wtorek, 24 maja 2016

17. Touch of sweeteness in the world of biteness...


   I wnet nadchodzi ta jedna, jedyna chwila gdy musimy zostawić nasze troski za sobą tylko po to by, rzucić się wpław potoku smutków tej drugiej osoby by, być opoką gdy fala spycha ją w głąb morza by, być ostatnią deską ratunku wtedy gdy pozostałe koła  już dawno zatonęły...

- A więc to już definitywny koniec?
Zagaił głos zza moich pleców, przez co wzdrygnąłem się przestraszony, a odwróciwszy twarz w stronę z której dochodził począłem wnikliwie śledzić rysy twarzy przyjaciela.

- Do twojej wiadomości, nie było nawet początku.
Burknąłem chłodno, a wyminąwszy go pospiesznie, wróciłem do wnętrza domu, z niezadowoleniem zauważając iż Nate niestrudzenie podąża moim śladem.

- Jasne i właśnie dlatego biegałeś za nią jak zniewieściały gnojek.
Ogarnij się, stary!
Wybuchnął gwałtownie blondyn, momentalnie podnosząc ciśnienie także mnie.

- Nate, do cholery, pozwól, że powiem to raz jeszcze:  nie jestem już małym chłopcem i umiem sam, o sobie stanowić.
Warknąłem, czując jak poziom mojej irytacji niebezpiecznie wykracza poza dozwolone normy, a co za tym idzie- zdecydowanie zbliża się czas odpowiedni na  udanie się na wieczorną zmianę.

- Ach, tak? Wybacz, ale jakoś nie zauważyłem bo,tak się składa, że nieprzerwanie zachowujesz się jak ostatni gówniarz!
Wycedził chłopak, po czym rozsiewając wokół siebie niemal namacalną wściekłość ruszył ku uchylonym drzwiom swojego pokoju, tym samym definitywnie ucinając naszą pozamałżeńską sprzeczkę, których swoją drogą w ostatnim czasie bywało wiele, zdecydowanie zbyt wiele...

 Jeszcze przez moment z zamroczeniem patrzyłem na zatrzaśnięte drzwi, za którymi zniknął, a otrząsnąwszy się z letargu pokręciłem tylko głową i wydając z siebie przeciągłe westchnienie narzuciłem na ramiona materiał czarnej kurtki by, już po chwili w pośpiechu przemierzać powoli zaludniające się spragnionymi szaleństwa studentami, jasno oświetlone ulice.
                                                       *      *      *

  Korzystając z chwili swobody, niepostrzeżenie wymknąłem się tylnym wejściem by, choć przez chwilę pooddychać mroźnym późno-listopadowym powietrzem. Jesień zdecydowanie ustąpiła już miejsca zimie, a ta z kolei wyraźnie dawała znać, o tym w kogo władanie wszedł teraz Nowy Jork.
Wydychając więc kolejny, niewielki obłok pary, ciaśniej zakleszczyłem się w połach ciemnego płaszcza i w zamyśleniu rozejrzałem dookoła.W najbliższej okolicy trudno jednak było, o coś co mogłoby, się nadać na obiekt obserwacji, ot zwyczajna, mroczna uliczka. Niewiele cichsza od wszystkich pozostałych, dzisiejszego wieczoru tak chętnie obleganych przez skorych do harców nowojorczyków.
A jednak moją uwagę zwrócił pewien niezidentyfikowany w nikłym świetle, mrugającej latarni kształt. Naglony ciekawością, postąpiłem jeszcze parę kroków w przód by, finalnie zatrzymać się w pół kroku i z niedowierzaniem obserwować ciemne pasma, niesfornie oblepiające mokrą od łez twarz dziewczyny.

 - Skylar?

Wyszeptałem, zdezorientowany okolicznościami w jakich przyszło mi ponownie spotkać tą, która od tamtej, jakże bohaterskiej i bądź co bądź desperackiej odsieczy z mojej strony, wtedy w klubie, na stałe zagrzała honorowe miejsce gdzieś w odmętach mojego umysłu.

 Na dźwięk swojego imienia skulona brunetka drgnęła niespokojnie, a uniósłszy nieznacznie głowę posłała mi rozdzierające serce, przesycone smutkiem i bezsilnością spojrzenie.
Przełknąwszy z trudem postąpiłem jeszcze kilka kroków w jej stronę, a przysiadłszy tuż obok na zlodowaciałym, betonowym stopniu począłem wnikliwie obserwować szlak goniących jedna za drugą po jej pergaminowo-białym policzku, słonych łez.
Ona natomiast nieprzerwanie wypłakiwała swoje śliczne oczęta, z każdą chwilą coraz to mniejszą porcją łez by, w końcu wraz z upływem dziesięciu, czy dwudziestu minut, które jednak wystarczyły by, kostki moich palców pokąsał dotkliwie nieprzyjemny chłód późnej pory, otrzeć zziębniętymi dłońmi wykrzywioną smutkiem twarzyczkę i raz jeszcze zmierzyć się z moim spojrzeniem.

   I znów przez nasze palce poczęły przeciekać kolejne minuty, które oboje pożytkowaliśmy na skrępowane niemocą milczenie, w końcu jednak ku mojej niepohamowanej uciesze na przekór owego milczenia wystąpiła brązowooka.:

 - Nie powinieneś widzieć mnie w takim stanie...
Wybełkotała, a ja mimowolnie przyjąłem do wiadomości fakt iż nastolatce daleko już do stanu choćby nikłej trzeźwości.
Mimo to nie odezwałem się, podświadomie czując, iż dziewczyna wcale nie potrzebuje jakiegokolwiek komentarza z mojej strony.-...ale skoro już widzisz...Pewnie patrzysz na mnie i myślisz jaką to trzeba być szmatą by, doprowadzić się do tego stanu...-wychrypiała z pogardą, odrzucając w ciemność tlący się jeszcze niedopałek i ponownie zanurzając mnie w głębi swojego spojrzenia.- Nawet nie mam ci tego za złe. Sama rzadko zdobywam się na to by, spojrzeć w lustro...

- Nie mów tak.
 Wychrypiałem z trudem znajdując siły by, wydobyć z siebie głos.
W jakiś sposób, wszystkie te gorzkie słowa, które kierowała pod swój adres, bolały także mnie. Zupełnie tak jak gdyby oddychając tym samym powietrzem, żyć w tej samej osobie, lecz być jej drugim, wrażliwszym wcieleniem...

- Taka jest prawda.- Burknęła oschle, odganiając z twarzy ostatnie ciemne pasma, przyciągane do bladej cery przez powoli zasychające łzy.- Wszyscy za taką właśnie mnie mają, nawet dla rodzonego ojca byłam tylko darmową dziwką, gdy tylko matki nie było w domu.
Ciągnęła, a pojmując znaczenie jej słów po moich plecach przegalopowało wnet nieposkromione stado, mroźnych dreszczy. Ale ona zdawała się tego nie zauważyć, zupełnie tak jak gdyby wraz z trzeźwością była w stanie odebrać sobie również jakiekolwiek ludzkie odruchy, skierowane ku własnej osobie.- Ale w zasadzie co ty możesz, o tym wiedzieć? Twoi rodzice na pewno bardzo cię kochają, pewnie pochodzisz z dobrego domu, a cały ten przyjazd do Brooklynu był twoim widzi mi się, czyż nie?

 Zadała pytanie, lecz nim zdążyłem choćby otworzyć usta, ona zamknęła je stanowczo delikatnym dotykiem wskazującego palca, którym teraz sunęła niespiesznie po moich wargach. Sprawiając iż moje powieki mimowolnie odcięły ślepiom możność spoglądania na skąpany w łunie nocy świat.- Ja natomiast naraziłam kogoś kto naprawdę mnie pokochał na śmierć. I prawdopodobnie nie skłamię jeśli powiem, iż byłam przyczyną tego co miało miejsce...zabiłam go...

 Dodała i choć z trudem wychwyciłem owe słowa, doskonale wyczułem narastające w jej głosie drżenie.
Wnet zapragnąłem posiąść moc, która osuszyłaby, jej łzy, tak silną bym był w stanie przejąć od niej wszelkie mroczne duchy, bezlitośnie szargające jej i tak, wystarczająco dotkliwie skrzywdzone serce. Siłą impulsu, moje ramię delikatnie objęło jej drżące ramiona, odruchem jej bezsilności natomiast policzek dziewczyny, delikatnie przylgnął do mojej piersi.

 - Dobrze wiesz, że to nie prawda.
Wyszeptałem w upajającą woń jej brunatnych pasm, a wsunąwszy palec pod jej rozedrganą brodę zmusiłem ją by, posłała mi jeszcze jedno, jedyne spojrzenie.- Nie jesteś niczemu winna, tak czasami bywa, I jego śmierć nie jest niczyim przewinieniem...Posłuchaj...wiem, że zabrzmi to okrutnie, ale...ludzie rodzą się i umierają, przychodzą by,  finalnie po prostu odejść i żadne z nas, bez względu na to jak bardzo byśmy tego pragnęli nie zdoła zmienić losu, ani wydłużyć czyjejś linii życia...

 - Co ty możesz, o tym wiedzieć...
Burknęła pogardliwie, a owe słowa w niewyjaśniony sposób przebiły swym ostrzem i tak już umęczone przyjmowaniem kolejnych ran, serce.

- Zdziwiłabyś się.
Mruknąłem ponuro, na co dziewczyna nie odrywając chłodnego policzka od mojego,  równie lodowatego
obojczyka wbiła we mnie kolejne, przenikliwie ciekawskie spojrzenie.
Westchnąwszy więc głęboko, pospiesznie rozważyłem wszelkie za i przeciw podzielenia się z nią historią, z której najprawdopodobniej (a przynajmniej taki miałem zamiar i nadzieję) winna wyciągnąć i przyswoić stosowny morał.

 Mijały więc następne minuty, w których zacięty bój toczyły moje dwa oblicza:to skryte, zbyt wstydliwe by, zechcieć podzielić się ze światem minionymi chwilami załamania, i to otwarte, pragnące wzbudzać zaufanie, pragnące chronić ją przed moimi błędami.

 - Zakochałaś się kiedyś tak bez opamiętania? Tak, jak można zakochać się tylko raz?

 Zacząłem, wysuwając na przody główny cel całej opowieści i choć nie patrzyłem w jej stronę, poczułem jak ramiona dziewczyny wpierw unoszą się nieznacznie, a następnie jej głowa kiwa się krótko z boku na
 bok.- Masz jeszcze sporo czasu...W każdym bądź razie, kiedy byłem w twoim wieku, właśnie tak się zakochałem i była to chyba najczystsza odmiana uczucia jaką dotychczas poznałem... Miała na imię Nicole, była, o rok starsza, ale nigdy tak naprawdę nie miało to znaczenia. Rodzice w zasadzie za nią nie przepadali, zawsze mówili, że ona zaprowadzi mnie na dno, ale ja ich nie słuchałem...I zamiast uczyć się do egzaminów, wystawałem pod jej domem śpiewając dla niej piosenki, których słowa wypisywałem, siedząc nocą na chłodnym parapecie i zapatrując się wpierw w czerń wieczoru, a następnie w złoto poranka.
 Ale ona nigdy nie doceniała moich starań bo, i dlaczego miała by, to robić skoro na każde jej skinienie ustawiał się u jej stóp szereg wielbicieli płci przeciwnej...Dlatego też po wielu, wielu nie udanych, nadaremnych próbach w końcu postanowiłem odpuścić...- wraz z tymi słowami mój umysł zalał wnet wartki potok, przemieszanych ze sobą wspomnień, które mimowolnie wyrwały z mojego gardła cichy dźwięk, coś na kształt śmiechu...- To z kolei zadziałało na nią jak magnez, nagle zaczęła mnie zauważać i nie mogę powiedzieć by, mnie to nie zdziwiło, ale widocznie tak właśnie działa ludzka natura... W końcu więc pomiędzy nami zaczęło się układać, znów podciągnąłem się w nauce, nic przy tym nie mówiąc rodzicom.
Dzięki niej poczułem się naprawdę szczęśliwy...Była moim powodem by, oddychać, by walczyć i kiedy już przywykłem do tej myśli, do faktu iż ktoś taki jak ona zagościł w moim życiu, Nicole...oznajmiła, ze wyjeżdża, na zawsze... Nigdy nie powiedziała dlaczego, nie powiedziała nawet gdzie, po prostu odeszła...
 Długo po tym nie mogłem wrócić do normalnego trybu życia, nie chodzi, o to że się stoczyłem, po prostu...było tak jakby ktoś odebrał mi sens życia...wiem, że brzmi to absurdalnie, ale tak właśnie było, a przynajmniej wtedy tak to odczuwałem. W końcu zebrałem się w sobie i postanowiłem się dowiedzieć, gdzie wyjechała, Jej matka długo kazała się prosić, o uchylenie rąbka tajemnicy, ale w końcu po długich dniach namowy zająknęła się na temat Brooklynu.
Nigdy jeszcze nie podjąłem tak wielu irracjonalnych decyzji dotyczących własnej przyszłości, w jeden wieczór postanowiłem, o swoim wyjeździe i o związaniu całego życia z moją drugą miłością- muzyką. Wraz z wejściem na pokład samolotu, definitywnie zakończyłem pewien etap w swoim życiu, definitywnie pożegnałem się również z rodziną...Byłem zaślepiony...

 Przerywając na moment, upewniłem się iż siedząca u mojego boku Sky wciąż słucha mojej przemowy i rzuciwszy jej ukradkowe spojrzenie z radością zanotowałem, iż nieprzerwanie, w głębokim skupieniu nasłuchuje moich słów.

 - Co było dalej? Kiedy już przyjechałeś tutaj, na Brooklyn, odnalazłeś ją?

- Tak...Zajęło mi to niemal całe lato, ale w końcu się udało. Wpadliśmy na siebie w jednym z barów, w którym właściciel dobrodusznie pozwolił mi grywać w piątkowe wieczory, co prawda marne były z tego pieniądze, ale ja zachłysnąłem się samą ideą gry... Poznała mnie, widziałem jak jej słaby uśmiech przybiera na sile gdy idzie w moją stronę, a moje serce biło tak, jak gdyby niebawem, miało rozerwać mi pierś...
 Rozmawialiśmy, długo...jednak ona nigdy nie wyjawiła mi dlaczego tak właśnie postąpiła, choć po prawdzie nigdy jej o to nie zapytałem, tak na poważnie. Nie dlatego, że nie miało to znaczenia...Po prostu, uczucie jakie zagościło we mnie wraz z jej ponownym spotkaniem, przyćmiewało wszystko. Nie trudno jest się domyślić co miało miejsce potem...jak ostatni naiwny kretyn, wierzyłem w każde jej słowo, zakochałem się w niej od nowa i o ile jest to możliwe, jeszcze mocniej nic dotychczas. Wybaczyłem jej wszystko, choć ona tak naprawdę nigdy za nic nie przeprosiła... I pewnie do dziś żyłbym w tej ułudzie, gdyby nie to, co miało miejsce tamtego wieczoru...- poczułem jak głos grzęźnie mi gdzieś w krtani, a serce stanowczo zwalnia swój rytm....
                                                         *      *      *

 - Kiedy się ocknąłem jej już nie było, nie pamiętałem nic z poprzedniego wieczoru, ale podświadomie czułem, byłem pewien, że już nigdy więcej jej nie zobaczę, Wybrała jego, nie mnie... Popadłem w  najciemniejszą rozpacz jaką zna człowiek, podobną do tego z czym borykasz się ty...Zacząłem pić, skosztowałem narkotyków i wszystkie oszczędności, o ile jakiekolwiek wysupłałem, przegrywałem na stołach kasyna...I szczerze powiedziawszy, wstydzę się teraz za siebie z tamtych lat bo, wiem że gdybym wtedy potrafił się pozbierać, teraz moje życie wyglądało by, zupełnie inaczej...Sky...wiem, że nie znamy się zbyt dobrze, ale zależy mi na tym by, cię chronić, chronić przed tym, przed czym mnie nie miał kto uratować...- przez moment naszła mnie myśl by, wyznać jej że przede wszystkim, w niezrozumiały dla mnie sposób, zależy mi także na niej, jednak nim pozwoliłem by, owe słowa opuściły moje wargi, przyszła refleksja, a wraz z nią nagłe przekonanie, iż jest jeszcze za wcześnie.
Stanowczo, za wcześnie...

 Tak więc owładnęło nas milczenie.
Nie było ono niekomfortowe, ani wyczekujące.
Było neutralne, choć może z nutką przyjemności...

 Brunetka zdawała się trawić moje słowa, ja zająłem się ustabilizowaniem rozszalałego serca....
To iż Nicole należała do przeszłości, zdecydowanie nie zasiewało we mnie żadnych złudzeń, jedynym z czym nie potrafiłem dokładnie się określić była odpowiedź na pytanie, co jeszcze do niej czuję...Bowiem doskonale wiedziałem, iż choćbym się przed tym bronił jakaś część mnie wciąż należała do niej, w czym z resztą utwierdził mnie ból, jaki przysiadł na moich barkach w noc kiedy to mój ideał, choć daleki od perfekcji,  raz jeszcze stanął przed moimi oczami....

 Nie byłem pewien ile czasu już minęło, nie wiedziałem też ile nam jeszcze zostało. Byłem pewien iż moja przerwa już dawno dobiegła końca, a jednak nie potrafiłem tak po prostu zostawić ją na chłodzie...
Trzymając w ramionach jej wątłe ciało, dokładnie wyczułem moment, w którym odpłynęła niesiona falą snu, słyszałem jak dotychczas nierówny oddech wyrównuje się...

  Niewiele więc myśląc najdelikatniej jak potrafiłem wziąłem dziewczynę na ręce i starając się oddać jej choć trochę własnego ciepła wymknąłem się najkrótszą drogą, prowadzącą do jej domu, drogą którą o dziwo zdołałem zapamiętać, Nie tak dokładnie jakbym tego chciał, wystarczająco jednak by, być w stanie dotrzeć pod te drzwi, w których ostatni raz się rozstaliśmy by, już po chwili z niewielką pomocą jej współlokatorki- Diany, ułożyć zziębniętą nastolatkę na miękkich poduszkach ciemnej kanapy i okryć szczelnie puchatym kocem...

 - Dziękuję.

 Doszedł mnie cichy głos szatynki, na moment przed tym jak przekroczyłem próg ich domu.
Odwróciwszy się na pięcie, posłałem jej słaby uśmiech, który nieśmiało odwzajemniła.

- Jeśli zapyta, nie wspominaj, że to ja ją tu przyniosłem...
Poprosiłem cicho, po czym wyszedłem, zamykając za sobą drzwi...
(...)

 Rozchyliwszy powieki, rozejrzałam się dookoła ze zdumieniem rejestrując fakt, iż znajduję się we własnym domu.
Nie pamiętałam co zdarzyło się wczorajszego wieczoru, nie byłam też pewna czy chcę, o tym pamiętać. Jedyne co wiedziałam to, to iż nie chcę by, taki wieczór kiedykolwiek się powtórzył...

 Słońce zdecydowanie zbliżało się już do kresu swojej wędrówki, to natomiast zwiastowało rychłe nadejście nocy, powrotu do klubu...
 Dźwignąwszy się więc z trudem, powłócząc nogami udałam się do łazienki by, tam zmierzyć się ze swoją największą zmorą: własnym odbiciem, w lustrze...

 I choć to co zobaczyłam nie było aż tak okropne jakbym się tego spodziewała, doprowadzenie siebie do stanu, w którym nie powstydziłabym się za siebie, pokazując się choćby najmniejszej grupie ludzi, których przypuszczalnie minę na ulicy w drodze do klubu,   zajęło mi wystarczająco dużo czasu bym pospieszny spacer zmuszona była zamienić w żwawy jogging zaciemnionymi ulicami Brooklynu.

 - McKhan chce cię widzieć...

 Doszedł mnie chłodny głos Chloe - jednej z wielu marionetek szefa.
Rzucając więc ostatnie spojrzenie na wyzywającą dziewczynę w tafli lustra stanęłam  na równe nogi i posyłając rudowłosej podejrzliwe spojrzenie, pewnym krokiem opuściłam swoją garderobę by, już po chwili pukając delikatnie w gładką nawierzchnię drzwi do jego biura, pewnym krokiem przekroczyć próg pomieszczenia...

 - Czego znowu chcesz?
Burknęłam oschle, wbijając spojrzenie w postać odwróconego plecami mężczyzny, który to słysząc mój głos momentalnie odwrócił się w moją stronę.

 - Trochę kultury, kochanie.
Żachnął się brunet w kilku krokach przemierzając całą długość pokoju i stanąwszy tuż za moimi plecami popieścić palcami wcięcie w mojej talii.- Jak się bawiłaś w Puerto Rico? Tęskniłaś?

 - Nie bądź dupkiem, doskonale wiesz po co tam pojechałam...
Warknęłam, odwracając twarz w jego stronę i odpychając od siebie jego umięśnione ciało.

 - Nie, nie wiem i nie wydaje mi się bym ci na to pozwolił.

- Nie muszę pytać cię, o to co mam i co mogę robić z moim życiem!
Podniosłam głos, czując jak powoli pochłania mnie nieokiełznany ogień wściekłości.

 - Czyżby?
Szepnął brązowooki, gwałtownie przypierając mnie do blatu biurka i siłą unosząc moje ręce ku górze, tym samym zapewniając sobie przewagę.

 - Właśnie tak.
Syknęłam ostro.

- Oh, więc pozwól, że wyprowadzę cię z tego błędu!
Krzyknął i nim zdążyłabym się odsunąć jego pięść z siłą przetrąciła mój policzek.

 Zdjęta bólem, czułam jedynie jak grunt usuwa się spod moich stóp, potem nastało kolejne bezduszne uderzenie, a powietrze przeszyły jego jadowite słowa.

- Jesteś moja, tylko moja. I radzę ci to zapamiętać, dziwko.

 Następnie trzasnęły drzwi,z  mojego gardła wydarł się zduszony ostatnim uderzeniem w brzuch jęk, a potem nie było już nic...
__________________________

 Witam i z góry ogromnie przepraszam Was za tak długi czas oczekiwania na ten rozdział.
Jako marne usprawiedliwienie podam egzaminy końcowe w college'u.
Wybaczcie...:(

 Jednak, przejdźmy do rozdziału...
Co Wy na to?
Jakie wzbudził w Was emocje?

Śmiało!
Podzielcie się swoimi spostrzeżeniami w komentarzach!

 Życzę miłego tygodnia, a na następny rozdział zapraszam już w tą niedzielę...
Ps. Jeszcze raz przepraszam...

Kocham Was!
Do zobaczenia....
<3

3 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. No cóż, brak mi słów. Kiedy się spotkali na mojej twarzy pojawił się uśmiech, ale raczej nie takiego zakończenia ich spotkania się spodziewałam. Na końcu z moich oczu wydostało się parę łez. Tak strasznie szkoda mi Sky, powinna być szczęśliwa, a nie gnębiona. Mam nadzieję, że kiedyś uśmiech będzie częściej witał na jej ustach, a Bruno będzie przy niej.
    Hmm... mówisz egzaminy? W takim razie powodzenia, ze wszystkim sobie dasz radę. Pozdrawiam ♥
    Ps. Przy okazji zapraszam do siebie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Suuuuuuuupeeeeeer! Fajny. Ciesze sie ze w koncu ponownie sie spotlali. Martwie sie tylko o Skylar, ale wiem, ze z tego wyjdzie :) Czekam na kolejny. Pa :)

    OdpowiedzUsuń