czwartek, 7 lipca 2016

20. Crying for help, silently...

  Zderzenie światów zazwyczaj powinno sprawiać, iż powstaje nowy, lepszy światek, do którego w krótszym lub dłuższym czasie każde z nas dobrowolnie przywyka, ale właściwie,przecież od każdej reguły są wyjątki, prawda?

 A tym oto wyjątkiem była kwestia świata Ariany, oraz tego z którego wyrwałam się ja. Ona- siedemnastolatka z masą skrywanych głęboko marzeń i zachcianek, ja- niewiele starsza od niej dziewczyna, której marzenia zostały gdzieś u progu życia,  do którego niegdyś tak bezmyślnie przylgnęła...

 I może dlatego potrzeba, zdawała się być aż nadto paląca, może dlatego tak bardzo chciałam by, chociaż ona wiodła życie lepsze niż odnalazła w Nowym Jorku, a może po prostu to sobie uroiłam...

 - O czym myślisz?

 Rozległ się cichy głos tuż za moimi plecami i jeszcze nim moje oczy przyzwyczaiły się do czerni wieczoru na tyle by, móc wyłowić z owej ciemni, równie czarną sylwetkę chłopaka zewsząd omiótł mnie przyjemny zapach jego perfum.
Wzdrygnęłam się, delikatnie zaciskając szczękę.

- Nie powinno cię tu być.

- Tak jak i ciebie.

 Żachnął się, posyłając mi przy tym nikły, nieprzenikniony uśmieszek, którego jednak nie odwzajemniłam.

- Mówię poważnie, powinieneś trzymać się ode mnie z daleka.

- Wspaniale.

- Co?

- Świetnie, długo jeszcze masz ochotę rozsiewać informacje odnośnie moich zakazów i przywilejów?

- O czym ty...

- Właśnie, o tym Skylar...

Zaczął, a gdy tylko na jego wargi wypłynęło moje imię w pełnej formie, na moje plecy z kolei wystąpił  niemrawy dreszcz.- Oboje dobrze wiemy, że potrzebujesz pomocy...

- Każdy w jakiś sposób jej potrzebuje.

- ...tak, ale nie każdy przed nią ucieka. Przestań uciekać i pozwól sobie pomóc.

- To nie tak...

 Zaoponowałam, choć w głębi duszy coś podpowiadało mi iż siedzący tuż obok Hawajczyk właśnie mnie rozszyfrował. Nie byłam jeszcze pewna ile szyfrów już złamał, wiedziałam tylko iż dotknął jakiegoś punktu, gdzieś w głębi mnie.

 I przez moment zapanowała cisza tak gęsta, że niemal udało mi się pochwycić ją w palce, a odwróciwszy głowę utonęłam już nie tylko w ciszy, lecz także tym wszystkim co kryły jego czarne, w nikłym świetle parkowej latarni źrenice.
  I złamał się we mnie kolejny szyfr...

- Owszem, właśnie tak. Chcesz pomagać innym by, zatuszować fakt, jak bardzo sama tej pomocy potrzebujesz,myślisz że rozwiązując problemy otaczających cię ludzi rozwiążesz i swoje, albo że pewnego dnia ktoś wspaniałomyślnie rozwiąże także te twoje, ale oboje dobrze wiemy, że tak się nie stanie. Bo, ludzie to pieprzeni egoiści, wiesz? Egoiści...

 - A co z tobą? Ty też jesteś takim właśnie egoistą?

 Mruknęłam, nie potrafiąc oderwać odeń zdziwionego spojrzenia. Widocznie to dostrzegając brązowooki poprawił pozycję w jakiej siedział tuż obok już od dobrych paru minut, a pocierając kark raz jeszcze obrzucił mnie tym swoim świdrującym wzrokiem.

 - Nie do końca...W zasadzie każdy z nas ma w sobie inny rodzaj egoisty, ja natomiast... mój egoizm chyba skupia się wokół innej, jednej, konkretnej osoby.

- W takim razie to już nie egoizm, a troska, nie sądzisz?

- Troska,objawia się inaczej.

- To znaczy?

- Jeśli się, o kogoś troszczysz dajesz mu zawsze wolną rękę, dobrowolny wybór co do tego z kim, gdzie i jak chce żyć. Jedynie naprowadzasz tego kogoś na twoim zdaniem lepsze ścieżki, choć wybór nie należy do ciebie.

- A egoizm? Ten...twój rodzaj egoizmu...?

 Zapytałam, lecz nim dane mi było uzyskać odpowiedź chłodne powietrze wieczoru nasycił jego cichy, melodyjny śmiech.

- Cóż...on jest...dość skomplikowany.

 Tak jak ty sam.
Przeszło mi przez myśl, jednak w porę ugryzłam się w język.- Polega na potrzebie przebywania z kimś kogo tak naprawdę nie znam.

- Co w tym egoistycznego?

- To jak rodzaj przywłaszczenia.

- Nie da się przywłaszczyć człowieka.

- Właśnie dlatego to takie egoistyczne, sama chęć.

- Studiowałeś filozofię, czy jak?

- Muzykę.

- Więc skąd takie górnolotne przemyślenia?

- Są w zasadzie dość przyziemne.

- Nie wydaje mi się.

- Nie musi, w każdym bądź razie ja to wiem.

- Skąd?

- Ich obiekt siedzi tuż obok, ramię w ramię.

Odparł zdawkowo,a mnie uderzył wnet sens całej perswazji jaką przesycił się nasz dialog. Na moment powietrze jakby stało się cięższe, a potem było tak jak gdyby wszystko dookoła przestało egzystować.

- Do czego, ty właściwie dążysz?

 Zagadnęłam, z coraz to większym wysiłkiem hamując powoli wypełniające mnie zdumienie.
Słysząc owo pytanie Mulat, zastygł na moment w bezruchu by, po chwili na nowo zatopić mnie w głębi swojego zniewalającego spojrzenia.

Przez kolejne kilka minut, jedynie uważnie mierzyliśmy siebie wzrokiem, a po ich upływie powietrze na nowo wypełnił jego spokojny, opanowany głos.:

- Wiem coś czego nie wiesz ty, a przez to mógłbym ci pomóc.

- S-skąd wiesz, o...znasz Luke'a Dramah?

 Zająknęłam się zdziwiona, na co odpowiedziała mi jedynie kolejna salwa jego śmiechu.

- Nie do końca, ale jeśli cię to uszczęśliwi, pomogę ci odnaleźć osobę, która pomoże Arianie.

- Jak?

- Mam swoje sposoby.

- Dlaczego...dlaczego właściwie chcesz mi pomóc?

- Bo, jak już wspomniałem, na swój sposób jestem egoistą.

- Ale...

- Jeśli to ma uszczęśliwić ciebie, to na tyle na ile mogę chcę ci w tym pomóc.

- Czy próbujesz mi coś przekazać?

 Wyszeptałam, czując wnet jak po moim ciele rozlewa się przeszywające, mrowiące ciepło.

- Możliwe, choć może po prostu bywam miły? To jak? Wchodzisz w to?

*      *      *

   Plan, w zasadzie nie należał do tych skomplikowanych, chodziło raczej o trud jego wykonania, a ten natomiast zawierał się w znacznej części w osobie, którą to postanowiliśmy objąć takowym planem ochrony.

 W powietrzu wyraźne już były zimowe tchnienia, kiedy w piątkowy wieczór, pierwszy grudniowy wieczór niespiesznie zmierzałam ku tylnym drzwiom prowadzącym do klubu. Z każdym oddechem oddawałam w powietrze kolejne niewielkie obłoczki pobielanej mrozem pary, ale tak naprawdę nie potrafiłam dokładnie uczuć chłodu jaki tego wieczoru niepodzielnie ogarniał Brooklyn, byłam zbyt zestresowana, może nawet podenerwowana, w końcu chodziło, o ucieczkę. 
Ucieczkę ze szklanej klatki, w której nastolatkę zamknięto już parę miesięcy temu, a do której dziewczyna prawdopodobnie zdążyła już przywyknąć.

 Popychając więc ciężkie, drewniane drzwi do garderoby szatynki, wparowałam do środka, niepostrzeżenie zatrzaskując za sobą jej wrota, a w pierwszej chwili uderzyła mnie cisza.
 Nie dało się słyszeć, ani najcichszego szmeru, najmniejszego ruchu, dlatego też w pierwszej chwili byłam skłonna przekonać siebie, o tym iż dziewczyny wcale tu niema. 
Ale była.

 Rozejrzawszy się po pokoju, mój wzrok wychwycił wnet szczupłą, skuloną postać, a już w następnej chwili mój słuch zalały dźwięki cichego, rozpaczliwego szlochu.

- Ari?

 Szepnęłam łagodnie, w jednej chwili znajdując się tuż obok rozdygotanej nastolatki.- Ari...co się dzieje?
Zapytałam, lecz odpowiedź nie nadeszła.
 Toteż nieporadnie ujęłam w ramiona drobne ciało szatynki, a wtedy ona rozpłakała się na dobre.

 - Nie mam już siły, Skylar. Ja...mam tego dość, nienawidzę siebie i jego, nienawidzę tego, co on nam wszystkim robi! 

 Krzyczała, lecz ten krzyk tłumił się gdzieś w okolicach mojego serca.

- Już dawno powinnam...Powinnam z tym skończyć...

 Wyjęczała, a odsunąwszy ją delikatnie od siebie spojrzałam w jej duże, smutne oczy i to co w nich ujrzałam zabolało także mnie.

 - To nie prawda, obiecałam że ci pomogę i to zrobię, słyszysz? Pomogę...

- Kiedy? Po co?

 Warknęła chłodno, lecz to co kryły jej źrenice wyrażało więcej niż powierzchowny gniew. Kryła się w nich odraza, nienawiść,  którą nastolatka zapewne tłumiła w sobie od wielu, wielu miesięcy, a  przez to jedynie pogarszała swój stan.

- Teraz, dzisiaj. 

- Niby jak?

- Pakuj się.

- Co takiego?

- Spakuj wszystkie swoje rzeczy.

- Ale...

- Po prostu to zrób.
(...)

 Niewiele myśląc kilkoma sprawnymi ruchami wybrałem kolejny z kilku spisanych na kartce numerów i nacisnąwszy zieloną słuchawkę przystawiłem urządzenie do ucha, niecierpliwie odliczając każdy z przeciągłych sygnałów.

- Kancelaria Rosemary i Partnerzy, w czym mogę pomóc?

 Rozległ się wnet pewny, kobiecy głos, a przełknąwszy ciężko jeszcze przez moment formowałem w głowie wszystko to, co podczas tej rozmowy pragnąłem przekazać odpowiedniej osobie.

- Peter Gene Hernandez, czy mam  przyjemność z niejaką panną Rosemary Dramah?

- Ohh, nie w tej chwili, jednak mogę przekazać pannie Rosemary jeśli to coś ważnego.

- Pani wybaczy, ale wolałbym aby ta rozmowa nie miała pośredników.

 Wyjaśniłem spokojnie, co jednak nie przysporzyło mi sympatii mojej rozmówczyni.

- Przykro mi, ale jest to niemożliwe.

- Z jakiego powodu?

- Panna Rosemary, jest...zajęta.

 Oznajmiła recepcjonistka jednak z charakteru w jakim utrzymała daną odpowiedź nie trudno było się domyślić iż niewątpliwie kłamała.

- Dobrze więc...czy byłaby, pani tak miła i mimo wszystko przełączyła mnie na linię pani Dramah? Jedynie nagram się na jej pocztę głosową.

- Cóż...

- Zdaje się, że może to pani dla mnie zrobić, w końcu to pani praca, czyż nie?

Zagadnąłem szelmowsko na co tamta bez słowa ustąpiła mi linii.
I już niebawem po drugiej stronie dało się słyszeć delikatny głos Rosemary.

- Rosemary Dramah, czym mogę służyć?

- Peter Gene Hernandez, w zasadzie zdaje się, że to ja mogę służyć pani.

- Nie rozumiem, o czym pan mówi?

- Pamięta pani może niejaką Arianę Dramah?

 Zagaiłem spokojnie, na co kobieta gwałtownie wciągnęła do płuc nie małe pokłady powietrza.

- O-oczywiście...to, to moja córka...a skąd pan...

- Doskonale, tak się właśnie składa, że dziewczyna naprawdę potrzebuje pani pomocy...

- Kim pan dla niej jest?

- To niema znaczenia.

- Dobrze...jak więc mogę...

- Nie interesowałoby, pani...odzyskanie dziecka?

- Proszę do rzeczy, poza tym moja córka jest ze swoim ojcem i...

- I para się prostytucją, tak, rak wiem.

- Co proszę?

- Pani mąż odsprzedał wasze dziecko.

- To nie możliwe!

 Szepcze wprost do głośnika, łka.

- Przykro mi.

- Czy..,czy mogę z nią najpierw porozmawiać?

- Nie do końca.

- W takim razie...proszę jutro, o szesnastej doprowadzić ją na lotnisko...w Nowym Jorku, będę tam...

Oświadczyła szorstko, bowiem tylko tak ludzie potrafili tłamsić rozpacz, a ona nie była wyjątkiem, po czym rozłączyła się, a w słuchawce rozbrzmiał charakterystyczny dźwięk
 zakończonego połączenia...
________________________

  Tak jestem i tak, żyję zakończenie roku jednak wyzuło ze mnie trochę weny i aż do teraz nie mogłam jej odnaleźć...
Ale już jestem!

 I czekam z utęsknieniem na Wasze opinie co do powyższego rozdziału!

 Pozdrawiam gorąco i zapraszam już w przyszłą sobotę!
<3

3 komentarze:

  1. Piękny, cudowny, niesamowity... Po prostu kocham. A co do Peterz to on jest taki troskliwy i pomocny, ach... Lubie go. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *Petera
      I zapomnialam dopisac, ale zapraszam do mnie ;)

      Usuń
  2. Bruno <3 Idealny :D Super, że wziął sprawy w swoje ręce.
    Ale ten Luke to świnia....a wydawało mi się, że jest dosyć w pożądku :/// Żeby zepsuć życie swojej córce? Pfff Co za dupek...

    Cudo *~* <3 Z niecierpliwością czekam na kolejny :*

    OdpowiedzUsuń