowiadam na jego ustach wita słaby, smutny uśmiech, który jednak ukrywa przed moim spojrzeniem.

- Upadają, Sky.-
Częściej niż możesz sobie to wyobrazić. Ale zawsze się podnoszą i właśnie tam tkwi ich siła.

- A co jeśli i jej zabraknie?

Szepczę, a słysząc to pytanie brązowooki delikatnie obraca moją twarz ku sobie i muskając palcami szkarłatnej skóry na wychłodzonym policzku, szepcze.

- Wtedy jest ktoś kto stoi za ich plecami.

...Koniec wspomnienia...

Czuję jak wraz z tymi słowami moje oczy wypełniają łzy, zaciskam więc powieki nie chcąc by, mrok pochłonął moją rozpacz, nie chcąc by, naznaczyła ona biel poduszki, bowiem w późniejszych dniach zapewne zastygłaby na niej, zasypiała i budziła się wraz ze mną...

                                                           *      *       *

W niepwenym półśnie słyszę jak delikatne pchnięcie otwiera drzwi, a na posadzce rozlegają się ciche kroki. Gwałtownie otwieram oczy, podnoszę się i zapalam spoglądającą na mnie z eleganckiej, drewnianej szafki przy łóżku, lampkę.

Pokój zalewa wnet łagodne, miodowe światło, a moim oczom ukazują się delikatne rysy matczynej twarzy. Nie jestem pewna kiedy zaczynam płakać lecz zaraz po tym pospiesznie ukrywam twarz w poduszce.
Niczym mała, obrażona dziewczynka.

- Kochanie...

Szepcze mama, siadając delikatnie na krańcu łóżka gładząc moje włosy tak delikatnie jak gdyby obawiała się że sprawia mi tym ból.
I byłabym skłonna przysiąc iż nie pomyliła, się w swych obawach,  bowiem to co dla skóry przyjemne niczym podmuch letniego wiatru, rozdzierało teraz moje serce,  gorsze było od wszelkiego cierpienia fizycznego jakiego doznałam w trakcie tych dwóch, koszmarnych lat.

- Skylar, córeczko...

Wypowiada moje imię, wypowiada je tak jak zdarzało jej się to wtedy kiedy miałam zaledwie kilka lat i przybiegałam do niej z płaczem,  z wszelakich, jakże błachych na tle tego dzisiejszego, powodów.

- Gdzie byłaś?

Szepczę, a jej dłoń wnet zastyga bez ruchu gdzieś na wysokości mojego karku.

- Gdzie byłaś przez te wszystkie lata, mamo?

Powtarzam, zbierając się na odwagę by, spojrzeć jej w oczy.

- Słońce...o czym... o czym ty mówisz?

Pyta z cicha, a  na jej twarzy znajduję paletę przerażenia i wżerającego się we mnie boleśnie smutku.

- O tych wszystkich latach, kiedy cię nie było.
O tych wszystkich latach kiedy ojciec tak bardzo cię okłamywał, o czasie, w którym tak bardzo ciebie potrzebowałam.
O czasie, w którym ty byłaś zbyt zaślepiona by, dostrzec to co dzieje się pod twoim własnym dachem.

- Sky...

Odzywa się wnet ojciec, lecz gromię go tylko spojrzeniem.

- Nie odzywaj się.

- Kochanie...

- Nie mów tak do mnie, ona powinna woiedzieć.

Mówię ostro, a usta mężczyzny rozwierają się wnet w przerażeniu.

- Skylar, dziecko, o czym teraz mówisz?

Pyta matka, na co ojciec pospiesznie podchodzi do miejsca w którym teraz siedzi spięta kobieta.

- To nic takiego, kochanie...

Mówi, a te słowa rozpalają wnet ogień tak gorący iż stanęłabym w płomieniach gdyby ktoś odkręcił gaz.

- Nic takiego?!
Te wszystkie noce kiedy tak dobrze bawiłeś się swoją małą córeczką, dotykałeś tam gdzie wstydziłam się dotknąć nawet ja, te wszystkie noce kiedy całowałeś mnie tak jak jeszcze nigdy nie śmiałeś pocałować mamę, kiedy prosiłam byś przestał sprawiać mi tak ogromny ból. Te wszystkie noce gdy zmuszałeś mnie do seksu twierdząc że wwszystkie grzeczne córeczki pozwalają na to swoim tatusiom, to nic takiego?!
Uważasz, że to NIC TAKIEGO?!

Krzyczę zrozpaczona, a moją klatkę rozdziera wnet ból tak ogromny iż bliska jestem omdlenia.
Zamykam więc oczy, lecz nim powieki opadają widzę jeszcze przerażone spojrzenie mamy, sztab lekarzy i setki cieniutkich rurek...
(...)

- Proszę państwa, bardzo bym prosił aby opuścili państwo gabinet.

Dochodzi do mnie życzliwy głosik pielęgniarki, przytrzymującej teraz ramię pani Grey.
Spoglądam w twarz kroczącego u jej boku mężczyzny i przechodzi mnie wnet  niepojęta fala nienawiści. Coś mówi mi że to on jest człowiekiem, który tak silnie zmienił życie Sky, nie jestem jednak pewien skąd biorą się te przypuszczenia i postanawiam, iż pewnego dnia zapytam o to Sky, zapytam ją o prawdę...

- Kiedy będę mógł ją zobaczyć?

Pytam przechodzącej obok pielęgniarki, na co ta przystaje zmieszana i wpatrując się w moje oczy szuka odpowiednich słów.

- To...To naprawdę nie jest najlepszy moment. Lekarz właśnie podał jej silne leki nasenne...

- Czy mogę tam po prostu wejść? Bardzo panią proszę... Ta dziewczyna...jest wszystkim co mam, całym moim światem, chcę tylko...chcę przy niej być gdy się obudzi...

Błagam czując wnet jak z rozpaczy narasta we mnie skłonność by, paść przed kobietą na kolana. Wszystko byleby tylko wpuściła mnie do Sky.

Ta jednak o nic nie prosi.
Tylko patrzy.
Nieprzerwanie patrzy mi w oczy, po czym niby zahipnotyzowana wpuszcza mnie  do sali, prosi, o milczenie w tej sprawie i odchodzi szybkim krokiem, raz czy dwa spoglądając na mnie przez ramię.
Zatapiam się więc w głębi pokoju wcześniej starannie zamykając za sobą drzwi i siadam na koślawym, drewnianym krześle tuż przy łóżku.
Nastolatka wnet porusza się nerwowo, a ja jedynie zaciskam palce na jej ciepłej dłoni i patrzę jak ponownie wraca do niej spokojny, równomierny sen.

- Jestem tutaj, księzniczko.

Szepczę, w tym samym momencie, w którym dziewczyna zatapia mnie w brunatnym bursztynie swych pięknych źrenic...
______________________

Udało się!

W końcu jest...
Rozdział 24-ty.
Jak Wam się podoba?

Kto spodziewał się takiego obrotu spraw?

Podzielcie się opiniami i wracajcie już niebawem na ciąg dalszy, ponieważ to jeszcze nie koniec przewrotnych zdarzeń!
Ba!
To zaledwie początek...

Pozdrawiam cieplutko!
I zapraszam już niebawem. 
<3
Ps. Kiedy zaczynacie ferie?
      Macie już jakieś plany?

<3

niedziela, 15 stycznia 2017

23. Breathe for me...


 Wszystko to dzieje się szybko, zbyt szybko.
Nieme słowa na jego wargach, tłum przerażonych gapiów, nieustający klakson, oślepiające światła reflektorów, pisk opon...

A potem już nic.
Nic, oprócz bólu i tej niepojętej niemocy...
(...)

- Sky!

 Krzyczę, choć jest już za późno.
Rozpędzone auto gwałtownie hamuje, lecz droga hamowania jest zbyt długa.  Nawierzchnia zbyt śliska,
I kiedy już niemal chwytam jej dłoń, nasze spojrzenia się spotykają.
Na moment.
Na krótki moment przed tym jak srebrzysty Mercedes pcha jej wątłe ciało w przód,
daleko w przód by, następnie zniknąć niczym zjawa, w pierwszej bocznej uliczce.

Czuję jak moje palce rozluźniają uścisk złożony dotychczas trwale na chłodnym szkle telefonu, a sam telefon wymyka się spod ich władzy, ale nie dbam o to.
Wnet jedynym co nabiera znaczących barw, jakichkolwiek barw w niespodziewanie poszarzałym świecie; jest ona.

Niczym w transie ruszam ku miejscu w którym śnieg zatapia swą biel w jej cerze i choć dzieli mnie od niej zaledwie kilka metrów, ta wędrówka zdaje się trwać całe wieki, może lata świetlne.
Ktoś rozpaczliwie lamentuje, inni krzątają się w popłochu, matki zakrywają oczy dzieciom, zabiegani nowojorscy pracownicy korporacji przemykają obok, w garniturach i wypastowanych butach, nazbyt ponaglani przez kalendarz by, poczuć chłód zimy,zbyt obojętni na wszystko to, co dzieje się
dookoła, a  niema związku z biznesem, zyskiem oraz nimi samymi.

I nagle uświadamiasz sobie jak egocentryczny jest ten świat, świat ludzi.
Każdego z osobna.
Nie wszystkich razem...
(...)

Ukojenie jest tak momentalne iż przez pierwsze sekundy nie potrafię go nawet zdefiniować, dlatego jedynie porównuje je do nagłego porywu wiatru na rozgrzanej palącym Słońcem pustyni, do przebłysku Słońca w surowym chłodzie wiecznego mroku i do wszystkiego co pojawia się tak nagle kiedy myślisz że nigdy już nie nadejdzie...

Jeszcze przez moment przed oczami migoce biel, spoglądam więc w dół, a po ciele przebiega chłodny, nieprzyjemny dreszcz.

Widzę siebie, swoje ciało skryte w niewielkim przesmyku między ulicą a chodnikiem.
Widzę ludzi bezradnie krążących wokół miejsca wypadku i samochody nieprzerwanie sunące po betonowych płatach.

Przyglądam się więc baczniej, zgromadzonym wokół mnie osobom.
A patrząc nieustannie wśród tłumu dostrzegam także Mulata.
Klęczy, podtrzymując w ramionach mój bezwładny korpus, nie płacze choć jego oczy wypełnia ból. Nie krzyczy, choć wszyscy wokół rozprawiają podniosłym tonem.
Szepcze.
Szepcze, lecz jestem za daleko by, usłyszeć jego słowa.

A potem wszystko naraz przyspiesza...
(...)

Nie jestem do końca pewien ile czasu upływa od momentu kiedy zakapturzony nastolatek zawiadamia pogotowie do chwili w której przeszywający krzyk syreny zagęszcza powietrze lecz wiem iż trwa to długo.
Zdecydowanie zbyt długo.
Wiem tez że skóra dziewczyny w tym czasie nienaturalnie bieleje i że krew w jej żyłach porusza się teraz ospale.
Przyciskam ją więc silniej do piersi, z utęsknieniem wyczekując morza czerwieni niesionego wraz z przyjazdem ambulansu.

A kiedy personel medyczny kładzie ją na noszach znów nadchodzi ta cholerna niemoc.
Słyszę słowa i czuję obecność stojącej przy mnie osoby, prawdopodobnie spoglądam nawet w jego stronę lecz nie czytam z ruchu warg żadnych wyraźnych słów, a kiedy pada pytanie niemal nieświadomie, jedynie nikłym przebłyskiem rzeczywistości zaprzeczam skinieniem głowy.

- Do jakiego szpitala ją zabieracie?

Pytam, a wtedy ten sam mężczyzna, który wówczas zadał pytanie, spogląda
na mnie przez ramię, w grymasie smutnego uśmiechu odpowiada.:

- Brooklyn Hospital, przy Dekalb Avenue, wie pan gdzie to jest?

Zapytuje protekcjonalnie, a widząc konsternację w moich oczach wzdycha i odchodzi by, po chwili poprowadzić hałaśliwy pojazd przez powoli zatapiające się na powrót w świątecznym nastroju ulice.

- Dekalb Avenue...

 Powtarzam cicho, lecz w mojej głowie owa nazwa odbija się
tylko głuchym, nic nieznaczącym echem.- Dekalb...
Mruczę ponownie, pospiesznie sięgając
do kieszeni po telefon, a kiedy go tam nie odnajduję,
 w przypływie niepokoju rozglądam się dookoła, wnet zdając sobie sprawę iż
porzuciłem go dokładnie w chwili wypadku, porzucając tym samym rozmowę z matką.

- Zdaje się, że znalazłam twoją zgubę.

Rozlega się wnet niepewny, nastoletni głos, a wykonując pół obrotu staję twarzą w twarz z zarumienioną w niewinnym uśmiechu dziewczyną, w grubym, hebanowym płaszczu i równie czarnych rękawiczkach na wyciągniętych ku mnie dłoniach..

Jeszcze przez moment staram się zarejestrować
jej życzliwe słowa,  a gdy w końcu trafiają one do mojego umysłu przywołuję na twarz nikły uśmiech.

- Dziękuję.

- Drobiazg, nie sądzę by, dało się go uratować.

Wzrusza ramionami rudowłosa i dopiero wtedy dostrzegam iż szybka urządzenia tworzy na ekranie wymyślną  mozaikę.

- Cholera...

Klnę pod nosem, na co zielone oczy nastolatki spogladają na mnie surowo.

- Mógłbyś zachować trochę kultury.

Karci mnie urażona, na co spoglądam jej w oczy.

- Wyobraź sobie że nie mógłbym, nie teraz.

- Więc postaraj się chociaż być dla mnie milszy.

- Milszy...Nawet się nie znamy.

Burczę poirytowany na co zielonooka postępuje krok w moim kierunku, ściąga puchatą rękawiczkę
i  wyciągając delikatną rękę ku mnie, mówi.:

- Jestem Cerise i tak się składa że potrzebujesz mojej pomocy.

Mrugam niekoniecznie rozumiejąc co ma na myśli przez ,,potrzebę pomocy", po czym z ukrywaną  rezerwą ściskam jej rękę i przedstawiam się.:

- Peter.

Zapada więc cisza, w ciągu której Cerise przewierca mnie spojrzeniem po czym uśmiecha się szeroko, a ten uśmiech sprawia że wnet pragnę poznać to co zaprząta jej myśli.

- Spieszy ci się?

Pyta niespodziewanie, przez co wytrąca mnie nieco z rytmu.

- Słucham?

- Pytam w jakim stadium jest grunt pod twoimi nogami, pali się?

- Nie da się ukryć.

Przytakuję niespokojnie, na co usta dziewczyny nawiedza cień smutnego uśmiechu.
Poziom mojej adrenaliny gwałtownie się podnosi.- Więc...jak daleko jest stąd do szpitala?

- Samochodem nie powinno nam to zająć więcej niż czterdzieści minut, ruch nie należy w tych godzinach do przesadnych utrudnień.
- Samochodem...

Powtarzam zrezygnowany, a słysząc ową nutkę powątpiewania w moim głosie, zadbane brwi dziewczyny
podrygują niespokojnie na tle pobladłej od chłodu twarzy.

- W czym problem?

- Widzisz...należę do zawężonego grona Nowojorczyków, którzy nie posiadają takowego pojazdu.

Mruczę z dozą wstydu, lecz spoglądając w oczy Cerise ze zdziwieniem stwierdzam iż nie egzystuje w nich nawet cząstka kpiny.

- Cóż...

Szepcze, zaciskając piąstki i wlepiając wzrok w złotawą poświatę niedawno rozbłysłych lamp ulicznych.- W porządku... To nic takiego...

Zapewnia pospiesznie po czym rozgląda się dwukrotnie po powoli pustoszejących uliczkach
i pociąga mnie zdecydowanie ku jednej z najciemniejszych.

- W takim razie zażyjemy spaceru.
Oświadcza, nieustannie zaciskając w puchatej dłoni zmięty skrawek rękawa mojej kurtki.- Do jutra pewnie tam dotrzemy.
Rzuca żartobliwie, posyłając mi przy tym radosny uśmieszek, na co kącik moich warg niepewnie spogląda
ku niebu.


                                                                *      *      *


- Mam już dość...

 Burczy cicho zielonooka kiedy w nieustającym marszu wraz z chłodnym powietrzem połykamy trzydziestą minutę wyprawy.- Proszę, zatrzymajmy się chociaż na moment.

Po raz ostatni zawieram w płucach możliwie jak najwięcej tlenu, po czym pozwalam by, mój ciepły oddech uformował w powietrzu niewielki kłębek pary, po czym przystaję, rzucając okiem na mojego zatrwożonego zmęczeniem oraz  nieznoszącym decyzji o dalszym marszu, bólem stóp, towarzysza, a właściwie towarzyszkę.

- Jesteś pewna że nie dasz rady przejść jeszcze paruset metrów?
Pytam z nikłą nutą prośby w głosie lecz kiedy jej szmaragdowe tęczówki z drwiną spijają czekoladę z brązu tych moich, odpuszczam, pozostawiając pytanie w gronie  retorycznych po czym w geście kapitulacji przysiadam obok niej na zmarzniętym kawałku chodnika, tym, który jeszcze zdołał się uchronić przed zamaskowaniem pod grubą warstwą śniegu.

Zapada cisza, podczas której bezwiednie spoglądam na nią z nadzieją na to iż wnet odzyska siły.
A popatrując z ukosa zauważam jak szczuplutka i wątła jest rudowłosa, jak delikatnym blaskiem skrzą się jej długie, rozwiane pasma i jak głęboko zatapia ona wzrok w pobliskiej hałdzie poszarzałego śniegu.

- Czemu bezustannie się we mnie wpatrujesz?

Szepcze nastolatka co momentalnie mnie peszy, odwracam wzrok.

- Wydaje ci się.

Mruczę zgryźliwie.

- Jasne.

- Jasne.

- Oczywiście.

- Pewnie.

Mimowolnie powracam do niej wzrokiem.
Nasze oczy się spotykają.

- Co robiłaś tak późno na jednej z najbardziej zatłoczonych ulic?

- Spacerowałam.

- Sama...

Mruczę podejrzliwie.

- Owszem, sama, A widziałeś tam kogoś jeszcze?

- Nie naskakuję na ciebie. Po prostu... po prostu się zastanawiam.

- Ach tak.

- Tak. Jesteś młodziutką, śliczną dziewczyną, a Nowy Jork nocą nie należy do najbardziej przyjaznych miejsc na Ziemi  Poza tym twoi rodzice...

- Nie mam rodziców.

Ucina oschle, a mi nagle zasycha w gardle.

- Kłótnia rodzinna?

- Nie.

- Więc strzeliłaś focha?

- Nie.

- To o co chodzi?

- Szukałam przyjaciela.

- Nie mogliście się jakoś umówić?

- Nie.

- Ale...

- Nie, moi rodzice nie będą się martwić...

- Skąd taka pewność?

Pytam nie spuszczając z niej wzroku, lecz ona nie myśli odpowiadać.
Puchata rękawiczka zakrywa twarz, a szczuplutka postać dziewczyny momentalnie prostuje się w nikłej poświacie dogorywającej latarni.

- Cerise...

Wypowiadam jej imię lecz ona ani myśli zareagować.

- Cerise...

Powtarzam wstając i pospiesznie za nią podążając.

- Zostaw mnie!

- Proszę cię, powiedz co zrobiłem nie tak?

- Nic, przecież tylko zapytałeś.

- Więc...

- W bidulu nikt o nikogo się nie martwi, Peter!

Krzyczy, a kilka łez obmywa jej chłodny policzek.

- Przepraszam...

Mówię, chwytając ją za ramię.

- Skąd mogłeś wiedzieć...

Burczy zraniona.

- Nie powinienem był.

- Fakt. Nie powinieneś.

Warczy lecz za maską agresji skrywa ból, wyrywa się spod uścisku lecz pociągam ją ku sobie zamykając w ramionach. Bije piąstkami w moją pierś lecz nie zważam na to.

Z każdą chwilą uderzenia słabną by, w końcu w moją klatkę uderzył jedynie szloch.
Cichutki, dziewczęcy szloch.

- Powinniśmy już iść...

Szepcze w końcu odrywając się ode mnie i pocierając wierzchem dłoni po opuchniętej powiece.

- Powinniśmy.

Zgadzam się krótko po czym oboje ruszamy przed siebie.

                                                                     *     *     *

Chłodne, białe światło jeszcze przez moment pozostawia nas w zaślepieniu, a kiedy oczy z trudem przyzwyczajają się do surowego blasku niepewnie ruszam ku wielkim, przeszklonym drzwiom z przyciemnianego szkła hartowanego.
Cerise zostaje jednak z tyłu.

- Nie idziesz?

Pytam, a ona wzrusza ramionami, patrzy mi w oczy i kiwa przecząco.

- Nie powinnam. W końcu moim zadaniem było aby cię tutaj doprowadzić.

Mamrocze słabo i przez moment mam wrażenie że bliska jest omdlenia.
Cofam się więc by, stanąć u jej boku.

- Nie chcę byś szwędała się po nocach.

- A ja nie chcę ci zaprzątać głowy.

- Zostań.

- Nie powinieneś o to prosić.

- Dlaczego?

- Ponieważ nikt nigdy o to mnie nie prosi. Ludzie proszą o pomoc, a kiedy ją otrzymują odwracają się plecami i po prostu odchodzą.

- Więc będę tą pierwszą osobą.

- Nie chcę byś się o mnie troszczył.

- Przyjaciele już tak mają.

Szepczę, a ona jedynie spogląda mi w oczy z zagadkowym cieniem.

- Nie można przyjaźnić się z kimś kogo się nie zna.

- Ale my się już znamy.

- Przyjaźń potrzebuje czasu.

- Oboje mamy go w nadmiarze.

Odpowiadam ciepło, a ona raz jeszcze wtula się w moją szyję, Z tym że jest to uścisk zupełnie inny niż ten którym owinąłem ją kilka godzin temu. Tamten miał na celu zniewolenie jej, zatrzymanie przed ucieczką, ten świadczył o jej oddaniu naszej dopiero co raczkującej przyjaźni.
   
                                                                   *     *     *

 - Jesteście kimś z rodziny?

Pyta ochryple siedząca za  kontuarem białogłowa.

- My...

Jąkam nie bardzo wiedząc jak sformułować odpowiedź.

- My...

Starsza kobieta zaczyna się niecierpliwić.

- Jesteśmy rodzeństwem.

- Ach tak... A skąd mam mieć pewność że nie oszukujecie?

- Nie widzi pani podobieństwa pomiędzy nim, a Skylar?

Pyta Cerise, na co podstarzała recepcjonistka naciąga na nos okulary z grubymi, przestarzałymi szkłami i mierzy mnie wzrokiem spod podejrzliwie przymrużonych powiek.

- Nazwisko?

- Peter Grey.

Odpowiadam bez zawahania.

- A ty. młoda damo?

- Cerise Ma... To znaczy, Cerise Maria Grey.

- Cerise Maria... Co za absurd.

Burczy zgorzkniale kobieta na co oboje z rudowłosą wymieniamy przerażone spojrzenia.
Wpadliśmy?

- Mama jest bardzo religijna.

Tłumaczę pospiesznie, co finalnie przekonuje recepcjonistkę do wpuszczenia nas na oddział ratunkowy.

- Pokój 306.

- Dziękujemy!

Odpowiadamy jednocześnie po czym pospiesznie wkraczam w długi, szpitalny korytarz.

- Nie mogę uwierzyć, że ta baba dała się nabrać!

Chichocze podekscytowana nastolatka na co zatykam jej usta.

- Przymknij się, jeśli usłyszą to ratownicy medyczni równie dobrze będziemy mogli się podać za jej rodziców, a i tak wyprowadzą nas za ramię.

Syczę, po czym sadzam ją na jednym z wolnych, drewnianych siedzisk przed wspomnianą przez " tą babę" salą, a sam podchodzę do szerokiej na połowę zasuwanych drzwi szyby i przyglądam się milionom rurek prowadzącym od jej ciała.

- Pan wybaczy.

Zaczepia mnie wnet baryton głosu stojącego za mną lekarza.

- Czy mógłbym...

- Przykro mi lecz w tej chwili odwiedziny nie są możliwe, obrażenia są rozległe.

- W jakim ona jest stanie?

- Czy jest pan kimś z rodziny?

Przełykam ciężko ślinę, podążam wzrokiem ku rudowłosej nastolatce po czym powracam do kontemplowania twarzy lekarza.

- Ja i Cerise jesteśmy rodzeństwem Skylar.

Mówię pewnie starając się przy tym zatrzymać wzrok na zatroskanej teraz twarzy mężczyzny.

- Ach tak...

Mruczy szpakowaty brunet, a pocierając twarz zmęczonymi pracą rękoma patrzy mi w oczy ze współczuciem i zapewnia.:

- Zrobimy wszystko by, utrzymać pańską siostrę przy życiu. Mimo wszystko radziłbym zawiadomić o wypadku rodziców...

Mówi spokojnie po czym pospiesznie wchodzi do sali, a zaraz za nim podąża sztab zaalarmowanych jego krzykiem lekarzy.
Nie znam się raczej na medycynie lecz momentalnie rozpoznaję urządzenie które teraz przyciskają do jej klatki piersiowej.

Wnet uświadamiam sobie że jestem bliski jej utraty.

- Oddychaj!

Szepczę łamiącym się głosem, a powstrzymując wzbierające pod powiekami łzy, powtarzam tym razem na głos.:

- Oddychaj dla mnie.
______________________

 Witam!

Niemal dwa miesiące...
Doprawdy nie wiem już jak Was za to przepraszać, to znaczy, tych którzy jeszcze tu są...
Przepraszam, od teraz zmienił się mój plan zajęć i mam zamiar wrócić do regularnego, co-weekendowego pisania rozdziałów, także... Zapraszam w niedzielę 22- go stycznia!

Będzie to bowiem niezwykle przełomowy rozdział.
<3

Wybaczcie mi, proszę!!!