niedziela, 8 maja 2016

16. Something I can't stop...

  Noc była chłodna, lecz jej dotyk rozpalał ciało żywym ogniem, tak bezwzględnie parzącym iż niemal czułem jak skóra pokrywa się gorącym, czerwonym rumieńcem.
Była na wyciągnięcie ręki, tuż obok. Jednak wciąż za daleko by, móc poczuć jej obecność i gdy jej delikatne wargi zatraciły mnie w swym słodkim smaku, było zupełnie tak jak gdyby barwny motyl musnął je swymi skrzydełkami...

 Widziałem jak jej pociągające spojrzenie skrywa się za kurtyną delikatnych powiek, obserwowałem jak złociste loki opadają kaskadą na szczupłe plecy, gdy brązowooka z cichym pomrukiem odchyla głowę w tył, posyłając mi ostatnie niewinne spojrzenie zupełnie tak jakby nie wiedziała, jak doskonale przemyślaną grą pali mnie od środka, zupełnie tak jak gdyby była jedynie niewinną nastolatką, pociągającą w swej niewinności.
Ale nie była i wnet zdałem sobie sprawę, iż wszystko to co w tym momencie nas łączyło było tylko kolejnym podpunktem zaplanowanego od początku, aż po kres, skrupulatnego planu.

 - Savanah...
Mruknąłem, delikatnie ją od siebie odpychając i wbijając ostre, karcące spojrzenie w jej ogromne, karmelowe oczy.
Choć po prawdzie z nas dwojga, to mnie, o wiele bardziej niż jej należało się porządne wytarganie
za fraki.:...po co tutaj przyszłaś?

 Oboje doskonale znaliśmy odpowiedź i oboje byliśmy tego świadomi, a jednak ona uciekła się do kłamstwa.

 - Bruno...tak ogromnie cię przepraszam, pomyliłam się co do ciebie i jestem wściekła na siebie za to w co cię wpakowałam...
 Zaczęła cicho i choć grała doskonale,  jej aktorstwo na niewiele się zdało.

 - Przestań.
Burknąłem stanowczo, zakładając ramiona na klatce piersiowej.

 Zdumiona kobieta najpierw zastygła bez ruchu, tak jakby nie spodziewała się jakiegokolwiek odstępstwa od scenariusza, który jak przypuszczałem już wcześniej dokładnie przemyślała.

- Pozwól mi chociaż się wytłumaczyć!
Zaoponowała, posyłając mi kolejne żałosne spojrzenie spod kurtyny długich, idealnie gęstych rzęs.

 - Niema tu czego tłumaczyć, Savanah.
 I owszem, pomyliłaś się w mojej ocenie,a wiesz w którym miejscu ?
Zadałem jedno z retorycznych pytań, a nie czekając na jakąkolwiek reakcję z jej strony, dodałem.:
...pomyliłaś się wrzucając mnie do półki kochliwych naiwniaków, których założę się że masz na pęczki. Zastanów się więc, po co ci kolejny skoro cała ich armia spierzchnie się tutaj, gdy tylko pstrykniesz palcami?

- To nie tak.
Przerwała mi stanowczo, a w jej głosie dało się słyszeć delikatną nutkę czegoś co przeciętny człowiek nazwałby, skruchą.
Nie wiem jednak jak określało to grono z jej sfer...

- ,,Nie tak".
Powtórzyłem za nią, naśladując wiernie barwę jej głosu.- W takim razie jak?

 Słysząc frustrację narastającą w moim głosie delikatna dłoń blondynki, dotychczas niespiesznie podążająca ku moim obojczykom zastygła w bezruchu, a krwistoczerwone usta rozchyliły się nieznacznie. Szukała odpowiednich słów bo, scenariusz najwidoczniej pominął ewentualność następującego zwrotu akcji.- Nie musisz się wysilać, Savanah. Nie chcę tego słuchać i właściwie byłbym ci wdzięczny gdybyś...odeszła.

 - Wyganiasz mnie?
Nieznacznie podniósł się ton jej głosu.
Jeszcze przez moment przyglądałem jej się, zaskoczony oskarżycielskim sposobem w jaki wypowiedziała te słowa, zupełnie tak jakby wszystko to co miało miejsce było tylko i wyłącznie moją winą.
Ale nie było i ona wiedziała, o tym co najmniej tak dobrze jak ja sam.

- Wyjdź, proszę cię.

- Ale...

- Teraz.
Zarządziłem krótko, delikatnie popychając ją ku bramie by, następnie w milczeniu przyglądać się jej poczerniałej w nikłym świetle ustępującego nocy, dnia sylwetce miarowo rozpływającej się w nieprzeniknionym cieniu...
(...)

  Nie było nazbyt chłodno,a jednak chłód jaki zalęgł się w sercu mroził do szpiku kości, wlewając na ramiona kolejne fale dreszczy.
Nie było też przesadnie ciepło, a jednak wystarczająco by, wszystkie moje trzewia nie wyłączając kołatającego w piersi serca stanęły w ogniu, który wzmógł się jeszcze gdy tylko przysiadając na chłodnej płycie nagrobka ostrożnie zabrałam się za rozdzieranie nieskazitelnie białej koperty, bez adresata...

                                                                  *      *      *
      Droga Skylar !  

      Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak długo zastanawiałem się nad ubraniem wszystkiego co mam Ci do powiedzenia w odpowiednie słowa...
 Oboje dobrze wiemy jak daleko jest mi do pisarza i romantyka, jakiego Ty nierzadko we mnie szukałaś.

 Nie trudno się jednak domyślić, iż w tej sferze tak samo jak i w kilku innych odnalazłaś jedynie rozczarowanie, mam rację?
 Proszę, odpowiedz sobie na to we własnym zakresie.
Tylko szczerze...

 Czułam jak pod naporem tych słów moje serce zaciska się boleśnie,a pod powiekami uaktywniają się kolejno przepełnione źródełka kryształowych łez.
Był dla siebie niesprawiedliwy.
Zawsze taki był.
Zawsze brał na siebie wszelką winę i odpowiedzialność, chcąc tym sposobem uchronić innych przed cierpieniem, na które jak sądził nie zasługiwali.

Ale prawda była taka, że to właśnie on był tym, którego  ból winien omijać...

 Ocierając je pospiesznie wzięłam kolejno dziesięć głębokich wdechów bo, to podobno pomagało i wróciłam wzrokiem do starannie wykaligrafowanych na białym papierze, zapisanych starannym,pochyłym pismem słów...

  Odpowiedziałaś?
Jeśli tak, spójrz w niebo i podziel się nią ze mną...

 Pozwól więc, że teraz przejdę do głównego powodu, dla którego zdecydowałem się na poniższy list.

Z całą pewnością zdążyłaś już poznać całą prawdę, a to znaczy, że teraz już wiesz dlaczego przed kilkoma miesiącami zjawiłem się na Brooklynie.
 I choć wiem, że nie powinienem był bo, przecież nasze drogi rozeszły się przeszło dwa lata temu, to dziękuję...

 Dziękuję,że odkryłaś przede mną skrawek swojego teraźniejszego życia i przepraszam, że swym powrotem zmusiłem Cię do powrotu,  do tamtych lat.
Po prostu, tak bardzo pragnąłem Cię zrozumieć...
Chciałem...
Chciałem się upewnić, że jesteś szczęśliwa bo, nie wybaczyłbym sobie gdyby czas odebrał mi możność ponownego spotkania Ciebie.
Nawet jeśli byłaś ostatnią osobą, jaką spotkałem na swojej drodze...

 Nigdy jednak, o niczym się nie zająknąłem z jednego prostego powodu.
I założę się, że dobrze wiesz jakiego...
Pomyśl...

 Tak, właśnie tego nie chciałem.
Nie chciałem byś patrzyła na mnie przez pryzmat tego cholerstwa, z którym finalnie przegrałem. Chciałem natomiast byś widziała we mnie kogoś wartego Twojej uwagi...
Bo, od zawsze byłaś i już na zawsze będziesz tym małym, rozświetlającym wszystko i przysłaniającym Słońce światełkiem, które goniłem od tego pierwszego dnia, kiedy zobaczyłem Cię stojącą samotnie na chodniku przed opustoszałą szkołą.
Płakałaś, a gdy spojrzałaś mi w oczy...
Wiedziałem, że chcę być tym, który owe łzy zetrze z Twych policzków...

 I dlatego dziękuję Ci, za wszystkie chwile jakie z Tobą dzieliłem.
Nawet te gorsze...

 Na zakończenie pragnę tylko byś wiedziała, że popełniłem błąd.
Nie miałem prawa niczego na Tobie wymuszać i wstydzę się za siebie, iż zrozumiałem to dopiero teraz.
Nie chcę byś za cokolwiek się obwiniała bo, nie masz do tego powodów.

 Cóż...
Zdaje się, że najwyższy czas się pożegnać...
 Na zakończenie więc, dodam jedynie że nigdy, ani na moment nie przestałem Cię kochać i teraz życzę Ci byś i Ty znalazła kogoś takiego, kogoś kto byłby wart Twoich uczuć...

Powodzenia, kochanie.
Wszystkiego co najlepsze...

Ps. Mów do mnie zawsze wtedy gdy tego potrzebujesz,  wysłucham...

 Na zawsze Twój,
Ashton.

  Przełykając z trudem jeszcze przez jakiś czas przyglądałam się ostatnim sześciu linijkom listu, po czym zanosząc się szlochem  przycisnęłam rękopis do serca i odchyliwszy się do tyłu spojrzałam na zasnute zwiastującymi rychły deszcz chmurami, niebo.

 - Ja ciebie też Ashton, ja ciebie też...

 Szepnęłam, a czując jak do oczu napływa kolejna fala kujących łez, pospiesznie wstałam na równe nogi.

 Wnet całe podbrzusze przeszył ostry, paraliżujący w swej sile skurcz. 
Ugiąwszy się gwałtownie objęłam się w pasie ramionami i zakwiliłam cicho,  czując jak gdyby grunt osuwał mi się spod stóp...

                                                                   *      *      *

 - Halo, proszę pani....
Usłyszałam nad sobą czyjś przejęty głos, a rozchyliwszy powieki utonęłam w otaczającym mnie zewsząd morzu bieli...

- Gdzie ja...
Wymamrotałam, wciąż nie potrafiąc opanować nieznośnego bólu u dołu podbrzusza.

 - W szpitalu, ten oto miły pan twierdzi, iż znalazł panią nieprzytomną na cmentarzu...

 Wyjaśnił uprzejmie ordynator oddziału, a  moje oczy posłusznie przeniosły się na schyloną postać,starszego mężczyzny obserwującego mnie z zatroskaniem z krzesła po prawej stronie szpitalnego łóżka.

- Czy chciałaby, panienka zadzwonić do rodziny bądź krewnych?
Ciągnął lekarz, zmuszając mnie do zwrócenia uwagi na jego osobę.

- Mhhm...Nie. Chcę...
Zaczęłam, ale słowa ugrzęzły gdzieś w powoli zaciskającym się gardle.-...chcę tylko wiedzieć, co...co mi jest.
Wykrztusiłam, a spojrzawszy w niezmącone, zielone oczy mężczyzny w kitlu poczułam jak po ramionach przemykają kolejne mrożące dreszcze.

 Starszy pan wpierw potarł otwartą ręką kark, następnie przejechał pośród przerzedzonych platynowych włosów by, finalnie klękając po mojej lewej stronie chwycić mnie za dłoń, a delikatnie ją ścisnąwszy, rzec.:

- Tak mi przykro... Robiliśmy wszystko co w naszej mocy, ale...było już za późno...

 - Za późno?
Zapytałam zmieszana, dopiero po czasie zdając sobie sprawę do czego odnosiły się jego słowa...

 Obaj mężczyźni poczęli teraz bacznie śledzić cienie na mojej pobladłej twarzy, zapewne oczekiwali łez i cierpienia, ale ja nie czułam nic...
 Tylko pustkę,
szeroką i głęboką po każdy mój horyzont, niemożliwą do zapełnienia...
Jednak wciąż tylko pustkę...

 - Ja muszę...muszę stąd wyjść, teraz.
Szepnęłam, gwałtownie podnosząc się z łóżka.
Nim jednak moje postanowienie doszło do skutku zatrzymały mnie silne ramiona lekarza.

 - Nie może pani.

- Ale ja muszę!
Krzyknęłam, na co obaj moi towarzysze delikatnie się wzdrygnęli...

 - Przykro mi, jeszcze nie teraz.
Jeszcze nie teraz...
___________________

  Jestem!
I powiem Wam w tajemnicy, iż podczas pisania powyższego rozdziału zakręciła mi się w oku łza...

A jak to było z Wami?

 Przyznać się bez bicia kochani, kto potrzebował chusteczki ?

 Rozdział w porównaniu z poprzednim wypadł dość krótki, nieprawdaż?

Tak mi się wydaje, ale ważne, że zawiera w sobie wszystko (no prawie wszystko) to co planowałam by, się weń znalazło.

 Cóż, więc zachęcam byście podzielili się swoimi opiniami, życzę miłego wieczoru oraz tygodnia, zapraszam na następny rozdział już w przyszłą niedzielę i...
zachęcam do odwiedzenia mojego drugiego, dopiero co rozpoczętego opowiadania:


 Pozdrawiam gorąco, 
kocham Was !
<3

3 komentarze:

  1. To prawda - w moich oczach tez pojawily sie lzy. Smutny oscinek aczkolwiek bardzo fajny. Lubie czasami poczytac takie smutasy, bo wiem, ze po nich nadejdzie cos dobrego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyznaję się- były łzy (właśnie je ścieram XD ) odcinek naprawdę wzruszający. I pomyśleć, że Ashtona już nigdy nie będzie... :'( Biedna Sky. Bardzo ciekawi mnie to bagno, w którym siedzi Bruno.Savanach wygląda mi na totalną żmije. Coś czuję, że będzie ciekawie :D
    Tak więc kochana ja czekam ma kolejny odcinek. Niech wena i moc będzie z tobą, nigdy nie zatrzymuj się tak jak ja XD. Kocham i serdecznie pozdrawiam :*♥

    OdpowiedzUsuń
  3. Również się przyznaje bez bicia, że łzy się pojawiły i to nie jeden raz. Tak strasznie żal mi Sky, ciekawe jak biedna sobie teraz poradzi. Oczywiście mam jeszcze nadzieję, że Bruno już jest wolny od Savanah. Czekam na next i Pozdrawiam ♥

    OdpowiedzUsuń