niedziela, 20 grudnia 2015

Informacja

      Ze względu na nadchodzące wielkimi krokami Święta Bożego Narodzenia oraz mój wyjazd do rodziny, do Polski,  kolejne rozdziały pojawią się niestety dopiero w okolicach Nowego Roku, to jest niedziela 03.01.2016.

 Ogromnie Was za to przepraszam, ale prawda jest taka, iż ów święta jak również Nowy Rok wiążą się  z niezliczoną ilością prac, godzinami rodzinnych spotkań i tysiącami przeróżnych czynności odbiegających od naszego ,,codziennego trybu życia".
 Tak więc na tą chwilę pozostało mi złożyć Wam kochani najserdeczniejsze życzenia.:




 W dzień Bożego Narodzenia,
wszyscy wokół ślą życzenia.
Lista życzeń bardzo długa
czy spamiętać mi się uda?
Zdrowia, szczęścia pomyślności,
niech się trafi karp bez ości,
by w ten wigilijny czas
nic nie kuło w gardło Was.
Spod choinki niech wysypie się
prezentów worek cały,
a świat wokół niech przez chwilę
chociaż będzie śnieżno biały.
Sylwester niech będzie wart zapamiętania,
Nowy Rok natomiast czasem marzeń  Waszych spełniania...
  Dziękuję Wam wszystkim za ten < prawie cały> wspólny rok, w nadchodzącym natomiast życzę Wam także nowych pokładów weny oraz byście mieli tak wspaniałych czytelników, jakimi sami jesteście.
Jeszcze raz bardzo Was przepraszam za brak rozdziału...
oraz mam nadzieję, iż spotkamy się tutaj wszyscy w pierwszą niedzielę nadchodzącego roku !
Wesołych Świąt,
z wyrazami miłości i wdzięczności
Wasza Dominika.



poniedziałek, 14 grudnia 2015

4. Step towards you...

   Przeciągając się leniwie wbiłam wzrok w purpurową poświatę jaką wczesna pora zabarwiła skrawek ściany na przeciwko obszernego, niedbale zasłoniętego granatem zasłony okna, a mrugając parokrotnie rzuciłam okiem na kremową tarczę niewielkiego budzika, którego umiarkowane tykanie niepodzielnie przepełniało zasnutą płowiejącym  cieniem odchodzącej nocy sypialnię. Dochodziła siódma, a to oznaczało iż powrót do krainy Morfeusza definitywnie mijał się z celem, co więcej nim wrota, ów krainy zdążyłyby, się za mną na dobre zatrzasnąć rozbrzmiałaby,
 poranna zmora-budzik- puszczając w niepamięć ulotne strzępy przyjemnie otulającego mnie dotychczas snu...

Leżąc więc na boku zaczęłam z zaciekawieniem przyglądać się grze świateł jaka teraz odprawiała się na jednym ze skrzydeł białych drzwi, prowadzących do salonu będącego centralną częścią przytulnego mieszkania. Mijały kolejne minuty, podczas których mrugając leniwie podejmowalam próby zanurzenia się w nieprzyjemnym chłodzie rzeczywistości, przygotowania  do kolejnych blizn poniżenia jakie po tej nocy miały zaznaczyć się delikatną, cieniutką smugą na ciele i sercu...
                                                  *      *      *
 Zrzucając z głowy obszerny kaptur jasnej bluzy odruchowo przeczesałam palcami swoje ciemno-brązowe włosy upewniając się, iż hulający wiatr i zbytni pośpiech do jakiego zmusiły mnie gorzkie uwagi przyjaciółki nie pozostawiły na mojej głowie ptasiego gniazda, jakie zdarzało mi się widywać w lustrze po długich godzinach bezsennych nocy. Po czym wzdychając z ulgą jak codzień ustawiłam się w sporej kolejce, jaka zwyczajowo obstawiła dojście do lady w niewielkiej kafejce, w której nawiasem mówiąc podawali najlepszą Latte w całym Nowym Jorku. Posuwając się miarowo wraz z niekończącym się sznurem zaspanych klientów, mimowolnie omiotłam spojrzeniem zalane złotem poranka wnętrze lokalu, a mój wzrok momentalnie utkwił w morzu kawy, które topiło mnie, w każdej wolnej chwili od tamtego pamiętnego poranka.
Chłopak jakby mnie rozpoznając przywołał na usta jeden z najjaśniejszych uśmieszków jaki kiedykolwiek widziałam,  kąciki moich warg momentalnie uniosły się ku górze, a na policzkach rozlała się gorąca purpura. Potrząsając głową z roztargnieniem postąpiłam kolejny krok w przód.

 - Cholera jasna ! Uważaj jak chodzisz, dziewucho !
Zagrzmiał rozsierdzony głos pani McLean, a odwróciwszy głowę dostrzegłam jak po jej eleganckiej, białej koszuli brązową strugą spływa moja dzisiejsza dawka kofeiny... Zasłaniając usta dłońmi i z trudem hamując śmiech podniosłam z lady potrącony, papierowy kubek i powstrzymując uśmiech, szepnęłam z zakłopotaniem.:

 - Przepraszam, ja tylko...
Próbowałam się usprawiedliwiać, jednak siwowłosa kobieta, jedynie łypnęła na mnie złowrogo i zaciskając wargi dała mi znak by, cofnąć się na koniec kolejki.- Ale...
Zaprotestowałam słabo, jednak patrząc w jej twarz dałam za wygraną, a spuszczając głowę poczęłam niechętnie sunąć na koniec kolejki, przy okazji rzucając okiem na ozdobny, naścienny zegar.

- Cudownie.
Mruknęłam zdając sobie sprawę, iż nie mam czasu na ponowne wystawanie po jeszcze jedną porcję kawy, co oznaczało że pomimo sprzeciwu całego organizmu musiałam obejść się bez słodkiej używki. Rzucając jeszcze jedno spojrzenie ku obserwującemu mnie brunetowi na powrót narzuciłam na głowę kaptur i wciskając zaciśnięte pięści w przepastne kieszenie okrycia opuściłam kafejkę...
(...)
  Rozpoznając w smukłej brązowookiej dziewczynę z pamiętnego poranka uśmiechnąłem się z rozbawieniem, a gdy zamknęła za sobą szklane drzwi lokalu podniosłem się z miejsca i niewiele myśląc stanąłem na końcu powoli przerzedzającej się rzeki klientów by, już po paru minutach z kubkiem
 koszmarnie słodkiej Latte w dłoni, szybkim krokiem  przemierzać zatłoczony chodnik, przy głównej ulicy Brooklynu i usilnie wypatrywać jasnego materiału jej bluzy.
Przyspieszywszy kroku wyminąłem sprawnie garstkę niespiesznie podążających ku uczelni studentów
i nim zdążyła na nowo rozpłynąć się w poświacie budzącego się dnia złożyłem na jej ramieniu delikatny uścisk, pod którego naciskiem gwałtownie obróciła głowę, uwalniając tym samym kaskadę brunatnych włosów spod kaptura okrycia, pod którym tak  jak uprzednio dokladnie skrywała swą piękną twarzyczkę.

- Zdaje się, że o czymś zapomniałaś...
Powiedziałem z uśmiechem wręczając jej papierowy kubek pełen aromatycznego napoju...
(...)
 Obejmując palcami gorące ścianki kubka przygryzłam wargę z całych sił walcząc z palącym policzki rumieńcem po czym posyłając ku mojemu wybawcy kolejny wdzięczny uśmiech, spuściłam wzrok.

 - Dziękuję...
Szepnęłam, pozwalając by, kawa pod jego powiekami rozpalała moje wnętrze jeszcze przez moment, po upływie którego odwracając się na pięcie, pospiesznie umknęłam w tłum pieszych niespiesznie płynących ku jednej z wielu bocznych uliczek...
                                                     *      *      *
 Pospiesznie dopijając wychłodzone resztki porannej kawy, jednym szybkim pociągnięciem zaznaczyłam okalające moje brązowe oko rzęsy, a oceniając efekt końcowy poczęłam obracać między palcami papierowe naczynie, gdy przyjemną ciszę zaciemnionego pomieszczenia przeciął skrzekliwy głosik jednej ze striptizerek.

- Sky ?
Na dźwięk swojego imienia, gwałtownie skupiłam całą uwagę na smukłej blondynce, która teraz wyzywająco opierając się, o framugę niedomkniętych drzwi pełnym pogardy wzrokiem mierzyła moją twarz  najwyraźniej chcąc z niej wyczytać jakiekolwiek emocje.- Szef chce cię widzieć w swoim biurze.Teraz.
Warknęła chłodno,a wydymając swe krwisto-czerwone wargi,dodała ostro.:

- Czyżby oczko w głowie szefa, coś sobie przeskrobało ?
Zadrwiła kąśliwie, a odrzucając na plecy złocistą kaskadę idealnie falowanych włosów, opuściła pomieszczenie zatrzaskując za sobą drzwi.

- Suka...
Wychrypałam pod nosem,a wrzucając kubek do śmietniczki omiotłam swoje odbicie ostatnim spojrzeniem, które mimowolnie zatrzymało się na tekturowej podstawie opróżnionego opakowania, Schyliwszy się nieznacznie ujęłam w palce pognieciony skrawek tektury, a uśmiechając się szeroko poczęłam podziwiać wymyślne pismo jakim wykaligrafowano to jedno, krótkie słowo, prośbę,
polecenie, pocieszenie,
...marzenie...
 ,,Wróć".
 Cztery znaki dzięki, którym ogarniająca mnie dotychczas niepewność, przestała mieć większe znaczenie. Powracając gwałtownie do nieprzyjemnej rzeczywistości, jednym pewnym, jednak niezwykle delikatnym ruchem, niby z namaszczeniem ustawiłam kubek na ciemnych deskach toaletki, dnem ku górze i przebiegając palcami wśród wodospadu ciemnych włosów ruszyłam ku paszczy lwa...
 
  Pukając z cicha w gładką powierzchnię dębowych drzwi, położyłam drżące palce na chłodnej klamce, a słysząc zaproszenie pewnym krokiem przestąpiłam ich próg.

- Chciałeś mnie widzieć, szefie.
Mruknęłam przybierając na twarz maskę nieczułej, obojętnej szmaty i kołysząc biodrami podchodeszlam do  biurka, po chwili przysiadając na jednym z jego rantów, na przeciwko bruneta.

 - Owszem.
Mruknął McKhan bezwstydnie mierząc spojrzeniem opinającą się wyzywająco na biuście małą czarną.

- Więc ?
Warknęłam oschle, krzyżując ręce na piersi i z premedytacją ucinając głodnemu spojrzeniu mężczyzny obraz odkrytego ciała. Mrugając szybko brązowooki stanął na równe nogi, a zamykając mnie pomiędzy silnymi ramionami znacząco zmniejszył dzielącą nas odległość.

- Mam dla ciebie, propozycję...
Mruknął ochryple, zsuwając dłoń po mojej talii. Kładąc gotową do odepchnięcia pieszczot dłoń na rozbudowanym torsie Jasona i kusicielsko  przygryzając wargę wbiłam w niego niechętny wzrok, pozostawiając słowa w stałym, pozbawionym jakichkolwiek emocji tonie, bąknęłam.:

- Propozycję ?
Nie zrażony moją niechęcią brunet, tylko skinął głową twierdząco, a założywszy za moje ucho niesforny kosmyk podlapał moje spojrzenie celowo przedłużając
pełną wyczekiwania ciszę...
______________________

Dobry wieczór kochani !
 Po pierwsze ogromnie przepraszam za spóźnienie, ale w dniiu wczorajszym po prostu nie miałam do tego głowy, a czas nie był moim sprzymierzeńcem.
Ponadto musiałam się przygotować na dzisiejszy egzamin ustny, przez który powiem Wam w tajemnicy, iż rozważałam ogólne odwołanie rozdziału. Lecz finalnie dodaję go dzisiaj, z przeprosinami...
Po drugie pragnę Wam podziękować za tak liczne przybycie w zeszłym tygodniu na wieść, o nowym rozdziale. Do dzisiaj widząc, ów liczbę uśmiecham 
się jak nienormalna.
<3 Dziękuję !! <3
Po trzecie...
Jak Wam się podoba rozdział ?
Mam nadzieję, iż spełnił on Wasze oczekiwania ?
Piszcie proszę, co Wam w łebkach siedzi i wracajcie w niedzielę !
Ps. Kocham Was...

niedziela, 6 grudnia 2015

3. Never say never...

  I kiedy przestajesz już wierzyć w to jedno słowo, ona nadchodzi...
nie pyta,czy jesteś gotów,
czy chcesz,
czy potrzebujesz...
Po prostu jest...

Zdając sobie wnet sprawę z upływu czasu, speszona pospiesznie odwróciłam wzrok, a wpychając do uszu słuchawki szybkim krokiem, zgrabnie go wyminęłam

 - Ehmm...czas na mnie...
Rzuciłam przez ramię i nim toń jego źrenic pochłonęła mnie do końca, narzuciwszy na głowę obszerny kaptur polarowej bluzy, ruszyłam truchtem w głąb budzącej się alejki tocząc wewnętrzną walkę z samą sobą by, nie posłać mu jeszcze jednego spojrzenia.
(...)
 Jeszcze przez moment patrzyłem jak smukła sylwetka  ślicznej nieznajomej miarowo rozmywa się w mlecznej poświacie nadchodzącej jutrzenki po czym uśmiechając się pod nosem na powrót podjąłem marsz. Nim jednak zdążyłem ujść choćby kilkaset metrów, poczułem jak po kieszeni spodni rozchodzi się delikatna wibracja świadcząca, o nadejściu nowego połączenia. Nawet się nie zatrzymując wydobyłem urządzenie i nie spoglądając na wyświetlacz rozpocząłem połączenie.

- Bruno !
Krzyknął Nate prosto do słuchawki, przez co krzywiąc się z niezadowoleniem na moment odsunąłem aparat od ucha.- Gdzie ty się, do cholery, podziewasz ?
Zabrzmiały kolejne wzburzone słowa, co mimowolnie przywołało na moje wargi nikły uśmieszek.

- Przepraszam, ja po prostu...nie mogłem tam zostać, nie kiedy była tam Nicole.
Wymamrotałem, z trudem odpychając od siebie lawinę wspomnień jakie przywołał jej nagły, nieproszony  powrót.

- Mhhhm...jasne, gdzie jesteś ?

- Na...
Przerwałem na moment, rozglądając się dookoła i podejmując próby ustalenia swojej lokalizacji.- ...gdzieś na obrzeżach Sunset Park.
Dodałem w końcu, z zaskoczeniem rejestrując fakt, iż podczas wędrówki niemal na oślep dotarłem na zamieszkiwaną przez siebie część miasta.

- Dobrze.
Mruknął niewyraźnie blondyn i wzdychając z ulgą zakończył rozmowę. Odsuwając telefon od ucha pokręciłem głową z rozbawieniem, a przyspieszając kroku wszedłem w wąską uliczkę, przy której mieścił się dom przyjaciela.
                                                   *      *      *
 Wycierając niedbale włosy w niewielki, turkusowy ręcznik narzuciłem na siebie spraną, siwą koszulkę i popychając delikatnie drzwi od łazienki wolnym krokiem ruszyłem do kuchni, gdzie zasypując kubek aromatycznym kakaem oparłem się plecami, o blat wysepki i zawieszając wzrok gdzieś za krystalicznie czystą szybą raz jeszcze z uśmiechem na ustach przywołałem w głowie obraz dużych, karmelowych oczu oraz delikatnego rumieńca zdobiącego śliczną twarzyczkę napotkanej kilka godzin temu dziewczyny, przez co słysząc głos Nate'a podskoczyłem przerażony...

- Cholera...
Jęknąłem z niezadowoleniem popatrując przemiennie na twarz blondyna i piekącą plamę kakaa na jasnym materiale.

- Musimy pogadać, stary...
Mruknął chłopak, skupiając na sobie całą moją uwagę.
 Przełknąwszy ciężko ślinę raz jeszcze wytarłem poplamiony kubek, o i tak zabrudzoną koszulkę po czym z trudem skupiłem wzrok w pełnym napięcia spojrzeniu rozmówcy, gwałtownie zdając sobie sprawę czego ów wymiana zdań będzie dotyczyła.
(...)
 Opadając ciężko na zroszoną kroplami porannej rosy ławkę wydobyłam z przepastnej kieszeni bluzy dokładnie poskładaną, zapisaną kartkę i drżącymi palcami rozłożyłam ją sobie na kolanach.
Oto trzymałam między palcami trzydzieści linijek prawdy,
trzydzieści linijek streszczających w dużym skrócie, skrojonym na miarę rozsądku ostatnie tysiąc dni mojego życia i upadku,
pierwsze od dwóch lat słowa jakie zdecydowałam się skierować do rodziny po tym jak pewnego chłodnego wieczoru z torbą na ramieniu,
bez środków do życia i planów na przyszłość wsiadłam do ostatniego samolotu lecącego w nieznane,
 z przesiadką na Brooklynie..
.z przesiadką, której nigdy nie dokonałam.

Biorąc głęboki wdech umieściłam papier na powrót w białej, opisanej kopercie i ukrywając ją w materiale okrycia, tłamsząc w sobie wszelkie emocje ruszyłam biegiem wzdłuż skrzącego się złotem pasa zieleni by, kilka minut później z zaciśniętymi wargami i przymkniętymi powiekami puścić rękopis w drogę...
...do domu...

Rozchyliwszy powieki zamrugałam szybko, dzięki czemu szklista mgiełka łez opadła pozostawiając w sercu jedynie pustkę, w której co noc przelewała się fala tak poniżających,
niechcianych,
nierzadko krzywdzących
lecz wciąż tak cholernie żywych i wyraźnych wspomnień...
Z odmętów przytłaczającej przeszłości wyrwało mnie wnet nagłe pojawienie się w umyśle obrazu hipnotyzujących, kawowych ślepiów...
Pustka jakby zaczęła się wypełniać, zaciśnięte wargi mimowolnie rozciągnęły się w promiennym uśmiechu, a gdzieś w środku narosło pragnienie by, raz jeszcze móc zatonąć w porywającej głębi...
Miłość od pierwszego wejrzenia ?

- Ona nie istnieje...
Mruknęłam do siebie, za wszelką cenę próbując przywrócić samą siebie do chłodnej rzeczywistości, dzięki której przez ostatnie lata tak umiejętnie wypierałam z życia ewentualne cierpienie...
Kolejne razy, jakie mogłoby, złożyć na moim sercu wymagające życie, jeśli okazałabym wobec niego jakąkolwiek słabość.
(...)
 - Bruno...jeśli ty, wróciłeś do tego burdelu...
Zaczął niebieskooki z trudem przekrzykując rozdzierającą powietrze ciszę i wbijając we mnie jedno z najbardziej nieznośnych, najcięższych spojrzeń.

 - Nie.
Uciąłem krótko, nie umiejąc nawet podnieść ku niemu wzroku...

- Nie kłam.
Mruknął ze złością, która finalnie pozbawiła mnie wszelkich oporów przed wyznaniem mu prawdy.

- Nie, nie wróciłem do hazardu, zadowolony ?!
Syknąłem z jadem, odwzajemniając mu się tak samo przeszywającym spojrzeniem jak to, którym od dobrych kilku minut przewiercały mnie głębokie, szafirowe  źrenice.

- Ach tak, więc co do kurwy nędzy, stało się z tymi pieniędzmi ?!
Ryknął, a po moim karku przebiegło parę chłodnych dreszczy. Rozchylając wargi począłem rozpaczliwie poszukiwać kolejnego, wiarygodnego kłamstwa.- Wyparowały, czy może podarowałeś je tej...

- Spłaciłem nimi długi...
Wymamrotałem w końcu, pozwalając by, z płuc uszło wszelkie wstrzymywane weń dotychczas
powietrze.- Teraz...jestem czysty, zaczynam...od nowa.
Dodałem widząc jak chłopak walczy z cisnącymi się na jego usta słowami.

- Czysty ?
Wychrypał, rzucając mi kolejne ostre spojrzenia.Nie widząc potrzeby by, wypowiadać ów słowa raz jeszcze tylko kiwnąłem głową twierdząco, a wzruszając obojętnie ramionami odwróciłem się na pięcie i ruszyłem pospiesznie do swojego pokoju by, po chwili zatrzaskując za sobą drzwi opaść na materac niewielkiej, narożnikowej kanapy i ujmując w ramiona czarną, lśniącą gitarę akustyczną oddać się tej, która była ze mną od zawsze,
 już na zawsze.- Muzyce...
 _____________________
  Ho, ho, ho !
Witam Was cieplutko, w tę Mikołajkową niedzielę !
Jak się podoba rozdział ?
Jak wyobrażałyście sobie ich pierwsze spotkanie ?
Podzielcie się swoimi opiniami i wracajcie w przyszłym tygodniu.
<3

niedziela, 29 listopada 2015

2. Somewhere in Brooklyn...

     Ból fizyczny ma to do siebie, że w końcu po prostu znika,
 ból psychiczny natomiast jest czymś czego nie zaleczysz, nigdy, żadnym sposobem...nauczysz się z nim żyć, lecz gdy jego źródło da, o sobie znać...
wszystkie twoje wysiłki pójdą na marne, a ty tak jak przed laty zostaniesz z niczym...

  Przecierając po raz ostatni lśniący, szklany kieliszek z rozmachem ująłem w dłonie butelkę złocistego
trunku i z niemrawym uśmiechem wypełniłem nim szkło.

- Proszę uprzejmie.
Odparłem, posylając ku siedzącej za kontuarem szatynce jeden z wyćwiczonych, nieszczerych uśmiechów jakiego wymagało od nas szefostwo i zatapiając spojrzenie w hipnotyzującej głębi jej niebieskich źrenic, źrenic tak łudząco podobnych do tych, za którymi przybyłem do Brooklynu, w których bez pamięci się zakochałem, a przez które w niedalekiej przeszłości tak cholernie cierpiałem...
Potrząsając gwałtownie głową, zamrugałem kilkakrotnie pozwalając by, wszystkie wciąż tak samo bolesne obrazy zasnuły umysł i zagościły na nowo na miejscu dopiero zabliźnionej rany.

 - Dziękuję, Bruno.
Szepnęła szatynka, a na moje ramiona gwałtownie wpełzła gorąca fala, przeszywających dreszczy. Nagła zmiana w moim zachowaniu nie umknęła jej bystremu spojrzeniu, co sprawilo, iż jej pełne usta momentalnie rozciągnęły się w zniewalającym uśmiechu.- Mhhhhm...czyli jednak pamiętasz...
Mruknęła zmyslowo, pochylając się delikatnie i znacząc opuszką szlak na mojej zaciśniętej szczęce. Jak mógłbym zapomnieć...

Niczym oparzony jednym, szybkim ruchem odskoczyłem w tył, a wbijając weń pełne niewypowiedzianej nienawiści spojrzenie, warknąłem chłodno.:

- Po co wróciłaś, Nicole ?
Na te słowa, smukła szatynka pochyliła się nad kontuarem i nieporadnie splatając palce , zerknęła mi w oczy miękkim i pełnym smutku, dopracowanym do perfekcji spojrzeniem, tym samym którym niemal dwa lata temu skradła mi serce, tym samym, za którego sprawą...
..straciłem wszystko...
Po za cierpieniem, które w trudnych chwilach powracało do mnie nawet teraz, nawet po niemal dziewięciuset dniach walki, o zapomnienie, o nowy, lepszy start.- Po co ?
Powtórzyłem niecierpliwie, czując jak każda sekunda jej zwłoki pozbawia mnie wszelkich pokładów cierpliwości, z jaką do tej pory starałem się podchodzić do jej nagłego powrotu.

- Popełnilam błąd...nie powinnam była tak po prostu odejść, nie powinnam była...- zaczęła cicho, a posyłając mi kolejne przepraszające spojrzenie, kontynuowała.- ...nie mialam prawa tak bardzo cię ranić, ale...bałam się, Bruno...bałam się, że jeśli zostanę...zranię cię jeszcze bardziej...- wyszeptała, a ukrywając twarz w niewielkich, delikatnych dłoniach pozwoliła by, jej drobnym ciałem wstrząsnął rozrywający serce szloch.

- Jeszcze bardziej ? Bardziej niż odchodząc bez słowa, niż zostawiając mnie na tej podłodze i bez pożegnania zapadając się pod ziemię ?
Wychrypałem, czując jak każde z jej słów, niczym ostrze noża z łatwością, przebija się w głąb dotychczas zmrożonego, zaleczonym bólem serca.

- Przepraszam...
Jęknęła, a ocierając z policzka samotną, poczerniałą łzę na nowo zatopiła spojrzenie w moich rozbieganych źrenicach.

- Nie masz, za co.
Wymamrotałem z całych sił powstrzymując wszystkie słowa skargi, jakie z trudem tłamsiłem w sobie, od tamtego dnia.- To już nic nie znaczy...
Dodałem słabo, po czym wciskając w ręce zdezorientowanego Nate'a jeszcze wilgotną szmatę, szybkim krokiem opuściłem wypełniony po brzegi lokal.

                                                   *      *      *
...Wspomnienie...

 Wydając z siebie kolejny zduszony jęk osunąłem się na kolana, gdy stalowa pięść szatyna raz jeszcze spotkała się z moim, już i tak opuchniętym policzkiem, a unosząc wzrok spojrzałem zamroczony na smukłą postać szatynki, opartej o przeciwległą ścianę i z przerażeniem popatrującą spod kurtyny gęstych rzęs na całą sytuację. Idąc za moim spojrzeniem barczysty mężczyzna skupił na niej rozżarzone spojrzenie po czym z lekka rozluźniając palce na mojej krtani, warknął.:

- Pytam po raz ostatni, Nicole. Kim on dla ciebie jest ?!
Powtórzył pytanie, po czym w obszernym pokoju zapadła przenikliwa cisza. Oczekując na jej odpowiedź przygotowywałem się psychicznie na kolejny atak szału ze strony jej męża, gdy dowie się prawdy, nie mogłem jednak przygotować się na słowa, które opuściły rozedrgane usta dziewczyny.

- Nikim. Jest nikim, przysięgam ci...nigdy wcześniej go nie widziałam...pojawił się tak nagle, chciał...próbował mnie zgwałcić, krzyczał...
Szeptała łamiącym się głosem, a jej oczy zaszły mgiełką łez,
grała, grała tak doskonale, że każdy głupi z latwością uwierzyłby, w fałszerstwa, których ostrza teraz wbijała w moją krtań, silniej niż zaciskała się na niej stalowa dłoń zielonookiego.
Rozszerzając źrenice, otwierałem i zamykałem usta niezdolny do wydania z siebie jakiegokolwiek dźwięku, z niewypowiedzianym cierpieniem przyjmowałem kolejne razy, z zamroczeniem poszukując jej spojrzenia.
Potem nie pozostało już nic, powieki zaczęły ciążyć tak silnie, iż gdy opadły, nie byłem w stanie ponownie ich unieść, przeszyte bólem ciało, bezładnie opadło na chłodną podłogę salonu... a jedyną rzeczą jaka pozostała w umyśle były te dwa, zabójcze  słowa...
,,Jest nikim..."
Dwa słowa, które równie dobrze mogły zabrać mój oddech bo, teraz...pozostałem z niczym.

...Koniec wspomnienia...

  Oddałem jej dwa lata życia,
oddałem  wszystko co miałem, wzięła to bez słowa,
oddałem jej całego  siebie,
poszedłem za nią do samego Brooklynu, bez pytań, tylko z jej woli pozostawiając wszystko za sobą, a gdy on zapytał kim jestem bez najmniejszego trudu zrównała mnie z ziemią,
 z nicością i odeszła pozostawiając jedynie ból,
pozostawiając mi oddech, lecz zabierając tlen...
(...)
 Zakręcając wodę wyszłam powoli spod prysznica i owijając się szczelnie opuściłam łazienkę. Mieszkanie pogrążone bylo w ciszy i ciemności, co zamiast działać na mnie kojąco sprawiało, iż czułam niepokój, niepokój przed czychającymi na mnie we śnie koszmarami,
 przeszłością, którą tak bardzo chciałam zostawić za sobą,
 zapomnieć...
Nie potrafiłam...

Biorąc więc głęboki wdech wyciągnęłam z szafy w swoim pokoju pierwsze lepsze szorty, białą koszulkę z krótkim rękawem i polarową bluzę by, po chwili zagłuszając muzyką głosy w głowie, pomimo nocnej pory biegiem przecinać uśpione ulice kryjącego mnie przed nim Brooklynu.
Zatapiając się w delikatnych rytmach przyspieszyłam i przecinając kolejną, mroczną ulicę wbiegłam na szeroki chodnik, podświadomie pragnąc by, wyczerpujący bieg wybawił mnie od nocnych mar...
Nagle pod wpływem uderzenia, niemal bezwładnie upadłam na chłodne płyty chodnika, zaskoczenie zniwelowało ból, dlatego też momentalnie wstając na równe nogi zabójczym wzrokiem spojrzałam na ciemną postać, stojącą krok przede mną.

- Uważaj jak leziesz, palancie !
Warknęłam, a w następnej chwili mój wzrok utonął w najintensywniejszej głębi, w morzu czekolady, w którym z zapartym tchem poczęłam się pławić, nie zdolna wyartykułować kolejne słowa.

- Wybacz nie zauważyłem cię w świetle latarni, z resztą to ty we mnie wbiegłaś, więc po co to wzburzenie ?
Zapytał z nutką rozbawienia, a moje serce na moment stanęło by, już po chwili rozrywać moją pierś ze zdwojoną siłą...

- Mhhhmmm...
Jedno spojrzenie, kilka slów, a cała pewność siebie uszła z kolejnymi, głębokimi oddechami, tak jakby nigdy jej we mnie nie było.- ...przepraszam...ale gdybyś otworzył oczy...uhhh...ta rozmowa niema sensu !
Jęknęłam wciskając pięści w kieszenie i...
wciąż stojąc bez ruchu,
niezdolna by, po prostu zawrócić...
__________________________________
  Dzień dobry kochani !
Dziś dla odmiany rozdział niemal z samego rana.
:)
Jak się podoba ?
Piszcie proszę Wasze opinie w komentarzach i oczywiście wracajcie w przyszłą niedzielę !
Ps. Ogromnie mi miło, iż już po pierwszym rozdziale opowiadanie przyciągnęło tylu odbiorców, dziękuję.
<3

poniedziałek, 23 listopada 2015

1. Another day in paradise...

    Brooklyn, blisko dwa miliony pięćset sześćdziesiąt pięć tysięcy sześciuset  trzydziestu pięciu mieszkańców, około dwóch milionów pięciuset sześćdziesięciu pięciu tysięcy sześciuset trzydziestu pięciu niespełnionych marzeń, a wśród nich jedno, moje...

Przełknąwszy ciężko ostatni raz musnąłem opuszką delikatnej, naprężonej struny po czym skłoniwszy się ku niewielkiej publiczności przewiesiłem sobie instrument na ramieniu i  spuszczając wzrok ruszyłem zalanym złotem jesiennej Klary, szerokim, przecinającym dzielnicę na wskroś bulwarem, na którego płytach nierzadko już, bezskutecznie szukałem szczęścia; kogoś kto pozwoliłby, mi wyrwać się ze stanu oczekiwania na lepsze jutro; drogi którą wyznaczyłem sobie by, spełnić marzenia, 
drogi którą sobie wyznaczyłem, a na której nie postawiłem dotychczas chociażby jednego kroku...

 Zatonąwszy na nowo w kojącym wodospadzie przemyśleń nie zarejestrowałem nawet faktu wkroczenia na ulicę, a z transu w jakim trwałem wyrwał mnie dopiero pisk opon i rozdzierający ciszę klakson samochodu. Odwróciwszy się gwałtownie, uskoczyłem przerażony, dzięki czemu pojazd tylko nieznacznie odepchnął mnie do tyłu.

- Kurwa mać !
Usłyszałem  wrzask kierowcy by, już po chwili jego ciężka dłoń z nienawiścią szarpnęła mną ku górze.- Uważaj jak chodzisz, dzieciaku !
Warknął zmuszając bym patrzył mu w kipiące żarem, zielone źrenice.- Lepiej byś się zajął czymś porządnym, a nie się włóczysz i żebrzesz po uczciwych ludziach, uhh tacy jak ty...
Zagłębiwszy weń spojrzenie z rozbawieniem pokiwałem głową, co tylko wzmogło w mężczyźnie nienawiść jaką obdarzał mnie z każdym, chłodnym łypnięciem.- Jak śmiesz...
Syknął z jadem i już miał ponownie szarpnąć za moje ramię, gdy z ekskluzywnego auta wysiadła wysoka, smukła szatynka tuż po dwudziestce i dotknąwszy opuszką rozpalonego złością policzka partnera, szepnęła mu coś na ucho, na co z jego spojrzenia momentalnie uszły wszelkie, nienawistne iskry ...

- Pieprzony gnojek.
Wycharczał na odchodne i wypuszczając z uścisku obolałe ramię, niespiesznie powrócił  na swoje miejsce za kierownicą wozu. Westchnąwszy głęboko poprawiłem skórzany pas na ramieniu i nie zaszczycając zdegustowanego całym zajściem społeczeństwa, ani jednym spojrzeniem w upokorzeniu na nowo podjąłem marsz.

Oto kim dla nich byłem : nic nieznaczącym,
pieprzonym gnojkiem,
wyrzutkiem,
 niepasującym do reszty elementem układanki...
                                                  *     *     *
 Dopiąwszy ostatni z guzików czarnej koszuli przeczesałem palcami starannie ułożone włosy i niechętnym spojrzeniem zmierzyłem własne odbicie.
Powinienem był już dawno przywyknąć do tego typu sytuacji, nienawistnych spojrzeń i wyszydzenia jakim od dawna mnie raczono, oto bowiem kim w rzeczywistości byłem : dwudziestojednoletnim marzycielem, bez perspektyw, znienawidzonym przez społeczeństwo za posiadanie celu...
 Poprawiwszy po raz ostatni rękawy koszuli narzuciłem na ramiona równie czarny materiał skórzanej kurtki i zaciskając palce na niewielkim pęku kluczy uchyliłem nieznacznie drzwi niedużego mieszkania, pozwalając tym samym by, do wnętrza wpadł drażniący zapach użytej w sporej ilości wody kolońskiej.

- Peter Gene Hernandez...
Mruknął ubrany na czarno, dojrzały mężczyzna po czym krzyżując ręce na piersi posłal mi jeden z tak dobrze mi znanych złośliwych uśmieszków.- Zakładam, że wiesz po co tu jestem, prawda ?
Wychrypiał, a na moje barki mimowolnie wystąpiła nieznośna fala, przeszywających dreszczy...
 (...)
 Wypuściwszy w powietrze ostatni, siwy obłok ruszyłam z wolna ku przezroczystej tafli lustra, a przesuwając kredką po długiej kurtynie gęstych rzęs, zerknęłam na stojącą przede mną dziewczynę.

Nie było w niej choćby krzty pokory, emocji...
Była profesjonalistką, tą której widoku oczekiwali skorzy do grzechu faceci,
była zabawką, zachcianką, dziwką...
Była mną...

 Zaciągnąwszy się po raz ostatni ruszyłam pewnym krokiem ku wejściu na salę nocnego klubu, po drodze gasząc niedopałek w stojącym na krawędzi toaletki drinku, jednej z szykujących sie do wieczoru dziewczyn. Po czym biorąc głęboki oddech pchnęłam z pogardą masywne wrota, prowadzące do miejsca, gdzie tego wieczoru miałam zamiar pozbawić samą siebie resztek godności.
                                               
                                                   *     *     *
Oplatając nogami chłodną, srebrzysta rurę odchyliłam głowę w tył i pozwoliłam by, niemal nagie ciało poczęło ponętnie zsuwać się w dół, przyciągając tym samym jednoznaczne spojrzenia, wzbudzając w pomieszczeniu falę gwizdów, sprośnych komentarzy i deszczu banknotów, które niektórzy widzowie bezwstydnie wsuwali za pasek skąpego bikini gdy tylko moje pośladki przywarły do chłodnego blatu jednego ze stołów, na którym już jakiś czas temu zamarła dotychczas ożywiona rozgrywka pokera. Nachyliwszy się więc nisko odrzuciłam włosy, które teraz opadły na ramiona, a spojrzawszy figlarnie w twarze graczy przesunęłam palcami wzdłuż talii, wyginając się przy tym zgrabnie i niepostrzeżenie zgarniając ze stołu plik pozostawionych nań, bezpańskich dotychczas banknotów, po czym stając na równe nogi przemaszerowałam z wdziękiem wzdłuż lśniącego blatu.
Byłam pewna, że żaden z nich nawet nie zauważył mojej niegrzecznej zagrywki, nie była ona bowiem niczym nowym.
Nie dla mnie...

Kierując kroki ponownie ku garderobie uśmiechnęłam się do siebie, a położywszy palce na klamce nacisnęłam nań delikatnie i odepchnęłam drzwi od siebie, nim jednak postąpiłam choćby krok w głąb pomieszczenia czyjeś silne ręce przywarłszy do moich bioder szarpnęły mną gwałtownie.
Jego gorące wargi, w krótkich muśnięciach poczęły tyczyć na spąsowiałej skórze szlak, a zmysły momentalnie omotał świeży zapach męskich perfum.
Nie zważając na moją powściągliwość McKhan jednym, szybkim ruchem wepchnął mnie do wnętrza pokoju i nie rozłączając naszych warg zamknął za nami drzwi, po czym rzuciwszy mnie na łóżko bez cienia szacunku do mojej osoby wyzbył się pozostałych jeszcze części zakrywającego mnie materiału...

 Tłumiąc każdy jęk, ze łzami w oczach przyjmowałam co rusz silniejsze pchnięcia, a przygryzając drżącą wargę z nienawiścią wbijałam paznokcie w zroszoną chłodnym potem skórę, na rozbudowanych  barkach bruneta.

- Nienawidzę cię.
Warknęłam w końcu czując jak jego mięśnie sztywnieją, a moje wnętrze zalewa przenikliwa fala
gorąca.- Nienawidzę...
Powtórzyłam wyraźniej, a odpychając go od siebie posłałam mu jedno z najchłodniejszych spojrzeń, takie jakim potrafiłam obrzucić tylko i wyłącznie Jasona McKhana.
Tak jak przypuszczałam niewzruszony jadem sączącym się z moich słów mężczyzna jedynie zaśmiał się pod nosem i składając na rozpalonej skórze mojego obojczyka ostatnie, przelotne muśnięcie jakby nigdy nic zasunął klamrę paska od dżinsów, a ponownie się pochylając szepnął.:

 - Ważne, że ja cię lubię, Skylar.
Po czym muskając czule mój policzek znacząco zwilżył wargi koniuszkiem języka.

-  Wynoś się.
Syknęłam chłodno, co jeszcze poprawiło mu humor.

- Uważaj do kogo mówisz, młoda.
Zripostował kąśliwie i posyłając mi kolejny przesłodzony uśmieszek opuścił pokój, zatrzaskując za sobą drzwi.

Przełknąwszy z trudem jeszcze jakiś czas z odrętwieniem spoczywałam na niewygodnym materacu małżeńskiego łoża by, następnie zanosząc się szlochem, splamić hebanem łez delikatną biel, puchowej poduszki.

Oto bowiem nadeszła chwila, w której rzeczywistość brutalnie wdarła się do świadomości, niczym powódź nawiedzając umysł milionami obrazów przedstawiających żałosną szmatę, której rolę dzień w dzień tak doskonale odgrywałam. W takich momentach wzgardzałam samą sobą najbardziej, wstydziłam się tego co ze sobą zrobiłam...potem przychodził sen...
Przeszłość powracała, a wraz z nią gorący, letni  wieczór.
Wieczór, po którym na ów rolę się zdecydowałam...
_________________________________________
   W zasadzie nie potrafię nawet skomentować własnego spóźnienia...
Jak tak można ?!
Nie mam pojęcia, ale mimo wszystko ogromnie Was przepraszam, niestety nie miałam na to wpływu.
Ale nie, o tym mowa...
Oto za Nami pierwszy rozdział.
Jak wrażenia ?
Mam nadzieję, że pomimo zawartej w nim swoistej brutalności przypadł Wam do gustu ?
Piszcie proszę, co myślicie i wracajcie w niedzielę !
Ps. Ogromnie dziękuję za tak ciepłe przyjęcie.
<3

niedziela, 15 listopada 2015

Prolog

     Drodzy rodzice !

     Wiem...nie dawałam Wam, żadnego znaku życia od dnia, w którym  zaniosło mnie do Brooklynu.
Pewnie więc zastanawiacie się co u Mnie...
 Cóż, nawet nie wiecie jak długo zbierałam, się by, napisać ten list, ale skoro już to zrobiłam, skoro już na niego patrzycie to czas najwyższy wyznać Wam prawdę.
 Kłamałam, kłamałam gdy mówiłam, że wyjeżdżam na studia medyczne, gdy pisałam, że poznałam kogoś, kłamałam nawet wtedy gdy opisywałam Wam gdzie mieszkam, ale teraz nadszedł czas, żebyście poznali prawdę...
 Więc...
nie skończyłam żadnych studiów medycznych, a co najwyżej kurs tańca na rurze, 
nie pracuję w eleganckim, nowojorskim szpitalu i nie mieszkam w górującym nad miejskim zgiełkiem drapaczu chmur...
Prawda jest taka, że zamiast stać się cenioną kobietą, 
stałam się przedmiotem, żywą zabawką w rękach mężczyzn, moja codzienność nie toczy się  pośród  inteligentnych ludzi wyższych sfer, lecz żądnych rozpusty typów spod ciemnej gwiazdy, a moim życiem nie kieruję ja tylko mały, zamknięty przed spojrzeniami innych ludzi światek, w którym nie egzystuje miłość i czułość, lecz żądza i to, co sprawia, że ta chora gierka staje się hazardem, to co napędza cały ten burdel- pieniądz, wszechmogący pieniądz...
W zasadzie mogłabym Wam jeszcze przybliżyć jej reguły, ale na ogół będzie to tylko zbędne lanie wody, toteż... 
Jedynie Was przeproszę,
przeproszę za to, że nie spełniłam Waszych marzeń i że nie podążyłam drogą, na którą mnie kierowaliście , ale najwidoczniej życie czasami jest zbyt brutalne by, wystarczyły sny, zbyt szybkie by, móc przystanąć, czy zawrócić...
Przepraszam więc, że choć nie miałam własnych aspiracji, nie podołałam Waszym...
Przepraszam też, że nie żałuję, ale zdążyłam już z tego wyrosnąć...
  Życie jest zbyt krótkie by, patrzeć w przeszłość, więc i Wy tego nie róbcie...
Ps. Zrozumiem jeśli po tym liście się mnie wyprzecie,a jeżeli nasze drogi już nigdy się nie zejdą to chcę jedynie byście wiedzieli, że mimo wszystko kocham Was i niema siły, która by, to zmieniła.
 Wasza Skylar.
______________

 Witam !
Oto jestem i z radością przedstawiam Wam prolog mojego kolejnego opowiadania...
Przygotujcie się więc na sporo emocji, 
jakich ?
Cóż to pytanie pozostawiam dla Was...
 * W zaistniałych okolicznościach pragnę Wam jeszcze raz podziękować za obecność na poprzednim opowiadaniu !
 DZIĘKUJĘ !!!!
 * Co do powyższego...
Jak Wam się podoba prolog ?
Jakie wrażenia ?
Czytajcie, piszcie i wracajcie w niedzielę !