niedziela, 20 grudnia 2015

Informacja

      Ze względu na nadchodzące wielkimi krokami Święta Bożego Narodzenia oraz mój wyjazd do rodziny, do Polski,  kolejne rozdziały pojawią się niestety dopiero w okolicach Nowego Roku, to jest niedziela 03.01.2016.

 Ogromnie Was za to przepraszam, ale prawda jest taka, iż ów święta jak również Nowy Rok wiążą się  z niezliczoną ilością prac, godzinami rodzinnych spotkań i tysiącami przeróżnych czynności odbiegających od naszego ,,codziennego trybu życia".
 Tak więc na tą chwilę pozostało mi złożyć Wam kochani najserdeczniejsze życzenia.:




 W dzień Bożego Narodzenia,
wszyscy wokół ślą życzenia.
Lista życzeń bardzo długa
czy spamiętać mi się uda?
Zdrowia, szczęścia pomyślności,
niech się trafi karp bez ości,
by w ten wigilijny czas
nic nie kuło w gardło Was.
Spod choinki niech wysypie się
prezentów worek cały,
a świat wokół niech przez chwilę
chociaż będzie śnieżno biały.
Sylwester niech będzie wart zapamiętania,
Nowy Rok natomiast czasem marzeń  Waszych spełniania...
  Dziękuję Wam wszystkim za ten < prawie cały> wspólny rok, w nadchodzącym natomiast życzę Wam także nowych pokładów weny oraz byście mieli tak wspaniałych czytelników, jakimi sami jesteście.
Jeszcze raz bardzo Was przepraszam za brak rozdziału...
oraz mam nadzieję, iż spotkamy się tutaj wszyscy w pierwszą niedzielę nadchodzącego roku !
Wesołych Świąt,
z wyrazami miłości i wdzięczności
Wasza Dominika.



poniedziałek, 14 grudnia 2015

4. Step towards you...

   Przeciągając się leniwie wbiłam wzrok w purpurową poświatę jaką wczesna pora zabarwiła skrawek ściany na przeciwko obszernego, niedbale zasłoniętego granatem zasłony okna, a mrugając parokrotnie rzuciłam okiem na kremową tarczę niewielkiego budzika, którego umiarkowane tykanie niepodzielnie przepełniało zasnutą płowiejącym  cieniem odchodzącej nocy sypialnię. Dochodziła siódma, a to oznaczało iż powrót do krainy Morfeusza definitywnie mijał się z celem, co więcej nim wrota, ów krainy zdążyłyby, się za mną na dobre zatrzasnąć rozbrzmiałaby,
 poranna zmora-budzik- puszczając w niepamięć ulotne strzępy przyjemnie otulającego mnie dotychczas snu...

Leżąc więc na boku zaczęłam z zaciekawieniem przyglądać się grze świateł jaka teraz odprawiała się na jednym ze skrzydeł białych drzwi, prowadzących do salonu będącego centralną częścią przytulnego mieszkania. Mijały kolejne minuty, podczas których mrugając leniwie podejmowalam próby zanurzenia się w nieprzyjemnym chłodzie rzeczywistości, przygotowania  do kolejnych blizn poniżenia jakie po tej nocy miały zaznaczyć się delikatną, cieniutką smugą na ciele i sercu...
                                                  *      *      *
 Zrzucając z głowy obszerny kaptur jasnej bluzy odruchowo przeczesałam palcami swoje ciemno-brązowe włosy upewniając się, iż hulający wiatr i zbytni pośpiech do jakiego zmusiły mnie gorzkie uwagi przyjaciółki nie pozostawiły na mojej głowie ptasiego gniazda, jakie zdarzało mi się widywać w lustrze po długich godzinach bezsennych nocy. Po czym wzdychając z ulgą jak codzień ustawiłam się w sporej kolejce, jaka zwyczajowo obstawiła dojście do lady w niewielkiej kafejce, w której nawiasem mówiąc podawali najlepszą Latte w całym Nowym Jorku. Posuwając się miarowo wraz z niekończącym się sznurem zaspanych klientów, mimowolnie omiotłam spojrzeniem zalane złotem poranka wnętrze lokalu, a mój wzrok momentalnie utkwił w morzu kawy, które topiło mnie, w każdej wolnej chwili od tamtego pamiętnego poranka.
Chłopak jakby mnie rozpoznając przywołał na usta jeden z najjaśniejszych uśmieszków jaki kiedykolwiek widziałam,  kąciki moich warg momentalnie uniosły się ku górze, a na policzkach rozlała się gorąca purpura. Potrząsając głową z roztargnieniem postąpiłam kolejny krok w przód.

 - Cholera jasna ! Uważaj jak chodzisz, dziewucho !
Zagrzmiał rozsierdzony głos pani McLean, a odwróciwszy głowę dostrzegłam jak po jej eleganckiej, białej koszuli brązową strugą spływa moja dzisiejsza dawka kofeiny... Zasłaniając usta dłońmi i z trudem hamując śmiech podniosłam z lady potrącony, papierowy kubek i powstrzymując uśmiech, szepnęłam z zakłopotaniem.:

 - Przepraszam, ja tylko...
Próbowałam się usprawiedliwiać, jednak siwowłosa kobieta, jedynie łypnęła na mnie złowrogo i zaciskając wargi dała mi znak by, cofnąć się na koniec kolejki.- Ale...
Zaprotestowałam słabo, jednak patrząc w jej twarz dałam za wygraną, a spuszczając głowę poczęłam niechętnie sunąć na koniec kolejki, przy okazji rzucając okiem na ozdobny, naścienny zegar.

- Cudownie.
Mruknęłam zdając sobie sprawę, iż nie mam czasu na ponowne wystawanie po jeszcze jedną porcję kawy, co oznaczało że pomimo sprzeciwu całego organizmu musiałam obejść się bez słodkiej używki. Rzucając jeszcze jedno spojrzenie ku obserwującemu mnie brunetowi na powrót narzuciłam na głowę kaptur i wciskając zaciśnięte pięści w przepastne kieszenie okrycia opuściłam kafejkę...
(...)
  Rozpoznając w smukłej brązowookiej dziewczynę z pamiętnego poranka uśmiechnąłem się z rozbawieniem, a gdy zamknęła za sobą szklane drzwi lokalu podniosłem się z miejsca i niewiele myśląc stanąłem na końcu powoli przerzedzającej się rzeki klientów by, już po paru minutach z kubkiem
 koszmarnie słodkiej Latte w dłoni, szybkim krokiem  przemierzać zatłoczony chodnik, przy głównej ulicy Brooklynu i usilnie wypatrywać jasnego materiału jej bluzy.
Przyspieszywszy kroku wyminąłem sprawnie garstkę niespiesznie podążających ku uczelni studentów
i nim zdążyła na nowo rozpłynąć się w poświacie budzącego się dnia złożyłem na jej ramieniu delikatny uścisk, pod którego naciskiem gwałtownie obróciła głowę, uwalniając tym samym kaskadę brunatnych włosów spod kaptura okrycia, pod którym tak  jak uprzednio dokladnie skrywała swą piękną twarzyczkę.

- Zdaje się, że o czymś zapomniałaś...
Powiedziałem z uśmiechem wręczając jej papierowy kubek pełen aromatycznego napoju...
(...)
 Obejmując palcami gorące ścianki kubka przygryzłam wargę z całych sił walcząc z palącym policzki rumieńcem po czym posyłając ku mojemu wybawcy kolejny wdzięczny uśmiech, spuściłam wzrok.

 - Dziękuję...
Szepnęłam, pozwalając by, kawa pod jego powiekami rozpalała moje wnętrze jeszcze przez moment, po upływie którego odwracając się na pięcie, pospiesznie umknęłam w tłum pieszych niespiesznie płynących ku jednej z wielu bocznych uliczek...
                                                     *      *      *
 Pospiesznie dopijając wychłodzone resztki porannej kawy, jednym szybkim pociągnięciem zaznaczyłam okalające moje brązowe oko rzęsy, a oceniając efekt końcowy poczęłam obracać między palcami papierowe naczynie, gdy przyjemną ciszę zaciemnionego pomieszczenia przeciął skrzekliwy głosik jednej ze striptizerek.

- Sky ?
Na dźwięk swojego imienia, gwałtownie skupiłam całą uwagę na smukłej blondynce, która teraz wyzywająco opierając się, o framugę niedomkniętych drzwi pełnym pogardy wzrokiem mierzyła moją twarz  najwyraźniej chcąc z niej wyczytać jakiekolwiek emocje.- Szef chce cię widzieć w swoim biurze.Teraz.
Warknęła chłodno,a wydymając swe krwisto-czerwone wargi,dodała ostro.:

- Czyżby oczko w głowie szefa, coś sobie przeskrobało ?
Zadrwiła kąśliwie, a odrzucając na plecy złocistą kaskadę idealnie falowanych włosów, opuściła pomieszczenie zatrzaskując za sobą drzwi.

- Suka...
Wychrypałam pod nosem,a wrzucając kubek do śmietniczki omiotłam swoje odbicie ostatnim spojrzeniem, które mimowolnie zatrzymało się na tekturowej podstawie opróżnionego opakowania, Schyliwszy się nieznacznie ujęłam w palce pognieciony skrawek tektury, a uśmiechając się szeroko poczęłam podziwiać wymyślne pismo jakim wykaligrafowano to jedno, krótkie słowo, prośbę,
polecenie, pocieszenie,
...marzenie...
 ,,Wróć".
 Cztery znaki dzięki, którym ogarniająca mnie dotychczas niepewność, przestała mieć większe znaczenie. Powracając gwałtownie do nieprzyjemnej rzeczywistości, jednym pewnym, jednak niezwykle delikatnym ruchem, niby z namaszczeniem ustawiłam kubek na ciemnych deskach toaletki, dnem ku górze i przebiegając palcami wśród wodospadu ciemnych włosów ruszyłam ku paszczy lwa...
 
  Pukając z cicha w gładką powierzchnię dębowych drzwi, położyłam drżące palce na chłodnej klamce, a słysząc zaproszenie pewnym krokiem przestąpiłam ich próg.

- Chciałeś mnie widzieć, szefie.
Mruknęłam przybierając na twarz maskę nieczułej, obojętnej szmaty i kołysząc biodrami podchodeszlam do  biurka, po chwili przysiadając na jednym z jego rantów, na przeciwko bruneta.

 - Owszem.
Mruknął McKhan bezwstydnie mierząc spojrzeniem opinającą się wyzywająco na biuście małą czarną.

- Więc ?
Warknęłam oschle, krzyżując ręce na piersi i z premedytacją ucinając głodnemu spojrzeniu mężczyzny obraz odkrytego ciała. Mrugając szybko brązowooki stanął na równe nogi, a zamykając mnie pomiędzy silnymi ramionami znacząco zmniejszył dzielącą nas odległość.

- Mam dla ciebie, propozycję...
Mruknął ochryple, zsuwając dłoń po mojej talii. Kładąc gotową do odepchnięcia pieszczot dłoń na rozbudowanym torsie Jasona i kusicielsko  przygryzając wargę wbiłam w niego niechętny wzrok, pozostawiając słowa w stałym, pozbawionym jakichkolwiek emocji tonie, bąknęłam.:

- Propozycję ?
Nie zrażony moją niechęcią brunet, tylko skinął głową twierdząco, a założywszy za moje ucho niesforny kosmyk podlapał moje spojrzenie celowo przedłużając
pełną wyczekiwania ciszę...
______________________

Dobry wieczór kochani !
 Po pierwsze ogromnie przepraszam za spóźnienie, ale w dniiu wczorajszym po prostu nie miałam do tego głowy, a czas nie był moim sprzymierzeńcem.
Ponadto musiałam się przygotować na dzisiejszy egzamin ustny, przez który powiem Wam w tajemnicy, iż rozważałam ogólne odwołanie rozdziału. Lecz finalnie dodaję go dzisiaj, z przeprosinami...
Po drugie pragnę Wam podziękować za tak liczne przybycie w zeszłym tygodniu na wieść, o nowym rozdziale. Do dzisiaj widząc, ów liczbę uśmiecham 
się jak nienormalna.
<3 Dziękuję !! <3
Po trzecie...
Jak Wam się podoba rozdział ?
Mam nadzieję, iż spełnił on Wasze oczekiwania ?
Piszcie proszę, co Wam w łebkach siedzi i wracajcie w niedzielę !
Ps. Kocham Was...

niedziela, 6 grudnia 2015

3. Never say never...

  I kiedy przestajesz już wierzyć w to jedno słowo, ona nadchodzi...
nie pyta,czy jesteś gotów,
czy chcesz,
czy potrzebujesz...
Po prostu jest...

Zdając sobie wnet sprawę z upływu czasu, speszona pospiesznie odwróciłam wzrok, a wpychając do uszu słuchawki szybkim krokiem, zgrabnie go wyminęłam

 - Ehmm...czas na mnie...
Rzuciłam przez ramię i nim toń jego źrenic pochłonęła mnie do końca, narzuciwszy na głowę obszerny kaptur polarowej bluzy, ruszyłam truchtem w głąb budzącej się alejki tocząc wewnętrzną walkę z samą sobą by, nie posłać mu jeszcze jednego spojrzenia.
(...)
 Jeszcze przez moment patrzyłem jak smukła sylwetka  ślicznej nieznajomej miarowo rozmywa się w mlecznej poświacie nadchodzącej jutrzenki po czym uśmiechając się pod nosem na powrót podjąłem marsz. Nim jednak zdążyłem ujść choćby kilkaset metrów, poczułem jak po kieszeni spodni rozchodzi się delikatna wibracja świadcząca, o nadejściu nowego połączenia. Nawet się nie zatrzymując wydobyłem urządzenie i nie spoglądając na wyświetlacz rozpocząłem połączenie.

- Bruno !
Krzyknął Nate prosto do słuchawki, przez co krzywiąc się z niezadowoleniem na moment odsunąłem aparat od ucha.- Gdzie ty się, do cholery, podziewasz ?
Zabrzmiały kolejne wzburzone słowa, co mimowolnie przywołało na moje wargi nikły uśmieszek.

- Przepraszam, ja po prostu...nie mogłem tam zostać, nie kiedy była tam Nicole.
Wymamrotałem, z trudem odpychając od siebie lawinę wspomnień jakie przywołał jej nagły, nieproszony  powrót.

- Mhhhm...jasne, gdzie jesteś ?

- Na...
Przerwałem na moment, rozglądając się dookoła i podejmując próby ustalenia swojej lokalizacji.- ...gdzieś na obrzeżach Sunset Park.
Dodałem w końcu, z zaskoczeniem rejestrując fakt, iż podczas wędrówki niemal na oślep dotarłem na zamieszkiwaną przez siebie część miasta.

- Dobrze.
Mruknął niewyraźnie blondyn i wzdychając z ulgą zakończył rozmowę. Odsuwając telefon od ucha pokręciłem głową z rozbawieniem, a przyspieszając kroku wszedłem w wąską uliczkę, przy której mieścił się dom przyjaciela.
                                                   *      *      *
 Wycierając niedbale włosy w niewielki, turkusowy ręcznik narzuciłem na siebie spraną, siwą koszulkę i popychając delikatnie drzwi od łazienki wolnym krokiem ruszyłem do kuchni, gdzie zasypując kubek aromatycznym kakaem oparłem się plecami, o blat wysepki i zawieszając wzrok gdzieś za krystalicznie czystą szybą raz jeszcze z uśmiechem na ustach przywołałem w głowie obraz dużych, karmelowych oczu oraz delikatnego rumieńca zdobiącego śliczną twarzyczkę napotkanej kilka godzin temu dziewczyny, przez co słysząc głos Nate'a podskoczyłem przerażony...

- Cholera...
Jęknąłem z niezadowoleniem popatrując przemiennie na twarz blondyna i piekącą plamę kakaa na jasnym materiale.

- Musimy pogadać, stary...
Mruknął chłopak, skupiając na sobie całą moją uwagę.
 Przełknąwszy ciężko ślinę raz jeszcze wytarłem poplamiony kubek, o i tak zabrudzoną koszulkę po czym z trudem skupiłem wzrok w pełnym napięcia spojrzeniu rozmówcy, gwałtownie zdając sobie sprawę czego ów wymiana zdań będzie dotyczyła.
(...)
 Opadając ciężko na zroszoną kroplami porannej rosy ławkę wydobyłam z przepastnej kieszeni bluzy dokładnie poskładaną, zapisaną kartkę i drżącymi palcami rozłożyłam ją sobie na kolanach.
Oto trzymałam między palcami trzydzieści linijek prawdy,
trzydzieści linijek streszczających w dużym skrócie, skrojonym na miarę rozsądku ostatnie tysiąc dni mojego życia i upadku,
pierwsze od dwóch lat słowa jakie zdecydowałam się skierować do rodziny po tym jak pewnego chłodnego wieczoru z torbą na ramieniu,
bez środków do życia i planów na przyszłość wsiadłam do ostatniego samolotu lecącego w nieznane,
 z przesiadką na Brooklynie..
.z przesiadką, której nigdy nie dokonałam.

Biorąc głęboki wdech umieściłam papier na powrót w białej, opisanej kopercie i ukrywając ją w materiale okrycia, tłamsząc w sobie wszelkie emocje ruszyłam biegiem wzdłuż skrzącego się złotem pasa zieleni by, kilka minut później z zaciśniętymi wargami i przymkniętymi powiekami puścić rękopis w drogę...
...do domu...

Rozchyliwszy powieki zamrugałam szybko, dzięki czemu szklista mgiełka łez opadła pozostawiając w sercu jedynie pustkę, w której co noc przelewała się fala tak poniżających,
niechcianych,
nierzadko krzywdzących
lecz wciąż tak cholernie żywych i wyraźnych wspomnień...
Z odmętów przytłaczającej przeszłości wyrwało mnie wnet nagłe pojawienie się w umyśle obrazu hipnotyzujących, kawowych ślepiów...
Pustka jakby zaczęła się wypełniać, zaciśnięte wargi mimowolnie rozciągnęły się w promiennym uśmiechu, a gdzieś w środku narosło pragnienie by, raz jeszcze móc zatonąć w porywającej głębi...
Miłość od pierwszego wejrzenia ?

- Ona nie istnieje...
Mruknęłam do siebie, za wszelką cenę próbując przywrócić samą siebie do chłodnej rzeczywistości, dzięki której przez ostatnie lata tak umiejętnie wypierałam z życia ewentualne cierpienie...
Kolejne razy, jakie mogłoby, złożyć na moim sercu wymagające życie, jeśli okazałabym wobec niego jakąkolwiek słabość.
(...)
 - Bruno...jeśli ty, wróciłeś do tego burdelu...
Zaczął niebieskooki z trudem przekrzykując rozdzierającą powietrze ciszę i wbijając we mnie jedno z najbardziej nieznośnych, najcięższych spojrzeń.

 - Nie.
Uciąłem krótko, nie umiejąc nawet podnieść ku niemu wzroku...

- Nie kłam.
Mruknął ze złością, która finalnie pozbawiła mnie wszelkich oporów przed wyznaniem mu prawdy.

- Nie, nie wróciłem do hazardu, zadowolony ?!
Syknąłem z jadem, odwzajemniając mu się tak samo przeszywającym spojrzeniem jak to, którym od dobrych kilku minut przewiercały mnie głębokie, szafirowe  źrenice.

- Ach tak, więc co do kurwy nędzy, stało się z tymi pieniędzmi ?!
Ryknął, a po moim karku przebiegło parę chłodnych dreszczy. Rozchylając wargi począłem rozpaczliwie poszukiwać kolejnego, wiarygodnego kłamstwa.- Wyparowały, czy może podarowałeś je tej...

- Spłaciłem nimi długi...
Wymamrotałem w końcu, pozwalając by, z płuc uszło wszelkie wstrzymywane weń dotychczas
powietrze.- Teraz...jestem czysty, zaczynam...od nowa.
Dodałem widząc jak chłopak walczy z cisnącymi się na jego usta słowami.

- Czysty ?
Wychrypał, rzucając mi kolejne ostre spojrzenia.Nie widząc potrzeby by, wypowiadać ów słowa raz jeszcze tylko kiwnąłem głową twierdząco, a wzruszając obojętnie ramionami odwróciłem się na pięcie i ruszyłem pospiesznie do swojego pokoju by, po chwili zatrzaskując za sobą drzwi opaść na materac niewielkiej, narożnikowej kanapy i ujmując w ramiona czarną, lśniącą gitarę akustyczną oddać się tej, która była ze mną od zawsze,
 już na zawsze.- Muzyce...
 _____________________
  Ho, ho, ho !
Witam Was cieplutko, w tę Mikołajkową niedzielę !
Jak się podoba rozdział ?
Jak wyobrażałyście sobie ich pierwsze spotkanie ?
Podzielcie się swoimi opiniami i wracajcie w przyszłym tygodniu.
<3