środa, 23 listopada 2016

22. Too cold outside for angels to fly...

 
Jej doskonałość upajała mnie na nowo ilekroć zerknąłem w jej stronę.
 I nie mogłem sobie wybaczyć iż będąc tak blisko, wciąż pozostawałem nazbyt daleko, iż włączając się w jej krąg, tak naprawdę pozostawałem niezmiennie u jego bram, a co najwyżej na obrzeżach, ale w jej nieosiągalności było coś co nie pozwalało mi zaczerpnąć wytchnienia w pogoni za jej osobą.

Więc nie ustawałem.
Nie ustawałem nawet teraz kiedy ona potrzebowała wytchnienia, nie ustawałem bo, jakże trudno jest odetchnąć bez powietrza, powietrza którym wraz ze zrządzeniem losu wnet mogłem się dla niej stać...
Wnet, tak silnie zapragnąłem się nim dla niej stać.

- Więc gdzie jest ten ktoś kto miałby, stanąć za mną?

Szepnęła, a dopiero wówczas zorientowałem się jak wysuszone były moje szeroko otwarte, w gęstniejącym niczym stygnąca kawa, cieniu, oczy.

Zamrugałem więc pospiesznie, raz za razem przeklinając siebie w duchu za to, iż pozwoliłem sobie na zmarnowanie tych sekund, w których mogłem się w nią wpoić
.
- Tuż obok ciebie, Słońce.

 Mruknąłem pozwalając sobie powędrować opuszkami po jej chłodnym policzku.

I choć było ciemno jej czekoladowe oczy zatopiły mnie w swej głębi, pojąc równocześnie rozpaczą z jaką ona się borykała.
Zapadła więc cisza, tak cicha że zdołałem usłyszeć jak jedna z przeżartych chłodem łez z hukiem wgryza się w wolną przestrzeń drewna ławki, na której Skylar toczyła nieustannie bitwę z samą sobą.
Z sercem i rozumem, a w końcu także i ze światem.

- Przestań.

Poprosiła zachwianym emocją głosem, a mnie przeszedł wnet cień przerażenia.

Czyżbym powiedział coś nie tak?
Czyżbym zaszedł za daleko?

- Nic przecież nie zrobiłem.

Obroniłem się niewinnie lecz ona już mnie rozgryzła.

- Nie musiałeś. Wiem co chcesz powiedzieć, nawet kiedy milczysz, udając że to nie istnieje.

- Sky...nie rozumiem, o czym mówisz, ale proszę uspokój się, przecież nic się nie dzieje. Nie masz powodów do obaw. Nie przy mnie.

I nim zdołałem zareagować jej opuszki zachłannie pojmały moje wargi, przywłaszczyły je sobie. Posiadła je na własność, a ja nawet nie śmiałem protestować...

- Dlaczego to robisz, Bruno?
Dlaczego jesteś zawsze wtedy gdy być powinieneś?
Dlaczego nie pozwalasz mi cierpieć w samotności?

Zapytała, lecz ja zdolny byłem tylko do rozchylenia warg i zastygnięcia w bezruchu, pod naporem jej nagłego ataku.

I tak trwaliśmy na nowo w nieprzeniknionym milczeniu, ona zapatrzona w moją twarz, a ja bezwiednie rozkochany w widoku jej pobladłych, skrzących się jedwabiem ust.
Och, były tak niedorzecznie doskonałe...

- Ja...

Zacząłem lecz wnet zrozumiałem iż takie słowa winny ujść w momencie odpowiednim, toteż zamknąłem je w wąskim przesmyku naszych warg, w gorącym pocałunku przyprószonym jedynie zakłopotanymi płatkami śniegu, roztapiającymi się pod żarem uczucia jakie przelać na nią tak rozpaczliwie pragnąłem.

Całowałem namiętnie,  z pasją lecz delikatnie, obawiając się równocześnie iż jednym nazbyt zachłannym ruchem mógłbym ją uszkodzić, a zbyt delikatnym natomiast oddać ją na powrót w ramiona wiatru, z którego zdawała się być stworzona.
Potem nastała chwila niepewności, zawahała się lecz tylko na moment, zawahała się by, po chwili dotrzymać mi kroku by, pozwolić moim palcom rozwiązać sponiewierany wiatrem koński ogon, pozwolić im wpłynąć w miękką gęstwinę brunatnych pasm, by objąć skostniałymi paliczkami mój kark, rozgrzać go żarem swych chłodnych, delikatnych rąk, po czym porzucić w głębokim niedosycie,  a opierając czoło o moje, zerknąć w głębię źrenic, zerknąć tak głęboko jakoby ujrzała w nich więcej niż ja sam o sobie wiem.

A słowa popłynęły same.

- Kocham cię, Skylar...

 I jeśli serce faktycznie potrafi dyktować, owe oświadczenie, wyznanie i obietnicę podyktowało właśnie moje serce.
(...)

  - Nie mów tak.

Szepnęłam czując jak wszystkie opustoszale w swym ogromie, zastygłe dotychczas w błogim bezruchu, emocje  na nowo przybierają na sile  I wyrazistości. Wyrazistości, której od pamietnego wieczoru tuż po pogrzebie Ashton'a tak żarliwie przysięgałam sobie zatopić w niepamieci, w niebycie, bowiem życie nauczylo mnie iż to właśnie nieprzerwana poszarzałość barw znacznie je ułatwia, a co ważniejsze chroni, chroni od bólu, cierpienia I przywiązania, które choć piękne, to zgubne i nieprzewidywalne...

- Sky...

 Mruknał, a chłodny jedwab jego dłoni naznaczył mój jeszcze chłodniejszy policzek.
I choć dotyk ten był niczym lód dla skory, to oparzone serce kazało odskoczyć, a bezwladne w zamęcie ciało, poslusznie usłuchało.

- Nic nie rozumiesz...

Szepnęłam, z trudem przełykajc łzy.- Nie możesz mnie kochać, po prostu nie.

- Nie rozumiem, dlaczego tak mówisz?

Choć bardzo nie chcę to jednak spogladam ku niemu i chociaż jest to ostatnim na co jestem przygotowana, to jednak pozwalam by, nostalgia jego źrernic pochłonęła mnie na nowo, jeszcze głębiej...

- Ktoś taki jak ty nie może kochać kogoś takiego jak ja, najwyższy czas się z tym pogodzić, Bruno.

Odpowiadam enigmatycznie i  nim jego dłoń na nowo zniewala moje spragnione ciepła paliczki podnoszę się gwałtownie, po czym odchodzę, nie spogladajac za siebie.

Słyszę jego krzyk, ale nie jestem w stanie zrozumieć słów,
 słyszę kroki wśród drobnych zasp śnieżnych, lecz zdają się być tylko odległym echem, a w końcu słyszę również swoje serce, rozrywające się na kawałki w czeluści pochylonej klatki piersiowej, chce ucieciec, ale zamykam je w palcach, szczelnie, by jednak sie nie przecisnęło. Po czym pospiesznie odwracam głowę, spoglądam na Mulata i odchodzę, ze zgubnym przeświadczeniem iż czynię poprawnie, choć niezgodnie z samą sobą.

A potem mijają minuty, godziny, a w końcu i dni.
Wiele dni.
Dni bezustannych przemyśleń, może i  łez, lecz skrytych.
Skrytych równie głęboko co wiara...
Nie tyle w uczucie, co w ludzi, w tą siłę, o której zwykł wspominać Bruno, a której jednak w sobie bie odnajdywałam,lecz  może nakzwyczajniej w świecie,  odnaleźć nie chciałam...
                   
                                                       *      *      *

   Jeszcze  przez krótki moment wnikliwie przyglądam się grupce pracowników mających za zadanie sprawowanie opieki nad wszelką zielenią w mieście, którzy teraz mozolnie uwijają się pośród hałd nieskazitelnie białego puchu, z niemałym wysiłkiem stawiając na nogi wysoką na dwa metry, rozłożystą sosnę, którą w ciągu najbliższych kilku godzin będą dokładnie dekorowali jak co roku, w złoto i ognistą czerwień.

Dwudziesty trzeci dzień grudnia.
Dzień szaleńczych wyprzedaży, niekończących się kolejek, walk o karpia, dopisywania ostatnich słów w listach do Gwiazdora, pieczenia słodkich, aromatycznych pierników i lepienia któregoś z kolei bałwana w przydomowym ogrodzie.
Dzień, w którym zatrzymujemy się na moment by, odetchnąć od wiecznej pogoni, by posłuchać kolędy, podziwiać jak dzieci ze śmiechem uwijają się u podnóży pachnącego świerka.
Jeden z niewielu dni w ciągu roku kiedy większość z nas postanawia rozpocząć przemyślenia nad własnym życiem, postanawia oddać się rodzinie, rzucić dietę, podziękować przyjaciołom oraz najbliższym za to że są. (o ile są).

- Nie wydaje mi się by, był to najlepszy z twoich dotychczasowych pomysłów...

Wzdycha szatynka z wysiłkiem dopinając ostatnią z rzędu walizek i walizeczek, które jak wspomniała ubiegłego wieczoru, zapakowała po brzegi w podarki dla rodziny i krewnych z Virginii; niewielkiego miasta położonego na zachód od rzeki Missisipi, najstarszej i jednej z najmniejszych miejscowości w całym stanie Nevada.

- Nic mi nie będzie, Diana.

Burczę pod nosem z niezadowoleniem po raz kolejny odpierając falę infantylnej troski ze strony dziewczyny.

- ...Tak, ale....To święta, nie powinno się ich spędzać samotnie, a z rodziną....

- Ja nie mam rodziny.

Odpowiadam chłodno, po raz kolejny wbijając w krajobraz za oknem wyziębiony wzrok.

- Nie mów tak...

Szepcze i choć już na nią nie patrzę dobrze wiem że jej rysy łagodnieją, a w migdałowych oczach majaczą pojedyncze łzy, których ślady natychmiast zaciera przesuwając wierzchem dłoni, delikatnie po dolnej powiece.-...dobrze wiesz, że zawsze możesz pojechać ze mną. Cała moja rodzina naprawdę cię uwielbia, nawet Mathew...

Mathew to zbuntowany siedemnastolatek, o chłodnych, szmaragdowych oczach i jasnobrązowych włosach postawionych na żel. Łamacz dziewczęcych serc,  w jednym z nadrzędnych miejscowych liceów, który to w zeszłym roku, kiedy zawitałam w gościnnych progach rodziny Parkerów skrycie lecz w sposób widoczny zagiął na mnie swój parol i z tego co wiem nie odgiął go nawet po mojej dosadnej dezaprobacie względem owych nastoletnich zalotów.

Nie chodziło, o to iż nie był atrakcyjny (jak na swój wiek, ma się rozumieć), lecz o barierę wiekową i moje wówczas złamane  serce..

 Ale teraz nastoletni amant nie był powodem dla którego odmówiłam wspólnych świąt, był nim natomiast strach.
Strach; przed wspomnieniami, przed przeniknięciem przez krańce złudnej otoczki rodzinnego ciepła, które jednak nie było skierowane ku mnie tak, jak kierowano je do członków rodziny, lecz ze współczucia, którego ja tak bardzo chciałam się wystrzec, oraz przed nieznanym bowiem Diana choć zaklinała się wiele razy iż nic nie napomknęła zatroskanym staruszkom, o mojej niezbyt kolorowej sytuacji nie była w swych zaklinaniach nazbyt wiarygodna, ponadto spojrzenie pani Parker mówiło samo przez się, że wiedziała o mnie coś więcej niż tylko to czym sama się z nią podzieliłam.
 Wówczas miałam to za złe, niewyparzonemu językowi współlokatorki, jednak z biegiem czasu przestałam baczyć na to jakim zasobem wiedzy zaszufladkowanym pod moim nazwiskiem dysponują poszczególne osoby, bowiem oczywistym dla mnie było iż jest to dla nich wiedza bezużyteczna.

- Niema takiej potrzeby, poradzę sobie, poza tym wrócisz nim się obejrzysz, a wtedy razem wzniesiemy toast za nowy rok.

 Mówię, przywdziewając na wargi pogodny uśmiech, który momentalnie ją uspokaja, toteż troska pokonana walkowerem, kapituluje.


                                                                 *      *      *

- Zadzwonię jutro, jeszcze przed Wigilijną kolacją.

Obiecuje z cicha dziewczyna, po czym wymieniając ostatnie uściski rozstajemy się na trzy długie tygodnie...
Ten fakt dociera do mnie jednak dopiero po czasie, kiedy to spod domu odjeżdża już, zamotana w kolędę, żółta taksówka, a na miejsce współlokatorki wprowadza się cisza.
Bezkresna, głęboka cisza...
(...)

Wydychając w chłód nocy pojedynczą, białą na tle czerni i granatu smugę dymu uważnie przyglądam się rozłożystym ramionom tegorocznej choinki i mimowolnie wpuszczam na wargi uśmiech, a mój umysł zalewa wnet fala ciepłych obrazów, ubiegłych świąt...

Lecz niedane jest mi pozostać w kolorowanym tamtym uczuciem świecie bowiem w akompaniament kolęd włącza się także dźwięk daleki od nastroju świątecznego- niemal automatycznie więc wyciągam domagające się uwagi urządzenie i zerkając niemrawo na imię, na wyświetlaczu, odblokowuję ekran, rozpoczynając połączenie.

Po drugiej stronie linii nikt się jednak nie odzywa...
Przełykam więc ślinę i z podenerwowaniem ściskam w dłoni niewielką garść puchu, który jednak nie studzi mojej niepewności...

- Tak, słucham?

Bełkoczę bez przekonania, lecz po drugiej stronie niezmiennie panuje cisza. Ponawiam wiec zapytanie,tym razem pewniej, bez nutki zawahania lecz i tym razem odpowiada mi milczenie.
W końcu skonsternowany spogladam na wyświetlacz, lecz numer jest nieznany. Przełykam ciężko, a rzucając podejrzliwe spojrzenie ku jarzącemu się urządzeniu ponownie przystawiam je do ucha.

- Halo?

- Bruno...

Odzywa się wnet rozchwiany emocją, kobiecy głos.
Moje serce przyspiesza tempa, a krew zaczyna pulsować, jak gdyby pragnęła przebić każdą z niewielu ścianek żył...

To niemozliwe...
Po tylu latach...

- Mamo?

Pytam naiwnie choć jej głos rozpoznałbym nawet z drugiego końca świata.

- Synu...Synku, to naprawdę ty...

Szepcze.
Nie mogę spojrzeć jej teraz w oczy, jednak podświadomie wiem iż w prawej, złotawo-brązowej źrenicy odbija się teraz niemy, kryształowy cień...
To sprawia natomiast że w jednym momencie tonę, tonę w naglym natloku wspomnień i wsłuchuję się w jej plyłki oddech, jak gdyby przywodzić miał ze sobą ratunek.-...tak dlugo czekalam aż się odezwiesz...

Kontynuuje, a gula w moim gardle z jeszcze wiekszą niż dotychczas zawziętością powstrzymuje sline, która teraz poczyna piętrzyć się w przełyku wraz z całym wachlarzem słów, ktore chciałbym przekazać rodzicielce, a które jednak winny pozostać na zawsze w mojej głowie. I tylko w mojej głowie...

Nie jestem pewien co kobieta chce usłyszeć w odpowiedzi, dlatego nie mówię nic, w obawie, iż jedno nieostrożnie dobrane słowo sprawi jej dodatkowy ból.

-...Bruno...posłuchaj,...wiem że to dla ciebie trudne, ale i ja i ojciec bardzo chcielibyśmy cię zobaczyć, minęło tyle lat...

I choć w duchu pragnę zatrzymać w sobie wszystko co świadczy o tęsknocie oraz słabosci jaką noszę gdzieś w sercu,kiedy płyną  z ust matki, pozwalam by, ostrza owych słów przebiły się do serca, a krew wypłynęła na policzek w pojedynczej, samotnej łzie.
(...)
Podkład muzyczny

 Oddychając głęboko zamykam drzwi od domu, przekręcam klucz w gerdzie i bez ruchu wpatruję się w odległe światła wciąż rozbudzonego magią nadchodzących świąt Nowego Jorku, jest tak jak gdyby dzieliła mnie od niego ściana, pokryta szkłem, grubym, odpornym na uderzenia moich zziębniętych palców.
 Jeszcze jeden, ostatni głęboki oddech.
Zamykam oczy, a gdy otwieram je ponownie pozwalam by, wzrok mnie prowadził, biegnę szybko, ale widzę to tylko po rozmazanych domach i uciekających twarzach, szczęśliwych twarzach ludzi, których nie znam.
Pod powiekami znów wzbierają łzy, lecz nie pozwalam im wypłynąć, w umyśle wciąż kołatają te słowa: ,,kocham cię".

To niedorzeczne.
Jak można kochać człowieka, którego się nie zna?
Jak można kochać kogoś takiego jak ja?

Pochłonięta myślami nawet nie zauważam kiedy wbiegam w sam środek świątecznie przystrojonego rynku. Zewsząd dochodzą mnie tylko rozmyte głosy, śmiech i okrzyki radości.

Nie chcę ich słyszeć...

Ponownie zamykam oczy.
Nadchodzi strach, ale nie umiem go zdefiniować,
Strach przed uczuciem?
Czy przed szczęściem?
Nie wiem, ale zanim dane mi jest to rozstrzygnąć moje rozpędzone ciało zderza się z czyimś zastyglym w bezruchu.

- Przepraszam.

Szepczę, zaślepiona zabłąkaną w oku łzą.
Ale przechodzień tylko patrzy.
I wnet zdaję sobie sprawę kim jest brązowooki chłopak.

Bruno próbuje złapać mnie za ramię, lecz wymykam się spod jego delikatnego uścisku...
(...)

 Mama nie przestaje mówić, natomiast ja nie przestaję słuchać, spragniony dźwięku i tonacji jej głosu i kiedy tak stoję wnet wstrząsa mną uderzenie.
Czyjeś drobne, rozpędzone ciało odbija się od moich pleców.
Odwracam się więc pospiesznie i omal nie wypuszczam z ręki komórki, to ona.

- Sky..

Szepczę, lecz dziewczyna odwraca wzrok.
Płacze.
Pragnąc ją zatrzymać zaciskam palce na wątłym ramieniu,  ześlizgują się jednak po przemoczonym materiale, a nastolatka umyka w łunę latarni.
(...)

 Słyszę za sobą jego głos, lecz nie umiem znaleźć w sobie sił by, stawić mu czoła.
Uciekam, lecz wkrótce dogania mnie echo.

- Skylar!

Odwracam głowę i przez krótki moment nasze oczy spotykają się na wspólnej ścieżce.
Nie chcę słyszeć jak mnie woła, wciskam więc w uszy słuchawki, pozwalając by, muzyka zalała wszystko dookoła.
Patrzę mu w oczy raz jeszcze.
Napotykam w nich coś niepokojącego.

Widzę jak biegnie w moją stronę przepychając się między zamroczonym świąteczną enigmą tłumem, ktoś obok krzyczy, szaleńczo wymachując przy tym rękoma, a potem następuje ból...
Ból, który jednak pochłania ciemność...
________________________________

Jestem!

A wraz ze mną kolejny rozdział.
Przepraszam za moją nieobecność.
To zbyt długa historia, którą w paru słowach opisuje stwierdzenie: było ciężko.

Przepraszam, nie, nie porzuciłam bloga i nie zrobię tego, co by, się nie działo.
Obiecuję że postaram się być regularna!

A teraz rozdział, co wy na to?
Jakie wywołałw Was emocje?
Pozdrawiam gorąco! 
Piszcie śmiało i zapraszam już niebawem!
Wasza Domi
<3


2 komentarze:

  1. O matko! Na początku tego rozdziału mordka mi się niesamowicie uśmiechała. Po prostu nie mogłam powstrzymać tych radosnych emocji, jakich mi dostarczyło przeczytanie tego. Jednak szkoda, że Sky uciekła i strasznie mnie jakoś przeraził koniec. Mam nadzieję, że nic jej nie będzie, prawda? Czekam na następny i pozdrawiam przesyłając mocne uściski i życzę jak najwięcej weny kochana :* ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeeej! W końcu nowy odcinek :) Cieszę się niezmiernie. Bruno w końcu wyznał, że kocha Sky, teraz tylko pozostaje nam czekać, aż ona się do tego przyzna. Tak, więc pisz czym prędzej nowy odcinek, bo już nie mogę się doczekać :D

    OdpowiedzUsuń