niedziela, 10 kwietnia 2016

14. Dying not to love you, crying cause I need you...



   W swoim stosunkowo niedługim życiu poznałem i spotkałem wiele, przeróżnych kobiet.
Jedne były zagubionymi, uczuciowymi dziewczynkami, inne natomiast miały w sobie wszelkie grzeszne przymioty jakimi może poszczycić się kobieta.

Nie, nie uważam się za znawcę, nigdy nim nie byłem i najpewniej nie będę.

Tak czy inaczej, tym do czego dążę jest fakt jak bardzo od tych wszystkich kobiet odróżniała się Savanah McGuire.
Z upływem czasu stawała się dla mnie jeszcze większą tajemnicą, a niżeli dnia poprzedniego.
Była niczym mieszanka wybuchowa, nieprzewidywalna pod każdym względem. W jednej chwili była delikatną, powabną samotniczką, a w następnej stawała się żądną rozlewu krwi królową wszystkiego i wszystkich...

 I choć nie chciałem przyznać się do tego nawet przed samym sobą miała w sobie coś...
Coś, co kazało mi pozostawać blisko niej i być na każde jej zawołanie.
Była piękna, pociągająca i doskonale znała wszelkie sztuczki, którymi zdołałaby, omamić każdego bez wyjątku.
 Ponad wszystko była jednak manipulantką, cholerną egoistką, dążącą do celu po trupach...
A ja, nim się obejrzałem,  stałem się jej pionkiem...

  Poprawiając kołnierzyk eleganckiej, białej koszuli przeczesałem palcami włosy i spoglądając w lustro oceniłem efekty swojej pracy.
Nie wyglądałem może jak z żurnala, ale musiałem przyznać, że nie miałem sobie w tym momencie nic do zarzucenia. Ciemne dżinsy, biała koszula i czarna marynarka, z rękawami podwiniętymi niewiele przed łokciem zdecydowanie nie przywodziły na myśl żyjącego z marnej pensji, barmana, którym w istocie bylem, ale mówiąc szczerze na tę chwilę niespecjalnie mi to przeszkadzało...

 W końcu uznając, iż sprawę prezencji nadchodzącego wieczoru mogę odkreślić jako zakończoną, zerkając na białą tarczę niewielkiego zegarka na moim nadgarstku, wyszedłem z łazienki i zwijając z kuchennej wysepki pęk brzęczących kluczy opuściłem mieszkanie by, już w następnej chwili rozsiadając się wygodnie na tylnej kanapie jednej z tych słynnych, żółtych taksówek polecić niewiele starszemu ode mnie mężczyźnie obranie kursu na mieszczący się w samym centrum  miasta The Westin Hotel, gdzie tego wieczoru miałem spotkać się z niejaką Vivien Thomas- trzydziestoletnią żoną jednego z najbardziej wpływowych biznesmenów, działacza na jakże wielu nowojorskich giełdach, grubej rybie, której karierę mogła zepsuć jakakolwiek wzmianka na temat jakże kiepskiego pożycia małżeńskiego tej dwójki...
 (...)

  Odwieszając wiatrówkę na wieszak w przedpokoju, nachyliłam się by, rozsznurować granatowe trampki, lecz nim moje palce zdołały dotknąć śnieżno-białej sznurówki, prawego buta po tylnej kieszeni dżinsów rozniosła się delikatna wibracja, świadcząca, o nadejściu nowego połączenia. Niewiele myśląc pospiesznie wysunęłam urządzenie i nie spoglądając na wyświetlacz nacisnęłam na zieloną słuchawkę,  tym samym rozpoczynając rozmowę.

 - Skylar...
Wychlipał cichy, kobiecy głos po drugiej stronie, a ja zastygłam w bezruchu.
Nie od razu udało mi się bowiem rozpoznać jego właścicielkę...

 - Naomi ?
Zapytałam zmieszana, wnet zdając sobie sprawę z kim mam do czynienia.

 - Sky...musisz przyjechać do Puerto Rico..
Wymamrotała przez łzy,a na te słowa po moich plecach przebiegło kilka mroźnych dreszczy.

 - Ale...
Chciałam zaprotestować jednak, ta nie zważając na to co mam do powiedzenia dodała cicho.:

- Ashton, nie żyje...

 I w jednej chwili moje płuca zacisnęły się boleśnie, serce przestało bić, a ręka opadła bezwładnie wzdłuż tułowia pozwalając by, niewielki telefon z hukiem padł na panele.

 - To niemożliwe...
Szepnęłam, zapatrując się głębiej w obraz rozciągający się za oknem, zakrywając drżące usta i usilnie starając się zapanować nad łzami, nieprzerwanie szturmującymi do oczu.

- Mmmhmm...Sky ? Jesteś tam ?
Dobiegł mnie głos dziewczyny z porzuconego pod nogami telefonu, otrząsając się więc z wszechogarniającej moje myśli rozpaczy, drżącą dłonią uniosłam go ponownie do ucha i zmuszając się do samoopanowania, mruknęłam.:

 - Tak, jestem.

 Słyszałam jak Naomi, po drugiej stronie linii, również głęboko wzdycha po czym, rzuca propozycję która z miejsca zamraża krew dotychczas chaotycznie buzującą w moich żyłach...

- Moja matka...to znaczy my, pomyśleliśmy, że Ashton...
Umilkła na moment by, pozbierać myśli po czym dokończyła.-...że chciałby, byś i ty tam była, na pogrzebie.

 - Ja...ja...- próbowałam zaoponować, ale czując wyczekiwanie w jej milczeniu, z  bólem serca, bąknęłam.- Kiedy ?

- Pojutrze, o wpół do szóstej wieczorem, w kościele niedaleko naszego domu, na cmentarzu...

- W porządku, będę.
Przerwałam jej, doskonale wiedząc że dla nas obu ta rozmowa nie należy do najprzyjemniejszych...

 Gdy się rozłączyła, bez pożegnania jeszcze przez jakiś czas trwając w niezrozumiałym zawieszeniu pozostawałam zapatrzona na powoli zachodzący purpurą horyzont i usilnie starając się pogodzić z tym co właśnie się zdarzyło i tym co dopiero miało nadejść.
Ze wszystkim, co szło w parze z powrotem do rodzinnego San Juan.
(...)
     Wciskając w rękę taksiarza należną sumę, pożegnałem się krótko i zamknąwszy za sobą drzwi ruszyłem ku opływającemu w przepych wejściu do dwieście czterdziestego dziewiątego na liście niebotycznie luksusowych i tak samo drogich, nowojorskich hoteli-.The Westin Hotel.
Od samego wejścia rzuciła mi się w oczy elegancja z jaką zostało urządzone jego wnętrze : nienagannie wypolerowana podłoga, najwyższej jakości ciemne drewno, z jakiego zrobiono biurko recepcji oraz otaczające je filary i wykończenia, masa ludzi w uniformach z nazwą hotelu i wszechogarniające dystyngowanie, które mówiąc szczerze sprawiało iż czułem się tu nieswojo i nie na miejscu.
                                                               
                                                                *      *      *
 Wszedłszy do przytulnego, jednak mimo wszystko utrzymanego w tym samym eleganckim tonie co hol i recepcja hotelowego baru uważnie rozejrzałem się po twarzach przesiadujących w nim gości, skupiając szczególną uwagę na kobietach.
Ze wskazówek jakich udzieliła mi Savanah wynikało, iż szukałem średniego wzrostu, szczupłej brunetki, o południowej urodzie, z delikatnie falowanymi włosami sięgającymi nieco za łopatkę.
 Przemierzając salę wzrokiem po raz drugi, finalnie udało mi się ją zlokalizować. Ubrana w dżinsy, zwiewną, granatowo-białą bluzkę i takie same buty na średniej wysokości koturnie przysiadła na stołku przy wysokim stole na przeciwko zajmującego całą ścianę okna, w zamyśleniu sączyła kolorowego drinka,  czekała na kogoś.
Nie trudno było mi więc zgadnąć, iż tym kimś byłem ja.

 Uśmiechając się więc szelmowsko ruszyłem w jej stronę by, już chwilę później ,,przypadkowo" dotykając jej pleców zająć miejsce na stołku po jej lewej stronie.

 - Wolne ?
Zagaiłem, choć w istocie już zdążyłem się wygodnie usadowić.

 - Chwilowo. Tak się składa, że jestem umówiona.
Oznajmiła aksamitnym, przyjemnym dla ucha głosem, nie odwracając wzroku od miejsca, w którym go utkwiła już jakiś czas temu.

- Tak się składa, że to na mnie czekasz.
Odparłem, a wtedy kobieta zwróciła ku mnie zaciekawione spojrzenie i uśmiechnęła się szeroko, ukazując tym samym rzędy prostych, białych zębów.

 - Ohh, cóż... W takim razie miło mi cię poznać jestem Vivien Thomas, a ty musisz być Peter.

- Zgadza się. Peter Gene Hernandez, lub też po prostu Bruno.
Uśmiechnąłem się ponownie i poczułem ulgę gdy moja rozmówczyni odwzajemniła, ów gest.

 Po części wstępnej wdaliśmy się w ożywioną rozmowę, z której zdołałem wywnioskować, że Vivien mimo iż kocha swojego męża, często czuje się przez niego pomijana i odstawiana na dalszy plan, mówiła też że do pewnego czasu starała się to tłumaczyć wymagającą branżą małżonka,ale nic nie może na to poradzić, iż jako kobieta, ona także od czasu do czasu wymaga odrobiny czułości. W zasadzie był to monolog, ona mówiła ja słuchałem i od czasu do czasu w ten czy inny sposób starałem się ją podnieść na duchu.
 Trzydziestolatka parokrotnie proponowała mi trunek na jej koszt jednak ja, unosząc się resztką powoli zanikającego we mnie honoru stanowczo odmawiałem, w końcu zielonooka poddała się i wykańczając któryś z rzędu temat przeszła do tego na co, niewątpliwie liczyła od początku wieczoru.

 - Więc...powiedz mi teraz coś, o sobie, Bruno.
Wymruczała, seksownie zniżając głos i intencjonalnie się do mnie przybliżając.

 Wedle jej życzenia zacząłem powoli przechodzić do gwoździa programu, poczynając od subtelnego flirtu, którego nie powstydziłby, się niejeden casanova.
 Vivien w miarę odkrywania przede mną kolejnych kart zdawała mi się coraz bardziej zmysłowa, do tego stopnia, iż zacząłem się zastanawiać co też jej wiecznie zapracowany mąż ma tak naprawdę w głowie by, tak niepoważnie i bez grama uczucia obchodzić się z kobietą, jaką była moja towarzyszka.

                                                                 *      *      *

 Gdy tylko drzwi windy się za nami zamknęły zielonooka ku mojemu niekrytemu zdziwieniu pewnym ruchem pchnęła mnie na ścianę niewielkiego pomieszczenia i zarzucając mi ręce na szyję naparła wargami na moje usta.
 Jej delikatne usteczka pachniały truskawkowym błyszczykiem, którego najwidoczniej użyła przed naszym spotkaniem i mimo, iż starałem się wypierać ją z głowy nieustannie uderzała mnie myśl, o tym jak przyjemny był ich dotyk, toteż gdy uczułem iż drobna brunetka nieznacznie się ode mnie odsuwa niewiele myśląc oddałem, ów pocałunek i mimo, iż tego nie widziałem, wiedziałem że się uśmiecha.
 W końcu pozwoliłem sobie także na ułożenie rąk na jej biodrach, co z kolei wyrwało z jej gardła cichy pomruk zadowolenia, a mnie przywiodło na myśl pytanie, jak bardzo trzydziestolatka musiała dotychczas tęsknić za bliskością...

 Zamknąwszy za sobą drzwi, od jednego z hotelowych pokojów pozwoliłem by, poprowadziła mnie wprost do sypialni, gdzie lekko popchnąłem ją na satynową narzutę i podparłszy się obiema rękami po obu stronach jej głowy pogłębiłem i tak namiętny pocałunek, w którym z każdą kolejną sekundą bezwiednie się zatracałem po to by, do rzeczywistości finalnie przywróciła mnie świadomość co tak naprawdę mam zamiar zrobić.
 Tchnięty ową świadomością momentalnie odsunąłem się od powoli rosnącej w pożądanie kobiety przez co zza jej perfekcyjnych usteczek uleciał cichy pomruk niezadowolenia.

 - Nie przestawaj...
Jęknęła, obrysowując opuszką mój prawy obojczyk i rzucając mi niezmiernie głębokie spojrzenie.

- Vivien,ja...
Zacząłem, czując jak wraz z upływającymi sekundami, w których nasze ciała dzieli tak mała odległość rośnie we mnie coraz mocniej dające się we znaki poczucie winy.-...pomyślałem, że powinnaś coś wiedzieć...

 Wyczuwając zmianę w moim nastroju kobieta zaprzestała pieszczot i podparłszy się na łokciach wyczekująco spojrzała mi w oczy.

 - O czym mi nie mówisz ?
Zapytała, a spojrzawszy jej w oczy poczułem się jak dzieciak przyłapany na gorącym uczynku...

 - Tak mi przykro, ale...Savanah McGuire ...

- Czyli to ta dziwka, tak ?!
To ona kazała ci mnie uwieźć ?!
Krzyknęła rozwścieczona, jednym szybkim ruchem wydostając się spode mnie i w pośpiechu narzucając na siebie wspomnianą wcześniej granatowo-białą, zwiewną bluzkę na ramiączkach.
 Ja również wstałem na równe nogi, ale w przeciwieństwie do Vivien przez jakiś czas stałem w osłupieniu jedynie obserwując jak rozszalała kobieta w amoku zbiera wszystkie swoje rzeczy.

 - Vivien, proszę posłuchaj mnie...
Zacząłem, próbując delikatnie się do niej zbliżyć.

- Nie Peter...- warknęła, a po ramionach na dźwięk mojego imienia wypowiedzianego z jej ust w taki sposób, przegalopowało wnet stado nieznośnych dreszczy.-...myślałam, że jesteś inny, chyba nawet byłabym skłonna ci zaufać i cię polubić, ale najwidoczniej jesteś taki jak każdy inny !

 Cedziła, przez zaciśnięte zęby, a postąpiwszy krok w moim kierunku wyciągnęła rękę i sprzedając mi siarczystego strzała w policzek, skwitowała.: Jesteś nic nie wartym, pieprzonym dupkiem, rozumiesz ?

Po czym schwyciła w dłoń swą elegancką kopertówkę i z prędkością światła opuściła pokój hotelowy, zatrzaskując za sobą drzwi...
(...)

 Zerknąwszy na zegarek, na moim nadgarstku przymknęłam oczy i odchyliwszy się na fotelu z oznakowaniem F, w rzędzie dwudziestym, ogromnego samolotu pasażerskiego pozwoliłam by, moje myśli uciekły do wszystkich minionych chwil, jakie spędziłam z Ashtonem.

 Wciąż nie umiałam przyjąć do wiadomości, iż jego już nie było...
Bo, przecież jeszcze dwa dni temu zjawił się w moim pokoju, w domu przy jednej z ulic Brooklynu...
 Ilekroć wracałam do tamtej rozmowy w moich oczach mimowolnie wzbierały łzy, oto bowiem odbyliśmy kłótnię, po której nie mogliśmy się już pogodzić...

 Zatapiając się w myślach nawet nie zauważyłam, gdy samolot wylądował, a pozostali pasażerowie opuścili pokład. Ocucił mnie dopiero irytujący, skrzekliwy głosik stewardessy uprzejmie informującej mnie, o tym iż już wylądowaliśmy i dobrze by, było gdybym raczyła opuścić samolot.
 Niewiele więc myśląc niczym automat wstałam na równe nogi, wyciągnęłam z luku nad głową niewielki bagaż podręczny i ruszyłam za resztą pasażerów, radośnie podążających w stronę terminala.

 Ja nie mogłam i nie chciałam podzielać ich szczęścia, tym co nas od siebie  odróżniało była przyczyna dla której w ten słoneczny, jesienny dzień znaleźliśmy się na lotnisku w samym sercu Portoryko.
Oni przybyli na spotkanie swoim rodzinom, znajomym i wszystkim tym, którzy z utęsknieniem ich wyczekiwali.
Ja przybyłam na spotkanie tym, którzy niegdyś mnie skrzywdzili,
tym dla których na dzień dzisiejszy byłam jedynie odzwierciedleniem bólu i cierpienia...
Które niebawem miałam z nimi podzielić...
____________________________________

 Niespodzianka !

 Co sądzicie ?
Spodziewaliście się czegoś takiego ?
 Piszcie co Wam w łebkach siedzi i wracajcie w niedzielę !

<3

5 komentarzy:

  1. No cóż śmierci Ashtona to się kompletnie niespodziewałam i oby tylko Skylar się teraz nie załamała. Natomiast co do Bruna, to strasznie mnie ciekawi w co on się wplątał i co najważniejsze to jak się z tego wyplącze. Także nie każ długo czekać i wstawiaj jak najszybciej next (muszę przetrwać do niedzieli). Pozdrawiam i życzę masy weny ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Śmierci się nie spodziewałam. Szkoda mi Ashtona i to bardzo. Lubiłam go. A jeśli o Bruneckiego chodzi to swoją drogą ciekawa jestem czego ta kobieta od niego chce i dlaczego kazała mu uwieźć trzydziestolatkę. Czuje, że odpowiedzi poznam niedługo więc z ogromną przyjemnością wrócę tu w niedzielę :*

    OdpowiedzUsuń
  3. W co ten nasz kochany bruno się wpakował? Czuję, że to nie jest nic dobrego dla niego ... Tak jak Sky jest w jakimś bagnie ://

    O boże ale dlaczego Ashton? :( :o w naturalną śmierć ze starości nie uwierzę XD teraz tylko pytanie które mnie trapi. Czy to był wypadek, morderstwo czy samobójstwo???

    Nie wytrzymammmmm, muszę wszystko wiedzieć! Haha czekam kochana, ta akcja maksymalnie mnie wciągnęła ♥:*

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow, ale mnie długo nie było :(
    Piszę w końcu by, zaznaczyć, że nie, nie zapomniałam, wciąż czytam Twój blog, który jest CUDOWNY <3 a odcinek jest ogromnie zaskakujący! No: śmierć to ostatnia rzecz, jakiej się spodziewałam. Teraz męczy mnie pytanie: jak umarł?
    A Brunecki? Ogromnie mu współczuję :/ ogólnie rozdział świetny, świetny, ŚWIETNY! Czekam na więcej i zapraszam serdecznie do mnie :3

    OdpowiedzUsuń
  5. Ashton... ;-;
    Jak tak możesz? Augh.
    Równie dobry rozdział, co poprzedni.
    Ale Ty cudnie piszesz... Tak oryginalnie.

    OdpowiedzUsuń