sobota, 30 kwietnia 2016

15. Innocent culprit...

     Poniższy rozdział pragnę zadedykować wszystkim tym, którzy jakiś czas temu musieli się zmagać 
z egzaminami gimnazjalnymi, oraz tym którym przyjdzie zmierzyć się z arkuszami maturalnymi...
         ______________________________________________________________________


    Ludzie, jak mówi jedno z licznych powiedzeń  :przychodzą i odchodzą niektórzy odchodzą by, po czasie na nowo zagościć w naszym życiu, inni zaś odchodzą po to by, już nigdy nie wrócić.
I zazwyczaj to za tymi drugimi tęsknimy intensywniej, a podczas tej tęsknoty niejeden z nas poczyna się zastanawiać jak wyglądałby, dzień dzisiejszy, gdyby ten wczorajszy potoczył się innym torem,
zaczynamy zadawać to infantylne pytanie : ,,co by, było gdyby ?".
Zupełnie tak jakby miało to w znaczącym stopniu zaważyć na naszej doczesności,
ale w gruncie rzeczy wszyscy doskonale wiemy, iż nigdy tak naprawdę nie będzie miało ono znaczącego, albo chociaż jakiegokolwiek wpływu...

 Mrugając parokrotnie, zawiesiłam wzrok na poszarzałym płótnie nieboskłonu, które teraz niczym artysta swe nieudane dzieło rozdarła srebrzysta, zygzakowata błyskawica, wydając przy tym niski, złowrogi pomruk.
Powoli budził się nowy dzień i choć nie spojrzałam na datę i godzinę zapisane na przyciemnionym wyświetlaczu telefonu, doskonale wiedziałam, że to dziś...
Że nadszedł dzień ostatniego pożegnania...
 Jeszcze przez dobre kulka minut ( a może i więcej ) nie wynurzając się ponad głębię własnych przemyśleń, wpatrywałam się w powoli gorejące jutrzenką niebo, a gdy owo otępienie ustąpiło miejsca rzeczywistości,  prostując się niespiesznie, ruszyłam z wolna ku klatce schodowej skąd wiodła już prosta droga do kuchni, która stała się teraz moim celem, wraz z którym miałam głęboką nadzieję na odnalezienie choćby skrawka niezmąconej, niemożliwej do przeniknięcia przezeń, ciszy...
 Ale jak powszechnie wiadomo ideały nie istnieją,  a po myśli człowieka idą zazwyczaj tylko te sytuacje, które on sam wykreuje w formie dokładnego, skrupulatnie nabazgranego scenariusza- choć po prawdzie, nie rzadko i one zyskują inny przebieg, aniżeli ten spisany na arkuszach...

 Choć w pomieszczeniu niepodzielnie panowały egipskie ciemności niemal natychmiast wyczułam, iż nie jestem weń sama, dlatego też krzyżując ramiona na piersi rozejrzałam się bacznie wokół siebie, lecz pomimo mentalnej gotowości na odkrycie istnienia mojego niemego towarzysza, gdy tylko się odezwała moje ciało gwałtownie przeszył ostry, chłodny dreszcz.

 - A więc nie tylko mnie burza wywabiła z łóżka...

 Mruknęła przyciszonym głosem Naomi, a ja instynktownie zwróciłam się do niej twarzą i nie odrywając wzroku od ciemnych zarysów jej postaci, przyznałam.:

 - Najwidoczniej nie.

Westchnęłam cicho,a rozsiadając się na krześle wsparłam głowę na dłoniach, zapatrując się na jasną poświatę jaka teraz rozlała się po niebie, tuż za drewnianą okiennicą i wsłuchując się w pełną wyczekiwania ciszę, która teraz objęła nas swym ramieniem.
Milczenie zdawało się trwać długo, ale gdy padły pierwsze słowa zdałam sobie sprawę, że wciąż nie było to na tyle długo bym zdołała się pogodzić z myślą, o nieuchronnie nadciągającej, nieprzyjemnej rozmowie...

 - Pewnie zastanawiasz się po co cię tu ściągnęłam...- zaczęła brunetka podnosząc się ze swojego miejsca i nieprzerwanie taksując mnie nieodgadnionym spojrzeniem.

 Nie odezwałam się., a moje milczenie najwidoczniej dało jej przyzwolenie na dalszy monolog.-...pomyślałam, że on by, tego chciał.
Stwierdziła zdawkowo,a mnie uderzył wnet pełen niewyjaśnionego chłodu ton, w który przybrała owe stwierdzenie. Zdziwiła mnie także pełna podejrzeń myśl, powoli przebijająca się gdzieś w odmętach mojego umysłu. mówiąca iż po prawdzie wcale nie jest to powód, dla którego poproszono mnie, o powrót w rodzinne strony.

- On by, tego chciał..

Powtórzyłam, przyglądając jej się sceptycznie, co finalnie pozbawiło ją wszelkich wstrzymywanych dotychczas barier.

- Dobra...- warknęła poirytowana.-...ja chciałam byś przyjechała. Chciałam byś ten jeden, pieprzony raz odczuła skutki tego, co mu zrobiłaś, tak po prostu zapadając się pod ziemię. Poprosiłam cię, o przyjazd bo,...

Wnet zawiesiła głos, a ostatnie słowa zastygły na jej wargach. Poczułam jak owe słowa wnet odbierają mi oddech, zupełnie tak jakby tego dnia ziemia miała przysypać mnie, nie Ashtona.

- A więc to tak...- bąknęłam z trudem powstrzymując drżenie w słabym głosie.-...nie chodziło ci, o niego tylko, o mnie ! Przyznaj, chciałaś mnie najzwyczajniej w świecie ukarać, choć tak po prawdzie to nie ja ponoszę za to winę...

 - Tak, ty ! Gdybyś wtedy nie wyjechała on nie stoczyłby, się na dno i co ważniejsze wciąż by, żył !

 Krzyknęła, gwałtownie podnosząc się z miejsca.

 - Ja do niczego go nie zmuszałam, Naomi. Sam zaczął pić, sam rzucił studia i sam wpakował się do tego cholernego samolotu !

 - A to wszystko dla kogoś takiego jak ty !

Warknęła ostro, a owe słowa niczym sztylety zaznaczyły na sercu pojedynczą, ciągłą szramę.

 - Dobrze wiesz jak wyglądało moje życie i dobrze wiesz także, o tym, że gdybym wtedy nie odeszła on by, mnie wykończył...- szepnęłam, momentalnie schodząc z tonu.

 Po tych słowach na powrót zapanowała cisza, jednak i ona nie trwała na tyle długo by, móc zaleczyć rozdrapane skaleczenie...

 - Jesteś egoistką, Skylar...

Skwitowała kobieta, a po moich ramionach przelała się wnet kolejna fala nieznośnych dreszczy.

 - Zrobiłam to dla niego.

 Szepnęłam, w końcu zdobywając się na wydobycie z siebie głosu.- Wszyscy dobrze wiedzieliśmy, że Ashton zasługuje na kogoś lepszego i tego właśnie dla niego chciałam...Chciałam by, był szczęśliwy, a ze mną u boku nie miał na ton większych szans...odeszłam bo, go kochałam, rozumiesz ?

 Wyznałam cicho, na co spojrzenie Naomi nagle jakby złagodniało. Złagodniało, tylko po to by, chwilę później ranić do cna...

- Jak długo zajęło ci nauczenie się tej wyidealizowanej bajeczki, co ?
 Nie wiesz przez co on wtedy przechodził i nie jesteś nawet w stanie sobie wyobrazić jak bardzo mu...nam wszystkim było wtedy ciężko, kiedy dowiedział się, o chorobie...
Przerwała na moment by, dyskretnie otrzeć spod oka zbłąkana łzę, a ja z przerażeniem wstrzymałam oddech.

 - Chorobie ?

 Ta jedynie kiwnęła głową, a pociągnąwszy nosem upiła łyk szampana z wysokiego kieliszka, który dotychczas nerwowo obracała między palcami.

 - Alkohol nigdy nie szedł z nim w parze, ale w tamtym czasie...On nie był sobą. Szwendał się po nocach, opuszczał wykłady, oblewał kolokwia... Próbowałam mu pomóc, dzwoniłam do setek psychologów i psychiatrów, ale wszyscy powtarzali to samo. : ,, Z czasem wszystko wróci do normy.". I wiesz, może nawet im wierzyłam...do czasu. Po paru miesiącach zaczął opadać z sił i często widziałam jak dopadają go okropne spazmy bólu,  nigdy mu jednak nie wspomniałam, nie mówiłam nawet rodzicom. Mieli swoje sprawy na głowie. W końcu jednak zmusiłam go by, poszedł do lekarza. Upierał się, że przesadzam i że to minie, a w ogóle że mam się zająć swoimi sprawami. Typowe...
Badanie trwało długo, a po wszystkim lekarz odparł jedynie, że musimy czekać na wyniki i że jeszcze nic nie jest przesądzone. Ale oboje doskonale wiedzieliśmy, iż było...

Przerwała gdy jej ciałem ponownie wstrząsnął szloch.
Czekałam, zbyt przerażona by, jakkolwiek zareagować.
 W końcu przywołała siebie do porządku...- To był wyrok śmierci... Rak żołądka...Stało się oczywiste, że dni mojego brata są policzone...

 Na dźwięk owych słów moje źrenice znacznie się poszerzyły, a usta rozwarły, kryjąc się za drżącymi palcami.

 - O Boże...
Szepnęłam, czując jak pod powiekami wzbierają na raz niezliczone pokłady łez.- Ale...
Zaczęłam, jednak ona uciszyła mnie ruchem dłoni,

- Miesiąc...tyle czasu zajęło mi zmuszenie siebie do wyznania mu prawdy.
Spodziewałam się wszystkiego, spodziewałam się, że zacznie krzyczeć, miotać się, albo po prostu wyjdzie z domu, a on... Jedynie skinął głową, pobiegł do siebie i zatrzasnął się w pokoju. Długo nakłaniałam go by, otworzył drzwi, ale on nawet nie odpowiadał na moje prośby. Gdy w końcu straciłam cierpliwość i jakąkolwiek nadzieję, on wyszedł z torbą przewieszoną na ramieniu, biletem w ręku i twoim zdjęciem w kieszeni. Oświadczył, że wyjeżdża. Nie mówił gdzie, na jak długo i po co, nawet się nie pożegnał. Po prostu wyszedł...
Dogoniłam go, chciałam zatrzymać, ale jedyne co usłyszałam to chłodne pożegnanie...
Potem wieść, o nim przepadła... Powiedziałam rodzicom, że zmienił uczelnię. Cieszyli się, że ich syn tak bardzo angażuje się w edukację...pisałam sms'y, dzwoniłam do niego, do znajomych...nikt nic nie wiedział, Ashton zapadł się pod ziemię, zupełnie talk jakby przestał istnieć. Po czasie zdałam sobie sprawę, że pojechał najprawdopodobniej by, odszukać ciebie...nie pomyliłam się... Byłam wściekła, na niego, na ciebie... przysięgłam sobie, ze od teraz przestanę się nim przejmować, uszanuję jego wybór, w końcu miał już dziewiętnaście lat i wiesz chyba nawet potrafiłam go zrozumieć, każdy przecież ma prawo do ostatniego życzenia, każdy ma prawo do walki, o miłość... A potem...wpadł mi w ręce jakiś nekrolog, chciałam go po prostu wyrzucić bo, po co mi wiedzieć kto odszedł i pewnie nigdy nie wyszłabym z błędu, iż mój brat jest gdzieś tam na świecie, może nawet jest tam szczęśliwy gdyby nie to, że rzucając nań okiem pierwszym nazwiskiem jakie tam zapisano było nazwisko Hall, Ashton Hall...

 Poczułam wnet, jak tracę oddech, jak łzy przykrywają cały,zaciemniony obraz. Podniósłszy się gwałtownie, wybiegłam z kuchni by, po chwili zatrzaskując za sobą drzwi rzucić się na łóżko i pozwolić im umknąć spod powiek wraz z przygniatającym poczuciem winy...

... Byłam niesprawiedliwa....


                                                           *      *      *

 Wygładzając palcami hebanowy materiał eleganckiej koszuli zerknęłam ukradkiem na własne odbicie, a to co weń ujrzałam sprawiło mi niemal fizyczny ból.
Z zapuchniętych, sinych oczu wyzierała pustka,
ramiona mimo iż plecy pozostawały proste, pochylały się do przodu, zupełnie tak jakby, nie umiały utrzymać opadających bezwładnie wzdłuż tułowia rąk.
Mimowolnie musiałam przyznać sama przed sobą, iż wyglądałam źle.
Dokładnie tak jak cień osoby, którą zwykłam być.

 Czułam, że tracę siły i chęci do dalszej walki.
To wszystko mnie przerastało, z każdym dniem coraz bardziej...
Czułam się słaba, zbyt słaba...

 - Jesteś gotowa ?

Od przygnębiających spostrzeżeń odwiódł mnie wnet cichy, kobiecy głos, a odwracając wzrok moje oczy utonęły w tęczówkach nie wysokiej szatynki.
Skinąwszy głową, przymknęłam oczy i wciągnęłam głęboko powietrze.
Obie wiedziałyśmy bowiem, że ani ona, ani ja nigdy nie będziemy w stanie tak naprawdę się do tego przygotować...
(...)

 Przełykając ciężko, odstawiłem na szafkę za barem kilka srebrzących się w neonowym świetle lamp na sali, kieliszków, a rozejrzawszy się dookoła oceniłem czystość całego pomieszczenia i gdy już miałem opuścić ten sam elegancki bar, w którym kilka dni temu przyszło mi poznać niejaką Vivien Thomas, a w którym od kilku dni odpracowywałem ów niefortunny wieczór, kiedy to pozwoliłem Savanah na zrobienie sobie ze mnie pionka, do zaciemnionego pomieszczenia wszedł wysoki, siwowłosy mężczyzna, trochę po pięćdziesiątce- menadżer pieprzonego The Westin Hotel- John Smith.

 - Witam panie Hernandez.

 Zagadnął wyciągając ku mnie kościstą dłoń i delikatnie potrząsając moją.

 - Dobry wieczór, szefie.

 Przywitałem się kulturalnie, zaszczycając go możliwie najbardziej nieszczerym uśmiechem jaki człowiek mojego pokroju jest w stanie z siebie wykrzesać.On jednak zdecydowanie to zignorował i przez moment doznałem dziwnego wrażenia, że starszy pan może nawet mnie lubi..

 - Słuchaj, Peter...Młody z ciebie chłopak, ale nie mądry prawie jak ja...- żachnął się z uśmiechem,a  upijając niewielkiego łyka białej kawy, którą kilka chwil temu przed nim postawiłem, dodał.:... wydaje mi się, że już wystarczy tego odpracowywania. Jesteśmy na czysto, a to znaczy, że możesz rzucić to wszystko i wyjść i choć jesteś dobrym pracownikiem to mam nadzieję, że więcej się nie spotkamy...a, co do tej dziewczyny...zastanów się, synu czy jest tego warta...

 Dokończył, a dopijając powoli tracący na temperaturze kofeinowy napój, nachylił się nad barem, poklepał mnie w ramię i jakby nigdy nic wyszedł.
Byłem wolny...
(...)
 
 Zakrywając się szczelniej długimi połami, czarnego prochowca patrzyłam z oddali jak ksiądz wypowiadając ostatnie, przepełnione żałością słowa, rozpoczyna ostatnią modlitwę, jak niewielka grupka żałobników pochyla głowy i wraz z nim wznosi ku niebu prośby, o pozwolenie Ashtonowi na życie wieczne. Ja jednak byłam z nimi tylko ciałem. Moja dusza zdawała się bowiem dryfować gdzieś daleko, daleko stąd, zawieszona pomiędzy dniem dzisiejszym, wczorajszym i tymi, które bezpowrotnie przeminęły...

 Nie ruszyłam się z miejsca nawet wtedy gdy zapłakane kobiety, wsparte na ramionach swych mężów złożywszy pani Hall ostatnie kondolencje, ostatecznie pożegnały pochowanego i łkając pod nosem niespiesznie ruszyły ku wrotom cmentarza.

 I dopiero gdy jedyną osobą jaka pozostała nad świeżo zasypaną ziemią otaczającą marmurowy nagrobek, zmusiłam się by, postąpić jeszcze kilka kroków w przód.
Prosząc pod nosem by, ta mnie nie rozpoznała.
Ale to nie ja przyjmowałam dziś łaskę Zbawiciela i gdy tylko obcas szpilek zarył w czarnoziemie oczy kobiety zwróciły się ku mnie.

 - A jednak przyjechałaś...

 Mruknęła kobieta, a rzucając jej ukradkowe spojrzenie zacisnęłam tylko wargi i skinęłam głową twierdząco. Nie chciałam słyszeć tego, co prawdopodobnie miała mi do powiedzenia, dlatego czyniąc po raz ostatni znak krzyża, spuściwszy głowę ze wzrokiem wbitym w czubki butów ruszyłam przetartą niedawno przez innych odzianych w czerń ludzi ścieżką.

Nim jednak dotarłam do owej kutej bramy, zatrzymał mnie jej przesiąknięty cierpieniem głos.

 - Zaczekaj !

 I mimo, iż w tym momencie jedyne czego pragnęłam była ucieczka, posłusznie przystanęłam, a odwróciwszy się na pięcie poczekałam, aż kobieta podejdzie na tyle blisko bym, wyciągając rękę mogła dotknąć jej ramienia. - Ashton...kazał ci to przekazać. Chciał byś to przeczytała, gdy będziesz sama...

Szepnęła, a rzucając mi ostatnie rozrywające trzewia spojrzenie wyminęła mnie bez słowa pożegnania i zniknęła gdzieś w plątaninie alejek.

                                                                *      *      *
  Mijały godziny, podczas których na przemian zaciskałam palce na białej kopercie po to by, ze łzami w oczach na powrót odkładać ją w róg niewielkiej szuflady. Mijały dni, w czasie których urządzając nieskończenie długie spacery walczyłam z myślami tylko po to by, finalnie wciąż na nowo ową walkę przegrywać.
 Lecz w końcu zebrawszy się w sobie, wsunąwszy do kieszeni czarnej, polarowej bluzy zagiętą delikatnie w lewym, górnym rogu kopertę ruszyć w drogę po gorejących złotem ulicach Puerto Rico i przysiadając w końcu na jednej z nagrzanych słońcem, nie tak dawno odmalowanych, drewnianych ławek, drżącymi palcami rozedrzeć równo sklejony, biały papier koperty...
(...)

 Przewieszając na ramieniu skórzany pas gitary akustycznej, ruszyłem niespiesznie po zalanym słońcem, szerokim chodniku w głębi Nowego Jorku.
Czułem jak na powrót przepełnia mnie niezrozumiała tęsknota, gorzki smak goryczy i wściekłość, która jeszcze wzrosła na sile gdy spojrzawszy na wyświetlacz wibrującego telefonu, moje oczy zarejestrowały na nim to jedno, przeklęte imię. : Savanah.
 Klnąc pod nosem przyspieszyłem kroku by, już po chwili znaleźć się na podeście przed domem przyjaciela.
Ku mojej nieopisanej uldze Nate'a jeszcze nie było, toteż ściągając katanę wyszedłem na powrót na podwórze i rozsiadając się wygodnie na schodach wziąłem w ramiona pudło rezonansowe instrumentu i pozwalając myślom odpłynąć ku obrazom jej głębokich, czekoladowych źrenic i delikatnym dołeczkom w gładkich policzkach przy każdym niewinnym uśmieszku, począłem delikatnie muskać opuszkami naprężone struny instrumentu...
 Chwile tak błogiej zadumy jednak, jak wszyscy doskonale wiemy nigdy nie trwają tyle ile byśmy sobie tego życzyli. Tak też było z ulotną chwilą mojego rejsu we wspomnienia...

- Bruno...

 Usłyszałem za sobą cichy, znienawidzony głos, a po chwili poczułem także delikatny dotyk jej palców na moim ramieniu.
Podniósłszy się na równe nogi, obróciłem się do niej przodem z zamiarem wyrzucenia jej wszystkich upokorzeń na jakie mnie naraziła, lecz nim zdążyłem choćby rozchylić wargi, ta wspiąwszy się na palcach, nim zdążyłem przewidzieć to co się święci złączyła nasze usta i zarzuciwszy mi ręce na ramiona, nie rozłączając naszych warg, szepnęła.:

- Przepraszam...
_______________

  Jestem !
I po raz kolejny ogromnie Was przepraszam !
Od przyszłego tygodnia rozdziały będą się pojawiały tak jak powinny,w  niedziele.

 A co do powyższego...

Co wy na to ?
Spodziewałyście się czegoś takiego ?

Przyznać się, ile z Was doszukiwało się w śmierci Ashtona udziału McKhana ?
 Pozdrawiam cieplutko, 
czekam z utęsknieniem na Wasze komentarze, 
życzę udanego weekendu i...
do zobaczenia za tydzień !

2 komentarze:

  1. Odcinek smutny :( Szkoda mi Ashtona. Nawet go polubilam. Teraz niestety juz sie z nim nie spotkam. A moze jadnak to podpucha? Ciekawe :) Niemniej jednak ciekawa jestem co on napisal do Skylar. Bede z niecirpliwoscia czekac na kolejny odcinek, wiec lepiej bedzie jak ten tydzien szybko zleci :) Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Biedna Skylar teraz dużo przeżywa. Mam nadzieję, że jak najszybciej się upora z tym smutkiem. Ciekawa jestem co Ashton napisał w liście do Skylar. Potrafisz zaskakiwać naprawdę, sądziłam, że to McKhan zabił Ashtona, ale się myliłam. Miłego dnia i Pozdrawiam ❤😜

    OdpowiedzUsuń