poniedziałek, 30 maja 2016

18.Milion dolar baby...

   Ból nadszedł jeszcze przed tym gdy oczy ponownie spojrzały na świat.
I narastał, narastał z każdym świszczącym oddechem, z pojedynczym ruchem dotychczas unieruchomionych nerwów oraz płytkim, urywanym wydechem.
 I nim rozwarły się powieki zza kurtyny rzęs po bladym policzku spłynęło kilka chłodnych łez.

 - W końcu!
Usłyszałam nad sobą zachrypnięty męski głos, a następnie czyjaś ręka z pogardą szarpnęła moje  ramię ku górze, zmuszając tym samym bym wstała na równe nogi.

 Starając się utrzymać w pozycji pionowej, jęknęłam cicho, a gdy ciałem zachwiało osłabienie nieprzytomnie oparłam biodro, o kant biurka.

- Wyspałaś się, księżniczko? Mam nadzieję...
Warknął McKhan delikatnie ciągnąc mnie ku sobie.- ...bo, klient już na ciebie czeka. Dobrze ci radzę, nie zawiedź mnie. Ten facet to najgrubsza ryba w stawie, wiesz co to znaczy?

Wymruczał wprost do mojego ucha.
Nie rejestrując wielu z wypowiedzianych przezeń słów jedynie pokiwałam głową przecząco.

- To oznacza, iż musi być zadowolony. Sama rozumiesz, moja kieszeń sama nie zapełni się zielonymi, a tak się składa, że bardzo by, się przydały...

 - Ale...dlaczego ja?
Jęknęłam, ocierając z kącika oka osiadłą weń łzę i rzucając mu pełne boleści spojrzenie.

- Ponieważ jesteś warta więcej niż reszta tych szmat, młodziutka, zgrabna....
Objaśnił, a na dźwięk owych słów moje serce zaprzestało pracy.

- Chcesz powiedzieć, że...czy ty...chcesz mną handlować?!
Krzyknęłam przerażona, a mój głos uniósł się wnet o dwie oktawy przez co mężczyzna skrzywił się na moment.

 - Cóż... Nie do końca.

- Nie do końca? To co, kurwa w połowie?
 Warknęłam, czując jak ostry ból jaki dotychczas obejmował moje skronie wlewa się niespiesznie i do pozostałych komór  w drżącym z napięcia ciele.

 - Uspokój się, słońce To tylko...drobna przysługa, pożyczka.
Odparł mężczyzna wyciągając ku mnie swoją otwartą dłoń. Nim jednak zdołał mnie dotknąć, zrozpaczona, zniesmaczona i przerażona odskoczyłam w tył, z impetem wpadając na obrotowy fotel dotychczas przyczajony gdzieś za lewym kantem biurka.

 - Nie masz cholernego prawa.
Wysyczałam, przez zaciśnięte zęby na co usta Jasona rozciągnęły się w pełnym rozbawienia uśmieszku.

 - Ależ oczywiście, że mam...
Oznajmił i nim zdążyłam się zorientować z gładkiego blatu, posłała mi uśmiech moja własnoręcznie złożona na zadrukowanym papierze, pochyła parafka.

 Zamrugałam pospiesznie po czym kilkukrotnie rozchylałam i zaciskałam wargi, nie potrafiąc znaleźć w sobie choćby najkrótszych słów.

- ...sama widzisz...
Skwitował brązowooki i nim zdążyłam się odsunąć nachylił się nad biurkiem po czym niemal z pieszczotą pogładził palcami mój wilgotny policzek.- A teraz dobrze ci radzę, kociaku, wytrzyj oczka, pozbieraj swoje zabawki i idź poprawić makijaż. Nie możesz przecież przynieść wstydu tatusiowi.

 Wymruczał, a ja niczym zahipnotyzowana podniosłam się na równe nogi i poprawiwszy włosy tak by, zakryły łzy, wymaszerowałam z pomieszczenia wprost na opustoszały korytarz.

                                                       *      *      *

   Zmrużywszy oczy raz jeszcze przejechałam opuszką po opuchniętym, zarumienionym policzku po czym westchnąwszy głęboko ujęłam w palce puchaty pędzel do pudru i kilkakrotnie musnęłam nim niedoskonały skrawek twarzy sycząc przy tym z nieprzyjemnego bólu. A odsunąwszy się nieznacznie krytycznym spojrzeniem zmierzyłam efekty swej jakże mozolnej pracy, po czym kwalifikując ją do kasty z tytułem: ,,przyzwoicie' zajęłam się nakładaniem poprawek na czarne obwódki jakie rozmazany tusz wymalował dookoła oczu.

 - McKhan kazał przekazać byś...
Usłyszałam za plecami niepewny głos Ari - zaledwie siedemnastoletniej dziewczyny, szatynki, która jak sama stwierdziła trafiła tu ,,tylko na moment i tylko dla łatwych pieniędzy". A ten moment, o ile dobrze kalkuluję osiągnął teraz pułap pięciu miesięcy...- mój Boże...

 Szepnęła nastolatka, zakrywając usta chudymi dłońmi i z przerażeniem zapatrując się na określony punkt gdzieś w obrębie mojej twarzy.

- Co...dlaczego?
Jęknęła przerażona, na co moje usta rozciągnęły się w melancholijnym uśmiechu.

 - To nic takiego.
Mruknęłam, czując dziwne zażenowanie faktem, iż nie udało mi się tego ukryć tak dobrze jakbym tego chciała.

 - Czy mogę...
Zaczęła, lecz głos najwidoczniej odmówił jej dalszej współpracy...

 - Jedyne co możesz zrobić to pomóc mi z uporaniem się z tym makijażem. Tak żeby nie było ani śladu.
Westchnęłam głęboko, załamując ręce.

 Nie chciałam by, to widziała.
Sama z trudem utrzymywałam swoje zmartwienia, a i z jej nie było mi łatwiej...
 Słysząc moje słowa szatynka jedynie skinęła głową, a pocierając delikatnie zaznaczone oczy, ruszyła w moją stronę by, po chwili nachylając się nade mną stanąć w walce, o zamaskowanie mojej krzywdy...

 Nie byłam w stanie powiedzieć ile trwały nasze wojenne poczynania, wiedziałam tylko iż gdy nastolatka w końcu się ode mnie odsunęła, obracając mnie na powrót ku gładkiej tafli lustra przed moimi oczami stanęła zupełnie inna dziewczyna.
Nieznajoma.
Nie tamta wyzywająca, którą zwykłam widywać co noc, ale i nie ta skryta, którą byłam gdy wschodziło słońce.
Nieznajoma.
Inna, zupełnie nowa ja....

- Ari...to niesamowite.
Wydukałam, z zachwytem popatrując na idealne kreski tuż pod kakaowym okiem i wywinięte rzęsy, ponętnie wachlujące nad górną jego linią.

 - To nic takiego...
Wymamrotała dziewczyna, przewracając oczami gdy tylko nasze spojrzenia wpadły na swój ślad.

 - Nie przesadzaj... Jesteś niezrównana...
 Pochwaliłam raz jeszcze, a wtedy stało się coś czego nigdy bym się nie spodziewała.

 Nim zdążyłam zareagować, szczupła nastolatka padła w moje ramiona i zaniosła się cichym, rozrywającym serce szlochem.

 - Ja nie chcę tu być...
 Szepnęła szatynka, obejmując mnie ramionami.- ...nigdy nie chciałam, chciałam skończyć szkołę. zawsze marzyłam też by, prowadzić swój własny salon kosmetyczny, ale ona...ona zawsze musiała stawiać na swoim, ojciec był ślepy bo, się zakochał, ona natomiast nigdy go nie kochała. Zawsze liczyły się dla niej tylko pieniądze...Nie mogłam dłużej na to patrzeć i pewnego dnia spakowałam się i uciekłam... Byłam samotna...a on pojawił się tak nagle i zaoferował pomoc...Był jak ojciec...lepszy ojciec, do czasu...

 Mamrotała, a jej słone łzy nieprzerwanie obmywały ciemny materiał mojej zwiewnej, czarnej bluzki. Objąwszy ją ciaśniej, wtuliłam twarz w gęstwinę jej prostych, kasztanowych pasm, pozostawiając na nich kilka drobnych pocałunków.

- Ciiii...spokojnie maleńka....Posłuchaj mnie...
Szepnęłam, łapiąc ją za chude ramiona i delikatnie od siebie odsuwając, tak, by móc spojrzeć w jej duże, orzechowe źrenice.- Wyciągnę cię stąd, słyszysz? Wyciągnę...

 Powiedziałam niemal szeptem, wnet zdając sobie sprawę iż zrobię wszystko by, tylko dotrzymać tej obietnicy...
                                                  *      *      *

 - A oto i nasza Skylar...

 Oznajmił rozradowany głos Jasona gdy tylko wychyliłam się zza ciężkich, drewnianych drzwi.- Długo kazałaś na siebie czekać, perełko.

Mruknął McKhan, momentalnie znajdując się tuż u mojego boku.

 - Nie czekalibyście tak długo, gdybyś nie był takim sukinsynem...
Burknęłam oschle, na co ten delikatnie klepnął mnie w pośladek co jednak zignorowałam, skupiając całą swoją uwagę na zadbanym, Mulacie tuż po trzydziestce. Na oko.

- Luke, to właśnie Sky, ozdoba wśród moich dziewczynek, Skylar, oto mój przyjaciel, Luke Dramah, o którym ci wspominałem...

 Ku mojemu zaskoczeniu trzydziestolatek momentalnie podniósł się na równe nogi i pochwyciwszy moją dłoń w swoją, dwukrotnie większą złożył nań drobny pocałunek i uśmiechnąwszy się szarmancko, rzekł.:

- Mów mi po prostu Luke, panienko.
 Oznajmił chrapliwie, a mi przyszło do głowy, iż gdyby nie sytuacja w jakiej przyszło nam się zapoznać, mogłabym nawet uznać iż niejaki Luke Dramah, to doprawdy czarujący facet.

Ale z oczywistych powodów wcale tego nie zrobiłam...

 - Dobrze więc, skoro przeszliśmy już przez część wstępną proponowałbym ubicie targu, jakieś propozycje, Dramah?

 Zahuczał głos McKhana, momentalnie wyrywając mnie ze szklanej bańki w jakiej zamknął mnie przenikliwy, przerażający wręcz wzrok szklisto-niebieskich źrenic szatyna.

- Ah, tak...Cóż, więc...Co powiesz na trzydzieści pięć tysięcy na dzień, Jason?

- Mało.

- W porządku, więc może chociaż pięćdziesiąt cię przekona?

 Było to uczucie dziwne, zupełnie tak jak gdyby wszystko to działo się gdzieś poza mną, gdzieś daleko, jak gdyby było jedynie filmem, do bólu realistycznym, lecz wciąż tylko filmem.
Oto bowiem stałam się żywym przedmiotem zaciętej licytacji...
                                                         
                                                            *      *      *

 - Na więcej się nie zgodzę.
Zagroził Luke popatrując przemiennie to na mnie to na mojego ,,sprzedawcę".

 - Daj jeszcze sto, a będzie twoja...
Zachęcił tamten, na co oczy potencjalnego nabywcy przekręciły się teatralnie.

- Dziewięćset pięćdziesiąt.
Rzucił mężczyzna ze szklanymi oczami, a wargi McKhana uniósł wnet delikatny, przebiegły uśmieszek.

- Milion, a Grey będzie twoja.

- Dziewięćset sześćdziesiąt i ani centa więcej.
Burknął Luke, lecz negocjującemu najwyraźniej nie wystarczyła owa, kusząca oferta.

- Milion i ani centa mniej...
Upierał się zażarcie by, w końcu dojść do swojego.

- Niech będzie i milion.
Warknął tamten z rozdrażnieniem przeczesując swe kruczoczarne sitowie.

- Wiedziałem, że się skusisz, Dramah...
Odparł z zadowoleniem, a uścisnąwszy swemu klientowi dłoń, powrócił do mojej osoby.

-  A więc się żegnamy, kruszynko.
Mruknął wsuwając palec pod mój podbródek i zmuszając mnie do spojrzenia sobie w oczy.

- Nienawidzę cię.
Warknęłam, usilnie zagryzając drżącą wargę.

- Ja również będę za tobą tęsknił.
Odparował, puszczając ton mojego głosu mimo  uszu.

 Z trudem hamując łzy wyswobodziłam się z jego objęć, a rzuciwszy ukradkowe spojrzenie popatrującemu na mnie szklistookiemu mężczyźnie wybiegłam na zaciemniony korytarz klubu i nie bacząc na przechadzające się po nim dziewczyny ruszyłam biegiem ku drzwiom ewakuacyjnym.
Nim jednak udało mi się do nich dobrnąć dobiegł mnie niski, chrapliwy głos.:

- Będę u ciebie pod domem, jutro, o dziesiątej. Bądź gotowa...

Słysząc to jedynie zacisnęłam na moment powieki, po chwili szeroko je rozchylając...

 Chcąc wierzyć iż to wszystko nie dzieje się naprawdę, że to tylko koszmar...
Jeden z wielu...
(...)

 Przekręciwszy klucz w zamku wszedłem do zacisznego wnętrza skąpo oświetlonego domu, a wyzbywając się kurtki i butów niespiesznie ruszyłem ku kuchni, skąd napełniwszy szklankę wodą udałem się do ostatecznego celu mojej podróży.- Jasnego narożnika, na którym teraz rozsiadłem się wyczerpany, tuż obok zapatrzonego w migocący ekran telewizora blondyna.

 - Ciężki dzień?
 Zagaił przyjaciel, dopiero po chwili odrywając wzrok od punktu w jaki wgapiał się od dobrych kilku minut.

 - Cholernie.
Westchnąłem bezsilnie i już miałem zmienić temat, gdy wnet całe pomieszczenie przeszył ostry dźwięk dzwonka do drzwi.

 Zdezorientowany zerknąłem na Nate'a, który teraz obdarzył mnie tak samo zagadkowym spojrzeniem.

- Ummmm...ja otworzę.
 Odparł tamten i nim zdążyłem zaingerować już niemal łapał za klamkę od drzwi.

 Kuszony zaciekawieniem przyciszyłem telewizor, w idealnym wprost momencie by, usłyszeć jej cichy głos.

- Przeszkadzam?
Wyszeptała słabo i nim któreś z nich zdążyło nabrać powietrza stanąłem u boku blondyna, a na jej widok moje oczy rozszerzyły się kilkakrotnie...

- Co się...
Zacząłem lecz nim zdołałem dokończyć, ta poprosiła krótko.

- Ratuj mnie, Bruno.
Ratuj...
________

 Witam!
I ogromnie przepraszam za to drobne spóźnienie...
Kolejne.

 Co wy na to?
Spodziewaliście się po McKhan'ie czegoś podobnego?

 Piszcie śmiało i wracajcie już w niedzielę!
<3

wtorek, 24 maja 2016

17. Touch of sweeteness in the world of biteness...


   I wnet nadchodzi ta jedna, jedyna chwila gdy musimy zostawić nasze troski za sobą tylko po to by, rzucić się wpław potoku smutków tej drugiej osoby by, być opoką gdy fala spycha ją w głąb morza by, być ostatnią deską ratunku wtedy gdy pozostałe koła  już dawno zatonęły...

- A więc to już definitywny koniec?
Zagaił głos zza moich pleców, przez co wzdrygnąłem się przestraszony, a odwróciwszy twarz w stronę z której dochodził począłem wnikliwie śledzić rysy twarzy przyjaciela.

- Do twojej wiadomości, nie było nawet początku.
Burknąłem chłodno, a wyminąwszy go pospiesznie, wróciłem do wnętrza domu, z niezadowoleniem zauważając iż Nate niestrudzenie podąża moim śladem.

- Jasne i właśnie dlatego biegałeś za nią jak zniewieściały gnojek.
Ogarnij się, stary!
Wybuchnął gwałtownie blondyn, momentalnie podnosząc ciśnienie także mnie.

- Nate, do cholery, pozwól, że powiem to raz jeszcze:  nie jestem już małym chłopcem i umiem sam, o sobie stanowić.
Warknąłem, czując jak poziom mojej irytacji niebezpiecznie wykracza poza dozwolone normy, a co za tym idzie- zdecydowanie zbliża się czas odpowiedni na  udanie się na wieczorną zmianę.

- Ach, tak? Wybacz, ale jakoś nie zauważyłem bo,tak się składa, że nieprzerwanie zachowujesz się jak ostatni gówniarz!
Wycedził chłopak, po czym rozsiewając wokół siebie niemal namacalną wściekłość ruszył ku uchylonym drzwiom swojego pokoju, tym samym definitywnie ucinając naszą pozamałżeńską sprzeczkę, których swoją drogą w ostatnim czasie bywało wiele, zdecydowanie zbyt wiele...

 Jeszcze przez moment z zamroczeniem patrzyłem na zatrzaśnięte drzwi, za którymi zniknął, a otrząsnąwszy się z letargu pokręciłem tylko głową i wydając z siebie przeciągłe westchnienie narzuciłem na ramiona materiał czarnej kurtki by, już po chwili w pośpiechu przemierzać powoli zaludniające się spragnionymi szaleństwa studentami, jasno oświetlone ulice.
                                                       *      *      *

  Korzystając z chwili swobody, niepostrzeżenie wymknąłem się tylnym wejściem by, choć przez chwilę pooddychać mroźnym późno-listopadowym powietrzem. Jesień zdecydowanie ustąpiła już miejsca zimie, a ta z kolei wyraźnie dawała znać, o tym w kogo władanie wszedł teraz Nowy Jork.
Wydychając więc kolejny, niewielki obłok pary, ciaśniej zakleszczyłem się w połach ciemnego płaszcza i w zamyśleniu rozejrzałem dookoła.W najbliższej okolicy trudno jednak było, o coś co mogłoby, się nadać na obiekt obserwacji, ot zwyczajna, mroczna uliczka. Niewiele cichsza od wszystkich pozostałych, dzisiejszego wieczoru tak chętnie obleganych przez skorych do harców nowojorczyków.
A jednak moją uwagę zwrócił pewien niezidentyfikowany w nikłym świetle, mrugającej latarni kształt. Naglony ciekawością, postąpiłem jeszcze parę kroków w przód by, finalnie zatrzymać się w pół kroku i z niedowierzaniem obserwować ciemne pasma, niesfornie oblepiające mokrą od łez twarz dziewczyny.

 - Skylar?

Wyszeptałem, zdezorientowany okolicznościami w jakich przyszło mi ponownie spotkać tą, która od tamtej, jakże bohaterskiej i bądź co bądź desperackiej odsieczy z mojej strony, wtedy w klubie, na stałe zagrzała honorowe miejsce gdzieś w odmętach mojego umysłu.

 Na dźwięk swojego imienia skulona brunetka drgnęła niespokojnie, a uniósłszy nieznacznie głowę posłała mi rozdzierające serce, przesycone smutkiem i bezsilnością spojrzenie.
Przełknąwszy z trudem postąpiłem jeszcze kilka kroków w jej stronę, a przysiadłszy tuż obok na zlodowaciałym, betonowym stopniu począłem wnikliwie obserwować szlak goniących jedna za drugą po jej pergaminowo-białym policzku, słonych łez.
Ona natomiast nieprzerwanie wypłakiwała swoje śliczne oczęta, z każdą chwilą coraz to mniejszą porcją łez by, w końcu wraz z upływem dziesięciu, czy dwudziestu minut, które jednak wystarczyły by, kostki moich palców pokąsał dotkliwie nieprzyjemny chłód późnej pory, otrzeć zziębniętymi dłońmi wykrzywioną smutkiem twarzyczkę i raz jeszcze zmierzyć się z moim spojrzeniem.

   I znów przez nasze palce poczęły przeciekać kolejne minuty, które oboje pożytkowaliśmy na skrępowane niemocą milczenie, w końcu jednak ku mojej niepohamowanej uciesze na przekór owego milczenia wystąpiła brązowooka.:

 - Nie powinieneś widzieć mnie w takim stanie...
Wybełkotała, a ja mimowolnie przyjąłem do wiadomości fakt iż nastolatce daleko już do stanu choćby nikłej trzeźwości.
Mimo to nie odezwałem się, podświadomie czując, iż dziewczyna wcale nie potrzebuje jakiegokolwiek komentarza z mojej strony.-...ale skoro już widzisz...Pewnie patrzysz na mnie i myślisz jaką to trzeba być szmatą by, doprowadzić się do tego stanu...-wychrypiała z pogardą, odrzucając w ciemność tlący się jeszcze niedopałek i ponownie zanurzając mnie w głębi swojego spojrzenia.- Nawet nie mam ci tego za złe. Sama rzadko zdobywam się na to by, spojrzeć w lustro...

- Nie mów tak.
 Wychrypiałem z trudem znajdując siły by, wydobyć z siebie głos.
W jakiś sposób, wszystkie te gorzkie słowa, które kierowała pod swój adres, bolały także mnie. Zupełnie tak jak gdyby oddychając tym samym powietrzem, żyć w tej samej osobie, lecz być jej drugim, wrażliwszym wcieleniem...

- Taka jest prawda.- Burknęła oschle, odganiając z twarzy ostatnie ciemne pasma, przyciągane do bladej cery przez powoli zasychające łzy.- Wszyscy za taką właśnie mnie mają, nawet dla rodzonego ojca byłam tylko darmową dziwką, gdy tylko matki nie było w domu.
Ciągnęła, a pojmując znaczenie jej słów po moich plecach przegalopowało wnet nieposkromione stado, mroźnych dreszczy. Ale ona zdawała się tego nie zauważyć, zupełnie tak jak gdyby wraz z trzeźwością była w stanie odebrać sobie również jakiekolwiek ludzkie odruchy, skierowane ku własnej osobie.- Ale w zasadzie co ty możesz, o tym wiedzieć? Twoi rodzice na pewno bardzo cię kochają, pewnie pochodzisz z dobrego domu, a cały ten przyjazd do Brooklynu był twoim widzi mi się, czyż nie?

 Zadała pytanie, lecz nim zdążyłem choćby otworzyć usta, ona zamknęła je stanowczo delikatnym dotykiem wskazującego palca, którym teraz sunęła niespiesznie po moich wargach. Sprawiając iż moje powieki mimowolnie odcięły ślepiom możność spoglądania na skąpany w łunie nocy świat.- Ja natomiast naraziłam kogoś kto naprawdę mnie pokochał na śmierć. I prawdopodobnie nie skłamię jeśli powiem, iż byłam przyczyną tego co miało miejsce...zabiłam go...

 Dodała i choć z trudem wychwyciłem owe słowa, doskonale wyczułem narastające w jej głosie drżenie.
Wnet zapragnąłem posiąść moc, która osuszyłaby, jej łzy, tak silną bym był w stanie przejąć od niej wszelkie mroczne duchy, bezlitośnie szargające jej i tak, wystarczająco dotkliwie skrzywdzone serce. Siłą impulsu, moje ramię delikatnie objęło jej drżące ramiona, odruchem jej bezsilności natomiast policzek dziewczyny, delikatnie przylgnął do mojej piersi.

 - Dobrze wiesz, że to nie prawda.
Wyszeptałem w upajającą woń jej brunatnych pasm, a wsunąwszy palec pod jej rozedrganą brodę zmusiłem ją by, posłała mi jeszcze jedno, jedyne spojrzenie.- Nie jesteś niczemu winna, tak czasami bywa, I jego śmierć nie jest niczyim przewinieniem...Posłuchaj...wiem, że zabrzmi to okrutnie, ale...ludzie rodzą się i umierają, przychodzą by,  finalnie po prostu odejść i żadne z nas, bez względu na to jak bardzo byśmy tego pragnęli nie zdoła zmienić losu, ani wydłużyć czyjejś linii życia...

 - Co ty możesz, o tym wiedzieć...
Burknęła pogardliwie, a owe słowa w niewyjaśniony sposób przebiły swym ostrzem i tak już umęczone przyjmowaniem kolejnych ran, serce.

- Zdziwiłabyś się.
Mruknąłem ponuro, na co dziewczyna nie odrywając chłodnego policzka od mojego,  równie lodowatego
obojczyka wbiła we mnie kolejne, przenikliwie ciekawskie spojrzenie.
Westchnąwszy więc głęboko, pospiesznie rozważyłem wszelkie za i przeciw podzielenia się z nią historią, z której najprawdopodobniej (a przynajmniej taki miałem zamiar i nadzieję) winna wyciągnąć i przyswoić stosowny morał.

 Mijały więc następne minuty, w których zacięty bój toczyły moje dwa oblicza:to skryte, zbyt wstydliwe by, zechcieć podzielić się ze światem minionymi chwilami załamania, i to otwarte, pragnące wzbudzać zaufanie, pragnące chronić ją przed moimi błędami.

 - Zakochałaś się kiedyś tak bez opamiętania? Tak, jak można zakochać się tylko raz?

 Zacząłem, wysuwając na przody główny cel całej opowieści i choć nie patrzyłem w jej stronę, poczułem jak ramiona dziewczyny wpierw unoszą się nieznacznie, a następnie jej głowa kiwa się krótko z boku na
 bok.- Masz jeszcze sporo czasu...W każdym bądź razie, kiedy byłem w twoim wieku, właśnie tak się zakochałem i była to chyba najczystsza odmiana uczucia jaką dotychczas poznałem... Miała na imię Nicole, była, o rok starsza, ale nigdy tak naprawdę nie miało to znaczenia. Rodzice w zasadzie za nią nie przepadali, zawsze mówili, że ona zaprowadzi mnie na dno, ale ja ich nie słuchałem...I zamiast uczyć się do egzaminów, wystawałem pod jej domem śpiewając dla niej piosenki, których słowa wypisywałem, siedząc nocą na chłodnym parapecie i zapatrując się wpierw w czerń wieczoru, a następnie w złoto poranka.
 Ale ona nigdy nie doceniała moich starań bo, i dlaczego miała by, to robić skoro na każde jej skinienie ustawiał się u jej stóp szereg wielbicieli płci przeciwnej...Dlatego też po wielu, wielu nie udanych, nadaremnych próbach w końcu postanowiłem odpuścić...- wraz z tymi słowami mój umysł zalał wnet wartki potok, przemieszanych ze sobą wspomnień, które mimowolnie wyrwały z mojego gardła cichy dźwięk, coś na kształt śmiechu...- To z kolei zadziałało na nią jak magnez, nagle zaczęła mnie zauważać i nie mogę powiedzieć by, mnie to nie zdziwiło, ale widocznie tak właśnie działa ludzka natura... W końcu więc pomiędzy nami zaczęło się układać, znów podciągnąłem się w nauce, nic przy tym nie mówiąc rodzicom.
Dzięki niej poczułem się naprawdę szczęśliwy...Była moim powodem by, oddychać, by walczyć i kiedy już przywykłem do tej myśli, do faktu iż ktoś taki jak ona zagościł w moim życiu, Nicole...oznajmiła, ze wyjeżdża, na zawsze... Nigdy nie powiedziała dlaczego, nie powiedziała nawet gdzie, po prostu odeszła...
 Długo po tym nie mogłem wrócić do normalnego trybu życia, nie chodzi, o to że się stoczyłem, po prostu...było tak jakby ktoś odebrał mi sens życia...wiem, że brzmi to absurdalnie, ale tak właśnie było, a przynajmniej wtedy tak to odczuwałem. W końcu zebrałem się w sobie i postanowiłem się dowiedzieć, gdzie wyjechała, Jej matka długo kazała się prosić, o uchylenie rąbka tajemnicy, ale w końcu po długich dniach namowy zająknęła się na temat Brooklynu.
Nigdy jeszcze nie podjąłem tak wielu irracjonalnych decyzji dotyczących własnej przyszłości, w jeden wieczór postanowiłem, o swoim wyjeździe i o związaniu całego życia z moją drugą miłością- muzyką. Wraz z wejściem na pokład samolotu, definitywnie zakończyłem pewien etap w swoim życiu, definitywnie pożegnałem się również z rodziną...Byłem zaślepiony...

 Przerywając na moment, upewniłem się iż siedząca u mojego boku Sky wciąż słucha mojej przemowy i rzuciwszy jej ukradkowe spojrzenie z radością zanotowałem, iż nieprzerwanie, w głębokim skupieniu nasłuchuje moich słów.

 - Co było dalej? Kiedy już przyjechałeś tutaj, na Brooklyn, odnalazłeś ją?

- Tak...Zajęło mi to niemal całe lato, ale w końcu się udało. Wpadliśmy na siebie w jednym z barów, w którym właściciel dobrodusznie pozwolił mi grywać w piątkowe wieczory, co prawda marne były z tego pieniądze, ale ja zachłysnąłem się samą ideą gry... Poznała mnie, widziałem jak jej słaby uśmiech przybiera na sile gdy idzie w moją stronę, a moje serce biło tak, jak gdyby niebawem, miało rozerwać mi pierś...
 Rozmawialiśmy, długo...jednak ona nigdy nie wyjawiła mi dlaczego tak właśnie postąpiła, choć po prawdzie nigdy jej o to nie zapytałem, tak na poważnie. Nie dlatego, że nie miało to znaczenia...Po prostu, uczucie jakie zagościło we mnie wraz z jej ponownym spotkaniem, przyćmiewało wszystko. Nie trudno jest się domyślić co miało miejsce potem...jak ostatni naiwny kretyn, wierzyłem w każde jej słowo, zakochałem się w niej od nowa i o ile jest to możliwe, jeszcze mocniej nic dotychczas. Wybaczyłem jej wszystko, choć ona tak naprawdę nigdy za nic nie przeprosiła... I pewnie do dziś żyłbym w tej ułudzie, gdyby nie to, co miało miejsce tamtego wieczoru...- poczułem jak głos grzęźnie mi gdzieś w krtani, a serce stanowczo zwalnia swój rytm....
                                                         *      *      *

 - Kiedy się ocknąłem jej już nie było, nie pamiętałem nic z poprzedniego wieczoru, ale podświadomie czułem, byłem pewien, że już nigdy więcej jej nie zobaczę, Wybrała jego, nie mnie... Popadłem w  najciemniejszą rozpacz jaką zna człowiek, podobną do tego z czym borykasz się ty...Zacząłem pić, skosztowałem narkotyków i wszystkie oszczędności, o ile jakiekolwiek wysupłałem, przegrywałem na stołach kasyna...I szczerze powiedziawszy, wstydzę się teraz za siebie z tamtych lat bo, wiem że gdybym wtedy potrafił się pozbierać, teraz moje życie wyglądało by, zupełnie inaczej...Sky...wiem, że nie znamy się zbyt dobrze, ale zależy mi na tym by, cię chronić, chronić przed tym, przed czym mnie nie miał kto uratować...- przez moment naszła mnie myśl by, wyznać jej że przede wszystkim, w niezrozumiały dla mnie sposób, zależy mi także na niej, jednak nim pozwoliłem by, owe słowa opuściły moje wargi, przyszła refleksja, a wraz z nią nagłe przekonanie, iż jest jeszcze za wcześnie.
Stanowczo, za wcześnie...

 Tak więc owładnęło nas milczenie.
Nie było ono niekomfortowe, ani wyczekujące.
Było neutralne, choć może z nutką przyjemności...

 Brunetka zdawała się trawić moje słowa, ja zająłem się ustabilizowaniem rozszalałego serca....
To iż Nicole należała do przeszłości, zdecydowanie nie zasiewało we mnie żadnych złudzeń, jedynym z czym nie potrafiłem dokładnie się określić była odpowiedź na pytanie, co jeszcze do niej czuję...Bowiem doskonale wiedziałem, iż choćbym się przed tym bronił jakaś część mnie wciąż należała do niej, w czym z resztą utwierdził mnie ból, jaki przysiadł na moich barkach w noc kiedy to mój ideał, choć daleki od perfekcji,  raz jeszcze stanął przed moimi oczami....

 Nie byłem pewien ile czasu już minęło, nie wiedziałem też ile nam jeszcze zostało. Byłem pewien iż moja przerwa już dawno dobiegła końca, a jednak nie potrafiłem tak po prostu zostawić ją na chłodzie...
Trzymając w ramionach jej wątłe ciało, dokładnie wyczułem moment, w którym odpłynęła niesiona falą snu, słyszałem jak dotychczas nierówny oddech wyrównuje się...

  Niewiele więc myśląc najdelikatniej jak potrafiłem wziąłem dziewczynę na ręce i starając się oddać jej choć trochę własnego ciepła wymknąłem się najkrótszą drogą, prowadzącą do jej domu, drogą którą o dziwo zdołałem zapamiętać, Nie tak dokładnie jakbym tego chciał, wystarczająco jednak by, być w stanie dotrzeć pod te drzwi, w których ostatni raz się rozstaliśmy by, już po chwili z niewielką pomocą jej współlokatorki- Diany, ułożyć zziębniętą nastolatkę na miękkich poduszkach ciemnej kanapy i okryć szczelnie puchatym kocem...

 - Dziękuję.

 Doszedł mnie cichy głos szatynki, na moment przed tym jak przekroczyłem próg ich domu.
Odwróciwszy się na pięcie, posłałem jej słaby uśmiech, który nieśmiało odwzajemniła.

- Jeśli zapyta, nie wspominaj, że to ja ją tu przyniosłem...
Poprosiłem cicho, po czym wyszedłem, zamykając za sobą drzwi...
(...)

 Rozchyliwszy powieki, rozejrzałam się dookoła ze zdumieniem rejestrując fakt, iż znajduję się we własnym domu.
Nie pamiętałam co zdarzyło się wczorajszego wieczoru, nie byłam też pewna czy chcę, o tym pamiętać. Jedyne co wiedziałam to, to iż nie chcę by, taki wieczór kiedykolwiek się powtórzył...

 Słońce zdecydowanie zbliżało się już do kresu swojej wędrówki, to natomiast zwiastowało rychłe nadejście nocy, powrotu do klubu...
 Dźwignąwszy się więc z trudem, powłócząc nogami udałam się do łazienki by, tam zmierzyć się ze swoją największą zmorą: własnym odbiciem, w lustrze...

 I choć to co zobaczyłam nie było aż tak okropne jakbym się tego spodziewała, doprowadzenie siebie do stanu, w którym nie powstydziłabym się za siebie, pokazując się choćby najmniejszej grupie ludzi, których przypuszczalnie minę na ulicy w drodze do klubu,   zajęło mi wystarczająco dużo czasu bym pospieszny spacer zmuszona była zamienić w żwawy jogging zaciemnionymi ulicami Brooklynu.

 - McKhan chce cię widzieć...

 Doszedł mnie chłodny głos Chloe - jednej z wielu marionetek szefa.
Rzucając więc ostatnie spojrzenie na wyzywającą dziewczynę w tafli lustra stanęłam  na równe nogi i posyłając rudowłosej podejrzliwe spojrzenie, pewnym krokiem opuściłam swoją garderobę by, już po chwili pukając delikatnie w gładką nawierzchnię drzwi do jego biura, pewnym krokiem przekroczyć próg pomieszczenia...

 - Czego znowu chcesz?
Burknęłam oschle, wbijając spojrzenie w postać odwróconego plecami mężczyzny, który to słysząc mój głos momentalnie odwrócił się w moją stronę.

 - Trochę kultury, kochanie.
Żachnął się brunet w kilku krokach przemierzając całą długość pokoju i stanąwszy tuż za moimi plecami popieścić palcami wcięcie w mojej talii.- Jak się bawiłaś w Puerto Rico? Tęskniłaś?

 - Nie bądź dupkiem, doskonale wiesz po co tam pojechałam...
Warknęłam, odwracając twarz w jego stronę i odpychając od siebie jego umięśnione ciało.

 - Nie, nie wiem i nie wydaje mi się bym ci na to pozwolił.

- Nie muszę pytać cię, o to co mam i co mogę robić z moim życiem!
Podniosłam głos, czując jak powoli pochłania mnie nieokiełznany ogień wściekłości.

 - Czyżby?
Szepnął brązowooki, gwałtownie przypierając mnie do blatu biurka i siłą unosząc moje ręce ku górze, tym samym zapewniając sobie przewagę.

 - Właśnie tak.
Syknęłam ostro.

- Oh, więc pozwól, że wyprowadzę cię z tego błędu!
Krzyknął i nim zdążyłabym się odsunąć jego pięść z siłą przetrąciła mój policzek.

 Zdjęta bólem, czułam jedynie jak grunt usuwa się spod moich stóp, potem nastało kolejne bezduszne uderzenie, a powietrze przeszyły jego jadowite słowa.

- Jesteś moja, tylko moja. I radzę ci to zapamiętać, dziwko.

 Następnie trzasnęły drzwi,z  mojego gardła wydarł się zduszony ostatnim uderzeniem w brzuch jęk, a potem nie było już nic...
__________________________

 Witam i z góry ogromnie przepraszam Was za tak długi czas oczekiwania na ten rozdział.
Jako marne usprawiedliwienie podam egzaminy końcowe w college'u.
Wybaczcie...:(

 Jednak, przejdźmy do rozdziału...
Co Wy na to?
Jakie wzbudził w Was emocje?

Śmiało!
Podzielcie się swoimi spostrzeżeniami w komentarzach!

 Życzę miłego tygodnia, a na następny rozdział zapraszam już w tą niedzielę...
Ps. Jeszcze raz przepraszam...

Kocham Was!
Do zobaczenia....
<3

niedziela, 8 maja 2016

16. Something I can't stop...

  Noc była chłodna, lecz jej dotyk rozpalał ciało żywym ogniem, tak bezwzględnie parzącym iż niemal czułem jak skóra pokrywa się gorącym, czerwonym rumieńcem.
Była na wyciągnięcie ręki, tuż obok. Jednak wciąż za daleko by, móc poczuć jej obecność i gdy jej delikatne wargi zatraciły mnie w swym słodkim smaku, było zupełnie tak jak gdyby barwny motyl musnął je swymi skrzydełkami...

 Widziałem jak jej pociągające spojrzenie skrywa się za kurtyną delikatnych powiek, obserwowałem jak złociste loki opadają kaskadą na szczupłe plecy, gdy brązowooka z cichym pomrukiem odchyla głowę w tył, posyłając mi ostatnie niewinne spojrzenie zupełnie tak jakby nie wiedziała, jak doskonale przemyślaną grą pali mnie od środka, zupełnie tak jak gdyby była jedynie niewinną nastolatką, pociągającą w swej niewinności.
Ale nie była i wnet zdałem sobie sprawę, iż wszystko to co w tym momencie nas łączyło było tylko kolejnym podpunktem zaplanowanego od początku, aż po kres, skrupulatnego planu.

 - Savanah...
Mruknąłem, delikatnie ją od siebie odpychając i wbijając ostre, karcące spojrzenie w jej ogromne, karmelowe oczy.
Choć po prawdzie z nas dwojga, to mnie, o wiele bardziej niż jej należało się porządne wytarganie
za fraki.:...po co tutaj przyszłaś?

 Oboje doskonale znaliśmy odpowiedź i oboje byliśmy tego świadomi, a jednak ona uciekła się do kłamstwa.

 - Bruno...tak ogromnie cię przepraszam, pomyliłam się co do ciebie i jestem wściekła na siebie za to w co cię wpakowałam...
 Zaczęła cicho i choć grała doskonale,  jej aktorstwo na niewiele się zdało.

 - Przestań.
Burknąłem stanowczo, zakładając ramiona na klatce piersiowej.

 Zdumiona kobieta najpierw zastygła bez ruchu, tak jakby nie spodziewała się jakiegokolwiek odstępstwa od scenariusza, który jak przypuszczałem już wcześniej dokładnie przemyślała.

- Pozwól mi chociaż się wytłumaczyć!
Zaoponowała, posyłając mi kolejne żałosne spojrzenie spod kurtyny długich, idealnie gęstych rzęs.

 - Niema tu czego tłumaczyć, Savanah.
 I owszem, pomyliłaś się w mojej ocenie,a wiesz w którym miejscu ?
Zadałem jedno z retorycznych pytań, a nie czekając na jakąkolwiek reakcję z jej strony, dodałem.:
...pomyliłaś się wrzucając mnie do półki kochliwych naiwniaków, których założę się że masz na pęczki. Zastanów się więc, po co ci kolejny skoro cała ich armia spierzchnie się tutaj, gdy tylko pstrykniesz palcami?

- To nie tak.
Przerwała mi stanowczo, a w jej głosie dało się słyszeć delikatną nutkę czegoś co przeciętny człowiek nazwałby, skruchą.
Nie wiem jednak jak określało to grono z jej sfer...

- ,,Nie tak".
Powtórzyłem za nią, naśladując wiernie barwę jej głosu.- W takim razie jak?

 Słysząc frustrację narastającą w moim głosie delikatna dłoń blondynki, dotychczas niespiesznie podążająca ku moim obojczykom zastygła w bezruchu, a krwistoczerwone usta rozchyliły się nieznacznie. Szukała odpowiednich słów bo, scenariusz najwidoczniej pominął ewentualność następującego zwrotu akcji.- Nie musisz się wysilać, Savanah. Nie chcę tego słuchać i właściwie byłbym ci wdzięczny gdybyś...odeszła.

 - Wyganiasz mnie?
Nieznacznie podniósł się ton jej głosu.
Jeszcze przez moment przyglądałem jej się, zaskoczony oskarżycielskim sposobem w jaki wypowiedziała te słowa, zupełnie tak jakby wszystko to co miało miejsce było tylko i wyłącznie moją winą.
Ale nie było i ona wiedziała, o tym co najmniej tak dobrze jak ja sam.

- Wyjdź, proszę cię.

- Ale...

- Teraz.
Zarządziłem krótko, delikatnie popychając ją ku bramie by, następnie w milczeniu przyglądać się jej poczerniałej w nikłym świetle ustępującego nocy, dnia sylwetce miarowo rozpływającej się w nieprzeniknionym cieniu...
(...)

  Nie było nazbyt chłodno,a jednak chłód jaki zalęgł się w sercu mroził do szpiku kości, wlewając na ramiona kolejne fale dreszczy.
Nie było też przesadnie ciepło, a jednak wystarczająco by, wszystkie moje trzewia nie wyłączając kołatającego w piersi serca stanęły w ogniu, który wzmógł się jeszcze gdy tylko przysiadając na chłodnej płycie nagrobka ostrożnie zabrałam się za rozdzieranie nieskazitelnie białej koperty, bez adresata...

                                                                  *      *      *
      Droga Skylar !  

      Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak długo zastanawiałem się nad ubraniem wszystkiego co mam Ci do powiedzenia w odpowiednie słowa...
 Oboje dobrze wiemy jak daleko jest mi do pisarza i romantyka, jakiego Ty nierzadko we mnie szukałaś.

 Nie trudno się jednak domyślić, iż w tej sferze tak samo jak i w kilku innych odnalazłaś jedynie rozczarowanie, mam rację?
 Proszę, odpowiedz sobie na to we własnym zakresie.
Tylko szczerze...

 Czułam jak pod naporem tych słów moje serce zaciska się boleśnie,a pod powiekami uaktywniają się kolejno przepełnione źródełka kryształowych łez.
Był dla siebie niesprawiedliwy.
Zawsze taki był.
Zawsze brał na siebie wszelką winę i odpowiedzialność, chcąc tym sposobem uchronić innych przed cierpieniem, na które jak sądził nie zasługiwali.

Ale prawda była taka, że to właśnie on był tym, którego  ból winien omijać...

 Ocierając je pospiesznie wzięłam kolejno dziesięć głębokich wdechów bo, to podobno pomagało i wróciłam wzrokiem do starannie wykaligrafowanych na białym papierze, zapisanych starannym,pochyłym pismem słów...

  Odpowiedziałaś?
Jeśli tak, spójrz w niebo i podziel się nią ze mną...

 Pozwól więc, że teraz przejdę do głównego powodu, dla którego zdecydowałem się na poniższy list.

Z całą pewnością zdążyłaś już poznać całą prawdę, a to znaczy, że teraz już wiesz dlaczego przed kilkoma miesiącami zjawiłem się na Brooklynie.
 I choć wiem, że nie powinienem był bo, przecież nasze drogi rozeszły się przeszło dwa lata temu, to dziękuję...

 Dziękuję,że odkryłaś przede mną skrawek swojego teraźniejszego życia i przepraszam, że swym powrotem zmusiłem Cię do powrotu,  do tamtych lat.
Po prostu, tak bardzo pragnąłem Cię zrozumieć...
Chciałem...
Chciałem się upewnić, że jesteś szczęśliwa bo, nie wybaczyłbym sobie gdyby czas odebrał mi możność ponownego spotkania Ciebie.
Nawet jeśli byłaś ostatnią osobą, jaką spotkałem na swojej drodze...

 Nigdy jednak, o niczym się nie zająknąłem z jednego prostego powodu.
I założę się, że dobrze wiesz jakiego...
Pomyśl...

 Tak, właśnie tego nie chciałem.
Nie chciałem byś patrzyła na mnie przez pryzmat tego cholerstwa, z którym finalnie przegrałem. Chciałem natomiast byś widziała we mnie kogoś wartego Twojej uwagi...
Bo, od zawsze byłaś i już na zawsze będziesz tym małym, rozświetlającym wszystko i przysłaniającym Słońce światełkiem, które goniłem od tego pierwszego dnia, kiedy zobaczyłem Cię stojącą samotnie na chodniku przed opustoszałą szkołą.
Płakałaś, a gdy spojrzałaś mi w oczy...
Wiedziałem, że chcę być tym, który owe łzy zetrze z Twych policzków...

 I dlatego dziękuję Ci, za wszystkie chwile jakie z Tobą dzieliłem.
Nawet te gorsze...

 Na zakończenie pragnę tylko byś wiedziała, że popełniłem błąd.
Nie miałem prawa niczego na Tobie wymuszać i wstydzę się za siebie, iż zrozumiałem to dopiero teraz.
Nie chcę byś za cokolwiek się obwiniała bo, nie masz do tego powodów.

 Cóż...
Zdaje się, że najwyższy czas się pożegnać...
 Na zakończenie więc, dodam jedynie że nigdy, ani na moment nie przestałem Cię kochać i teraz życzę Ci byś i Ty znalazła kogoś takiego, kogoś kto byłby wart Twoich uczuć...

Powodzenia, kochanie.
Wszystkiego co najlepsze...

Ps. Mów do mnie zawsze wtedy gdy tego potrzebujesz,  wysłucham...

 Na zawsze Twój,
Ashton.

  Przełykając z trudem jeszcze przez jakiś czas przyglądałam się ostatnim sześciu linijkom listu, po czym zanosząc się szlochem  przycisnęłam rękopis do serca i odchyliwszy się do tyłu spojrzałam na zasnute zwiastującymi rychły deszcz chmurami, niebo.

 - Ja ciebie też Ashton, ja ciebie też...

 Szepnęłam, a czując jak do oczu napływa kolejna fala kujących łez, pospiesznie wstałam na równe nogi.

 Wnet całe podbrzusze przeszył ostry, paraliżujący w swej sile skurcz. 
Ugiąwszy się gwałtownie objęłam się w pasie ramionami i zakwiliłam cicho,  czując jak gdyby grunt osuwał mi się spod stóp...

                                                                   *      *      *

 - Halo, proszę pani....
Usłyszałam nad sobą czyjś przejęty głos, a rozchyliwszy powieki utonęłam w otaczającym mnie zewsząd morzu bieli...

- Gdzie ja...
Wymamrotałam, wciąż nie potrafiąc opanować nieznośnego bólu u dołu podbrzusza.

 - W szpitalu, ten oto miły pan twierdzi, iż znalazł panią nieprzytomną na cmentarzu...

 Wyjaśnił uprzejmie ordynator oddziału, a  moje oczy posłusznie przeniosły się na schyloną postać,starszego mężczyzny obserwującego mnie z zatroskaniem z krzesła po prawej stronie szpitalnego łóżka.

- Czy chciałaby, panienka zadzwonić do rodziny bądź krewnych?
Ciągnął lekarz, zmuszając mnie do zwrócenia uwagi na jego osobę.

- Mhhm...Nie. Chcę...
Zaczęłam, ale słowa ugrzęzły gdzieś w powoli zaciskającym się gardle.-...chcę tylko wiedzieć, co...co mi jest.
Wykrztusiłam, a spojrzawszy w niezmącone, zielone oczy mężczyzny w kitlu poczułam jak po ramionach przemykają kolejne mrożące dreszcze.

 Starszy pan wpierw potarł otwartą ręką kark, następnie przejechał pośród przerzedzonych platynowych włosów by, finalnie klękając po mojej lewej stronie chwycić mnie za dłoń, a delikatnie ją ścisnąwszy, rzec.:

- Tak mi przykro... Robiliśmy wszystko co w naszej mocy, ale...było już za późno...

 - Za późno?
Zapytałam zmieszana, dopiero po czasie zdając sobie sprawę do czego odnosiły się jego słowa...

 Obaj mężczyźni poczęli teraz bacznie śledzić cienie na mojej pobladłej twarzy, zapewne oczekiwali łez i cierpienia, ale ja nie czułam nic...
 Tylko pustkę,
szeroką i głęboką po każdy mój horyzont, niemożliwą do zapełnienia...
Jednak wciąż tylko pustkę...

 - Ja muszę...muszę stąd wyjść, teraz.
Szepnęłam, gwałtownie podnosząc się z łóżka.
Nim jednak moje postanowienie doszło do skutku zatrzymały mnie silne ramiona lekarza.

 - Nie może pani.

- Ale ja muszę!
Krzyknęłam, na co obaj moi towarzysze delikatnie się wzdrygnęli...

 - Przykro mi, jeszcze nie teraz.
Jeszcze nie teraz...
___________________

  Jestem!
I powiem Wam w tajemnicy, iż podczas pisania powyższego rozdziału zakręciła mi się w oku łza...

A jak to było z Wami?

 Przyznać się bez bicia kochani, kto potrzebował chusteczki ?

 Rozdział w porównaniu z poprzednim wypadł dość krótki, nieprawdaż?

Tak mi się wydaje, ale ważne, że zawiera w sobie wszystko (no prawie wszystko) to co planowałam by, się weń znalazło.

 Cóż, więc zachęcam byście podzielili się swoimi opiniami, życzę miłego wieczoru oraz tygodnia, zapraszam na następny rozdział już w przyszłą niedzielę i...
zachęcam do odwiedzenia mojego drugiego, dopiero co rozpoczętego opowiadania:


 Pozdrawiam gorąco, 
kocham Was !
<3