sobota, 30 kwietnia 2016

15. Innocent culprit...

     Poniższy rozdział pragnę zadedykować wszystkim tym, którzy jakiś czas temu musieli się zmagać 
z egzaminami gimnazjalnymi, oraz tym którym przyjdzie zmierzyć się z arkuszami maturalnymi...
         ______________________________________________________________________


    Ludzie, jak mówi jedno z licznych powiedzeń  :przychodzą i odchodzą niektórzy odchodzą by, po czasie na nowo zagościć w naszym życiu, inni zaś odchodzą po to by, już nigdy nie wrócić.
I zazwyczaj to za tymi drugimi tęsknimy intensywniej, a podczas tej tęsknoty niejeden z nas poczyna się zastanawiać jak wyglądałby, dzień dzisiejszy, gdyby ten wczorajszy potoczył się innym torem,
zaczynamy zadawać to infantylne pytanie : ,,co by, było gdyby ?".
Zupełnie tak jakby miało to w znaczącym stopniu zaważyć na naszej doczesności,
ale w gruncie rzeczy wszyscy doskonale wiemy, iż nigdy tak naprawdę nie będzie miało ono znaczącego, albo chociaż jakiegokolwiek wpływu...

 Mrugając parokrotnie, zawiesiłam wzrok na poszarzałym płótnie nieboskłonu, które teraz niczym artysta swe nieudane dzieło rozdarła srebrzysta, zygzakowata błyskawica, wydając przy tym niski, złowrogi pomruk.
Powoli budził się nowy dzień i choć nie spojrzałam na datę i godzinę zapisane na przyciemnionym wyświetlaczu telefonu, doskonale wiedziałam, że to dziś...
Że nadszedł dzień ostatniego pożegnania...
 Jeszcze przez dobre kulka minut ( a może i więcej ) nie wynurzając się ponad głębię własnych przemyśleń, wpatrywałam się w powoli gorejące jutrzenką niebo, a gdy owo otępienie ustąpiło miejsca rzeczywistości,  prostując się niespiesznie, ruszyłam z wolna ku klatce schodowej skąd wiodła już prosta droga do kuchni, która stała się teraz moim celem, wraz z którym miałam głęboką nadzieję na odnalezienie choćby skrawka niezmąconej, niemożliwej do przeniknięcia przezeń, ciszy...
 Ale jak powszechnie wiadomo ideały nie istnieją,  a po myśli człowieka idą zazwyczaj tylko te sytuacje, które on sam wykreuje w formie dokładnego, skrupulatnie nabazgranego scenariusza- choć po prawdzie, nie rzadko i one zyskują inny przebieg, aniżeli ten spisany na arkuszach...

 Choć w pomieszczeniu niepodzielnie panowały egipskie ciemności niemal natychmiast wyczułam, iż nie jestem weń sama, dlatego też krzyżując ramiona na piersi rozejrzałam się bacznie wokół siebie, lecz pomimo mentalnej gotowości na odkrycie istnienia mojego niemego towarzysza, gdy tylko się odezwała moje ciało gwałtownie przeszył ostry, chłodny dreszcz.

 - A więc nie tylko mnie burza wywabiła z łóżka...

 Mruknęła przyciszonym głosem Naomi, a ja instynktownie zwróciłam się do niej twarzą i nie odrywając wzroku od ciemnych zarysów jej postaci, przyznałam.:

 - Najwidoczniej nie.

Westchnęłam cicho,a rozsiadając się na krześle wsparłam głowę na dłoniach, zapatrując się na jasną poświatę jaka teraz rozlała się po niebie, tuż za drewnianą okiennicą i wsłuchując się w pełną wyczekiwania ciszę, która teraz objęła nas swym ramieniem.
Milczenie zdawało się trwać długo, ale gdy padły pierwsze słowa zdałam sobie sprawę, że wciąż nie było to na tyle długo bym zdołała się pogodzić z myślą, o nieuchronnie nadciągającej, nieprzyjemnej rozmowie...

 - Pewnie zastanawiasz się po co cię tu ściągnęłam...- zaczęła brunetka podnosząc się ze swojego miejsca i nieprzerwanie taksując mnie nieodgadnionym spojrzeniem.

 Nie odezwałam się., a moje milczenie najwidoczniej dało jej przyzwolenie na dalszy monolog.-...pomyślałam, że on by, tego chciał.
Stwierdziła zdawkowo,a mnie uderzył wnet pełen niewyjaśnionego chłodu ton, w który przybrała owe stwierdzenie. Zdziwiła mnie także pełna podejrzeń myśl, powoli przebijająca się gdzieś w odmętach mojego umysłu. mówiąca iż po prawdzie wcale nie jest to powód, dla którego poproszono mnie, o powrót w rodzinne strony.

- On by, tego chciał..

Powtórzyłam, przyglądając jej się sceptycznie, co finalnie pozbawiło ją wszelkich wstrzymywanych dotychczas barier.

- Dobra...- warknęła poirytowana.-...ja chciałam byś przyjechała. Chciałam byś ten jeden, pieprzony raz odczuła skutki tego, co mu zrobiłaś, tak po prostu zapadając się pod ziemię. Poprosiłam cię, o przyjazd bo,...

Wnet zawiesiła głos, a ostatnie słowa zastygły na jej wargach. Poczułam jak owe słowa wnet odbierają mi oddech, zupełnie tak jakby tego dnia ziemia miała przysypać mnie, nie Ashtona.

- A więc to tak...- bąknęłam z trudem powstrzymując drżenie w słabym głosie.-...nie chodziło ci, o niego tylko, o mnie ! Przyznaj, chciałaś mnie najzwyczajniej w świecie ukarać, choć tak po prawdzie to nie ja ponoszę za to winę...

 - Tak, ty ! Gdybyś wtedy nie wyjechała on nie stoczyłby, się na dno i co ważniejsze wciąż by, żył !

 Krzyknęła, gwałtownie podnosząc się z miejsca.

 - Ja do niczego go nie zmuszałam, Naomi. Sam zaczął pić, sam rzucił studia i sam wpakował się do tego cholernego samolotu !

 - A to wszystko dla kogoś takiego jak ty !

Warknęła ostro, a owe słowa niczym sztylety zaznaczyły na sercu pojedynczą, ciągłą szramę.

 - Dobrze wiesz jak wyglądało moje życie i dobrze wiesz także, o tym, że gdybym wtedy nie odeszła on by, mnie wykończył...- szepnęłam, momentalnie schodząc z tonu.

 Po tych słowach na powrót zapanowała cisza, jednak i ona nie trwała na tyle długo by, móc zaleczyć rozdrapane skaleczenie...

 - Jesteś egoistką, Skylar...

Skwitowała kobieta, a po moich ramionach przelała się wnet kolejna fala nieznośnych dreszczy.

 - Zrobiłam to dla niego.

 Szepnęłam, w końcu zdobywając się na wydobycie z siebie głosu.- Wszyscy dobrze wiedzieliśmy, że Ashton zasługuje na kogoś lepszego i tego właśnie dla niego chciałam...Chciałam by, był szczęśliwy, a ze mną u boku nie miał na ton większych szans...odeszłam bo, go kochałam, rozumiesz ?

 Wyznałam cicho, na co spojrzenie Naomi nagle jakby złagodniało. Złagodniało, tylko po to by, chwilę później ranić do cna...

- Jak długo zajęło ci nauczenie się tej wyidealizowanej bajeczki, co ?
 Nie wiesz przez co on wtedy przechodził i nie jesteś nawet w stanie sobie wyobrazić jak bardzo mu...nam wszystkim było wtedy ciężko, kiedy dowiedział się, o chorobie...
Przerwała na moment by, dyskretnie otrzeć spod oka zbłąkana łzę, a ja z przerażeniem wstrzymałam oddech.

 - Chorobie ?

 Ta jedynie kiwnęła głową, a pociągnąwszy nosem upiła łyk szampana z wysokiego kieliszka, który dotychczas nerwowo obracała między palcami.

 - Alkohol nigdy nie szedł z nim w parze, ale w tamtym czasie...On nie był sobą. Szwendał się po nocach, opuszczał wykłady, oblewał kolokwia... Próbowałam mu pomóc, dzwoniłam do setek psychologów i psychiatrów, ale wszyscy powtarzali to samo. : ,, Z czasem wszystko wróci do normy.". I wiesz, może nawet im wierzyłam...do czasu. Po paru miesiącach zaczął opadać z sił i często widziałam jak dopadają go okropne spazmy bólu,  nigdy mu jednak nie wspomniałam, nie mówiłam nawet rodzicom. Mieli swoje sprawy na głowie. W końcu jednak zmusiłam go by, poszedł do lekarza. Upierał się, że przesadzam i że to minie, a w ogóle że mam się zająć swoimi sprawami. Typowe...
Badanie trwało długo, a po wszystkim lekarz odparł jedynie, że musimy czekać na wyniki i że jeszcze nic nie jest przesądzone. Ale oboje doskonale wiedzieliśmy, iż było...

Przerwała gdy jej ciałem ponownie wstrząsnął szloch.
Czekałam, zbyt przerażona by, jakkolwiek zareagować.
 W końcu przywołała siebie do porządku...- To był wyrok śmierci... Rak żołądka...Stało się oczywiste, że dni mojego brata są policzone...

 Na dźwięk owych słów moje źrenice znacznie się poszerzyły, a usta rozwarły, kryjąc się za drżącymi palcami.

 - O Boże...
Szepnęłam, czując jak pod powiekami wzbierają na raz niezliczone pokłady łez.- Ale...
Zaczęłam, jednak ona uciszyła mnie ruchem dłoni,

- Miesiąc...tyle czasu zajęło mi zmuszenie siebie do wyznania mu prawdy.
Spodziewałam się wszystkiego, spodziewałam się, że zacznie krzyczeć, miotać się, albo po prostu wyjdzie z domu, a on... Jedynie skinął głową, pobiegł do siebie i zatrzasnął się w pokoju. Długo nakłaniałam go by, otworzył drzwi, ale on nawet nie odpowiadał na moje prośby. Gdy w końcu straciłam cierpliwość i jakąkolwiek nadzieję, on wyszedł z torbą przewieszoną na ramieniu, biletem w ręku i twoim zdjęciem w kieszeni. Oświadczył, że wyjeżdża. Nie mówił gdzie, na jak długo i po co, nawet się nie pożegnał. Po prostu wyszedł...
Dogoniłam go, chciałam zatrzymać, ale jedyne co usłyszałam to chłodne pożegnanie...
Potem wieść, o nim przepadła... Powiedziałam rodzicom, że zmienił uczelnię. Cieszyli się, że ich syn tak bardzo angażuje się w edukację...pisałam sms'y, dzwoniłam do niego, do znajomych...nikt nic nie wiedział, Ashton zapadł się pod ziemię, zupełnie talk jakby przestał istnieć. Po czasie zdałam sobie sprawę, że pojechał najprawdopodobniej by, odszukać ciebie...nie pomyliłam się... Byłam wściekła, na niego, na ciebie... przysięgłam sobie, ze od teraz przestanę się nim przejmować, uszanuję jego wybór, w końcu miał już dziewiętnaście lat i wiesz chyba nawet potrafiłam go zrozumieć, każdy przecież ma prawo do ostatniego życzenia, każdy ma prawo do walki, o miłość... A potem...wpadł mi w ręce jakiś nekrolog, chciałam go po prostu wyrzucić bo, po co mi wiedzieć kto odszedł i pewnie nigdy nie wyszłabym z błędu, iż mój brat jest gdzieś tam na świecie, może nawet jest tam szczęśliwy gdyby nie to, że rzucając nań okiem pierwszym nazwiskiem jakie tam zapisano było nazwisko Hall, Ashton Hall...

 Poczułam wnet, jak tracę oddech, jak łzy przykrywają cały,zaciemniony obraz. Podniósłszy się gwałtownie, wybiegłam z kuchni by, po chwili zatrzaskując za sobą drzwi rzucić się na łóżko i pozwolić im umknąć spod powiek wraz z przygniatającym poczuciem winy...

... Byłam niesprawiedliwa....


                                                           *      *      *

 Wygładzając palcami hebanowy materiał eleganckiej koszuli zerknęłam ukradkiem na własne odbicie, a to co weń ujrzałam sprawiło mi niemal fizyczny ból.
Z zapuchniętych, sinych oczu wyzierała pustka,
ramiona mimo iż plecy pozostawały proste, pochylały się do przodu, zupełnie tak jakby, nie umiały utrzymać opadających bezwładnie wzdłuż tułowia rąk.
Mimowolnie musiałam przyznać sama przed sobą, iż wyglądałam źle.
Dokładnie tak jak cień osoby, którą zwykłam być.

 Czułam, że tracę siły i chęci do dalszej walki.
To wszystko mnie przerastało, z każdym dniem coraz bardziej...
Czułam się słaba, zbyt słaba...

 - Jesteś gotowa ?

Od przygnębiających spostrzeżeń odwiódł mnie wnet cichy, kobiecy głos, a odwracając wzrok moje oczy utonęły w tęczówkach nie wysokiej szatynki.
Skinąwszy głową, przymknęłam oczy i wciągnęłam głęboko powietrze.
Obie wiedziałyśmy bowiem, że ani ona, ani ja nigdy nie będziemy w stanie tak naprawdę się do tego przygotować...
(...)

 Przełykając ciężko, odstawiłem na szafkę za barem kilka srebrzących się w neonowym świetle lamp na sali, kieliszków, a rozejrzawszy się dookoła oceniłem czystość całego pomieszczenia i gdy już miałem opuścić ten sam elegancki bar, w którym kilka dni temu przyszło mi poznać niejaką Vivien Thomas, a w którym od kilku dni odpracowywałem ów niefortunny wieczór, kiedy to pozwoliłem Savanah na zrobienie sobie ze mnie pionka, do zaciemnionego pomieszczenia wszedł wysoki, siwowłosy mężczyzna, trochę po pięćdziesiątce- menadżer pieprzonego The Westin Hotel- John Smith.

 - Witam panie Hernandez.

 Zagadnął wyciągając ku mnie kościstą dłoń i delikatnie potrząsając moją.

 - Dobry wieczór, szefie.

 Przywitałem się kulturalnie, zaszczycając go możliwie najbardziej nieszczerym uśmiechem jaki człowiek mojego pokroju jest w stanie z siebie wykrzesać.On jednak zdecydowanie to zignorował i przez moment doznałem dziwnego wrażenia, że starszy pan może nawet mnie lubi..

 - Słuchaj, Peter...Młody z ciebie chłopak, ale nie mądry prawie jak ja...- żachnął się z uśmiechem,a  upijając niewielkiego łyka białej kawy, którą kilka chwil temu przed nim postawiłem, dodał.:... wydaje mi się, że już wystarczy tego odpracowywania. Jesteśmy na czysto, a to znaczy, że możesz rzucić to wszystko i wyjść i choć jesteś dobrym pracownikiem to mam nadzieję, że więcej się nie spotkamy...a, co do tej dziewczyny...zastanów się, synu czy jest tego warta...

 Dokończył, a dopijając powoli tracący na temperaturze kofeinowy napój, nachylił się nad barem, poklepał mnie w ramię i jakby nigdy nic wyszedł.
Byłem wolny...
(...)
 
 Zakrywając się szczelniej długimi połami, czarnego prochowca patrzyłam z oddali jak ksiądz wypowiadając ostatnie, przepełnione żałością słowa, rozpoczyna ostatnią modlitwę, jak niewielka grupka żałobników pochyla głowy i wraz z nim wznosi ku niebu prośby, o pozwolenie Ashtonowi na życie wieczne. Ja jednak byłam z nimi tylko ciałem. Moja dusza zdawała się bowiem dryfować gdzieś daleko, daleko stąd, zawieszona pomiędzy dniem dzisiejszym, wczorajszym i tymi, które bezpowrotnie przeminęły...

 Nie ruszyłam się z miejsca nawet wtedy gdy zapłakane kobiety, wsparte na ramionach swych mężów złożywszy pani Hall ostatnie kondolencje, ostatecznie pożegnały pochowanego i łkając pod nosem niespiesznie ruszyły ku wrotom cmentarza.

 I dopiero gdy jedyną osobą jaka pozostała nad świeżo zasypaną ziemią otaczającą marmurowy nagrobek, zmusiłam się by, postąpić jeszcze kilka kroków w przód.
Prosząc pod nosem by, ta mnie nie rozpoznała.
Ale to nie ja przyjmowałam dziś łaskę Zbawiciela i gdy tylko obcas szpilek zarył w czarnoziemie oczy kobiety zwróciły się ku mnie.

 - A jednak przyjechałaś...

 Mruknęła kobieta, a rzucając jej ukradkowe spojrzenie zacisnęłam tylko wargi i skinęłam głową twierdząco. Nie chciałam słyszeć tego, co prawdopodobnie miała mi do powiedzenia, dlatego czyniąc po raz ostatni znak krzyża, spuściwszy głowę ze wzrokiem wbitym w czubki butów ruszyłam przetartą niedawno przez innych odzianych w czerń ludzi ścieżką.

Nim jednak dotarłam do owej kutej bramy, zatrzymał mnie jej przesiąknięty cierpieniem głos.

 - Zaczekaj !

 I mimo, iż w tym momencie jedyne czego pragnęłam była ucieczka, posłusznie przystanęłam, a odwróciwszy się na pięcie poczekałam, aż kobieta podejdzie na tyle blisko bym, wyciągając rękę mogła dotknąć jej ramienia. - Ashton...kazał ci to przekazać. Chciał byś to przeczytała, gdy będziesz sama...

Szepnęła, a rzucając mi ostatnie rozrywające trzewia spojrzenie wyminęła mnie bez słowa pożegnania i zniknęła gdzieś w plątaninie alejek.

                                                                *      *      *
  Mijały godziny, podczas których na przemian zaciskałam palce na białej kopercie po to by, ze łzami w oczach na powrót odkładać ją w róg niewielkiej szuflady. Mijały dni, w czasie których urządzając nieskończenie długie spacery walczyłam z myślami tylko po to by, finalnie wciąż na nowo ową walkę przegrywać.
 Lecz w końcu zebrawszy się w sobie, wsunąwszy do kieszeni czarnej, polarowej bluzy zagiętą delikatnie w lewym, górnym rogu kopertę ruszyć w drogę po gorejących złotem ulicach Puerto Rico i przysiadając w końcu na jednej z nagrzanych słońcem, nie tak dawno odmalowanych, drewnianych ławek, drżącymi palcami rozedrzeć równo sklejony, biały papier koperty...
(...)

 Przewieszając na ramieniu skórzany pas gitary akustycznej, ruszyłem niespiesznie po zalanym słońcem, szerokim chodniku w głębi Nowego Jorku.
Czułem jak na powrót przepełnia mnie niezrozumiała tęsknota, gorzki smak goryczy i wściekłość, która jeszcze wzrosła na sile gdy spojrzawszy na wyświetlacz wibrującego telefonu, moje oczy zarejestrowały na nim to jedno, przeklęte imię. : Savanah.
 Klnąc pod nosem przyspieszyłem kroku by, już po chwili znaleźć się na podeście przed domem przyjaciela.
Ku mojej nieopisanej uldze Nate'a jeszcze nie było, toteż ściągając katanę wyszedłem na powrót na podwórze i rozsiadając się wygodnie na schodach wziąłem w ramiona pudło rezonansowe instrumentu i pozwalając myślom odpłynąć ku obrazom jej głębokich, czekoladowych źrenic i delikatnym dołeczkom w gładkich policzkach przy każdym niewinnym uśmieszku, począłem delikatnie muskać opuszkami naprężone struny instrumentu...
 Chwile tak błogiej zadumy jednak, jak wszyscy doskonale wiemy nigdy nie trwają tyle ile byśmy sobie tego życzyli. Tak też było z ulotną chwilą mojego rejsu we wspomnienia...

- Bruno...

 Usłyszałem za sobą cichy, znienawidzony głos, a po chwili poczułem także delikatny dotyk jej palców na moim ramieniu.
Podniósłszy się na równe nogi, obróciłem się do niej przodem z zamiarem wyrzucenia jej wszystkich upokorzeń na jakie mnie naraziła, lecz nim zdążyłem choćby rozchylić wargi, ta wspiąwszy się na palcach, nim zdążyłem przewidzieć to co się święci złączyła nasze usta i zarzuciwszy mi ręce na ramiona, nie rozłączając naszych warg, szepnęła.:

- Przepraszam...
_______________

  Jestem !
I po raz kolejny ogromnie Was przepraszam !
Od przyszłego tygodnia rozdziały będą się pojawiały tak jak powinny,w  niedziele.

 A co do powyższego...

Co wy na to ?
Spodziewałyście się czegoś takiego ?

Przyznać się, ile z Was doszukiwało się w śmierci Ashtona udziału McKhana ?
 Pozdrawiam cieplutko, 
czekam z utęsknieniem na Wasze komentarze, 
życzę udanego weekendu i...
do zobaczenia za tydzień !

niedziela, 10 kwietnia 2016

14. Dying not to love you, crying cause I need you...



   W swoim stosunkowo niedługim życiu poznałem i spotkałem wiele, przeróżnych kobiet.
Jedne były zagubionymi, uczuciowymi dziewczynkami, inne natomiast miały w sobie wszelkie grzeszne przymioty jakimi może poszczycić się kobieta.

Nie, nie uważam się za znawcę, nigdy nim nie byłem i najpewniej nie będę.

Tak czy inaczej, tym do czego dążę jest fakt jak bardzo od tych wszystkich kobiet odróżniała się Savanah McGuire.
Z upływem czasu stawała się dla mnie jeszcze większą tajemnicą, a niżeli dnia poprzedniego.
Była niczym mieszanka wybuchowa, nieprzewidywalna pod każdym względem. W jednej chwili była delikatną, powabną samotniczką, a w następnej stawała się żądną rozlewu krwi królową wszystkiego i wszystkich...

 I choć nie chciałem przyznać się do tego nawet przed samym sobą miała w sobie coś...
Coś, co kazało mi pozostawać blisko niej i być na każde jej zawołanie.
Była piękna, pociągająca i doskonale znała wszelkie sztuczki, którymi zdołałaby, omamić każdego bez wyjątku.
 Ponad wszystko była jednak manipulantką, cholerną egoistką, dążącą do celu po trupach...
A ja, nim się obejrzałem,  stałem się jej pionkiem...

  Poprawiając kołnierzyk eleganckiej, białej koszuli przeczesałem palcami włosy i spoglądając w lustro oceniłem efekty swojej pracy.
Nie wyglądałem może jak z żurnala, ale musiałem przyznać, że nie miałem sobie w tym momencie nic do zarzucenia. Ciemne dżinsy, biała koszula i czarna marynarka, z rękawami podwiniętymi niewiele przed łokciem zdecydowanie nie przywodziły na myśl żyjącego z marnej pensji, barmana, którym w istocie bylem, ale mówiąc szczerze na tę chwilę niespecjalnie mi to przeszkadzało...

 W końcu uznając, iż sprawę prezencji nadchodzącego wieczoru mogę odkreślić jako zakończoną, zerkając na białą tarczę niewielkiego zegarka na moim nadgarstku, wyszedłem z łazienki i zwijając z kuchennej wysepki pęk brzęczących kluczy opuściłem mieszkanie by, już w następnej chwili rozsiadając się wygodnie na tylnej kanapie jednej z tych słynnych, żółtych taksówek polecić niewiele starszemu ode mnie mężczyźnie obranie kursu na mieszczący się w samym centrum  miasta The Westin Hotel, gdzie tego wieczoru miałem spotkać się z niejaką Vivien Thomas- trzydziestoletnią żoną jednego z najbardziej wpływowych biznesmenów, działacza na jakże wielu nowojorskich giełdach, grubej rybie, której karierę mogła zepsuć jakakolwiek wzmianka na temat jakże kiepskiego pożycia małżeńskiego tej dwójki...
 (...)

  Odwieszając wiatrówkę na wieszak w przedpokoju, nachyliłam się by, rozsznurować granatowe trampki, lecz nim moje palce zdołały dotknąć śnieżno-białej sznurówki, prawego buta po tylnej kieszeni dżinsów rozniosła się delikatna wibracja, świadcząca, o nadejściu nowego połączenia. Niewiele myśląc pospiesznie wysunęłam urządzenie i nie spoglądając na wyświetlacz nacisnęłam na zieloną słuchawkę,  tym samym rozpoczynając rozmowę.

 - Skylar...
Wychlipał cichy, kobiecy głos po drugiej stronie, a ja zastygłam w bezruchu.
Nie od razu udało mi się bowiem rozpoznać jego właścicielkę...

 - Naomi ?
Zapytałam zmieszana, wnet zdając sobie sprawę z kim mam do czynienia.

 - Sky...musisz przyjechać do Puerto Rico..
Wymamrotała przez łzy,a na te słowa po moich plecach przebiegło kilka mroźnych dreszczy.

 - Ale...
Chciałam zaprotestować jednak, ta nie zważając na to co mam do powiedzenia dodała cicho.:

- Ashton, nie żyje...

 I w jednej chwili moje płuca zacisnęły się boleśnie, serce przestało bić, a ręka opadła bezwładnie wzdłuż tułowia pozwalając by, niewielki telefon z hukiem padł na panele.

 - To niemożliwe...
Szepnęłam, zapatrując się głębiej w obraz rozciągający się za oknem, zakrywając drżące usta i usilnie starając się zapanować nad łzami, nieprzerwanie szturmującymi do oczu.

- Mmmhmm...Sky ? Jesteś tam ?
Dobiegł mnie głos dziewczyny z porzuconego pod nogami telefonu, otrząsając się więc z wszechogarniającej moje myśli rozpaczy, drżącą dłonią uniosłam go ponownie do ucha i zmuszając się do samoopanowania, mruknęłam.:

 - Tak, jestem.

 Słyszałam jak Naomi, po drugiej stronie linii, również głęboko wzdycha po czym, rzuca propozycję która z miejsca zamraża krew dotychczas chaotycznie buzującą w moich żyłach...

- Moja matka...to znaczy my, pomyśleliśmy, że Ashton...
Umilkła na moment by, pozbierać myśli po czym dokończyła.-...że chciałby, byś i ty tam była, na pogrzebie.

 - Ja...ja...- próbowałam zaoponować, ale czując wyczekiwanie w jej milczeniu, z  bólem serca, bąknęłam.- Kiedy ?

- Pojutrze, o wpół do szóstej wieczorem, w kościele niedaleko naszego domu, na cmentarzu...

- W porządku, będę.
Przerwałam jej, doskonale wiedząc że dla nas obu ta rozmowa nie należy do najprzyjemniejszych...

 Gdy się rozłączyła, bez pożegnania jeszcze przez jakiś czas trwając w niezrozumiałym zawieszeniu pozostawałam zapatrzona na powoli zachodzący purpurą horyzont i usilnie starając się pogodzić z tym co właśnie się zdarzyło i tym co dopiero miało nadejść.
Ze wszystkim, co szło w parze z powrotem do rodzinnego San Juan.
(...)
     Wciskając w rękę taksiarza należną sumę, pożegnałem się krótko i zamknąwszy za sobą drzwi ruszyłem ku opływającemu w przepych wejściu do dwieście czterdziestego dziewiątego na liście niebotycznie luksusowych i tak samo drogich, nowojorskich hoteli-.The Westin Hotel.
Od samego wejścia rzuciła mi się w oczy elegancja z jaką zostało urządzone jego wnętrze : nienagannie wypolerowana podłoga, najwyższej jakości ciemne drewno, z jakiego zrobiono biurko recepcji oraz otaczające je filary i wykończenia, masa ludzi w uniformach z nazwą hotelu i wszechogarniające dystyngowanie, które mówiąc szczerze sprawiało iż czułem się tu nieswojo i nie na miejscu.
                                                               
                                                                *      *      *
 Wszedłszy do przytulnego, jednak mimo wszystko utrzymanego w tym samym eleganckim tonie co hol i recepcja hotelowego baru uważnie rozejrzałem się po twarzach przesiadujących w nim gości, skupiając szczególną uwagę na kobietach.
Ze wskazówek jakich udzieliła mi Savanah wynikało, iż szukałem średniego wzrostu, szczupłej brunetki, o południowej urodzie, z delikatnie falowanymi włosami sięgającymi nieco za łopatkę.
 Przemierzając salę wzrokiem po raz drugi, finalnie udało mi się ją zlokalizować. Ubrana w dżinsy, zwiewną, granatowo-białą bluzkę i takie same buty na średniej wysokości koturnie przysiadła na stołku przy wysokim stole na przeciwko zajmującego całą ścianę okna, w zamyśleniu sączyła kolorowego drinka,  czekała na kogoś.
Nie trudno było mi więc zgadnąć, iż tym kimś byłem ja.

 Uśmiechając się więc szelmowsko ruszyłem w jej stronę by, już chwilę później ,,przypadkowo" dotykając jej pleców zająć miejsce na stołku po jej lewej stronie.

 - Wolne ?
Zagaiłem, choć w istocie już zdążyłem się wygodnie usadowić.

 - Chwilowo. Tak się składa, że jestem umówiona.
Oznajmiła aksamitnym, przyjemnym dla ucha głosem, nie odwracając wzroku od miejsca, w którym go utkwiła już jakiś czas temu.

- Tak się składa, że to na mnie czekasz.
Odparłem, a wtedy kobieta zwróciła ku mnie zaciekawione spojrzenie i uśmiechnęła się szeroko, ukazując tym samym rzędy prostych, białych zębów.

 - Ohh, cóż... W takim razie miło mi cię poznać jestem Vivien Thomas, a ty musisz być Peter.

- Zgadza się. Peter Gene Hernandez, lub też po prostu Bruno.
Uśmiechnąłem się ponownie i poczułem ulgę gdy moja rozmówczyni odwzajemniła, ów gest.

 Po części wstępnej wdaliśmy się w ożywioną rozmowę, z której zdołałem wywnioskować, że Vivien mimo iż kocha swojego męża, często czuje się przez niego pomijana i odstawiana na dalszy plan, mówiła też że do pewnego czasu starała się to tłumaczyć wymagającą branżą małżonka,ale nic nie może na to poradzić, iż jako kobieta, ona także od czasu do czasu wymaga odrobiny czułości. W zasadzie był to monolog, ona mówiła ja słuchałem i od czasu do czasu w ten czy inny sposób starałem się ją podnieść na duchu.
 Trzydziestolatka parokrotnie proponowała mi trunek na jej koszt jednak ja, unosząc się resztką powoli zanikającego we mnie honoru stanowczo odmawiałem, w końcu zielonooka poddała się i wykańczając któryś z rzędu temat przeszła do tego na co, niewątpliwie liczyła od początku wieczoru.

 - Więc...powiedz mi teraz coś, o sobie, Bruno.
Wymruczała, seksownie zniżając głos i intencjonalnie się do mnie przybliżając.

 Wedle jej życzenia zacząłem powoli przechodzić do gwoździa programu, poczynając od subtelnego flirtu, którego nie powstydziłby, się niejeden casanova.
 Vivien w miarę odkrywania przede mną kolejnych kart zdawała mi się coraz bardziej zmysłowa, do tego stopnia, iż zacząłem się zastanawiać co też jej wiecznie zapracowany mąż ma tak naprawdę w głowie by, tak niepoważnie i bez grama uczucia obchodzić się z kobietą, jaką była moja towarzyszka.

                                                                 *      *      *

 Gdy tylko drzwi windy się za nami zamknęły zielonooka ku mojemu niekrytemu zdziwieniu pewnym ruchem pchnęła mnie na ścianę niewielkiego pomieszczenia i zarzucając mi ręce na szyję naparła wargami na moje usta.
 Jej delikatne usteczka pachniały truskawkowym błyszczykiem, którego najwidoczniej użyła przed naszym spotkaniem i mimo, iż starałem się wypierać ją z głowy nieustannie uderzała mnie myśl, o tym jak przyjemny był ich dotyk, toteż gdy uczułem iż drobna brunetka nieznacznie się ode mnie odsuwa niewiele myśląc oddałem, ów pocałunek i mimo, iż tego nie widziałem, wiedziałem że się uśmiecha.
 W końcu pozwoliłem sobie także na ułożenie rąk na jej biodrach, co z kolei wyrwało z jej gardła cichy pomruk zadowolenia, a mnie przywiodło na myśl pytanie, jak bardzo trzydziestolatka musiała dotychczas tęsknić za bliskością...

 Zamknąwszy za sobą drzwi, od jednego z hotelowych pokojów pozwoliłem by, poprowadziła mnie wprost do sypialni, gdzie lekko popchnąłem ją na satynową narzutę i podparłszy się obiema rękami po obu stronach jej głowy pogłębiłem i tak namiętny pocałunek, w którym z każdą kolejną sekundą bezwiednie się zatracałem po to by, do rzeczywistości finalnie przywróciła mnie świadomość co tak naprawdę mam zamiar zrobić.
 Tchnięty ową świadomością momentalnie odsunąłem się od powoli rosnącej w pożądanie kobiety przez co zza jej perfekcyjnych usteczek uleciał cichy pomruk niezadowolenia.

 - Nie przestawaj...
Jęknęła, obrysowując opuszką mój prawy obojczyk i rzucając mi niezmiernie głębokie spojrzenie.

- Vivien,ja...
Zacząłem, czując jak wraz z upływającymi sekundami, w których nasze ciała dzieli tak mała odległość rośnie we mnie coraz mocniej dające się we znaki poczucie winy.-...pomyślałem, że powinnaś coś wiedzieć...

 Wyczuwając zmianę w moim nastroju kobieta zaprzestała pieszczot i podparłszy się na łokciach wyczekująco spojrzała mi w oczy.

 - O czym mi nie mówisz ?
Zapytała, a spojrzawszy jej w oczy poczułem się jak dzieciak przyłapany na gorącym uczynku...

 - Tak mi przykro, ale...Savanah McGuire ...

- Czyli to ta dziwka, tak ?!
To ona kazała ci mnie uwieźć ?!
Krzyknęła rozwścieczona, jednym szybkim ruchem wydostając się spode mnie i w pośpiechu narzucając na siebie wspomnianą wcześniej granatowo-białą, zwiewną bluzkę na ramiączkach.
 Ja również wstałem na równe nogi, ale w przeciwieństwie do Vivien przez jakiś czas stałem w osłupieniu jedynie obserwując jak rozszalała kobieta w amoku zbiera wszystkie swoje rzeczy.

 - Vivien, proszę posłuchaj mnie...
Zacząłem, próbując delikatnie się do niej zbliżyć.

- Nie Peter...- warknęła, a po ramionach na dźwięk mojego imienia wypowiedzianego z jej ust w taki sposób, przegalopowało wnet stado nieznośnych dreszczy.-...myślałam, że jesteś inny, chyba nawet byłabym skłonna ci zaufać i cię polubić, ale najwidoczniej jesteś taki jak każdy inny !

 Cedziła, przez zaciśnięte zęby, a postąpiwszy krok w moim kierunku wyciągnęła rękę i sprzedając mi siarczystego strzała w policzek, skwitowała.: Jesteś nic nie wartym, pieprzonym dupkiem, rozumiesz ?

Po czym schwyciła w dłoń swą elegancką kopertówkę i z prędkością światła opuściła pokój hotelowy, zatrzaskując za sobą drzwi...
(...)

 Zerknąwszy na zegarek, na moim nadgarstku przymknęłam oczy i odchyliwszy się na fotelu z oznakowaniem F, w rzędzie dwudziestym, ogromnego samolotu pasażerskiego pozwoliłam by, moje myśli uciekły do wszystkich minionych chwil, jakie spędziłam z Ashtonem.

 Wciąż nie umiałam przyjąć do wiadomości, iż jego już nie było...
Bo, przecież jeszcze dwa dni temu zjawił się w moim pokoju, w domu przy jednej z ulic Brooklynu...
 Ilekroć wracałam do tamtej rozmowy w moich oczach mimowolnie wzbierały łzy, oto bowiem odbyliśmy kłótnię, po której nie mogliśmy się już pogodzić...

 Zatapiając się w myślach nawet nie zauważyłam, gdy samolot wylądował, a pozostali pasażerowie opuścili pokład. Ocucił mnie dopiero irytujący, skrzekliwy głosik stewardessy uprzejmie informującej mnie, o tym iż już wylądowaliśmy i dobrze by, było gdybym raczyła opuścić samolot.
 Niewiele więc myśląc niczym automat wstałam na równe nogi, wyciągnęłam z luku nad głową niewielki bagaż podręczny i ruszyłam za resztą pasażerów, radośnie podążających w stronę terminala.

 Ja nie mogłam i nie chciałam podzielać ich szczęścia, tym co nas od siebie  odróżniało była przyczyna dla której w ten słoneczny, jesienny dzień znaleźliśmy się na lotnisku w samym sercu Portoryko.
Oni przybyli na spotkanie swoim rodzinom, znajomym i wszystkim tym, którzy z utęsknieniem ich wyczekiwali.
Ja przybyłam na spotkanie tym, którzy niegdyś mnie skrzywdzili,
tym dla których na dzień dzisiejszy byłam jedynie odzwierciedleniem bólu i cierpienia...
Które niebawem miałam z nimi podzielić...
____________________________________

 Niespodzianka !

 Co sądzicie ?
Spodziewaliście się czegoś takiego ?
 Piszcie co Wam w łebkach siedzi i wracajcie w niedzielę !

<3

piątek, 8 kwietnia 2016

13. One and only...


  Połykając kolejną, niewielką pasltykę wychyliłam pospiesznie następny kieliszek i zaciskając usta z trudem przełknęłam spory haust cierpkiej, drażniącej gardło wódki.

 - Nienawidzę cię.
Burknęłam ochryple, ciskając pozytywny test ciążowy w najdalszy kąt pokoju, tak jakby jego zdewastowanie miało jakikolwiek wpływ na istotę poczętą pod moim sercem.

 Co innego nowo otwarte, kartonowe opakowanie zabójczo skutecznych, jak opisała je młoda farmaceutka  jednej z pobliskich aptek, tabletek.
Na tę myśl moje wargi mimowolnie rozciągnęły się w nienawistnym uśmiechu, który podobnie jak wszelkie pozostałe emocje ugasiłam, w łapczywym hauście alkoholu. Nim jednak odstawiłam szkło z powrotem na blat stojącego przede mną stolika, jedno ze skrzydeł pobielanych drzwi pokoju otworzyło się, a do pomieszczenia ku mojemu zaskoczeniu wszedł Ashton...
Przez moment żadne z nas nie odezwało się ani słowem, on przyglądał mi się uważnie, ja natomiast z największą dokładnością śledziłam rysy jego twarzy.

 -  Dlaczego...Dlaczego nic nie powiedziałaś ?
 Zagadnął cicho popatrując przemiennie na mnie oraz nienaruszony test, który teraz nerwowo obracał między palcami.

 - A co by, to miało zmienić ?
Dał byś mi pieniądze na aborcję ?!
A może od razu kupił byś mi zapas tabletek ?!
 Warknęłam chłodno, mimowolnie nań naskakując.

 Najwidoczniej zaskoczony tak impulsywną reakcją z mojej strony brunet przez krótką chwilę w odrętwieniu przewiercał mnie spojrzeniem, lecz gdy tylko ów zawieszenie minęło jednym, szybkim ruchem doskoczył do mnie i nim zdążyłam przejrzeć jego zamiary, wyrwał mi z rąk zarówno kieliszek jak i opróżnioną do połowy butelkę.

 - Co ty, do cholery, wyprawiasz ?!
 Wrzasnął wyraźnie podenerwowany, przez co mimowolnie skuliłam się w sobie, zupełnie tak jakby owe słowa cofnęły nas do czasów pierwszych imprez i szczeniackich wybryków, które mimo wszelkich starań zawsze kończyły się w ten sam sposób : nieprzyjemną wymianą zdań, zakazem wychodzenia z domu i w końcu eksmisją do pokoju z poleceniem zastanowienia się nad sobą.

 - Pozbywam się problemu.
Wysyczałam z wściekłością, momentalnie podnosząc się na równe nogi i tym samym wyrównując różnicę wysokości.

 - Nie masz prawa.
 Odparował ostro, a ja nie spodziewając się takiego obrotu sprawy jedynie rozchyliłam nieznacznie wargi i z niedowierzaniem poczęłam śledzić wszelkie emocje jakie zapanowały teraz na jego pobladłych policzkach.

 - Ja nie chcę tego dziecka !
Ani teraz ani nigdy, a już na pewno nie z tobą.

 - Trzeba było, o tym pomyśleć zanim...

 - Zanim co ?  ,, Zanim jak ostatnia dziwka wskoczyłam ci do łóżka ", to chciałeś
powiedzieć ?
 Wyrzuciłam na jednym wdechu, a jego milczenie dosadnie utwierdziło mnie w przekonaniu, o tym jak bezbłędnie odczytałam jego myśli. - Wynoś się.
 Burknęłam, raz za razem podejmując rozpaczliwe próby zapanowania nad oblewającymi moje ciało falami dreszczy i stanowczo wypychając go z pokoju, a następnie z domu by, finalnie bez cienia skruchy zatrzasnąć mu drzwi przed samym nosem.

 I choć protesty chłopaka nie ustały, niepomna na jego słowa jedynie bezsilnie zsunęłam się po ich chłodnej nawierzchni, pozwalając by, i tym razem moimi zszarganymi nerwami zawładnęła głęboka i szeroka po każdy horyzont rozpacz.
(...)

 Podciągając rękawy eleganckiej, czarnej marynarki przejechałem dłonią po starannie ułożonej fryzurze i wzdychając cicho pchnąłem palcami szklane, obrotowe wrota jednego ze szklanych drapaczy chmur, takiego samego jak te, które rodzice i dziadkowie pokazywali dzieciom i wnukom snując opowieści, o jednych z setek wakacji, na które niegdyś się wybrali.

 Tak jak się spodziewałem owe wrota prowadziły wprost do obszernego holu zwieńczonego wianuszkiem niezliczonych korytarzy i dziesiątek ponumerowanych drzwi,  z gustownie rozplanowaną i dopasowaną do wnętrza w każdym tego słowa znaczeniu recepcją, za którą zgodnie z powszechnymi standardami stała wysoka, młodziutka szatynka, której głównym zadaniem od zawsze i na zawsze miało pozostać wydawanie tych mniej i bardziej potrzebnych informacji oraz jak to często bywa w monumentalnych korporacjach, dobrze płatna rola prywatnej towarzyszki ,,zabaw" wysoko postawionych kierowników, czy szefów wydziałów. W każdym bądź razie wszystkich tych mężczyzn, którzy nie grzeszyli wiernością do swych żon, lecz wypchanym funtami portfelem, na który jak to zwykli powiadać w swym zamkniętym gronie ,, poleci każda młoda dupa z aspiracjami nierównającymi się jej wykształceniu".
 Wyzbywając się owych przemyśleń i przybierając na usta kulturalny uśmieszek podszedłem do kontuaru i odchrząkując znacząco, zapytałem.:

 - Gdzie mogę znaleźć pannę Savanah...
Zacząłem pewnym siebie głosem, lecz gdy doszło do nadmienienia nazwisk, zdałem sobie wnet sprawę iż czarująca blondynka w istocie  nigdy ową informacją mnie nie uraczyła.

 Widząc moje zmieszanie zielonooka Miranda- jak głosiła niewielka plakietka umieszczona tuż pod lewym obojczykiem dziewczyny, obdarzyła mnie zaraźliwie pogodnym uśmiechem i zerkając na jedną z wielu porozrzucanych na biurku kartek, odparła.:

- Panna Maguire, pokój numer trzydzieści dziewięć,  schodami w górę następnie korytarzem w prawo, przedostatnie drzwi po lewej.
 Oznajmiła dobrotliwie, a uśmiechając się ponownie wróciła do swojej pracy, albo spijania kolejnej z rzędu kawy.
Tego nie byłem pewien bowiem wzrok młodej kobiety pozostawał  we mnie utkwiony dopóki, dopóty nie zniknąłem na klatce schodowej.
                                                             *      *      *
   Maszerując zgodnie z dokładnymi wskazówkami recepcjonistki już pięć minut później stanąłem przed wspomnianymi drzwiami z zaznaczonym w postaci pozłacanych, metalowych cyfr, numerem trzydzieści dziewięć, a zapukawszy w nie trzykrotnie odczekałem chwilę, na to jedno słowo będące wyraźnym zaproszeniem do środka.

 - Więc jednak przyszedłeś.
Zagadnęła z wyraźnym samozadowoleniem, iż mimo wszystko jej niezaprzeczalnemu urokowi uległ kolejny nic nieświadomy chłopak.

 - Jednak tak.
Przyznałem, nie ściągając z twarzy fałszywie pogodnej maski, a złożywszy na jej dłoni delikatny pocałunek, idąc za jej przykładem usiadłem na fotelu ,po drugiej stronie jej biurka.

 - Zdaje się., że wciąż nie znam twojego imienia.
Zauważyła, nie przestając czarować mnie swym zniewalającym spojrzeniem.

 Cholera, ona naprawdę miała coś z samego diabła...

 - Mhhm, tak. Faktycznie. Jestem Peter.
Przedstawiłem się krótko, odwzajemniając jej uśmiech.

 - W porządku. Skoro przeszliśmy już przez wstęp, pozwól że uchylę ci skrawka naszego, przyszłego interesu.
Oznajmiła, a ja rozsiadając się wygodniej na skórzanym fotelu, zamieniłem się w słuch...
(...)

 Wygładzając palcami nieskazitelnie czarny materiał kusej, dopasowanej miniówki przerzuciłam włosy na prawe ramię i oddychając głęboko nacisnęłam na klamkę drzwi, prowadzących do biura McKhana.

 - Skylar, Słońce...
Przywitał mnie od progu przesłodzonym głosem, a moje mięśnie automatycznie naprężyły się boleśnie. Jednak nie pokazałam tego po sobie, zaciskając usta jedynie postąpiłam kilka kroków do przodu i zakładając ręce na piersi, burknęłam.

 - Chciałeś mnie widzieć, więc jestem.
Warknęłam oschle, wbijając wzrok w przebiegły uśmiech jaki malował się teraz na pełnych wargach mężczyzny.

 - Dawno cię nie widziałem, zacząłem tęsknić ślicznotko...
Szepnął, stając o krok za mną, a przebiegając palcami wzdłuż moich bioder, dodał.: Ohh, gdy tak na ciebie patrzę w tej spódniczce...- przerwał na moment, a złożywszy kilka delikatnych muśnięć tuż nad spiętymi ramionami, dokończył.:...brałbym cię nawet na tym biurku...
Wychrypiał, a ja przełykając głośno postąpiłam krok do przodu, usilnie pragnąc odciąć się od jego dotyku.

 - Przestań.
Syknęłam, przez zaciśnięte zęby, a odwróciwszy się do niego twarzą rzuciłam mu wyczekujące spojrzenie.

 - Jak sobie życzysz...
Burknął, niezadowolony bijącym ode mnie chłodem i zaciskając na moment wargi przyjrzał mi się uważniej, jakby szukał znaku świadczącego, iż wiem jaki jest powód naszego spotkania. - A więc on wrócił ?

 - Co takiego ?
Zapytałam, zaskoczona choć doskonale wiedziałam, o kim jest mowa.

 - Nie udawaj głupiej. Hall wrócił...
Warknął najwidoczniej powoli tracąc cierpliwość.

- I co z tego ?
Odparowałam czując jak udziela mi się także jego frustracja.

- Nie życzę sobie by, się do ciebie zbliżał.
Oznajmił ostro, a ja nie mogąc uwierzyć własnym uszom jedynie rozchyliłam delikatnie wargi, czując jak ów argument odbiera mi jakąkolwiek zdolność wysławienia się.

 - Do twojej wiadomości nigdy nie będę twoją własnością i radzę byś to w końcu zapamiętał. NIGDY !
 Wrzasnęłam nie starając się nawet, o zachowanie jakichkolwiek zahamowań.

 Słysząc to, brunet pchnął mnie na ścianę, a zaciskając pięści na moich uniesionych nad głową nadgarstkach, spojrzał mi głęboko w oczy i mruknął.:

 - Pozwól, że teraz to ja dam ci jedną, jedyną radę wartą zapamiętania : zawsze byłaś i na zawsze już będziesz dziwką, nikim więcej jak dziwką.Moją dziwką.
Warknął,  korzystając z momentu w którym poluźnił uścisk, odepchnęłam się
od ściany, a wymykając się spod jego bolesnego  dotyku szybkim krokiem ruszyłam ku drzwiom.

 Nim jednak zdołałam do nich dobrnąć zatrzymał mnie jego chłodny, prześmiewczy głos.

- A ponieważ dbam, o swoją własność, pozwolę wam się jeszcze raz pożegnać.
 Oświadczył ironicznie, a po moim ciele przebiegło kilka mrożących krew dreszczy...

 Oto bowiem w niedługim czasie miałam się przekonać jak adekwatnie do swoich słów postępuje ten, którego własnością uczyniłam się
przed laty...
_____________

  Witam, witam Kochani !
 Jak się macie po Wielkanocy ?
 Kto już nie może patrzeć na słodycze ? :D

 Bardzo Was przepraszam, że w ostatnim czasie nic się nie pojawiło.
Jednak tym razem mogę to z pełną powagą zrzucić na kogoś...
Co oczywiście nie zmienia faktu, iż ogromnie przepraszam...

 Piszcie proszę, co sądzicie o tym rozdziale i dajcie znać czy macie ochotę na
weekend z tym opowiadaniem !
<3
:*