poniedziałek, 23 listopada 2015

1. Another day in paradise...

    Brooklyn, blisko dwa miliony pięćset sześćdziesiąt pięć tysięcy sześciuset  trzydziestu pięciu mieszkańców, około dwóch milionów pięciuset sześćdziesięciu pięciu tysięcy sześciuset trzydziestu pięciu niespełnionych marzeń, a wśród nich jedno, moje...

Przełknąwszy ciężko ostatni raz musnąłem opuszką delikatnej, naprężonej struny po czym skłoniwszy się ku niewielkiej publiczności przewiesiłem sobie instrument na ramieniu i  spuszczając wzrok ruszyłem zalanym złotem jesiennej Klary, szerokim, przecinającym dzielnicę na wskroś bulwarem, na którego płytach nierzadko już, bezskutecznie szukałem szczęścia; kogoś kto pozwoliłby, mi wyrwać się ze stanu oczekiwania na lepsze jutro; drogi którą wyznaczyłem sobie by, spełnić marzenia, 
drogi którą sobie wyznaczyłem, a na której nie postawiłem dotychczas chociażby jednego kroku...

 Zatonąwszy na nowo w kojącym wodospadzie przemyśleń nie zarejestrowałem nawet faktu wkroczenia na ulicę, a z transu w jakim trwałem wyrwał mnie dopiero pisk opon i rozdzierający ciszę klakson samochodu. Odwróciwszy się gwałtownie, uskoczyłem przerażony, dzięki czemu pojazd tylko nieznacznie odepchnął mnie do tyłu.

- Kurwa mać !
Usłyszałem  wrzask kierowcy by, już po chwili jego ciężka dłoń z nienawiścią szarpnęła mną ku górze.- Uważaj jak chodzisz, dzieciaku !
Warknął zmuszając bym patrzył mu w kipiące żarem, zielone źrenice.- Lepiej byś się zajął czymś porządnym, a nie się włóczysz i żebrzesz po uczciwych ludziach, uhh tacy jak ty...
Zagłębiwszy weń spojrzenie z rozbawieniem pokiwałem głową, co tylko wzmogło w mężczyźnie nienawiść jaką obdarzał mnie z każdym, chłodnym łypnięciem.- Jak śmiesz...
Syknął z jadem i już miał ponownie szarpnąć za moje ramię, gdy z ekskluzywnego auta wysiadła wysoka, smukła szatynka tuż po dwudziestce i dotknąwszy opuszką rozpalonego złością policzka partnera, szepnęła mu coś na ucho, na co z jego spojrzenia momentalnie uszły wszelkie, nienawistne iskry ...

- Pieprzony gnojek.
Wycharczał na odchodne i wypuszczając z uścisku obolałe ramię, niespiesznie powrócił  na swoje miejsce za kierownicą wozu. Westchnąwszy głęboko poprawiłem skórzany pas na ramieniu i nie zaszczycając zdegustowanego całym zajściem społeczeństwa, ani jednym spojrzeniem w upokorzeniu na nowo podjąłem marsz.

Oto kim dla nich byłem : nic nieznaczącym,
pieprzonym gnojkiem,
wyrzutkiem,
 niepasującym do reszty elementem układanki...
                                                  *     *     *
 Dopiąwszy ostatni z guzików czarnej koszuli przeczesałem palcami starannie ułożone włosy i niechętnym spojrzeniem zmierzyłem własne odbicie.
Powinienem był już dawno przywyknąć do tego typu sytuacji, nienawistnych spojrzeń i wyszydzenia jakim od dawna mnie raczono, oto bowiem kim w rzeczywistości byłem : dwudziestojednoletnim marzycielem, bez perspektyw, znienawidzonym przez społeczeństwo za posiadanie celu...
 Poprawiwszy po raz ostatni rękawy koszuli narzuciłem na ramiona równie czarny materiał skórzanej kurtki i zaciskając palce na niewielkim pęku kluczy uchyliłem nieznacznie drzwi niedużego mieszkania, pozwalając tym samym by, do wnętrza wpadł drażniący zapach użytej w sporej ilości wody kolońskiej.

- Peter Gene Hernandez...
Mruknął ubrany na czarno, dojrzały mężczyzna po czym krzyżując ręce na piersi posłal mi jeden z tak dobrze mi znanych złośliwych uśmieszków.- Zakładam, że wiesz po co tu jestem, prawda ?
Wychrypiał, a na moje barki mimowolnie wystąpiła nieznośna fala, przeszywających dreszczy...
 (...)
 Wypuściwszy w powietrze ostatni, siwy obłok ruszyłam z wolna ku przezroczystej tafli lustra, a przesuwając kredką po długiej kurtynie gęstych rzęs, zerknęłam na stojącą przede mną dziewczynę.

Nie było w niej choćby krzty pokory, emocji...
Była profesjonalistką, tą której widoku oczekiwali skorzy do grzechu faceci,
była zabawką, zachcianką, dziwką...
Była mną...

 Zaciągnąwszy się po raz ostatni ruszyłam pewnym krokiem ku wejściu na salę nocnego klubu, po drodze gasząc niedopałek w stojącym na krawędzi toaletki drinku, jednej z szykujących sie do wieczoru dziewczyn. Po czym biorąc głęboki oddech pchnęłam z pogardą masywne wrota, prowadzące do miejsca, gdzie tego wieczoru miałam zamiar pozbawić samą siebie resztek godności.
                                               
                                                   *     *     *
Oplatając nogami chłodną, srebrzysta rurę odchyliłam głowę w tył i pozwoliłam by, niemal nagie ciało poczęło ponętnie zsuwać się w dół, przyciągając tym samym jednoznaczne spojrzenia, wzbudzając w pomieszczeniu falę gwizdów, sprośnych komentarzy i deszczu banknotów, które niektórzy widzowie bezwstydnie wsuwali za pasek skąpego bikini gdy tylko moje pośladki przywarły do chłodnego blatu jednego ze stołów, na którym już jakiś czas temu zamarła dotychczas ożywiona rozgrywka pokera. Nachyliwszy się więc nisko odrzuciłam włosy, które teraz opadły na ramiona, a spojrzawszy figlarnie w twarze graczy przesunęłam palcami wzdłuż talii, wyginając się przy tym zgrabnie i niepostrzeżenie zgarniając ze stołu plik pozostawionych nań, bezpańskich dotychczas banknotów, po czym stając na równe nogi przemaszerowałam z wdziękiem wzdłuż lśniącego blatu.
Byłam pewna, że żaden z nich nawet nie zauważył mojej niegrzecznej zagrywki, nie była ona bowiem niczym nowym.
Nie dla mnie...

Kierując kroki ponownie ku garderobie uśmiechnęłam się do siebie, a położywszy palce na klamce nacisnęłam nań delikatnie i odepchnęłam drzwi od siebie, nim jednak postąpiłam choćby krok w głąb pomieszczenia czyjeś silne ręce przywarłszy do moich bioder szarpnęły mną gwałtownie.
Jego gorące wargi, w krótkich muśnięciach poczęły tyczyć na spąsowiałej skórze szlak, a zmysły momentalnie omotał świeży zapach męskich perfum.
Nie zważając na moją powściągliwość McKhan jednym, szybkim ruchem wepchnął mnie do wnętrza pokoju i nie rozłączając naszych warg zamknął za nami drzwi, po czym rzuciwszy mnie na łóżko bez cienia szacunku do mojej osoby wyzbył się pozostałych jeszcze części zakrywającego mnie materiału...

 Tłumiąc każdy jęk, ze łzami w oczach przyjmowałam co rusz silniejsze pchnięcia, a przygryzając drżącą wargę z nienawiścią wbijałam paznokcie w zroszoną chłodnym potem skórę, na rozbudowanych  barkach bruneta.

- Nienawidzę cię.
Warknęłam w końcu czując jak jego mięśnie sztywnieją, a moje wnętrze zalewa przenikliwa fala
gorąca.- Nienawidzę...
Powtórzyłam wyraźniej, a odpychając go od siebie posłałam mu jedno z najchłodniejszych spojrzeń, takie jakim potrafiłam obrzucić tylko i wyłącznie Jasona McKhana.
Tak jak przypuszczałam niewzruszony jadem sączącym się z moich słów mężczyzna jedynie zaśmiał się pod nosem i składając na rozpalonej skórze mojego obojczyka ostatnie, przelotne muśnięcie jakby nigdy nic zasunął klamrę paska od dżinsów, a ponownie się pochylając szepnął.:

 - Ważne, że ja cię lubię, Skylar.
Po czym muskając czule mój policzek znacząco zwilżył wargi koniuszkiem języka.

-  Wynoś się.
Syknęłam chłodno, co jeszcze poprawiło mu humor.

- Uważaj do kogo mówisz, młoda.
Zripostował kąśliwie i posyłając mi kolejny przesłodzony uśmieszek opuścił pokój, zatrzaskując za sobą drzwi.

Przełknąwszy z trudem jeszcze jakiś czas z odrętwieniem spoczywałam na niewygodnym materacu małżeńskiego łoża by, następnie zanosząc się szlochem, splamić hebanem łez delikatną biel, puchowej poduszki.

Oto bowiem nadeszła chwila, w której rzeczywistość brutalnie wdarła się do świadomości, niczym powódź nawiedzając umysł milionami obrazów przedstawiających żałosną szmatę, której rolę dzień w dzień tak doskonale odgrywałam. W takich momentach wzgardzałam samą sobą najbardziej, wstydziłam się tego co ze sobą zrobiłam...potem przychodził sen...
Przeszłość powracała, a wraz z nią gorący, letni  wieczór.
Wieczór, po którym na ów rolę się zdecydowałam...
_________________________________________
   W zasadzie nie potrafię nawet skomentować własnego spóźnienia...
Jak tak można ?!
Nie mam pojęcia, ale mimo wszystko ogromnie Was przepraszam, niestety nie miałam na to wpływu.
Ale nie, o tym mowa...
Oto za Nami pierwszy rozdział.
Jak wrażenia ?
Mam nadzieję, że pomimo zawartej w nim swoistej brutalności przypadł Wam do gustu ?
Piszcie proszę, co myślicie i wracajcie w niedzielę !
Ps. Ogromnie dziękuję za tak ciepłe przyjęcie.
<3

4 komentarze:

  1. Oczywiście, że przypadł do gustu! <3
    I powiem ci, że zapowiada się zarympiście i naprawdę jestem bardzo ciekawa tego opowiadania <3 :D
    No więc życzę Ci dużo weny i z przeogromną niecierpliwością czekam na niedzielę :* <3 :3
    A i zapraszam do mnie na nowy odcinek :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Powiem ci, że odcinek bardzo mi się spodobał. Brak mi słów. Bardzo chciałabym już móc przeczytać drugi oscinek. Tak więc tygodniu mijaj szybciej. :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Musisz jak najszybciej napisać odcinek 2! Bardzo, bardzo mi się podobało. Ja tam lubię trochę pikanterii w opowiadaniach, chociaż nie ma żadnej monotonii! Cudownie wszystko opisujesz, a Skylar widać nie jest w ogóle szczęsliwa... I co ten McKhan sobie myśli w ogóle? Nie ma prawa tak jej traktować!
    Super, pisz szybko dalej! :)

    www.magical-history.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem pod wrażeniem, ten odcinek jest cudowny. Ogromnie mi się spodobał i z ogromną niecierpliwością czekam na następny, więc pisz jak najszybciej. Historia mnie zainteresowała już od samego początku.
    Dużo weny i Pozdrawiam ♥

    OdpowiedzUsuń