środa, 23 listopada 2016

22. Too cold outside for angels to fly...

 
Jej doskonałość upajała mnie na nowo ilekroć zerknąłem w jej stronę.
 I nie mogłem sobie wybaczyć iż będąc tak blisko, wciąż pozostawałem nazbyt daleko, iż włączając się w jej krąg, tak naprawdę pozostawałem niezmiennie u jego bram, a co najwyżej na obrzeżach, ale w jej nieosiągalności było coś co nie pozwalało mi zaczerpnąć wytchnienia w pogoni za jej osobą.

Więc nie ustawałem.
Nie ustawałem nawet teraz kiedy ona potrzebowała wytchnienia, nie ustawałem bo, jakże trudno jest odetchnąć bez powietrza, powietrza którym wraz ze zrządzeniem losu wnet mogłem się dla niej stać...
Wnet, tak silnie zapragnąłem się nim dla niej stać.

- Więc gdzie jest ten ktoś kto miałby, stanąć za mną?

Szepnęła, a dopiero wówczas zorientowałem się jak wysuszone były moje szeroko otwarte, w gęstniejącym niczym stygnąca kawa, cieniu, oczy.

Zamrugałem więc pospiesznie, raz za razem przeklinając siebie w duchu za to, iż pozwoliłem sobie na zmarnowanie tych sekund, w których mogłem się w nią wpoić
.
- Tuż obok ciebie, Słońce.

 Mruknąłem pozwalając sobie powędrować opuszkami po jej chłodnym policzku.

I choć było ciemno jej czekoladowe oczy zatopiły mnie w swej głębi, pojąc równocześnie rozpaczą z jaką ona się borykała.
Zapadła więc cisza, tak cicha że zdołałem usłyszeć jak jedna z przeżartych chłodem łez z hukiem wgryza się w wolną przestrzeń drewna ławki, na której Skylar toczyła nieustannie bitwę z samą sobą.
Z sercem i rozumem, a w końcu także i ze światem.

- Przestań.

Poprosiła zachwianym emocją głosem, a mnie przeszedł wnet cień przerażenia.

Czyżbym powiedział coś nie tak?
Czyżbym zaszedł za daleko?

- Nic przecież nie zrobiłem.

Obroniłem się niewinnie lecz ona już mnie rozgryzła.

- Nie musiałeś. Wiem co chcesz powiedzieć, nawet kiedy milczysz, udając że to nie istnieje.

- Sky...nie rozumiem, o czym mówisz, ale proszę uspokój się, przecież nic się nie dzieje. Nie masz powodów do obaw. Nie przy mnie.

I nim zdołałem zareagować jej opuszki zachłannie pojmały moje wargi, przywłaszczyły je sobie. Posiadła je na własność, a ja nawet nie śmiałem protestować...

- Dlaczego to robisz, Bruno?
Dlaczego jesteś zawsze wtedy gdy być powinieneś?
Dlaczego nie pozwalasz mi cierpieć w samotności?

Zapytała, lecz ja zdolny byłem tylko do rozchylenia warg i zastygnięcia w bezruchu, pod naporem jej nagłego ataku.

I tak trwaliśmy na nowo w nieprzeniknionym milczeniu, ona zapatrzona w moją twarz, a ja bezwiednie rozkochany w widoku jej pobladłych, skrzących się jedwabiem ust.
Och, były tak niedorzecznie doskonałe...

- Ja...

Zacząłem lecz wnet zrozumiałem iż takie słowa winny ujść w momencie odpowiednim, toteż zamknąłem je w wąskim przesmyku naszych warg, w gorącym pocałunku przyprószonym jedynie zakłopotanymi płatkami śniegu, roztapiającymi się pod żarem uczucia jakie przelać na nią tak rozpaczliwie pragnąłem.

Całowałem namiętnie,  z pasją lecz delikatnie, obawiając się równocześnie iż jednym nazbyt zachłannym ruchem mógłbym ją uszkodzić, a zbyt delikatnym natomiast oddać ją na powrót w ramiona wiatru, z którego zdawała się być stworzona.
Potem nastała chwila niepewności, zawahała się lecz tylko na moment, zawahała się by, po chwili dotrzymać mi kroku by, pozwolić moim palcom rozwiązać sponiewierany wiatrem koński ogon, pozwolić im wpłynąć w miękką gęstwinę brunatnych pasm, by objąć skostniałymi paliczkami mój kark, rozgrzać go żarem swych chłodnych, delikatnych rąk, po czym porzucić w głębokim niedosycie,  a opierając czoło o moje, zerknąć w głębię źrenic, zerknąć tak głęboko jakoby ujrzała w nich więcej niż ja sam o sobie wiem.

A słowa popłynęły same.

- Kocham cię, Skylar...

 I jeśli serce faktycznie potrafi dyktować, owe oświadczenie, wyznanie i obietnicę podyktowało właśnie moje serce.
(...)

  - Nie mów tak.

Szepnęłam czując jak wszystkie opustoszale w swym ogromie, zastygłe dotychczas w błogim bezruchu, emocje  na nowo przybierają na sile  I wyrazistości. Wyrazistości, której od pamietnego wieczoru tuż po pogrzebie Ashton'a tak żarliwie przysięgałam sobie zatopić w niepamieci, w niebycie, bowiem życie nauczylo mnie iż to właśnie nieprzerwana poszarzałość barw znacznie je ułatwia, a co ważniejsze chroni, chroni od bólu, cierpienia I przywiązania, które choć piękne, to zgubne i nieprzewidywalne...

- Sky...

 Mruknał, a chłodny jedwab jego dłoni naznaczył mój jeszcze chłodniejszy policzek.
I choć dotyk ten był niczym lód dla skory, to oparzone serce kazało odskoczyć, a bezwladne w zamęcie ciało, poslusznie usłuchało.

- Nic nie rozumiesz...

Szepnęłam, z trudem przełykajc łzy.- Nie możesz mnie kochać, po prostu nie.

- Nie rozumiem, dlaczego tak mówisz?

Choć bardzo nie chcę to jednak spogladam ku niemu i chociaż jest to ostatnim na co jestem przygotowana, to jednak pozwalam by, nostalgia jego źrernic pochłonęła mnie na nowo, jeszcze głębiej...

- Ktoś taki jak ty nie może kochać kogoś takiego jak ja, najwyższy czas się z tym pogodzić, Bruno.

Odpowiadam enigmatycznie i  nim jego dłoń na nowo zniewala moje spragnione ciepła paliczki podnoszę się gwałtownie, po czym odchodzę, nie spogladajac za siebie.

Słyszę jego krzyk, ale nie jestem w stanie zrozumieć słów,
 słyszę kroki wśród drobnych zasp śnieżnych, lecz zdają się być tylko odległym echem, a w końcu słyszę również swoje serce, rozrywające się na kawałki w czeluści pochylonej klatki piersiowej, chce ucieciec, ale zamykam je w palcach, szczelnie, by jednak sie nie przecisnęło. Po czym pospiesznie odwracam głowę, spoglądam na Mulata i odchodzę, ze zgubnym przeświadczeniem iż czynię poprawnie, choć niezgodnie z samą sobą.

A potem mijają minuty, godziny, a w końcu i dni.
Wiele dni.
Dni bezustannych przemyśleń, może i  łez, lecz skrytych.
Skrytych równie głęboko co wiara...
Nie tyle w uczucie, co w ludzi, w tą siłę, o której zwykł wspominać Bruno, a której jednak w sobie bie odnajdywałam,lecz  może nakzwyczajniej w świecie,  odnaleźć nie chciałam...
                   
                                                       *      *      *

   Jeszcze  przez krótki moment wnikliwie przyglądam się grupce pracowników mających za zadanie sprawowanie opieki nad wszelką zielenią w mieście, którzy teraz mozolnie uwijają się pośród hałd nieskazitelnie białego puchu, z niemałym wysiłkiem stawiając na nogi wysoką na dwa metry, rozłożystą sosnę, którą w ciągu najbliższych kilku godzin będą dokładnie dekorowali jak co roku, w złoto i ognistą czerwień.

Dwudziesty trzeci dzień grudnia.
Dzień szaleńczych wyprzedaży, niekończących się kolejek, walk o karpia, dopisywania ostatnich słów w listach do Gwiazdora, pieczenia słodkich, aromatycznych pierników i lepienia któregoś z kolei bałwana w przydomowym ogrodzie.
Dzień, w którym zatrzymujemy się na moment by, odetchnąć od wiecznej pogoni, by posłuchać kolędy, podziwiać jak dzieci ze śmiechem uwijają się u podnóży pachnącego świerka.
Jeden z niewielu dni w ciągu roku kiedy większość z nas postanawia rozpocząć przemyślenia nad własnym życiem, postanawia oddać się rodzinie, rzucić dietę, podziękować przyjaciołom oraz najbliższym za to że są. (o ile są).

- Nie wydaje mi się by, był to najlepszy z twoich dotychczasowych pomysłów...

Wzdycha szatynka z wysiłkiem dopinając ostatnią z rzędu walizek i walizeczek, które jak wspomniała ubiegłego wieczoru, zapakowała po brzegi w podarki dla rodziny i krewnych z Virginii; niewielkiego miasta położonego na zachód od rzeki Missisipi, najstarszej i jednej z najmniejszych miejscowości w całym stanie Nevada.

- Nic mi nie będzie, Diana.

Burczę pod nosem z niezadowoleniem po raz kolejny odpierając falę infantylnej troski ze strony dziewczyny.

- ...Tak, ale....To święta, nie powinno się ich spędzać samotnie, a z rodziną....

- Ja nie mam rodziny.

Odpowiadam chłodno, po raz kolejny wbijając w krajobraz za oknem wyziębiony wzrok.

- Nie mów tak...

Szepcze i choć już na nią nie patrzę dobrze wiem że jej rysy łagodnieją, a w migdałowych oczach majaczą pojedyncze łzy, których ślady natychmiast zaciera przesuwając wierzchem dłoni, delikatnie po dolnej powiece.-...dobrze wiesz, że zawsze możesz pojechać ze mną. Cała moja rodzina naprawdę cię uwielbia, nawet Mathew...

Mathew to zbuntowany siedemnastolatek, o chłodnych, szmaragdowych oczach i jasnobrązowych włosach postawionych na żel. Łamacz dziewczęcych serc,  w jednym z nadrzędnych miejscowych liceów, który to w zeszłym roku, kiedy zawitałam w gościnnych progach rodziny Parkerów skrycie lecz w sposób widoczny zagiął na mnie swój parol i z tego co wiem nie odgiął go nawet po mojej dosadnej dezaprobacie względem owych nastoletnich zalotów.

Nie chodziło, o to iż nie był atrakcyjny (jak na swój wiek, ma się rozumieć), lecz o barierę wiekową i moje wówczas złamane  serce..

 Ale teraz nastoletni amant nie był powodem dla którego odmówiłam wspólnych świąt, był nim natomiast strach.
Strach; przed wspomnieniami, przed przeniknięciem przez krańce złudnej otoczki rodzinnego ciepła, które jednak nie było skierowane ku mnie tak, jak kierowano je do członków rodziny, lecz ze współczucia, którego ja tak bardzo chciałam się wystrzec, oraz przed nieznanym bowiem Diana choć zaklinała się wiele razy iż nic nie napomknęła zatroskanym staruszkom, o mojej niezbyt kolorowej sytuacji nie była w swych zaklinaniach nazbyt wiarygodna, ponadto spojrzenie pani Parker mówiło samo przez się, że wiedziała o mnie coś więcej niż tylko to czym sama się z nią podzieliłam.
 Wówczas miałam to za złe, niewyparzonemu językowi współlokatorki, jednak z biegiem czasu przestałam baczyć na to jakim zasobem wiedzy zaszufladkowanym pod moim nazwiskiem dysponują poszczególne osoby, bowiem oczywistym dla mnie było iż jest to dla nich wiedza bezużyteczna.

- Niema takiej potrzeby, poradzę sobie, poza tym wrócisz nim się obejrzysz, a wtedy razem wzniesiemy toast za nowy rok.

 Mówię, przywdziewając na wargi pogodny uśmiech, który momentalnie ją uspokaja, toteż troska pokonana walkowerem, kapituluje.


                                                                 *      *      *

- Zadzwonię jutro, jeszcze przed Wigilijną kolacją.

Obiecuje z cicha dziewczyna, po czym wymieniając ostatnie uściski rozstajemy się na trzy długie tygodnie...
Ten fakt dociera do mnie jednak dopiero po czasie, kiedy to spod domu odjeżdża już, zamotana w kolędę, żółta taksówka, a na miejsce współlokatorki wprowadza się cisza.
Bezkresna, głęboka cisza...
(...)

Wydychając w chłód nocy pojedynczą, białą na tle czerni i granatu smugę dymu uważnie przyglądam się rozłożystym ramionom tegorocznej choinki i mimowolnie wpuszczam na wargi uśmiech, a mój umysł zalewa wnet fala ciepłych obrazów, ubiegłych świąt...

Lecz niedane jest mi pozostać w kolorowanym tamtym uczuciem świecie bowiem w akompaniament kolęd włącza się także dźwięk daleki od nastroju świątecznego- niemal automatycznie więc wyciągam domagające się uwagi urządzenie i zerkając niemrawo na imię, na wyświetlaczu, odblokowuję ekran, rozpoczynając połączenie.

Po drugiej stronie linii nikt się jednak nie odzywa...
Przełykam więc ślinę i z podenerwowaniem ściskam w dłoni niewielką garść puchu, który jednak nie studzi mojej niepewności...

- Tak, słucham?

Bełkoczę bez przekonania, lecz po drugiej stronie niezmiennie panuje cisza. Ponawiam wiec zapytanie,tym razem pewniej, bez nutki zawahania lecz i tym razem odpowiada mi milczenie.
W końcu skonsternowany spogladam na wyświetlacz, lecz numer jest nieznany. Przełykam ciężko, a rzucając podejrzliwe spojrzenie ku jarzącemu się urządzeniu ponownie przystawiam je do ucha.

- Halo?

- Bruno...

Odzywa się wnet rozchwiany emocją, kobiecy głos.
Moje serce przyspiesza tempa, a krew zaczyna pulsować, jak gdyby pragnęła przebić każdą z niewielu ścianek żył...

To niemozliwe...
Po tylu latach...

- Mamo?

Pytam naiwnie choć jej głos rozpoznałbym nawet z drugiego końca świata.

- Synu...Synku, to naprawdę ty...

Szepcze.
Nie mogę spojrzeć jej teraz w oczy, jednak podświadomie wiem iż w prawej, złotawo-brązowej źrenicy odbija się teraz niemy, kryształowy cień...
To sprawia natomiast że w jednym momencie tonę, tonę w naglym natloku wspomnień i wsłuchuję się w jej plyłki oddech, jak gdyby przywodzić miał ze sobą ratunek.-...tak dlugo czekalam aż się odezwiesz...

Kontynuuje, a gula w moim gardle z jeszcze wiekszą niż dotychczas zawziętością powstrzymuje sline, która teraz poczyna piętrzyć się w przełyku wraz z całym wachlarzem słów, ktore chciałbym przekazać rodzicielce, a które jednak winny pozostać na zawsze w mojej głowie. I tylko w mojej głowie...

Nie jestem pewien co kobieta chce usłyszeć w odpowiedzi, dlatego nie mówię nic, w obawie, iż jedno nieostrożnie dobrane słowo sprawi jej dodatkowy ból.

-...Bruno...posłuchaj,...wiem że to dla ciebie trudne, ale i ja i ojciec bardzo chcielibyśmy cię zobaczyć, minęło tyle lat...

I choć w duchu pragnę zatrzymać w sobie wszystko co świadczy o tęsknocie oraz słabosci jaką noszę gdzieś w sercu,kiedy płyną  z ust matki, pozwalam by, ostrza owych słów przebiły się do serca, a krew wypłynęła na policzek w pojedynczej, samotnej łzie.
(...)
Podkład muzyczny

 Oddychając głęboko zamykam drzwi od domu, przekręcam klucz w gerdzie i bez ruchu wpatruję się w odległe światła wciąż rozbudzonego magią nadchodzących świąt Nowego Jorku, jest tak jak gdyby dzieliła mnie od niego ściana, pokryta szkłem, grubym, odpornym na uderzenia moich zziębniętych palców.
 Jeszcze jeden, ostatni głęboki oddech.
Zamykam oczy, a gdy otwieram je ponownie pozwalam by, wzrok mnie prowadził, biegnę szybko, ale widzę to tylko po rozmazanych domach i uciekających twarzach, szczęśliwych twarzach ludzi, których nie znam.
Pod powiekami znów wzbierają łzy, lecz nie pozwalam im wypłynąć, w umyśle wciąż kołatają te słowa: ,,kocham cię".

To niedorzeczne.
Jak można kochać człowieka, którego się nie zna?
Jak można kochać kogoś takiego jak ja?

Pochłonięta myślami nawet nie zauważam kiedy wbiegam w sam środek świątecznie przystrojonego rynku. Zewsząd dochodzą mnie tylko rozmyte głosy, śmiech i okrzyki radości.

Nie chcę ich słyszeć...

Ponownie zamykam oczy.
Nadchodzi strach, ale nie umiem go zdefiniować,
Strach przed uczuciem?
Czy przed szczęściem?
Nie wiem, ale zanim dane mi jest to rozstrzygnąć moje rozpędzone ciało zderza się z czyimś zastyglym w bezruchu.

- Przepraszam.

Szepczę, zaślepiona zabłąkaną w oku łzą.
Ale przechodzień tylko patrzy.
I wnet zdaję sobie sprawę kim jest brązowooki chłopak.

Bruno próbuje złapać mnie za ramię, lecz wymykam się spod jego delikatnego uścisku...
(...)

 Mama nie przestaje mówić, natomiast ja nie przestaję słuchać, spragniony dźwięku i tonacji jej głosu i kiedy tak stoję wnet wstrząsa mną uderzenie.
Czyjeś drobne, rozpędzone ciało odbija się od moich pleców.
Odwracam się więc pospiesznie i omal nie wypuszczam z ręki komórki, to ona.

- Sky..

Szepczę, lecz dziewczyna odwraca wzrok.
Płacze.
Pragnąc ją zatrzymać zaciskam palce na wątłym ramieniu,  ześlizgują się jednak po przemoczonym materiale, a nastolatka umyka w łunę latarni.
(...)

 Słyszę za sobą jego głos, lecz nie umiem znaleźć w sobie sił by, stawić mu czoła.
Uciekam, lecz wkrótce dogania mnie echo.

- Skylar!

Odwracam głowę i przez krótki moment nasze oczy spotykają się na wspólnej ścieżce.
Nie chcę słyszeć jak mnie woła, wciskam więc w uszy słuchawki, pozwalając by, muzyka zalała wszystko dookoła.
Patrzę mu w oczy raz jeszcze.
Napotykam w nich coś niepokojącego.

Widzę jak biegnie w moją stronę przepychając się między zamroczonym świąteczną enigmą tłumem, ktoś obok krzyczy, szaleńczo wymachując przy tym rękoma, a potem następuje ból...
Ból, który jednak pochłania ciemność...
________________________________

Jestem!

A wraz ze mną kolejny rozdział.
Przepraszam za moją nieobecność.
To zbyt długa historia, którą w paru słowach opisuje stwierdzenie: było ciężko.

Przepraszam, nie, nie porzuciłam bloga i nie zrobię tego, co by, się nie działo.
Obiecuję że postaram się być regularna!

A teraz rozdział, co wy na to?
Jakie wywołałw Was emocje?
Pozdrawiam gorąco! 
Piszcie śmiało i zapraszam już niebawem!
Wasza Domi
<3


poniedziałek, 15 sierpnia 2016

21. All of the stars...


  Każdy z nas skrywa za plecami cienie i blaski przeszłości,
każdy z nas czasami ucieka się do kłamstw myśląc, że tak jest łatwiej,
każdy robi to ze względu na drugiego człowieka, ze złudnego przekonania o ochronie bliskich, a przecież wszyscy wręcz nazbyt doskonale wiemy, że to kłamstwo jest tym co ciągnie nas ku dołowi...

 - Jestem z ciebie dumny, księżniczko...

 Szepczę, delikatnie obejmując ramieniem jej drżące ramiona i składając pojedynczy, samotny pocałunek w brunatnej gęstwinie jej związanych pasm.
 Ona jednak jest zbyt daleko by, dostrzec moją bliskość, zbyt rozdarta bym jednym, niezbyt stanowczym uściskiem zebrał ją w całość..
Zbyt nieuchwytna bym mógł tak po prostu trzymać ją w ramionach i dlatego też chwilę później jej drobne ciało opuszcza zakątek moich ramion,a  jedynym co dostrzegam jest podążający za jej plecami długi, brunatny ogon.

- Sky...

 Wołam, momentalnie ruszając w ślad za nią w sam środek zniecierpliwionego tłumu podróżnych. - Zaczekaj! Słyszysz? Czekaj!

 Nastolatka pozostaje jednak głucha na moje wołania i dane mi jest usłyszeć jej głos dopiero wtedy, gdy przetrącona przez spieszących na spóźniony samolot mężczyzn w czerni, bezwiednie wpada na powrót w moje ramiona. Wykorzystując moment obracam ją ku sobie i podłapując jej spojrzenie, ściszam głos tak by, słyszała go tylko ona.

- Co się dzieje?

- Nie mogę tu zostać, nie chcę...

  Mamrocze i choć ukrywa to tak doskonale nie trudno jest mi dostrzec iż jej ciałem wstrząsa rozpacz w najczystszej postaci.

- Ale...

- Zostaw mnie.

 Żąda, zmieniając wnet ton, na ostry i nieprzystępny, a zanim nadążam zareagować wyrywa się z mojego uścisku by, po chwili na dobre zniknąć z moich oczu.
 I choć tak duża część mnie chce pobiec w jej ślady, a serce szepcze by, nie zostawiać jej teraz samej sobie, pozwalam jej odejść...
(...)

  Zamykając zaślepione kryształowymi łzami oczy przemierzam biegiem kolejne przecznice nowojorskiej dzielnicy, której jednak nie kojarzę. Mijając po drodze poszarzałe postacie i rozmyte budynki biegnę tak długo aż nogi odmawiają posłuszeństwa, aż umęczone ciało pada bezwładnie na najbliższą ławkę, a z piersi wyrywa się niepohamowany niczym szloch...

...Wspomnienie...

 - Sky...otwórz, kochanie. To tylko ja...

 Zza zamkniętych drzwi dochodzi mnie cichy, kojący głos mamy, jednak nawet on nie jest w stanie mnie uspokoić.
 Wstrząsa mną kolejny spazm szlochu, jednym szybkim ruchem wykonuję więc kolejne precyzyjne cięcie na posiniaczonej skórze nadgarstka i z bolesnym westchnieniem przyglądam się cieniutkiej, czerwonej stróżce powoli spływającej z rany wprost na moją białą spódniczkę.

 Zawsze jest tak samo, zawsze kiedy tata każe mi być grzeczną dziewczynką, wieczory spędzam zamknięta w moim pokoju lub łazience. Widok mojej krwi mnie uspakaja, jest jak usprawiedliwienie dla taty bo, przecież tak trzeba.
 Tata zawsze powtarza, że każda córeczka tatusia pozwala mu się dotykać tak jak on robi to mnie, brzydzi mnie to, ale on powtarza, że obrzydzenie minie, że jeszcze mi się to spodoba...

 A ja zawsze staram się mu wierzyć bo, przecież rodzice nie kłamią, prawda?

 Z każdą kolejną raną, moje myśli coraz silniej oddalają mnie od rzeczywistości by, w końcu ogarnęło mnie to przyjemne uczucie odrętwienia, które poprzedza ten dziwny stan, podobny do snu, omdlenie.

 Tym razem jest podobnie, choć nie do końca tak samo.
Przedtem zawsze zasypiałam w ciszy, dziś zanim jeszcze opadną powieki do moich uszu dociera huk i  rozpaczliwy krzyk mamy, ostatkami sił rzucam jej ostatnie zamglone spojrzenie, a potem tak jak zawsze zanurzam się w wyzutej z bólu, myśli i cierpienia nicości...

...Koniec wspomnienia...

  Napełniając ściśnięte płuca kolejną, niewielką porcją powietrza kładę się na plecach, na chłodnej, drewnianej powierzchni ławki i zanurzam spojrzenie w powoli szarzejącym płótnie nieba, mimowolnie przypominając sobie słowa Bruna, o gwiazdach.

 Jeśli to prawda, jedynym czego teraz pragnę jest to, by móc oddać wszelkie smutki jakie w sobie noszę jednej z nich, tej najjaśniejszej,
tej mojej...
 Nie jest mi to jednak dane bowiem niebo, nie zaznaczyło się jeszcze żadną z nich, toteż w niemym oczekiwaniu w zachwycie podziwiam ową powódź złota, jaka teraz rozlewa się miarowo, pochłaniając kolejno każdy z niewielkich obłoczków.

 Aż w końcu nadchodzi zmrok.
Płótno zasnuwa się granatem, jednak wciąż jest jedynie opustoszałą otchłanią ciemni.
Pozostaję więc cierpliwa,
Bez wytchnienia wpatrzona w milczący nieboskłon, odnajdując weń z ulgą, niezrozumiałe pocieszenie, ukojenie, którego nigdy nie doznałam pośród ludzi...

 A wtedy pojawia się pierwsza, srebrzysta gwiazda.
Nie jestem więc sama.
Jednak wciąż otacza nas milczenie.
 Żalę się w jej blask, nie używając jednak słów, ona natomiast słucha.
Uważnie i cierpliwie, nie przerywając mi.
(...)

 Oddychając głęboko powoli wkraczam w jedną z zacienionych parkowych alejek i kryjąc się w cieniu rozłożystego dębu z nikłym uśmiechem przyglądam się parze nastolatków szepczących sobie słodkie słówka przy nastrojowym akompaniamencie świerszczy.

 I wnet zalewa mnie fala zazdrości,
zazdrości o to jak beztroscy być mogą, kiedy ja codziennie walczę z nieustannie narastającym strumieniem zmartwień,
zazdrości o to iż mają siebie nawzajem.
 Mają kogoś kto podtrzyma ich ramiona, kiedy droga okaże się zbyt kręta...

 Nim jednak na dobre poddaję się owym rozmyślaniom ona odwraca głowę i patrzy mi prosto w oczy.
Nie powinno mnie tu być...

 Naciągam więc na głowę kaptur granatowej bluzy i wciskając pięści głęboko w jej kieszenie powracam do niespiesznego marszu i gorączkowych przemyśleń gdzie podziewa się teraz krucha brunetka. A wraz z ową myślą moim oczom ukazuje się obraz tak rozbieżny iż w pierwszej chwili zamieram w bezruchu podziwiając jego osobliwe piękno.

 I choć dzieli nas odległość równa dziesięciu większym krokom, bez trudu rozpoznaję w nikłym świetle gwiazd jej smukłą sylwetkę, dostrzegam także blask jej głębokich ślepi.

 Nie podchodzę jednak od razu w obawie iż spłoszę ją swoją obecnością, zaburzę ideę jej samotności.
Toteż przez kolejne sekundy, może nawet minuty jedynie stoję tam bez ruchu, owładnięty bezwarunkowym oczarowaniem.
 W końcu to ona porusza się niespokojnie, odwraca na bok, a nikłe światło jakie pada na jej lico wnet łączy w jedność nasze spojrzenia.
(...)
  Choć nie odrywam wzroku od nieba, wyraźnie czuję iż nie jesteśmy już same, a odwracając głowę moim oczom ukazuje się ciemna, smukła sylwetka Mulata.
Zastygam więc w bezruchu zastanawiając się wnikliwie czy chcę by, wszedł w mój krąg.

Nim jednak podejmuję tę decyzję, on robi to za mnie.

 W kilku krokach zmniejszając dzielącą nas odległość, bez słowa podchodząc do ławki i nie odrywając wzroku od mojej twarzy klękając u jej podnóża i po prostu splatając nasze palce.

 Nie chcę płakać.
Nie chcę by, widział jak jestem słaba, dlatego jedynie zaciskam szczękę i ponownie powracam spojrzeniem ku mnożącym się stopniowo gwiazdozbiorom.

 On jednak nie potrzebuje moich słów by, rozumieć.

 - Ktoś powiedział mi kiedyś, że tym co nas wzbogaca jest ból. Nigdy tak naprawdę w to nie wierzyłem, ale po tylu latach, w końcu zrozumiałem jak prawdziwe jest to stwierdzenie. Ból nas wzbogaca, Skylar. Nie obwiniaj się więc za swoje słabości bo, oboje dobrze wiemy, że jesteś silna...

 Szepcze, a kiedy odwracam się ku niemu delikatnie dotyka mojej klatki w miejscu gdzie bije wzburzone jego obecnością serce i dodaje.:

- ...tutaj, jesteś najsilniejszą osobą jaką kiedykolwiek poznałem.

- Silne osoby nie upadają.

 Protestuję, mimowolnie dotykając palcami jego dłoni spoczywającej delikatnie na moim sercu.
 Kiedy tylko to wypowiadam na jego ustach wita słaby, smutny uśmiech, który jednak ukrywa przed moim spojrzeniem.

- Upadają, Sky.
Częściej niż możesz sobie to wyobrazić. Ale zawsze się podnoszą i właśnie tam tkwi ich siła.

- A co jeśli i jej zabraknie?

Szepczę, a słysząc to pytanie brązowooki delikatnie obraca moją twarz ku sobie i muskając palcami szkarłatnej skóry na wychłodzonym policzku, szepcze.

- Wtedy jest ktoś kto stoi za ich plecami.

 I choć cała nasza rozmowa nie wychodzi poza brzegi dokładnej konsternacji, wnet dokładnie pojmuję cały sens własnej siły...
_______________

 Dobry wieczór, kochani!

 Jak mija Wam druga połowa wakacji?
Co porabiacie?

 Przepraszam za tak długą nieobecność jednak moje życie hmm...prywatne ogromni się sypnęło i potrzebowałam czasu by, się pozbierać, ale już jestem.

 Co sądzicie o rozdziale?
Nie należy co prawda do najdłuższych jednak jest w nim zawarty kolejny, dość istotny szczegół z życia Sky.
Podzielcie się swoimi opiniami i wrażeniami, do zobaczenia niebawem ( bliżej niż za miesiąc ;)), a ja lecę czytać Waszą twórczość!
Pozdrawiam gorąco, z o dziwo słonecznej Anglii. :)
:*
<3

czwartek, 7 lipca 2016

20. Crying for help, silently...

  Zderzenie światów zazwyczaj powinno sprawiać, iż powstaje nowy, lepszy światek, do którego w krótszym lub dłuższym czasie każde z nas dobrowolnie przywyka, ale właściwie,przecież od każdej reguły są wyjątki, prawda?

 A tym oto wyjątkiem była kwestia świata Ariany, oraz tego z którego wyrwałam się ja. Ona- siedemnastolatka z masą skrywanych głęboko marzeń i zachcianek, ja- niewiele starsza od niej dziewczyna, której marzenia zostały gdzieś u progu życia,  do którego niegdyś tak bezmyślnie przylgnęła...

 I może dlatego potrzeba, zdawała się być aż nadto paląca, może dlatego tak bardzo chciałam by, chociaż ona wiodła życie lepsze niż odnalazła w Nowym Jorku, a może po prostu to sobie uroiłam...

 - O czym myślisz?

 Rozległ się cichy głos tuż za moimi plecami i jeszcze nim moje oczy przyzwyczaiły się do czerni wieczoru na tyle by, móc wyłowić z owej ciemni, równie czarną sylwetkę chłopaka zewsząd omiótł mnie przyjemny zapach jego perfum.
Wzdrygnęłam się, delikatnie zaciskając szczękę.

- Nie powinno cię tu być.

- Tak jak i ciebie.

 Żachnął się, posyłając mi przy tym nikły, nieprzenikniony uśmieszek, którego jednak nie odwzajemniłam.

- Mówię poważnie, powinieneś trzymać się ode mnie z daleka.

- Wspaniale.

- Co?

- Świetnie, długo jeszcze masz ochotę rozsiewać informacje odnośnie moich zakazów i przywilejów?

- O czym ty...

- Właśnie, o tym Skylar...

Zaczął, a gdy tylko na jego wargi wypłynęło moje imię w pełnej formie, na moje plecy z kolei wystąpił  niemrawy dreszcz.- Oboje dobrze wiemy, że potrzebujesz pomocy...

- Każdy w jakiś sposób jej potrzebuje.

- ...tak, ale nie każdy przed nią ucieka. Przestań uciekać i pozwól sobie pomóc.

- To nie tak...

 Zaoponowałam, choć w głębi duszy coś podpowiadało mi iż siedzący tuż obok Hawajczyk właśnie mnie rozszyfrował. Nie byłam jeszcze pewna ile szyfrów już złamał, wiedziałam tylko iż dotknął jakiegoś punktu, gdzieś w głębi mnie.

 I przez moment zapanowała cisza tak gęsta, że niemal udało mi się pochwycić ją w palce, a odwróciwszy głowę utonęłam już nie tylko w ciszy, lecz także tym wszystkim co kryły jego czarne, w nikłym świetle parkowej latarni źrenice.
  I złamał się we mnie kolejny szyfr...

- Owszem, właśnie tak. Chcesz pomagać innym by, zatuszować fakt, jak bardzo sama tej pomocy potrzebujesz,myślisz że rozwiązując problemy otaczających cię ludzi rozwiążesz i swoje, albo że pewnego dnia ktoś wspaniałomyślnie rozwiąże także te twoje, ale oboje dobrze wiemy, że tak się nie stanie. Bo, ludzie to pieprzeni egoiści, wiesz? Egoiści...

 - A co z tobą? Ty też jesteś takim właśnie egoistą?

 Mruknęłam, nie potrafiąc oderwać odeń zdziwionego spojrzenia. Widocznie to dostrzegając brązowooki poprawił pozycję w jakiej siedział tuż obok już od dobrych paru minut, a pocierając kark raz jeszcze obrzucił mnie tym swoim świdrującym wzrokiem.

 - Nie do końca...W zasadzie każdy z nas ma w sobie inny rodzaj egoisty, ja natomiast... mój egoizm chyba skupia się wokół innej, jednej, konkretnej osoby.

- W takim razie to już nie egoizm, a troska, nie sądzisz?

- Troska,objawia się inaczej.

- To znaczy?

- Jeśli się, o kogoś troszczysz dajesz mu zawsze wolną rękę, dobrowolny wybór co do tego z kim, gdzie i jak chce żyć. Jedynie naprowadzasz tego kogoś na twoim zdaniem lepsze ścieżki, choć wybór nie należy do ciebie.

- A egoizm? Ten...twój rodzaj egoizmu...?

 Zapytałam, lecz nim dane mi było uzyskać odpowiedź chłodne powietrze wieczoru nasycił jego cichy, melodyjny śmiech.

- Cóż...on jest...dość skomplikowany.

 Tak jak ty sam.
Przeszło mi przez myśl, jednak w porę ugryzłam się w język.- Polega na potrzebie przebywania z kimś kogo tak naprawdę nie znam.

- Co w tym egoistycznego?

- To jak rodzaj przywłaszczenia.

- Nie da się przywłaszczyć człowieka.

- Właśnie dlatego to takie egoistyczne, sama chęć.

- Studiowałeś filozofię, czy jak?

- Muzykę.

- Więc skąd takie górnolotne przemyślenia?

- Są w zasadzie dość przyziemne.

- Nie wydaje mi się.

- Nie musi, w każdym bądź razie ja to wiem.

- Skąd?

- Ich obiekt siedzi tuż obok, ramię w ramię.

Odparł zdawkowo,a mnie uderzył wnet sens całej perswazji jaką przesycił się nasz dialog. Na moment powietrze jakby stało się cięższe, a potem było tak jak gdyby wszystko dookoła przestało egzystować.

- Do czego, ty właściwie dążysz?

 Zagadnęłam, z coraz to większym wysiłkiem hamując powoli wypełniające mnie zdumienie.
Słysząc owo pytanie Mulat, zastygł na moment w bezruchu by, po chwili na nowo zatopić mnie w głębi swojego zniewalającego spojrzenia.

Przez kolejne kilka minut, jedynie uważnie mierzyliśmy siebie wzrokiem, a po ich upływie powietrze na nowo wypełnił jego spokojny, opanowany głos.:

- Wiem coś czego nie wiesz ty, a przez to mógłbym ci pomóc.

- S-skąd wiesz, o...znasz Luke'a Dramah?

 Zająknęłam się zdziwiona, na co odpowiedziała mi jedynie kolejna salwa jego śmiechu.

- Nie do końca, ale jeśli cię to uszczęśliwi, pomogę ci odnaleźć osobę, która pomoże Arianie.

- Jak?

- Mam swoje sposoby.

- Dlaczego...dlaczego właściwie chcesz mi pomóc?

- Bo, jak już wspomniałem, na swój sposób jestem egoistą.

- Ale...

- Jeśli to ma uszczęśliwić ciebie, to na tyle na ile mogę chcę ci w tym pomóc.

- Czy próbujesz mi coś przekazać?

 Wyszeptałam, czując wnet jak po moim ciele rozlewa się przeszywające, mrowiące ciepło.

- Możliwe, choć może po prostu bywam miły? To jak? Wchodzisz w to?

*      *      *

   Plan, w zasadzie nie należał do tych skomplikowanych, chodziło raczej o trud jego wykonania, a ten natomiast zawierał się w znacznej części w osobie, którą to postanowiliśmy objąć takowym planem ochrony.

 W powietrzu wyraźne już były zimowe tchnienia, kiedy w piątkowy wieczór, pierwszy grudniowy wieczór niespiesznie zmierzałam ku tylnym drzwiom prowadzącym do klubu. Z każdym oddechem oddawałam w powietrze kolejne niewielkie obłoczki pobielanej mrozem pary, ale tak naprawdę nie potrafiłam dokładnie uczuć chłodu jaki tego wieczoru niepodzielnie ogarniał Brooklyn, byłam zbyt zestresowana, może nawet podenerwowana, w końcu chodziło, o ucieczkę. 
Ucieczkę ze szklanej klatki, w której nastolatkę zamknięto już parę miesięcy temu, a do której dziewczyna prawdopodobnie zdążyła już przywyknąć.

 Popychając więc ciężkie, drewniane drzwi do garderoby szatynki, wparowałam do środka, niepostrzeżenie zatrzaskując za sobą jej wrota, a w pierwszej chwili uderzyła mnie cisza.
 Nie dało się słyszeć, ani najcichszego szmeru, najmniejszego ruchu, dlatego też w pierwszej chwili byłam skłonna przekonać siebie, o tym iż dziewczyny wcale tu niema. 
Ale była.

 Rozejrzawszy się po pokoju, mój wzrok wychwycił wnet szczupłą, skuloną postać, a już w następnej chwili mój słuch zalały dźwięki cichego, rozpaczliwego szlochu.

- Ari?

 Szepnęłam łagodnie, w jednej chwili znajdując się tuż obok rozdygotanej nastolatki.- Ari...co się dzieje?
Zapytałam, lecz odpowiedź nie nadeszła.
 Toteż nieporadnie ujęłam w ramiona drobne ciało szatynki, a wtedy ona rozpłakała się na dobre.

 - Nie mam już siły, Skylar. Ja...mam tego dość, nienawidzę siebie i jego, nienawidzę tego, co on nam wszystkim robi! 

 Krzyczała, lecz ten krzyk tłumił się gdzieś w okolicach mojego serca.

- Już dawno powinnam...Powinnam z tym skończyć...

 Wyjęczała, a odsunąwszy ją delikatnie od siebie spojrzałam w jej duże, smutne oczy i to co w nich ujrzałam zabolało także mnie.

 - To nie prawda, obiecałam że ci pomogę i to zrobię, słyszysz? Pomogę...

- Kiedy? Po co?

 Warknęła chłodno, lecz to co kryły jej źrenice wyrażało więcej niż powierzchowny gniew. Kryła się w nich odraza, nienawiść,  którą nastolatka zapewne tłumiła w sobie od wielu, wielu miesięcy, a  przez to jedynie pogarszała swój stan.

- Teraz, dzisiaj. 

- Niby jak?

- Pakuj się.

- Co takiego?

- Spakuj wszystkie swoje rzeczy.

- Ale...

- Po prostu to zrób.
(...)

 Niewiele myśląc kilkoma sprawnymi ruchami wybrałem kolejny z kilku spisanych na kartce numerów i nacisnąwszy zieloną słuchawkę przystawiłem urządzenie do ucha, niecierpliwie odliczając każdy z przeciągłych sygnałów.

- Kancelaria Rosemary i Partnerzy, w czym mogę pomóc?

 Rozległ się wnet pewny, kobiecy głos, a przełknąwszy ciężko jeszcze przez moment formowałem w głowie wszystko to, co podczas tej rozmowy pragnąłem przekazać odpowiedniej osobie.

- Peter Gene Hernandez, czy mam  przyjemność z niejaką panną Rosemary Dramah?

- Ohh, nie w tej chwili, jednak mogę przekazać pannie Rosemary jeśli to coś ważnego.

- Pani wybaczy, ale wolałbym aby ta rozmowa nie miała pośredników.

 Wyjaśniłem spokojnie, co jednak nie przysporzyło mi sympatii mojej rozmówczyni.

- Przykro mi, ale jest to niemożliwe.

- Z jakiego powodu?

- Panna Rosemary, jest...zajęta.

 Oznajmiła recepcjonistka jednak z charakteru w jakim utrzymała daną odpowiedź nie trudno było się domyślić iż niewątpliwie kłamała.

- Dobrze więc...czy byłaby, pani tak miła i mimo wszystko przełączyła mnie na linię pani Dramah? Jedynie nagram się na jej pocztę głosową.

- Cóż...

- Zdaje się, że może to pani dla mnie zrobić, w końcu to pani praca, czyż nie?

Zagadnąłem szelmowsko na co tamta bez słowa ustąpiła mi linii.
I już niebawem po drugiej stronie dało się słyszeć delikatny głos Rosemary.

- Rosemary Dramah, czym mogę służyć?

- Peter Gene Hernandez, w zasadzie zdaje się, że to ja mogę służyć pani.

- Nie rozumiem, o czym pan mówi?

- Pamięta pani może niejaką Arianę Dramah?

 Zagaiłem spokojnie, na co kobieta gwałtownie wciągnęła do płuc nie małe pokłady powietrza.

- O-oczywiście...to, to moja córka...a skąd pan...

- Doskonale, tak się właśnie składa, że dziewczyna naprawdę potrzebuje pani pomocy...

- Kim pan dla niej jest?

- To niema znaczenia.

- Dobrze...jak więc mogę...

- Nie interesowałoby, pani...odzyskanie dziecka?

- Proszę do rzeczy, poza tym moja córka jest ze swoim ojcem i...

- I para się prostytucją, tak, rak wiem.

- Co proszę?

- Pani mąż odsprzedał wasze dziecko.

- To nie możliwe!

 Szepcze wprost do głośnika, łka.

- Przykro mi.

- Czy..,czy mogę z nią najpierw porozmawiać?

- Nie do końca.

- W takim razie...proszę jutro, o szesnastej doprowadzić ją na lotnisko...w Nowym Jorku, będę tam...

Oświadczyła szorstko, bowiem tylko tak ludzie potrafili tłamsić rozpacz, a ona nie była wyjątkiem, po czym rozłączyła się, a w słuchawce rozbrzmiał charakterystyczny dźwięk
 zakończonego połączenia...
________________________

  Tak jestem i tak, żyję zakończenie roku jednak wyzuło ze mnie trochę weny i aż do teraz nie mogłam jej odnaleźć...
Ale już jestem!

 I czekam z utęsknieniem na Wasze opinie co do powyższego rozdziału!

 Pozdrawiam gorąco i zapraszam już w przyszłą sobotę!
<3

piątek, 17 czerwca 2016

19. Dancing above the abbys...

     Jeszcze przez moment cała nasza trójka tkwiła w niepewnym milczeniu, przecinanym jedynie przez chrapliwy oddech dziewczyny. W końcu jednak nadszedł czas kiedy to jedno z nas musiało się odezwać, a wymieniwszy serię krótkich spojrzeń ze stojącym u mego boku  Nate'em wnet dotarło do mnie, że tym kimś miałem być ja...

 Postąpiwszy więc krok ku roztrzęsionej Skylar rozchyliłem wargi, niemal panicznie szukając stosownych słów, lecz gdy żadne z nich nie nadeszły, z niemą radością przyjąłem zjawisko, w którym ciężkie powietrze jakie zaległo pomiędzy nami zapełnił wnet jej cichy, niepewny głos.:

 - Czy mogę...czy...mogę cię o coś prosić, Bruno?

 Zapytała nieśmiało, na co ja niemal automatycznie skinąłem głową z aprobatą.
Widząc moją reakcję jej usta ułożył wnet subtelny, pełen ulgi uśmieszek, na którego widok moje serce wywinęło w piersi kilka niesfornych koziołków.- Ja...- zaczęła, lecz nim pochwyciłem jej spojrzenie, zdawała się podjąć decyzję, o kapitulacji, pospiesznym odwrocie Chcąc dodać jej otuchy delikatnie położyłem rękę na szczupłym ramieniu, przez co całe jej ciało przeszył jak gdyby prąd magnetyczny. -...muszę stąd zniknąć...

 Dokończyła szeptem, a wlepiwszy we mnie przeszywające spojrzenie, spięła wszystkie mięśnie z niepokojem oczekując mojej reakcji. Nie rozumiałem dlaczego musiała zniknąć, ani też dlaczego przyszła z tym akurat do mnie lecz nim zdołałem wykrzesać z siebie serię owych dociekliwych pytań moja głowa kiwała się od góry, w dół w wyraźnym geście aprobaty. Nie zdołałem jednak dostrzec jej reakcji bowiem w tej samej chwili moje ciało zostało brutalnie zaciągnięte w głąb domu, przez parę stalowych ramion.

 Zaskoczony tak gwałtowną reakcją ze strony przyjaciela przez moment jedynie wpatrywałem się w wyraźne rysy jego twarzy by, następnie  zagaić bezgłośnie.

 - Co ty, do cholery wyprawiasz?

-  Co ja wyprawiam?- Oburzył się tamten raz jeszcze szarpiąc za kołnierz mojej koszuli.-Niema mowy, ona nie może tu zostać, słyszysz?

 Syknął blondyn, krzyżując ręce na piersi i popatrując ukradkiem to na mnie, to na dziewczynę przyczajoną w najdalszym rogu korytarza.

- Ale.

 Zacząłem pospiesznie, jednak Nate definitywnie mnie ignorując, bezwzględnie uciął całą dalszą pogawędkę...

- Nie.

- Daj spokój, nic się przecież nie stanie jeśli przez jakiś czas pomieszka z nami.

 Bąknąłem spokojnym, z lekka znudzonym głosem by, dać mu do zrozumienia iż prośba Skylar, jest dla mnie czymś zupełnie naturalnym.
 Choć po prawdzie oboje w głębi siebie walczyliśmy z wszechogarniającym zdziwieniem, z tą drobną różnicą iż ja w przeciwieństwie do niebieskookiego starałem się zachowywać pozory stoickiego spokoju, którego w istocie doszukiwałem się w sobie z niemałym trudem...

 - Czy ty siebie słyszysz?! Chcesz wpuścić jakąś zupełnie obcą dziewczynę...

- Ona nie jest żadną obcą dziewczyną.

  Wciąłem się niekulturalnie, pospiesznie popatrując w tył, upewniając się iż brunetka znajduje się nazbyt daleko by, móc ewentualnie usłyszeć naszą rozmowę.

- Czyżby?

 Burknął oskarżycielsko, skupiając w moich oczach cały chłód swych przenikliwych, błękitnych źrenic.- W porządku, w takim razie co takiego, o niej wiesz? Jak ma na imię? A może uraczyła cię także swoim nazwiskiem, hmm?

- No, w zasadzie to...

 Mruknąłem speszony, wnet zdając sobie sprawę jak niewielki jest zasób wiedzy, który wraz z wyidealizowanym portretem, skrył się gdzieś w mojej głowie, gdzieś w szufladzie zaszyfrowanej niczym innym, lecz imieniem nastolatki.

- Tak, jak myślałem.

 Podsumował surowo Nate, na co jedynie skinąłem głową twierdząco.

- Wciąż jednak uważam, że mógłbym jej pomóc.

Oznajmiłem stanowczo, na co brwi przyjaciela przywitały się wzajemnie gdzieś na samym środku zmarszczonego czoła.

- ,,Uważasz".
Prychnął pogardliwie.- I co?
Znowu z tej swojej jebanej dobroduszności wpakujesz się w jakieś bagno?

- Przestań.

 Warknąłem ostro, instynktownie wyczuwając do czego zmierzają wszelkie gorzkie słowa jakimi teraz raczył mnie chłopak, słysząc ton mojego głosu niebieskooki jakby skapitulował, a uniósłszy ręce nad głowę, dodał.:

 -  Dobrze.Rób jak uważasz...

 Rzucił ostro, a odwróciwszy się na pięcie w kilku krokach pokonał przedpokój, lecz nim zacisnął palce na chłodnej klamce frontowych drzwi, powietrze po raz kolejny zadrżało pod ciężarem jego słów.- Tylko pamiętaj na przyszłość, że cię ostrzegałem...- przestrzegł życzliwie, a trącając nastolatkę ramieniem wyszedł z domu, zatrzaskując za sobą drzwi.
(...)

 I wnet nastała cisza, tak cicha i nieprzenikniona iż nawet dreszcz jaki teraz naznaczył moje ramiona zdawał się posiadać tonację równą do tej jaką szczyci się dzwon u wieży kościelnej, a choć trwała ledwie przez strzępki minut, gdy w końcu odeszła było zupełnie tak jak gdyby gościła w moich płucach przez długie, długie lata świetlne...

 - Nie powinnaś była wysłuchiwać jego słów...on...Nate po prostu...jest moim przyjacielem i chce mnie w jakiś sposób ustrzec przed...

 Szepnął brązowooki, bezpowrotnie przerywając nić jaką poczęło oplatać nas milczenie.

 - Nie tłumacz go, Bruno.

 Przerwałam mu głosem wyzutym z wszelkich emocji, a obróciwszy się na pięcie niespiesznie, dość chwiejnie wręcz, ruszyłam ku uchylonym drzwiom pokoju chłopaka by, delikatnie zamykając za sobą drzwi móc ułożyć się na zaścielonym świeżą, pachnącą narzutą łożu, zamknąć oczy i zrozumieć wnet, że znalazłam się w miejscu gdzie być mnie nie powinno...

                                                                 *     *      *

 Przeczesując palcami długie, hebanowe kosmyki zbłąkane gdzieś przy rozgrzanym, purpurowym policzku po raz ostatni przelotnie zerknęłam na swoje odbicie, a posyłając dziewczynie w lustrze przepełniony smutkiem uśmiech wolnym, posuwistym krokiem weszłam na oświetlony powoli budzącym się do życia Słońcem korytarz by, zgarniając z niewielkiej szafki w rogu wszelkie należące do mnie rzeczy, a z wieszaka cienką kurtkę.
 By, zakreśliwszy na skrawku czystego papieru krótkie: "dziękuję" równie bezgłośnie ruszyć ku prowadzącym do wyjścia drzwiom i finalnie zastać w nich pochmurne oblicze dobrze zbudowanego blondyna, o oczach tak intensywnych jak gdyby w jednym spojrzeniu prześwietlały człowieka na wylot, w każdym znaczeniu tego wyrażenia...

 - Wychodzisz?

 Zagaił przybysz, z konsternacją wpatrując się w ciemny materiał kurtki jaką od dłuższej chwili nieprzerwanie  dzierżyłam w z lekka rozedrganej dłoni.

 - Właśnie tak.

 Przytaknęłam chłodno, chcąc go wyminąć.

 - Jasne, poczekaj...

 Westchnął w jednej chwili odgradzając mnie od wszelkiej drogi ewentualnej ucieczki.- Słuchaj, Skylar...-
zaczął, a na dźwięk swojego imienia wypowiedzianego z jego ust, na moje ramiona wdarł się wnet przenikliwy, nieznośnie chłodny dreszcz.-...ja...nic do ciebie nie mam, w zasadzie nawet cię nie znam, ale...chcę żebyś wiedziała, że...robię to by, go chronić...po prostu nie chcę by, po raz kolejny przechodził przez coś na co zdecydowanie nie zasłużył i dlatego...

- W porządku, Nate, wiem do czego dążysz i chyba nawet się z tobą zgadzam...Chcę tylko byś przyswoił sobie, zapamiętał i zrozumiał, że w taki sposób na pewno nie zdołasz mu pomóc, co najwyżej zaszkodzisz...

 Szepnęłam, a posyłając mu ostatnie, uważne spojrzenie przekroczyłam próg domu, z myślą iż dla wszystkich  lepiej będzie jeśli już nigdy tu nie wrócę...
                                 
          *     *      *     

 Przełykając z trudem, drżącymi palcami nacisnęłam na klamkę ekskluzywnie wyposażonego, wypucowanego sportowego samochodu, a nachylając się nieznacznie pospiesznie zasiadłam na fotelu pasażera, pozwalając by, do moich nozdrzy niepodzielnie wdarła się woń wody kolońskiej, którą choć pachniała naprawdę dobrze zdążyłam już znienawidzić...

 - Dzień dobry, panienko.

 Mruknął szarmancko mężczyzna za kierownicą i nim zdążyłabym się nazbyt oddalić (na tyle, na ile pozwoliło by, mi na to nie przesadnie obszerne wnętrze samochodu) jego chłodne wargi naznaczyły mój policzek przelotnym muśnięciem, które jednak niepostrzeżenie zeń starłam, kiedy tylko nadarzyła się ku temu okazja...
 Luke Dramah, jeszcze przez moment przyglądał mi się uważnie, a kiedy zdawał się znaleźć to czego tak wytrwale poszukiwał uśmiechnął się z zadowoleniem i budząc do życia pojemny silnik auta, który teraz za sprawą kluczyka w stacyjce warknął drapieżnie niespiesznie wytoczył się z bocznej uliczki na powoli wzrastającą w użytkowników obwodnicę prowadzącą niemal dookoła Nowego Jorku.

- Zawsze jesteś taka małomówna, Słońce?

  Spróbował ponownie nawiązać jakiś kontakt na co posyłając mu pełne niechęci spojrzenie burknęłam dobitnie.:

- Zawsze, jeśli jedynym potencjalnym rozmówcą jest człowiek, którego nie znam i szczerze powiedziawszy nie mam zamiaru poznawać,ani w bliższej ani tej dalszej przyszłości.

 Skwitowałam chłodno,  na co usta mężczyzny wykrzywił wyraźny grymas niezadowolenia, który jednak zastąpił ciepłym, lecz mimo wszystko przygaszonym uśmiechem.

 - Cóż, w porządku. Najwyraźniej potrzebujesz trochę czasu, rozumiem.

 Westchnął cierpliwie, na co ponownie jedynie przewróciłam oczami z niekrytym poirytowaniem, czego on jednak nie zarejestrował, a nawet jeśli, to z największą dokładnością ukrył wszelkie świadczące ku temu znaki.

 Przełykając więc z cicha zapatrzyłam się w punkt, gdzieś daleko za przednią szybą samochodu, gdzieś gdzie tak bardzo chciałam się teraz znaleźć....

 I trwając tak na pograniczu jawy i snu, pozwoliłam by, mężczyzna przy akompaniamencie cichych pomruków silnika oraz kołyszącego do snu szmeru kół na szutrowej drodze dojazdowej, zaprowadził nas na dziedziniec eleganckiego hotelu, gdzieś z dala od miasta...
(...)

 [zabieg użyty tylko ze względu na poniższy fragment opowiadania]

 - Nie musisz się mnie wstydzić, Sky.

 Odparłem łagodnie kiedy obejmując smukłą talię nastolatki skierowałem nas ku głównemu wejściu do jednego z kilku wysoko notowanych hoteli, w których zdarzało mi się nocować, podczas dłuższych wyjazdów służbowych.

 - Nie możesz oczekiwać ode mnie niczego więcej, nawet cię dobrze nie znam.

 Warknęła chłodno, co jednak wprowadziło na moje wargi cień rozbawienia.
Podobał mi się jej charakter, a fakt iż była tak niedostępna tylko utwierdzał mnie w przekonaniu jak dobrą transakcją była ta, którą dokonałem z Jasonem.

- I nie oczekuję. Chcę po prostu byś przestała się denerwować bo, do prawdy nie masz ku temu powodów.

 Zapewniłem spokojnie, napawając się miękkością jej hebanowych kosmyków, które teraz z niezadowoleniem przełożyła na prawe ramię. Ona jednak pozostawała tak samo spięta i z każdą chwilą wydawało mi się niemal iż usilnie umyka myślami gdzieś daleko stąd, byle dalej ode mnie...

                                                                                *      *      *

  - Po co to robisz?

 Zaatakowała gwałtownie kiedy tylko kelner odebrał od nas zamówienia i elegancko oprawione karty dań. Hamując więc rozbawienie delikatnie pochyliłem się nad stołem,a chwyciwszy w swoje duże dłonie, jej o wiele mniejsze, wyjaśniłem.:

 - Cóż, widzisz, śliczna w życiu większości mężczyzn przychodzi taki czas kiedy postanawiamy coś zmienić, niektórzy wyjeżdżają za granicę, inni wybierają się na rejsy dookoła świata, a ja...

- A ty, płacisz grube pieniądze za marną dziwkę, tak to faktycznie ciekawy sposób na dalsze życie.

 Burknęła ostro, na co jedynie wzruszyłem ramionami.- Jesteś żałosny...

- Możliwe, ale mimo wszystko powinnaś mi być wdzięczna.

- Doprawdy? Niby za co?

- Mogę odmienić twoje życie, Słońce.

 Mruknąłem, pieszczotliwie gładząc jej wyziębiony policzek.

- Skoro tak bardzo chcesz zabawić się w dobrego wujka, to trzeba było pomóc tamtej siedemnastolatce, Arianie.

 Sapnęła niechętnie, a na wspomnienie tego imienia na moje ramiona natychmiast wystąpiło kilka chłodnych kropel...

- Ariana...

Mruknąłem niewyraźnie, a słysząc to migdałowe źrenice dziewczyny poczęły skrupulatnie przewiercać mnie od środka. - Moja malutka Ari...

 Dodałem ciszej, czując wnet jak na wspomnienie imienia córki,
serce przyspiesza swój rytm...
_________________________

 Witam, Kochani! 

 I z góry ogromnie PRZEPRASZAM, lecz ostatnimi czasy pochłonęły mnie kolejne egzaminy, jednakże już jestem...

 Co więc sądzicie, o powyższym rozdziale?
 Ktoś z Was dopatrywał się może jakiegoś związku między tą dwójką?

 Piszcie proszę, co Wam w łebkach świta i jak tam wrażenia co do przyszłego świadectwa. :)

 Pozdrawiam gorąco, życzę milutkiego weekendu i już niebawem zapraszam na następny, już 20 rozdział!

<3

poniedziałek, 30 maja 2016

18.Milion dolar baby...

   Ból nadszedł jeszcze przed tym gdy oczy ponownie spojrzały na świat.
I narastał, narastał z każdym świszczącym oddechem, z pojedynczym ruchem dotychczas unieruchomionych nerwów oraz płytkim, urywanym wydechem.
 I nim rozwarły się powieki zza kurtyny rzęs po bladym policzku spłynęło kilka chłodnych łez.

 - W końcu!
Usłyszałam nad sobą zachrypnięty męski głos, a następnie czyjaś ręka z pogardą szarpnęła moje  ramię ku górze, zmuszając tym samym bym wstała na równe nogi.

 Starając się utrzymać w pozycji pionowej, jęknęłam cicho, a gdy ciałem zachwiało osłabienie nieprzytomnie oparłam biodro, o kant biurka.

- Wyspałaś się, księżniczko? Mam nadzieję...
Warknął McKhan delikatnie ciągnąc mnie ku sobie.- ...bo, klient już na ciebie czeka. Dobrze ci radzę, nie zawiedź mnie. Ten facet to najgrubsza ryba w stawie, wiesz co to znaczy?

Wymruczał wprost do mojego ucha.
Nie rejestrując wielu z wypowiedzianych przezeń słów jedynie pokiwałam głową przecząco.

- To oznacza, iż musi być zadowolony. Sama rozumiesz, moja kieszeń sama nie zapełni się zielonymi, a tak się składa, że bardzo by, się przydały...

 - Ale...dlaczego ja?
Jęknęłam, ocierając z kącika oka osiadłą weń łzę i rzucając mu pełne boleści spojrzenie.

- Ponieważ jesteś warta więcej niż reszta tych szmat, młodziutka, zgrabna....
Objaśnił, a na dźwięk owych słów moje serce zaprzestało pracy.

- Chcesz powiedzieć, że...czy ty...chcesz mną handlować?!
Krzyknęłam przerażona, a mój głos uniósł się wnet o dwie oktawy przez co mężczyzna skrzywił się na moment.

 - Cóż... Nie do końca.

- Nie do końca? To co, kurwa w połowie?
 Warknęłam, czując jak ostry ból jaki dotychczas obejmował moje skronie wlewa się niespiesznie i do pozostałych komór  w drżącym z napięcia ciele.

 - Uspokój się, słońce To tylko...drobna przysługa, pożyczka.
Odparł mężczyzna wyciągając ku mnie swoją otwartą dłoń. Nim jednak zdołał mnie dotknąć, zrozpaczona, zniesmaczona i przerażona odskoczyłam w tył, z impetem wpadając na obrotowy fotel dotychczas przyczajony gdzieś za lewym kantem biurka.

 - Nie masz cholernego prawa.
Wysyczałam, przez zaciśnięte zęby na co usta Jasona rozciągnęły się w pełnym rozbawienia uśmieszku.

 - Ależ oczywiście, że mam...
Oznajmił i nim zdążyłam się zorientować z gładkiego blatu, posłała mi uśmiech moja własnoręcznie złożona na zadrukowanym papierze, pochyła parafka.

 Zamrugałam pospiesznie po czym kilkukrotnie rozchylałam i zaciskałam wargi, nie potrafiąc znaleźć w sobie choćby najkrótszych słów.

- ...sama widzisz...
Skwitował brązowooki i nim zdążyłam się odsunąć nachylił się nad biurkiem po czym niemal z pieszczotą pogładził palcami mój wilgotny policzek.- A teraz dobrze ci radzę, kociaku, wytrzyj oczka, pozbieraj swoje zabawki i idź poprawić makijaż. Nie możesz przecież przynieść wstydu tatusiowi.

 Wymruczał, a ja niczym zahipnotyzowana podniosłam się na równe nogi i poprawiwszy włosy tak by, zakryły łzy, wymaszerowałam z pomieszczenia wprost na opustoszały korytarz.

                                                       *      *      *

   Zmrużywszy oczy raz jeszcze przejechałam opuszką po opuchniętym, zarumienionym policzku po czym westchnąwszy głęboko ujęłam w palce puchaty pędzel do pudru i kilkakrotnie musnęłam nim niedoskonały skrawek twarzy sycząc przy tym z nieprzyjemnego bólu. A odsunąwszy się nieznacznie krytycznym spojrzeniem zmierzyłam efekty swej jakże mozolnej pracy, po czym kwalifikując ją do kasty z tytułem: ,,przyzwoicie' zajęłam się nakładaniem poprawek na czarne obwódki jakie rozmazany tusz wymalował dookoła oczu.

 - McKhan kazał przekazać byś...
Usłyszałam za plecami niepewny głos Ari - zaledwie siedemnastoletniej dziewczyny, szatynki, która jak sama stwierdziła trafiła tu ,,tylko na moment i tylko dla łatwych pieniędzy". A ten moment, o ile dobrze kalkuluję osiągnął teraz pułap pięciu miesięcy...- mój Boże...

 Szepnęła nastolatka, zakrywając usta chudymi dłońmi i z przerażeniem zapatrując się na określony punkt gdzieś w obrębie mojej twarzy.

- Co...dlaczego?
Jęknęła przerażona, na co moje usta rozciągnęły się w melancholijnym uśmiechu.

 - To nic takiego.
Mruknęłam, czując dziwne zażenowanie faktem, iż nie udało mi się tego ukryć tak dobrze jakbym tego chciała.

 - Czy mogę...
Zaczęła, lecz głos najwidoczniej odmówił jej dalszej współpracy...

 - Jedyne co możesz zrobić to pomóc mi z uporaniem się z tym makijażem. Tak żeby nie było ani śladu.
Westchnęłam głęboko, załamując ręce.

 Nie chciałam by, to widziała.
Sama z trudem utrzymywałam swoje zmartwienia, a i z jej nie było mi łatwiej...
 Słysząc moje słowa szatynka jedynie skinęła głową, a pocierając delikatnie zaznaczone oczy, ruszyła w moją stronę by, po chwili nachylając się nade mną stanąć w walce, o zamaskowanie mojej krzywdy...

 Nie byłam w stanie powiedzieć ile trwały nasze wojenne poczynania, wiedziałam tylko iż gdy nastolatka w końcu się ode mnie odsunęła, obracając mnie na powrót ku gładkiej tafli lustra przed moimi oczami stanęła zupełnie inna dziewczyna.
Nieznajoma.
Nie tamta wyzywająca, którą zwykłam widywać co noc, ale i nie ta skryta, którą byłam gdy wschodziło słońce.
Nieznajoma.
Inna, zupełnie nowa ja....

- Ari...to niesamowite.
Wydukałam, z zachwytem popatrując na idealne kreski tuż pod kakaowym okiem i wywinięte rzęsy, ponętnie wachlujące nad górną jego linią.

 - To nic takiego...
Wymamrotała dziewczyna, przewracając oczami gdy tylko nasze spojrzenia wpadły na swój ślad.

 - Nie przesadzaj... Jesteś niezrównana...
 Pochwaliłam raz jeszcze, a wtedy stało się coś czego nigdy bym się nie spodziewała.

 Nim zdążyłam zareagować, szczupła nastolatka padła w moje ramiona i zaniosła się cichym, rozrywającym serce szlochem.

 - Ja nie chcę tu być...
 Szepnęła szatynka, obejmując mnie ramionami.- ...nigdy nie chciałam, chciałam skończyć szkołę. zawsze marzyłam też by, prowadzić swój własny salon kosmetyczny, ale ona...ona zawsze musiała stawiać na swoim, ojciec był ślepy bo, się zakochał, ona natomiast nigdy go nie kochała. Zawsze liczyły się dla niej tylko pieniądze...Nie mogłam dłużej na to patrzeć i pewnego dnia spakowałam się i uciekłam... Byłam samotna...a on pojawił się tak nagle i zaoferował pomoc...Był jak ojciec...lepszy ojciec, do czasu...

 Mamrotała, a jej słone łzy nieprzerwanie obmywały ciemny materiał mojej zwiewnej, czarnej bluzki. Objąwszy ją ciaśniej, wtuliłam twarz w gęstwinę jej prostych, kasztanowych pasm, pozostawiając na nich kilka drobnych pocałunków.

- Ciiii...spokojnie maleńka....Posłuchaj mnie...
Szepnęłam, łapiąc ją za chude ramiona i delikatnie od siebie odsuwając, tak, by móc spojrzeć w jej duże, orzechowe źrenice.- Wyciągnę cię stąd, słyszysz? Wyciągnę...

 Powiedziałam niemal szeptem, wnet zdając sobie sprawę iż zrobię wszystko by, tylko dotrzymać tej obietnicy...
                                                  *      *      *

 - A oto i nasza Skylar...

 Oznajmił rozradowany głos Jasona gdy tylko wychyliłam się zza ciężkich, drewnianych drzwi.- Długo kazałaś na siebie czekać, perełko.

Mruknął McKhan, momentalnie znajdując się tuż u mojego boku.

 - Nie czekalibyście tak długo, gdybyś nie był takim sukinsynem...
Burknęłam oschle, na co ten delikatnie klepnął mnie w pośladek co jednak zignorowałam, skupiając całą swoją uwagę na zadbanym, Mulacie tuż po trzydziestce. Na oko.

- Luke, to właśnie Sky, ozdoba wśród moich dziewczynek, Skylar, oto mój przyjaciel, Luke Dramah, o którym ci wspominałem...

 Ku mojemu zaskoczeniu trzydziestolatek momentalnie podniósł się na równe nogi i pochwyciwszy moją dłoń w swoją, dwukrotnie większą złożył nań drobny pocałunek i uśmiechnąwszy się szarmancko, rzekł.:

- Mów mi po prostu Luke, panienko.
 Oznajmił chrapliwie, a mi przyszło do głowy, iż gdyby nie sytuacja w jakiej przyszło nam się zapoznać, mogłabym nawet uznać iż niejaki Luke Dramah, to doprawdy czarujący facet.

Ale z oczywistych powodów wcale tego nie zrobiłam...

 - Dobrze więc, skoro przeszliśmy już przez część wstępną proponowałbym ubicie targu, jakieś propozycje, Dramah?

 Zahuczał głos McKhana, momentalnie wyrywając mnie ze szklanej bańki w jakiej zamknął mnie przenikliwy, przerażający wręcz wzrok szklisto-niebieskich źrenic szatyna.

- Ah, tak...Cóż, więc...Co powiesz na trzydzieści pięć tysięcy na dzień, Jason?

- Mało.

- W porządku, więc może chociaż pięćdziesiąt cię przekona?

 Było to uczucie dziwne, zupełnie tak jak gdyby wszystko to działo się gdzieś poza mną, gdzieś daleko, jak gdyby było jedynie filmem, do bólu realistycznym, lecz wciąż tylko filmem.
Oto bowiem stałam się żywym przedmiotem zaciętej licytacji...
                                                         
                                                            *      *      *

 - Na więcej się nie zgodzę.
Zagroził Luke popatrując przemiennie to na mnie to na mojego ,,sprzedawcę".

 - Daj jeszcze sto, a będzie twoja...
Zachęcił tamten, na co oczy potencjalnego nabywcy przekręciły się teatralnie.

- Dziewięćset pięćdziesiąt.
Rzucił mężczyzna ze szklanymi oczami, a wargi McKhana uniósł wnet delikatny, przebiegły uśmieszek.

- Milion, a Grey będzie twoja.

- Dziewięćset sześćdziesiąt i ani centa więcej.
Burknął Luke, lecz negocjującemu najwyraźniej nie wystarczyła owa, kusząca oferta.

- Milion i ani centa mniej...
Upierał się zażarcie by, w końcu dojść do swojego.

- Niech będzie i milion.
Warknął tamten z rozdrażnieniem przeczesując swe kruczoczarne sitowie.

- Wiedziałem, że się skusisz, Dramah...
Odparł z zadowoleniem, a uścisnąwszy swemu klientowi dłoń, powrócił do mojej osoby.

-  A więc się żegnamy, kruszynko.
Mruknął wsuwając palec pod mój podbródek i zmuszając mnie do spojrzenia sobie w oczy.

- Nienawidzę cię.
Warknęłam, usilnie zagryzając drżącą wargę.

- Ja również będę za tobą tęsknił.
Odparował, puszczając ton mojego głosu mimo  uszu.

 Z trudem hamując łzy wyswobodziłam się z jego objęć, a rzuciwszy ukradkowe spojrzenie popatrującemu na mnie szklistookiemu mężczyźnie wybiegłam na zaciemniony korytarz klubu i nie bacząc na przechadzające się po nim dziewczyny ruszyłam biegiem ku drzwiom ewakuacyjnym.
Nim jednak udało mi się do nich dobrnąć dobiegł mnie niski, chrapliwy głos.:

- Będę u ciebie pod domem, jutro, o dziesiątej. Bądź gotowa...

Słysząc to jedynie zacisnęłam na moment powieki, po chwili szeroko je rozchylając...

 Chcąc wierzyć iż to wszystko nie dzieje się naprawdę, że to tylko koszmar...
Jeden z wielu...
(...)

 Przekręciwszy klucz w zamku wszedłem do zacisznego wnętrza skąpo oświetlonego domu, a wyzbywając się kurtki i butów niespiesznie ruszyłem ku kuchni, skąd napełniwszy szklankę wodą udałem się do ostatecznego celu mojej podróży.- Jasnego narożnika, na którym teraz rozsiadłem się wyczerpany, tuż obok zapatrzonego w migocący ekran telewizora blondyna.

 - Ciężki dzień?
 Zagaił przyjaciel, dopiero po chwili odrywając wzrok od punktu w jaki wgapiał się od dobrych kilku minut.

 - Cholernie.
Westchnąłem bezsilnie i już miałem zmienić temat, gdy wnet całe pomieszczenie przeszył ostry dźwięk dzwonka do drzwi.

 Zdezorientowany zerknąłem na Nate'a, który teraz obdarzył mnie tak samo zagadkowym spojrzeniem.

- Ummmm...ja otworzę.
 Odparł tamten i nim zdążyłem zaingerować już niemal łapał za klamkę od drzwi.

 Kuszony zaciekawieniem przyciszyłem telewizor, w idealnym wprost momencie by, usłyszeć jej cichy głos.

- Przeszkadzam?
Wyszeptała słabo i nim któreś z nich zdążyło nabrać powietrza stanąłem u boku blondyna, a na jej widok moje oczy rozszerzyły się kilkakrotnie...

- Co się...
Zacząłem lecz nim zdołałem dokończyć, ta poprosiła krótko.

- Ratuj mnie, Bruno.
Ratuj...
________

 Witam!
I ogromnie przepraszam za to drobne spóźnienie...
Kolejne.

 Co wy na to?
Spodziewaliście się po McKhan'ie czegoś podobnego?

 Piszcie śmiało i wracajcie już w niedzielę!
<3

wtorek, 24 maja 2016

17. Touch of sweeteness in the world of biteness...


   I wnet nadchodzi ta jedna, jedyna chwila gdy musimy zostawić nasze troski za sobą tylko po to by, rzucić się wpław potoku smutków tej drugiej osoby by, być opoką gdy fala spycha ją w głąb morza by, być ostatnią deską ratunku wtedy gdy pozostałe koła  już dawno zatonęły...

- A więc to już definitywny koniec?
Zagaił głos zza moich pleców, przez co wzdrygnąłem się przestraszony, a odwróciwszy twarz w stronę z której dochodził począłem wnikliwie śledzić rysy twarzy przyjaciela.

- Do twojej wiadomości, nie było nawet początku.
Burknąłem chłodno, a wyminąwszy go pospiesznie, wróciłem do wnętrza domu, z niezadowoleniem zauważając iż Nate niestrudzenie podąża moim śladem.

- Jasne i właśnie dlatego biegałeś za nią jak zniewieściały gnojek.
Ogarnij się, stary!
Wybuchnął gwałtownie blondyn, momentalnie podnosząc ciśnienie także mnie.

- Nate, do cholery, pozwól, że powiem to raz jeszcze:  nie jestem już małym chłopcem i umiem sam, o sobie stanowić.
Warknąłem, czując jak poziom mojej irytacji niebezpiecznie wykracza poza dozwolone normy, a co za tym idzie- zdecydowanie zbliża się czas odpowiedni na  udanie się na wieczorną zmianę.

- Ach, tak? Wybacz, ale jakoś nie zauważyłem bo,tak się składa, że nieprzerwanie zachowujesz się jak ostatni gówniarz!
Wycedził chłopak, po czym rozsiewając wokół siebie niemal namacalną wściekłość ruszył ku uchylonym drzwiom swojego pokoju, tym samym definitywnie ucinając naszą pozamałżeńską sprzeczkę, których swoją drogą w ostatnim czasie bywało wiele, zdecydowanie zbyt wiele...

 Jeszcze przez moment z zamroczeniem patrzyłem na zatrzaśnięte drzwi, za którymi zniknął, a otrząsnąwszy się z letargu pokręciłem tylko głową i wydając z siebie przeciągłe westchnienie narzuciłem na ramiona materiał czarnej kurtki by, już po chwili w pośpiechu przemierzać powoli zaludniające się spragnionymi szaleństwa studentami, jasno oświetlone ulice.
                                                       *      *      *

  Korzystając z chwili swobody, niepostrzeżenie wymknąłem się tylnym wejściem by, choć przez chwilę pooddychać mroźnym późno-listopadowym powietrzem. Jesień zdecydowanie ustąpiła już miejsca zimie, a ta z kolei wyraźnie dawała znać, o tym w kogo władanie wszedł teraz Nowy Jork.
Wydychając więc kolejny, niewielki obłok pary, ciaśniej zakleszczyłem się w połach ciemnego płaszcza i w zamyśleniu rozejrzałem dookoła.W najbliższej okolicy trudno jednak było, o coś co mogłoby, się nadać na obiekt obserwacji, ot zwyczajna, mroczna uliczka. Niewiele cichsza od wszystkich pozostałych, dzisiejszego wieczoru tak chętnie obleganych przez skorych do harców nowojorczyków.
A jednak moją uwagę zwrócił pewien niezidentyfikowany w nikłym świetle, mrugającej latarni kształt. Naglony ciekawością, postąpiłem jeszcze parę kroków w przód by, finalnie zatrzymać się w pół kroku i z niedowierzaniem obserwować ciemne pasma, niesfornie oblepiające mokrą od łez twarz dziewczyny.

 - Skylar?

Wyszeptałem, zdezorientowany okolicznościami w jakich przyszło mi ponownie spotkać tą, która od tamtej, jakże bohaterskiej i bądź co bądź desperackiej odsieczy z mojej strony, wtedy w klubie, na stałe zagrzała honorowe miejsce gdzieś w odmętach mojego umysłu.

 Na dźwięk swojego imienia skulona brunetka drgnęła niespokojnie, a uniósłszy nieznacznie głowę posłała mi rozdzierające serce, przesycone smutkiem i bezsilnością spojrzenie.
Przełknąwszy z trudem postąpiłem jeszcze kilka kroków w jej stronę, a przysiadłszy tuż obok na zlodowaciałym, betonowym stopniu począłem wnikliwie obserwować szlak goniących jedna za drugą po jej pergaminowo-białym policzku, słonych łez.
Ona natomiast nieprzerwanie wypłakiwała swoje śliczne oczęta, z każdą chwilą coraz to mniejszą porcją łez by, w końcu wraz z upływem dziesięciu, czy dwudziestu minut, które jednak wystarczyły by, kostki moich palców pokąsał dotkliwie nieprzyjemny chłód późnej pory, otrzeć zziębniętymi dłońmi wykrzywioną smutkiem twarzyczkę i raz jeszcze zmierzyć się z moim spojrzeniem.

   I znów przez nasze palce poczęły przeciekać kolejne minuty, które oboje pożytkowaliśmy na skrępowane niemocą milczenie, w końcu jednak ku mojej niepohamowanej uciesze na przekór owego milczenia wystąpiła brązowooka.:

 - Nie powinieneś widzieć mnie w takim stanie...
Wybełkotała, a ja mimowolnie przyjąłem do wiadomości fakt iż nastolatce daleko już do stanu choćby nikłej trzeźwości.
Mimo to nie odezwałem się, podświadomie czując, iż dziewczyna wcale nie potrzebuje jakiegokolwiek komentarza z mojej strony.-...ale skoro już widzisz...Pewnie patrzysz na mnie i myślisz jaką to trzeba być szmatą by, doprowadzić się do tego stanu...-wychrypiała z pogardą, odrzucając w ciemność tlący się jeszcze niedopałek i ponownie zanurzając mnie w głębi swojego spojrzenia.- Nawet nie mam ci tego za złe. Sama rzadko zdobywam się na to by, spojrzeć w lustro...

- Nie mów tak.
 Wychrypiałem z trudem znajdując siły by, wydobyć z siebie głos.
W jakiś sposób, wszystkie te gorzkie słowa, które kierowała pod swój adres, bolały także mnie. Zupełnie tak jak gdyby oddychając tym samym powietrzem, żyć w tej samej osobie, lecz być jej drugim, wrażliwszym wcieleniem...

- Taka jest prawda.- Burknęła oschle, odganiając z twarzy ostatnie ciemne pasma, przyciągane do bladej cery przez powoli zasychające łzy.- Wszyscy za taką właśnie mnie mają, nawet dla rodzonego ojca byłam tylko darmową dziwką, gdy tylko matki nie było w domu.
Ciągnęła, a pojmując znaczenie jej słów po moich plecach przegalopowało wnet nieposkromione stado, mroźnych dreszczy. Ale ona zdawała się tego nie zauważyć, zupełnie tak jak gdyby wraz z trzeźwością była w stanie odebrać sobie również jakiekolwiek ludzkie odruchy, skierowane ku własnej osobie.- Ale w zasadzie co ty możesz, o tym wiedzieć? Twoi rodzice na pewno bardzo cię kochają, pewnie pochodzisz z dobrego domu, a cały ten przyjazd do Brooklynu był twoim widzi mi się, czyż nie?

 Zadała pytanie, lecz nim zdążyłem choćby otworzyć usta, ona zamknęła je stanowczo delikatnym dotykiem wskazującego palca, którym teraz sunęła niespiesznie po moich wargach. Sprawiając iż moje powieki mimowolnie odcięły ślepiom możność spoglądania na skąpany w łunie nocy świat.- Ja natomiast naraziłam kogoś kto naprawdę mnie pokochał na śmierć. I prawdopodobnie nie skłamię jeśli powiem, iż byłam przyczyną tego co miało miejsce...zabiłam go...

 Dodała i choć z trudem wychwyciłem owe słowa, doskonale wyczułem narastające w jej głosie drżenie.
Wnet zapragnąłem posiąść moc, która osuszyłaby, jej łzy, tak silną bym był w stanie przejąć od niej wszelkie mroczne duchy, bezlitośnie szargające jej i tak, wystarczająco dotkliwie skrzywdzone serce. Siłą impulsu, moje ramię delikatnie objęło jej drżące ramiona, odruchem jej bezsilności natomiast policzek dziewczyny, delikatnie przylgnął do mojej piersi.

 - Dobrze wiesz, że to nie prawda.
Wyszeptałem w upajającą woń jej brunatnych pasm, a wsunąwszy palec pod jej rozedrganą brodę zmusiłem ją by, posłała mi jeszcze jedno, jedyne spojrzenie.- Nie jesteś niczemu winna, tak czasami bywa, I jego śmierć nie jest niczyim przewinieniem...Posłuchaj...wiem, że zabrzmi to okrutnie, ale...ludzie rodzą się i umierają, przychodzą by,  finalnie po prostu odejść i żadne z nas, bez względu na to jak bardzo byśmy tego pragnęli nie zdoła zmienić losu, ani wydłużyć czyjejś linii życia...

 - Co ty możesz, o tym wiedzieć...
Burknęła pogardliwie, a owe słowa w niewyjaśniony sposób przebiły swym ostrzem i tak już umęczone przyjmowaniem kolejnych ran, serce.

- Zdziwiłabyś się.
Mruknąłem ponuro, na co dziewczyna nie odrywając chłodnego policzka od mojego,  równie lodowatego
obojczyka wbiła we mnie kolejne, przenikliwie ciekawskie spojrzenie.
Westchnąwszy więc głęboko, pospiesznie rozważyłem wszelkie za i przeciw podzielenia się z nią historią, z której najprawdopodobniej (a przynajmniej taki miałem zamiar i nadzieję) winna wyciągnąć i przyswoić stosowny morał.

 Mijały więc następne minuty, w których zacięty bój toczyły moje dwa oblicza:to skryte, zbyt wstydliwe by, zechcieć podzielić się ze światem minionymi chwilami załamania, i to otwarte, pragnące wzbudzać zaufanie, pragnące chronić ją przed moimi błędami.

 - Zakochałaś się kiedyś tak bez opamiętania? Tak, jak można zakochać się tylko raz?

 Zacząłem, wysuwając na przody główny cel całej opowieści i choć nie patrzyłem w jej stronę, poczułem jak ramiona dziewczyny wpierw unoszą się nieznacznie, a następnie jej głowa kiwa się krótko z boku na
 bok.- Masz jeszcze sporo czasu...W każdym bądź razie, kiedy byłem w twoim wieku, właśnie tak się zakochałem i była to chyba najczystsza odmiana uczucia jaką dotychczas poznałem... Miała na imię Nicole, była, o rok starsza, ale nigdy tak naprawdę nie miało to znaczenia. Rodzice w zasadzie za nią nie przepadali, zawsze mówili, że ona zaprowadzi mnie na dno, ale ja ich nie słuchałem...I zamiast uczyć się do egzaminów, wystawałem pod jej domem śpiewając dla niej piosenki, których słowa wypisywałem, siedząc nocą na chłodnym parapecie i zapatrując się wpierw w czerń wieczoru, a następnie w złoto poranka.
 Ale ona nigdy nie doceniała moich starań bo, i dlaczego miała by, to robić skoro na każde jej skinienie ustawiał się u jej stóp szereg wielbicieli płci przeciwnej...Dlatego też po wielu, wielu nie udanych, nadaremnych próbach w końcu postanowiłem odpuścić...- wraz z tymi słowami mój umysł zalał wnet wartki potok, przemieszanych ze sobą wspomnień, które mimowolnie wyrwały z mojego gardła cichy dźwięk, coś na kształt śmiechu...- To z kolei zadziałało na nią jak magnez, nagle zaczęła mnie zauważać i nie mogę powiedzieć by, mnie to nie zdziwiło, ale widocznie tak właśnie działa ludzka natura... W końcu więc pomiędzy nami zaczęło się układać, znów podciągnąłem się w nauce, nic przy tym nie mówiąc rodzicom.
Dzięki niej poczułem się naprawdę szczęśliwy...Była moim powodem by, oddychać, by walczyć i kiedy już przywykłem do tej myśli, do faktu iż ktoś taki jak ona zagościł w moim życiu, Nicole...oznajmiła, ze wyjeżdża, na zawsze... Nigdy nie powiedziała dlaczego, nie powiedziała nawet gdzie, po prostu odeszła...
 Długo po tym nie mogłem wrócić do normalnego trybu życia, nie chodzi, o to że się stoczyłem, po prostu...było tak jakby ktoś odebrał mi sens życia...wiem, że brzmi to absurdalnie, ale tak właśnie było, a przynajmniej wtedy tak to odczuwałem. W końcu zebrałem się w sobie i postanowiłem się dowiedzieć, gdzie wyjechała, Jej matka długo kazała się prosić, o uchylenie rąbka tajemnicy, ale w końcu po długich dniach namowy zająknęła się na temat Brooklynu.
Nigdy jeszcze nie podjąłem tak wielu irracjonalnych decyzji dotyczących własnej przyszłości, w jeden wieczór postanowiłem, o swoim wyjeździe i o związaniu całego życia z moją drugą miłością- muzyką. Wraz z wejściem na pokład samolotu, definitywnie zakończyłem pewien etap w swoim życiu, definitywnie pożegnałem się również z rodziną...Byłem zaślepiony...

 Przerywając na moment, upewniłem się iż siedząca u mojego boku Sky wciąż słucha mojej przemowy i rzuciwszy jej ukradkowe spojrzenie z radością zanotowałem, iż nieprzerwanie, w głębokim skupieniu nasłuchuje moich słów.

 - Co było dalej? Kiedy już przyjechałeś tutaj, na Brooklyn, odnalazłeś ją?

- Tak...Zajęło mi to niemal całe lato, ale w końcu się udało. Wpadliśmy na siebie w jednym z barów, w którym właściciel dobrodusznie pozwolił mi grywać w piątkowe wieczory, co prawda marne były z tego pieniądze, ale ja zachłysnąłem się samą ideą gry... Poznała mnie, widziałem jak jej słaby uśmiech przybiera na sile gdy idzie w moją stronę, a moje serce biło tak, jak gdyby niebawem, miało rozerwać mi pierś...
 Rozmawialiśmy, długo...jednak ona nigdy nie wyjawiła mi dlaczego tak właśnie postąpiła, choć po prawdzie nigdy jej o to nie zapytałem, tak na poważnie. Nie dlatego, że nie miało to znaczenia...Po prostu, uczucie jakie zagościło we mnie wraz z jej ponownym spotkaniem, przyćmiewało wszystko. Nie trudno jest się domyślić co miało miejsce potem...jak ostatni naiwny kretyn, wierzyłem w każde jej słowo, zakochałem się w niej od nowa i o ile jest to możliwe, jeszcze mocniej nic dotychczas. Wybaczyłem jej wszystko, choć ona tak naprawdę nigdy za nic nie przeprosiła... I pewnie do dziś żyłbym w tej ułudzie, gdyby nie to, co miało miejsce tamtego wieczoru...- poczułem jak głos grzęźnie mi gdzieś w krtani, a serce stanowczo zwalnia swój rytm....
                                                         *      *      *

 - Kiedy się ocknąłem jej już nie było, nie pamiętałem nic z poprzedniego wieczoru, ale podświadomie czułem, byłem pewien, że już nigdy więcej jej nie zobaczę, Wybrała jego, nie mnie... Popadłem w  najciemniejszą rozpacz jaką zna człowiek, podobną do tego z czym borykasz się ty...Zacząłem pić, skosztowałem narkotyków i wszystkie oszczędności, o ile jakiekolwiek wysupłałem, przegrywałem na stołach kasyna...I szczerze powiedziawszy, wstydzę się teraz za siebie z tamtych lat bo, wiem że gdybym wtedy potrafił się pozbierać, teraz moje życie wyglądało by, zupełnie inaczej...Sky...wiem, że nie znamy się zbyt dobrze, ale zależy mi na tym by, cię chronić, chronić przed tym, przed czym mnie nie miał kto uratować...- przez moment naszła mnie myśl by, wyznać jej że przede wszystkim, w niezrozumiały dla mnie sposób, zależy mi także na niej, jednak nim pozwoliłem by, owe słowa opuściły moje wargi, przyszła refleksja, a wraz z nią nagłe przekonanie, iż jest jeszcze za wcześnie.
Stanowczo, za wcześnie...

 Tak więc owładnęło nas milczenie.
Nie było ono niekomfortowe, ani wyczekujące.
Było neutralne, choć może z nutką przyjemności...

 Brunetka zdawała się trawić moje słowa, ja zająłem się ustabilizowaniem rozszalałego serca....
To iż Nicole należała do przeszłości, zdecydowanie nie zasiewało we mnie żadnych złudzeń, jedynym z czym nie potrafiłem dokładnie się określić była odpowiedź na pytanie, co jeszcze do niej czuję...Bowiem doskonale wiedziałem, iż choćbym się przed tym bronił jakaś część mnie wciąż należała do niej, w czym z resztą utwierdził mnie ból, jaki przysiadł na moich barkach w noc kiedy to mój ideał, choć daleki od perfekcji,  raz jeszcze stanął przed moimi oczami....

 Nie byłem pewien ile czasu już minęło, nie wiedziałem też ile nam jeszcze zostało. Byłem pewien iż moja przerwa już dawno dobiegła końca, a jednak nie potrafiłem tak po prostu zostawić ją na chłodzie...
Trzymając w ramionach jej wątłe ciało, dokładnie wyczułem moment, w którym odpłynęła niesiona falą snu, słyszałem jak dotychczas nierówny oddech wyrównuje się...

  Niewiele więc myśląc najdelikatniej jak potrafiłem wziąłem dziewczynę na ręce i starając się oddać jej choć trochę własnego ciepła wymknąłem się najkrótszą drogą, prowadzącą do jej domu, drogą którą o dziwo zdołałem zapamiętać, Nie tak dokładnie jakbym tego chciał, wystarczająco jednak by, być w stanie dotrzeć pod te drzwi, w których ostatni raz się rozstaliśmy by, już po chwili z niewielką pomocą jej współlokatorki- Diany, ułożyć zziębniętą nastolatkę na miękkich poduszkach ciemnej kanapy i okryć szczelnie puchatym kocem...

 - Dziękuję.

 Doszedł mnie cichy głos szatynki, na moment przed tym jak przekroczyłem próg ich domu.
Odwróciwszy się na pięcie, posłałem jej słaby uśmiech, który nieśmiało odwzajemniła.

- Jeśli zapyta, nie wspominaj, że to ja ją tu przyniosłem...
Poprosiłem cicho, po czym wyszedłem, zamykając za sobą drzwi...
(...)

 Rozchyliwszy powieki, rozejrzałam się dookoła ze zdumieniem rejestrując fakt, iż znajduję się we własnym domu.
Nie pamiętałam co zdarzyło się wczorajszego wieczoru, nie byłam też pewna czy chcę, o tym pamiętać. Jedyne co wiedziałam to, to iż nie chcę by, taki wieczór kiedykolwiek się powtórzył...

 Słońce zdecydowanie zbliżało się już do kresu swojej wędrówki, to natomiast zwiastowało rychłe nadejście nocy, powrotu do klubu...
 Dźwignąwszy się więc z trudem, powłócząc nogami udałam się do łazienki by, tam zmierzyć się ze swoją największą zmorą: własnym odbiciem, w lustrze...

 I choć to co zobaczyłam nie było aż tak okropne jakbym się tego spodziewała, doprowadzenie siebie do stanu, w którym nie powstydziłabym się za siebie, pokazując się choćby najmniejszej grupie ludzi, których przypuszczalnie minę na ulicy w drodze do klubu,   zajęło mi wystarczająco dużo czasu bym pospieszny spacer zmuszona była zamienić w żwawy jogging zaciemnionymi ulicami Brooklynu.

 - McKhan chce cię widzieć...

 Doszedł mnie chłodny głos Chloe - jednej z wielu marionetek szefa.
Rzucając więc ostatnie spojrzenie na wyzywającą dziewczynę w tafli lustra stanęłam  na równe nogi i posyłając rudowłosej podejrzliwe spojrzenie, pewnym krokiem opuściłam swoją garderobę by, już po chwili pukając delikatnie w gładką nawierzchnię drzwi do jego biura, pewnym krokiem przekroczyć próg pomieszczenia...

 - Czego znowu chcesz?
Burknęłam oschle, wbijając spojrzenie w postać odwróconego plecami mężczyzny, który to słysząc mój głos momentalnie odwrócił się w moją stronę.

 - Trochę kultury, kochanie.
Żachnął się brunet w kilku krokach przemierzając całą długość pokoju i stanąwszy tuż za moimi plecami popieścić palcami wcięcie w mojej talii.- Jak się bawiłaś w Puerto Rico? Tęskniłaś?

 - Nie bądź dupkiem, doskonale wiesz po co tam pojechałam...
Warknęłam, odwracając twarz w jego stronę i odpychając od siebie jego umięśnione ciało.

 - Nie, nie wiem i nie wydaje mi się bym ci na to pozwolił.

- Nie muszę pytać cię, o to co mam i co mogę robić z moim życiem!
Podniosłam głos, czując jak powoli pochłania mnie nieokiełznany ogień wściekłości.

 - Czyżby?
Szepnął brązowooki, gwałtownie przypierając mnie do blatu biurka i siłą unosząc moje ręce ku górze, tym samym zapewniając sobie przewagę.

 - Właśnie tak.
Syknęłam ostro.

- Oh, więc pozwól, że wyprowadzę cię z tego błędu!
Krzyknął i nim zdążyłabym się odsunąć jego pięść z siłą przetrąciła mój policzek.

 Zdjęta bólem, czułam jedynie jak grunt usuwa się spod moich stóp, potem nastało kolejne bezduszne uderzenie, a powietrze przeszyły jego jadowite słowa.

- Jesteś moja, tylko moja. I radzę ci to zapamiętać, dziwko.

 Następnie trzasnęły drzwi,z  mojego gardła wydarł się zduszony ostatnim uderzeniem w brzuch jęk, a potem nie było już nic...
__________________________

 Witam i z góry ogromnie przepraszam Was za tak długi czas oczekiwania na ten rozdział.
Jako marne usprawiedliwienie podam egzaminy końcowe w college'u.
Wybaczcie...:(

 Jednak, przejdźmy do rozdziału...
Co Wy na to?
Jakie wzbudził w Was emocje?

Śmiało!
Podzielcie się swoimi spostrzeżeniami w komentarzach!

 Życzę miłego tygodnia, a na następny rozdział zapraszam już w tą niedzielę...
Ps. Jeszcze raz przepraszam...

Kocham Was!
Do zobaczenia....
<3

niedziela, 8 maja 2016

16. Something I can't stop...

  Noc była chłodna, lecz jej dotyk rozpalał ciało żywym ogniem, tak bezwzględnie parzącym iż niemal czułem jak skóra pokrywa się gorącym, czerwonym rumieńcem.
Była na wyciągnięcie ręki, tuż obok. Jednak wciąż za daleko by, móc poczuć jej obecność i gdy jej delikatne wargi zatraciły mnie w swym słodkim smaku, było zupełnie tak jak gdyby barwny motyl musnął je swymi skrzydełkami...

 Widziałem jak jej pociągające spojrzenie skrywa się za kurtyną delikatnych powiek, obserwowałem jak złociste loki opadają kaskadą na szczupłe plecy, gdy brązowooka z cichym pomrukiem odchyla głowę w tył, posyłając mi ostatnie niewinne spojrzenie zupełnie tak jakby nie wiedziała, jak doskonale przemyślaną grą pali mnie od środka, zupełnie tak jak gdyby była jedynie niewinną nastolatką, pociągającą w swej niewinności.
Ale nie była i wnet zdałem sobie sprawę, iż wszystko to co w tym momencie nas łączyło było tylko kolejnym podpunktem zaplanowanego od początku, aż po kres, skrupulatnego planu.

 - Savanah...
Mruknąłem, delikatnie ją od siebie odpychając i wbijając ostre, karcące spojrzenie w jej ogromne, karmelowe oczy.
Choć po prawdzie z nas dwojga, to mnie, o wiele bardziej niż jej należało się porządne wytarganie
za fraki.:...po co tutaj przyszłaś?

 Oboje doskonale znaliśmy odpowiedź i oboje byliśmy tego świadomi, a jednak ona uciekła się do kłamstwa.

 - Bruno...tak ogromnie cię przepraszam, pomyliłam się co do ciebie i jestem wściekła na siebie za to w co cię wpakowałam...
 Zaczęła cicho i choć grała doskonale,  jej aktorstwo na niewiele się zdało.

 - Przestań.
Burknąłem stanowczo, zakładając ramiona na klatce piersiowej.

 Zdumiona kobieta najpierw zastygła bez ruchu, tak jakby nie spodziewała się jakiegokolwiek odstępstwa od scenariusza, który jak przypuszczałem już wcześniej dokładnie przemyślała.

- Pozwól mi chociaż się wytłumaczyć!
Zaoponowała, posyłając mi kolejne żałosne spojrzenie spod kurtyny długich, idealnie gęstych rzęs.

 - Niema tu czego tłumaczyć, Savanah.
 I owszem, pomyliłaś się w mojej ocenie,a wiesz w którym miejscu ?
Zadałem jedno z retorycznych pytań, a nie czekając na jakąkolwiek reakcję z jej strony, dodałem.:
...pomyliłaś się wrzucając mnie do półki kochliwych naiwniaków, których założę się że masz na pęczki. Zastanów się więc, po co ci kolejny skoro cała ich armia spierzchnie się tutaj, gdy tylko pstrykniesz palcami?

- To nie tak.
Przerwała mi stanowczo, a w jej głosie dało się słyszeć delikatną nutkę czegoś co przeciętny człowiek nazwałby, skruchą.
Nie wiem jednak jak określało to grono z jej sfer...

- ,,Nie tak".
Powtórzyłem za nią, naśladując wiernie barwę jej głosu.- W takim razie jak?

 Słysząc frustrację narastającą w moim głosie delikatna dłoń blondynki, dotychczas niespiesznie podążająca ku moim obojczykom zastygła w bezruchu, a krwistoczerwone usta rozchyliły się nieznacznie. Szukała odpowiednich słów bo, scenariusz najwidoczniej pominął ewentualność następującego zwrotu akcji.- Nie musisz się wysilać, Savanah. Nie chcę tego słuchać i właściwie byłbym ci wdzięczny gdybyś...odeszła.

 - Wyganiasz mnie?
Nieznacznie podniósł się ton jej głosu.
Jeszcze przez moment przyglądałem jej się, zaskoczony oskarżycielskim sposobem w jaki wypowiedziała te słowa, zupełnie tak jakby wszystko to co miało miejsce było tylko i wyłącznie moją winą.
Ale nie było i ona wiedziała, o tym co najmniej tak dobrze jak ja sam.

- Wyjdź, proszę cię.

- Ale...

- Teraz.
Zarządziłem krótko, delikatnie popychając ją ku bramie by, następnie w milczeniu przyglądać się jej poczerniałej w nikłym świetle ustępującego nocy, dnia sylwetce miarowo rozpływającej się w nieprzeniknionym cieniu...
(...)

  Nie było nazbyt chłodno,a jednak chłód jaki zalęgł się w sercu mroził do szpiku kości, wlewając na ramiona kolejne fale dreszczy.
Nie było też przesadnie ciepło, a jednak wystarczająco by, wszystkie moje trzewia nie wyłączając kołatającego w piersi serca stanęły w ogniu, który wzmógł się jeszcze gdy tylko przysiadając na chłodnej płycie nagrobka ostrożnie zabrałam się za rozdzieranie nieskazitelnie białej koperty, bez adresata...

                                                                  *      *      *
      Droga Skylar !  

      Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak długo zastanawiałem się nad ubraniem wszystkiego co mam Ci do powiedzenia w odpowiednie słowa...
 Oboje dobrze wiemy jak daleko jest mi do pisarza i romantyka, jakiego Ty nierzadko we mnie szukałaś.

 Nie trudno się jednak domyślić, iż w tej sferze tak samo jak i w kilku innych odnalazłaś jedynie rozczarowanie, mam rację?
 Proszę, odpowiedz sobie na to we własnym zakresie.
Tylko szczerze...

 Czułam jak pod naporem tych słów moje serce zaciska się boleśnie,a pod powiekami uaktywniają się kolejno przepełnione źródełka kryształowych łez.
Był dla siebie niesprawiedliwy.
Zawsze taki był.
Zawsze brał na siebie wszelką winę i odpowiedzialność, chcąc tym sposobem uchronić innych przed cierpieniem, na które jak sądził nie zasługiwali.

Ale prawda była taka, że to właśnie on był tym, którego  ból winien omijać...

 Ocierając je pospiesznie wzięłam kolejno dziesięć głębokich wdechów bo, to podobno pomagało i wróciłam wzrokiem do starannie wykaligrafowanych na białym papierze, zapisanych starannym,pochyłym pismem słów...

  Odpowiedziałaś?
Jeśli tak, spójrz w niebo i podziel się nią ze mną...

 Pozwól więc, że teraz przejdę do głównego powodu, dla którego zdecydowałem się na poniższy list.

Z całą pewnością zdążyłaś już poznać całą prawdę, a to znaczy, że teraz już wiesz dlaczego przed kilkoma miesiącami zjawiłem się na Brooklynie.
 I choć wiem, że nie powinienem był bo, przecież nasze drogi rozeszły się przeszło dwa lata temu, to dziękuję...

 Dziękuję,że odkryłaś przede mną skrawek swojego teraźniejszego życia i przepraszam, że swym powrotem zmusiłem Cię do powrotu,  do tamtych lat.
Po prostu, tak bardzo pragnąłem Cię zrozumieć...
Chciałem...
Chciałem się upewnić, że jesteś szczęśliwa bo, nie wybaczyłbym sobie gdyby czas odebrał mi możność ponownego spotkania Ciebie.
Nawet jeśli byłaś ostatnią osobą, jaką spotkałem na swojej drodze...

 Nigdy jednak, o niczym się nie zająknąłem z jednego prostego powodu.
I założę się, że dobrze wiesz jakiego...
Pomyśl...

 Tak, właśnie tego nie chciałem.
Nie chciałem byś patrzyła na mnie przez pryzmat tego cholerstwa, z którym finalnie przegrałem. Chciałem natomiast byś widziała we mnie kogoś wartego Twojej uwagi...
Bo, od zawsze byłaś i już na zawsze będziesz tym małym, rozświetlającym wszystko i przysłaniającym Słońce światełkiem, które goniłem od tego pierwszego dnia, kiedy zobaczyłem Cię stojącą samotnie na chodniku przed opustoszałą szkołą.
Płakałaś, a gdy spojrzałaś mi w oczy...
Wiedziałem, że chcę być tym, który owe łzy zetrze z Twych policzków...

 I dlatego dziękuję Ci, za wszystkie chwile jakie z Tobą dzieliłem.
Nawet te gorsze...

 Na zakończenie pragnę tylko byś wiedziała, że popełniłem błąd.
Nie miałem prawa niczego na Tobie wymuszać i wstydzę się za siebie, iż zrozumiałem to dopiero teraz.
Nie chcę byś za cokolwiek się obwiniała bo, nie masz do tego powodów.

 Cóż...
Zdaje się, że najwyższy czas się pożegnać...
 Na zakończenie więc, dodam jedynie że nigdy, ani na moment nie przestałem Cię kochać i teraz życzę Ci byś i Ty znalazła kogoś takiego, kogoś kto byłby wart Twoich uczuć...

Powodzenia, kochanie.
Wszystkiego co najlepsze...

Ps. Mów do mnie zawsze wtedy gdy tego potrzebujesz,  wysłucham...

 Na zawsze Twój,
Ashton.

  Przełykając z trudem jeszcze przez jakiś czas przyglądałam się ostatnim sześciu linijkom listu, po czym zanosząc się szlochem  przycisnęłam rękopis do serca i odchyliwszy się do tyłu spojrzałam na zasnute zwiastującymi rychły deszcz chmurami, niebo.

 - Ja ciebie też Ashton, ja ciebie też...

 Szepnęłam, a czując jak do oczu napływa kolejna fala kujących łez, pospiesznie wstałam na równe nogi.

 Wnet całe podbrzusze przeszył ostry, paraliżujący w swej sile skurcz. 
Ugiąwszy się gwałtownie objęłam się w pasie ramionami i zakwiliłam cicho,  czując jak gdyby grunt osuwał mi się spod stóp...

                                                                   *      *      *

 - Halo, proszę pani....
Usłyszałam nad sobą czyjś przejęty głos, a rozchyliwszy powieki utonęłam w otaczającym mnie zewsząd morzu bieli...

- Gdzie ja...
Wymamrotałam, wciąż nie potrafiąc opanować nieznośnego bólu u dołu podbrzusza.

 - W szpitalu, ten oto miły pan twierdzi, iż znalazł panią nieprzytomną na cmentarzu...

 Wyjaśnił uprzejmie ordynator oddziału, a  moje oczy posłusznie przeniosły się na schyloną postać,starszego mężczyzny obserwującego mnie z zatroskaniem z krzesła po prawej stronie szpitalnego łóżka.

- Czy chciałaby, panienka zadzwonić do rodziny bądź krewnych?
Ciągnął lekarz, zmuszając mnie do zwrócenia uwagi na jego osobę.

- Mhhm...Nie. Chcę...
Zaczęłam, ale słowa ugrzęzły gdzieś w powoli zaciskającym się gardle.-...chcę tylko wiedzieć, co...co mi jest.
Wykrztusiłam, a spojrzawszy w niezmącone, zielone oczy mężczyzny w kitlu poczułam jak po ramionach przemykają kolejne mrożące dreszcze.

 Starszy pan wpierw potarł otwartą ręką kark, następnie przejechał pośród przerzedzonych platynowych włosów by, finalnie klękając po mojej lewej stronie chwycić mnie za dłoń, a delikatnie ją ścisnąwszy, rzec.:

- Tak mi przykro... Robiliśmy wszystko co w naszej mocy, ale...było już za późno...

 - Za późno?
Zapytałam zmieszana, dopiero po czasie zdając sobie sprawę do czego odnosiły się jego słowa...

 Obaj mężczyźni poczęli teraz bacznie śledzić cienie na mojej pobladłej twarzy, zapewne oczekiwali łez i cierpienia, ale ja nie czułam nic...
 Tylko pustkę,
szeroką i głęboką po każdy mój horyzont, niemożliwą do zapełnienia...
Jednak wciąż tylko pustkę...

 - Ja muszę...muszę stąd wyjść, teraz.
Szepnęłam, gwałtownie podnosząc się z łóżka.
Nim jednak moje postanowienie doszło do skutku zatrzymały mnie silne ramiona lekarza.

 - Nie może pani.

- Ale ja muszę!
Krzyknęłam, na co obaj moi towarzysze delikatnie się wzdrygnęli...

 - Przykro mi, jeszcze nie teraz.
Jeszcze nie teraz...
___________________

  Jestem!
I powiem Wam w tajemnicy, iż podczas pisania powyższego rozdziału zakręciła mi się w oku łza...

A jak to było z Wami?

 Przyznać się bez bicia kochani, kto potrzebował chusteczki ?

 Rozdział w porównaniu z poprzednim wypadł dość krótki, nieprawdaż?

Tak mi się wydaje, ale ważne, że zawiera w sobie wszystko (no prawie wszystko) to co planowałam by, się weń znalazło.

 Cóż, więc zachęcam byście podzielili się swoimi opiniami, życzę miłego wieczoru oraz tygodnia, zapraszam na następny rozdział już w przyszłą niedzielę i...
zachęcam do odwiedzenia mojego drugiego, dopiero co rozpoczętego opowiadania:


 Pozdrawiam gorąco, 
kocham Was !
<3