niedziela, 12 listopada 2017

33. Year without a rain...

 
   W ciągu tego roku zmieniam podejście do ludzi, stan który zamieszkuję i adres. Wynajmuję mieszkanie na pierwszym piętrze jednego z wieżowców w Mieście Aniołów, piszę kilka tekstów i chowam je do szuflady w oczekiwaniu na powrót mojej muzy. Poznaję dwie kobiety- Catelyn oraz Michele by, wkrótce przekonać się z goryczą iż żadna z nich nie jest warta dedykacji w tekście kolejnej ballady
Poznaję kilku ludzi dzielących moją pasję lecz dopiero po czasie rozumiem jak wielką szansę od nich otrzymuję,  znajduję pracę dzięki której wiążę koniec z końcem  Oddaję dwa nic nie znaczące pocałunki, szafirowookiej Michele by, następnie pozwolić jej uciec na Cypr, gdzie jak pisze w ostatnim esemesie znajduje swoje szczęście takie jakim je sobie wyobrażała.

Nie mam jej tego za złe.

 Gdzieś w głębi serca czuję bowiem że byłaby pierwszą kobietą, którą zraniłbym mimowolnie; może w któryś z gorszych dni nazwałbym ją imieniem Sky, może w jeden z podlewanych alkoholem wieczorów wyznałbym jej prawdę i zgasił małe iskierki tańczące w jej oczach za każdym razem gdy wymawiała moje imię.
Może.
Tak, czy inaczej nie byłem jej wart, a ona nie była mi pisana.

A później pojawia się Catelyn; studentka psychologii, mądra i wygadana.
Zbyt szczera.
Zbyt zaborcza.
Zbyt prostolinijna.
I może dlatego nasza znajomość kończy się wraz z czwartym spotkaniem na którym pyta o moje życie erotyczne, a ja rozumiem wnet do czego pragnie sprowadzić naszą relację i usuwam jej numer zaraz po przeproszeniu jej za nieudany wieczór...

Nocami zdarza mi się przelewać łzy, lecz robię to w ciszy. Z dala od ciekawskich spojrzeń.
Nie odkochuję się.
Nie zakochuję i nie ruszam w przód.

Nie piszę do niej, nie dzwonię i nie szukam wzrokiem choć wiem że i ona zmieniła miejsce zamieszkania.
Bywa że wieczorami popadam w zadumę, szukając odpowiedzi na zaledwie kilka z tysiąca pytań pozostawionych bez odpowiedzi.

Zastanawiam się, czy kogoś poznała.
Czy zastąpiła mnie tym kimś?
Czy znalazła w tym roku chociaż jedną myśl tylko dla mnie?
Czy może było to złudzenie?
Może wierzyłem w to że gdzieś w głębi jej serca i umysłu, lub tylko umysłu jest miejsce i dla mnie tylko dlatego że bardzo tego chcę...

Staram się nie rozmyślać zbyt wiele nad tym dlaczego słowem, które tak ogromnie nas poróżniło było słowo: "kocham"

Czyż nie powinno nas połączyć?

Zacząłem biegać.
Chyba w nadziei że pewnego dnia wpadnie w moje ramiona tak jak wtedy gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, twarzą w twarz.
I byłbym niemal zapomniał...
Zrobiłem sobie tatuaż.

Nie ze względów artystycznych, ideologicznych czy ekspresyjnych, lecz samolubnych.
Tak, zdecydowanie samolubnych.
Dzięki temu mam ją przy sobie zawsze, już na zawsze...
A przynajmniej łatwiej mi to sobie wmówić gdy patrzę na owo niewielkie arcydzieło.

W okolicy świąt odwiedzam dom rodzinny i cierpię w milczeniu za każdym razem gdy któryś z domowników rodziny pyta o nią z ciepłym uśmiechem na ustach.
Nie uśmiecham się gdy gratulują mi pierwszego kroku ku spełnieniu marzeń, czuję bowiem że gdy stawiam krok w przód na drodze ku spełnieniu jednego z nich, cofam się aż o trzy w boju o to drugie. Dużo spaceruję, unikam miejsc które jej pokazywałem rozmyślając o tym co zrobiłem nie tak, dlaczego mnie odepchnęła i czy naprawdę tak niewiele dla niej znaczyłem, coraz rzadziej się odzywam, coraz częściej wyrażam powątpiewanie względem naszego kwietniowego spotkania przede wszystkim dlatego iż obawiam się zawodu gdy zostawi mnie na dobre.

Najczarniejsze scenariusze topię w alkoholu, nie piję go jednak litrami, butelkami czy szklankami. Jedynie w dawkach zdrowotnych, jak na receptę.

Sylwester także spędzam z rodziną, oraz Kat- długonogą szatynką o błękitnych oczach z którą wkrótce próbuję wdać się w romans, lecz moim próbom daleko raczej do romansów Szekspirowskich.
Kat pragnie miłości, cielesności i zaangażowania, a jedyne czego pragnę ja to pozostanie czystym, niczym łza.
I gdy dziewczyna w końcu to pojmuje, sytuacja między nami znacząco się klaruje.
Od tego czasu nie staramy się stworzyć związku, jedynie widujemy się regularnie, do czasu.

Wkrótce Kat zakochuje się na zabój w kochliwym Hiszpanie ze szkoły tańca i zrywa ze mną kontakt gdy próbuję wybić go z jej głowy argumentując moje cele wieloma przypadkami w których chodząc z nią na ów zajęcia nakryłem go obściskującego się w szatni z tuzinem dziewcząt.

Rozpoczynamy wojnę na słowa, lecz czując niechybną przegraną kapituluję tak z życia Kat jak i z parkietu szkoły tanecznej.
Nie rozpaczam jednak nad ową stratą i ponownie wypełniam cały swój grafik muzyką, tekstami oraz powolnym budowaniem wytwórni przy obopólnej uciesze Ariego i Phila.

A potem nadchodzi kwiecień...
(...)

  Pod koniec kwietnia kupuję kalendarz. Nie ozdobny, najzwyklejszy z możliwych. I wyrywam zeń kartki by, szybciej płynął czas. Usuwam ze spisu połączeń numer Diany, zachowuję ten brązowookiego. Nie używam go jednak.
Przeprowadzam się.
Znajduję pracę w niewielkiej kawiarence u rozkosznej staruszki, u wejścia do MacArthur Parku oraz  zakwaterowanie na poddaszu domu starszego małżeństwa nierzadko nawiedzającego kawiarenkę, składam papiery na Uniwersytet Kalifornijski i wpłacam czesne z pieniędzy, które pamiętnego wieczoru znalazłam w albumie od ojca.

Nie znajduję w sobie jednak na tyle odwagi by, spełnić jego prośbę i się z nim skontaktować. Nie dzwonię też do matki, nie odpowiadam na wiadomość, w której składa mi życzenia urodzinowe i nie pozdrawiam jej żarliwie w odpowiedzi na jej ciepłe słowa.

 W przerwie majowej dostaję list od Naomi i czytam go trzykrotnie nim w końcu udaje mi się nakreślić kilka pierwszych słów na kartce, którą kilka tygodni później składam starannie i pakuję w turkusową kopertę wraz z plikiem zdjęć mojego autorstwa przedstawiających Los Angeles w pełnej okazałości; od malowniczych parków, przez gwarne uliczki, kolorowe witryny pobocznych sklepików, zapierające dech w piersi zachody słońca i monumentalne gmachy wieżowców aż po ludzi i ich codzienne życie.
Łzy, uśmiechy, złość i radość.

W czerwcu poznaję Will'a;  malarza, o duszy niemal tak niespokojnej jak jego rozbiegane spojrzenie. Spotykamy się kilka tygodni i zaczynam się obawiać iż uroczy szatyn niebawem odnajdzie we mnie swoją muzę.
Muzę, którą stać się dla niego nie chcę.
I znów uciekam, dopisując jego imię na listę osób, które zraniłam.
Listę na której nieprzerwanie króluje imię brązowookiego.

Will jeszcze kilkakrotnie szuka mnie w niewielkiej kawiarence lecz poczciwa pani Stayner zbywa go domysłami na temat mojej świetlanej kariery za obiektywami aparatów należących do najjaśniejszych gwiazd fotografii w Mieście Aniołów.

Wieczorami siadamy na ganku jej niewielkiego domku gdzieś w najspokojniejszej z dzielnic i śmiejemy się cicho gdy starsza kobieta opisuje z przejęciem mimikę chłopaka za każdym razem gdy słyszy on stek chwytliwych kłamstw.

Lipiec upływa znacznie wolniej niż bym tego chciała, skupiam się więc na przygotowywaniach do roku akademickiego i pracy.
Nie imprezuję.
Nie szukam nowych przeżyć, nie poznaję nowych ludzi i nie zapamiętuję twarzy tych których mijam na przejściach dla pieszych.

Wymieniam kilka listów z tajemniczym wielbicielem i palę je wszystkie gdy odkrywam kim jest mój cichy adorator.

Liczę gwiazdy w ciepłe letnie wieczory, myśląc gdzie teraz znajduje się Bruno.
Piszę scenariusze naszego życia z tytułem "gdybym wtedy nie odeszła", palę je w kominku, który rozpalam pomimo iż żar lipcowych dni jeszcze nie zelżał.

Spijam czerwone wino siedząc na jednej z ławek wysuniętych najdalej w piaski Leo Corrillo State Beach, pozwalam koralowej magii wieczornego nieba spłynąć na kilka ujęć i szukam muszelek tam gdzie srebrzysta woda ledwie muska gorący brzeg.

Klękam tuż przy brzegu i pozwalam by, morska toń zlizywała gorliwie każdą z setki łez jakie wylewam gdy gwiazdy bledną, a w głowie rozbrzmiewa jego głos, jego śmiech;  przed oczami stają kawowe źrenice, a delikatny zefir przywodzi na myśl dotyk jego ciepłych ramion otulających moje barki raz po raz gdy rutyna okazywała się nieznośna.

Ostatnia z łez uzmysławia zawsze jak ogromnie mi go brakuje.
I nim ruszam długim chodnikiem ku drzwiom domu, w którym mam swój kąt rozmyślam nad tym jak bardzo mógł zmienić się w ciągu tego roku.

Czy chowa urazę?
Czy wciąż mnie kocha?

Na rozmyślaniu, zdjęciach, winie i tańcu mija także sierpień bym wkrótce mogła wkroczyć w nowy etap życia. Etap, który niegdyś, w Nowym Jorku odłożyłam na później, lub co bardziej prawdopodobne wymazałam z życiorysu.
I tak oto we wrześniu stawiam pierwszy z wielu kroków na korytarzu wymarzonej uczelni, wysłuchuję pierwszego wykładu, zapisuję pierwsze pospieszne notatki, zarywam pierwszą noc usypiając nad ranem z nosem pomiędzy stronami czterdziestą i czterdziestą pierwszą jednego z podręczników przedmiotowych,

 W pierwszej połowie października poznaję Faith- żywiołowego rudzielca z oczami seledynowymi i uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów. I po raz pierwszy od zerwania kontaktu z Dianą czuję tak silną nić porozumienia.
Nie zostajemy jednak przyjaciółkami, nie od razu bowiem ja nie ufam jej na tyle, a Faith wyznaje zasadę iż prawdziwy przyjaciel musi odkryć w tobie jedną z cech, której jak dotąd nie dostrzegł jeszcze nikt. Nie rozumiem istoty jej zasad lecz przystaję na naszą umowę jeszcze-nie-przyjacielską i tak też zyskuję towarzystwo w dniu swoich dwudziestych urodzin.

Z początkiem listopada Faith wprowadza mnie do zawiłego świata pisarzy, w którym sama zagrzebuje się na codzień by, wkrótce namówić mnie na pomoc przy tekście mającym na celu rozpropagowanie naszego uniwersytetu. I tak oto stajemy się rozpoznawalne.

Krótko po Święcie Dziękczynienia, które moja wciąż-jeszcze-nie-przyjaciółka spędza w rodzinnej Virginii zostaję wtajemniczona w uczucia rudowłosej do znajomego sprzed lat, które jak twierdzi odżyły jednogłośnie gdy ich spojrzenia spotkały się przelotnie na jednym z tamtejszych peronów. Nie staram się jej wmówić iż zadłużenie to jest lekkomyślne choć nie kryję się z takowym twierdzeniem, nie wspieram jej w uczuciach i nie staram się wybić jej z głowy księcia z pamiętnego peronu do czasu gdy nie orientuję się w jak duże problemy popada dziewczyna, a dowiaduję się przypadkiem gdy otwieram jej pocztę i czytam list od dziekana, w którym to wytłuszczonym drukiem podane są powody dla których panienka Faith Daniels jest w pierwszej trójce uczniów z plakietką "do odstrzału".

Nie konfrontuję tego od razu, czekam na właściwy moment do interwencji, w nadziei że z czasem i ona przejrzy na oczy.

I przegląda.

A gdy tylko to robi pole widzenia zasnuwa jej ponownie idealny kandydat na chłopaka, niejaki- Gabriel Donovan, z którym zakochana po uszy Faith nie omieszka mnie zapoznać już po dwóch tygodniach częstych schadzek.
Gabriel nie odstaje od swej wybranki w zachwycie nad swą drugą połową i wkrótce przestaję zamartwiać się wieczorami, o miłosne zawody teraz-już-przyjaciółki, którą staję się dla dziewczyny kiedy pewnego późno-listopadowego wieczoru w nadziei na przetarcie z jej oczu mgiełki zauroczenia opowiadam jej pokrótce swoje rozterki miłosne z ubiegłych lat podsumowując wywód stwierdzeniem iż miłość przyjdzie do niej sama.

 Faith kiwa głową przekornie, a ja śmieję się gorzko do księżyca gdy wspominam jak okropnie potraktowałam tego, którego teraz nazwałabym miłością...

W jeden z samotnych grudniowych wieczorów kiedy to ponownie wylewam łzy wraz z czerwonym winem nawiedza mnie pani Stayner i mimowolnie przyzwala bym popełniła błąd, którego później długo żałuję...

Opowiadam jej wówczas co przywiodło mnie aż tu, pomijam jednak to co stało się przed poznaniem Bruno i ku mojej późniejszej goryczy otwieram się przed kobietą aż nadto i pozwalam by, przejrzała mnie na wylot...
I tak oto zyskuję litość, której nie chcę...
Zyskuję także miejsce przy wigilijnym stole i prawo do odpalenia jednego ze sztucznych ogni sylwestrową nocą.
Tej nocy proszę Boga, niebiosa i wszelkie zastępy niebieskie choć ich istnienie nie jest udokumentowane o pomoc w przejściu kolejnego roku nawet lepiej niż tego, który właśnie upływa...

  Nad ranem, jeszcze zanim odbywam pierwszą drzemkę w nowym roku stawiam na każdej ze 104 kartek jakie dzielą mnie od ponownego spotkania z Brunem numerek od 104 do 1, dzięki czemu jeszcze silniej odczuwam upływ czasu jaki dzieli mnie od wyczekiwanej daty. Na obiedzie noworocznym jaki spędzam w towarzystwie państwa Stayner'ów osnuwa mnie obawa, czy aby na pewno on także tak żarliwie czeka na nasze ponowne spotkanie.

 Wszelkie obawy przelewam na rolkę aparatu w postaci kilku ponurych oraz kilku radosnych zdjęć, dzięki czemu pozbywam się chociaż części ciężaru jaki przywiodły na moje barki.
Drugiego stycznia rozpoczynam swoisty eksperyment społeczny, choć po prawdzie jest to kulturalniejsza i znacznie bardziej wyszukana nazwa czynności jakiej oddaję się przez kolejne tygodnie pracy, a mianowicie: baczna obserwacja ludzi odwiedzających kafejkę. I tak zauważam iż w okresie zimowym znaczna większość stolików zajęta jest przez młodych ludzi, nastolatków, młode pary, kobiety w czarnych, eleganckich płaszczach z czerwonymi policzkami i mężczyzn ubranych elegancko w szykowne palta.
Wówczas dochodzę do konkluzji iż życie kręci się tutaj wyłącznie wokół ludzi, a ta myśl napawa mnie niesmakiem.

 Na przełomie stycznia i lutego znacząco odcinam się od ludzi, staram się spędzać z nimi tylko tyle czasu ile jest wymagane, a całą resztę poświęcam naturze za miastem. W walentynki uwieczniam na fotografiach cukierkowy świat zakochanych, siadam na ławce strzegącej jednego z miejskich bulwarów, przyglądam się beznamiętnie ludziom zakochanym i czynię dywagancje nad pojęciem miłości.
 Wraz z powolnym przemijaniem lutego zapełniam pamięć aparatu wieloma zdjęciami, z wielu dziedzin życia fauny i flory oraz miasta nocą.

W marcu natomiast kupuję kilka albumów i w mig zapełniam je tysiącami zdjęć jakie zrobiłam w ciągu roku. Kupuję także nową kartę pamięci, większą i pozwalającą mi na zapełnienie kolejnych albumów. Nie udaje mi się jednak wyrwać z miasta na okres wystarczający do nacieszenia się pierwszymi podrygami wiosny, bowiem wraz z nadejściem wiosny budzą się w lektorach nowe chęci do sprawdzania naszej wiedzy. tak też zostaję uwikłana w kolejne wiadomości jakie nabywam śledząc kolejne strony podręczników przedmiotowych- linijka po linijce. I o ile w marcu padam z nóg z przemęczenia i przeforsowania swych szarych komórek, o tyle z początkiem kwietnia cała senność paruje ze mnie doszczętnie.

Z każdym dniem sen zdaje się coraz bardziej nieosiągalny, z każdym dniem pokonuję na porannych przebieżkach dłuższe dystanse i mnożę w sobie endorfiny, już w pierwszym tygodniu kupuję bilet samolotowy by, każdego wieczoru przez pełny kwadrans wpatrywać się weń z nadzieją, radością, ale i domieszką niepewności, by w końcu z nienotowanym na żadnej istniejącej skali podekscytowaniem zapiąć walizkę o godzinie zero, dnia czternastego.
(...)

 Budząc się zbyt wczesnym rankiem myślę o jej oczach.
Próbując wcisnąć w siebie choć kęs ciemnego chleba zastanawiam się nad odcieniem jej włosów.
Dobierając ubrania myślę o jej dłoniach.
Biorąc prysznic staram się uzmysłowić sobie słodycz jej ust.
Narzucając na ramiona katanę staram się przywołać jej zapach.
A zapinając walizkę opływam w zachwyt nad nią całą.

To doprawdy niezdrowe podejście do drugiej osoby.
Nie zważam na to.

Nie zważam również na słowa ciemnookiej kobiety usilnie zagadującej mnie na wejściu do terminala, ani na nieuprzejme spojrzenia, o zbyt erotycznym zabarwieniu.

Rzucam na nią okiem dopiero na pokładzie samolotu, gdy siada u mojego ramienia i uśmiecha się zalotnie.
Uchylam kącik warg ku górze w nadziei że taki kontakt jej wystarczy.

Nie wystarcza.
Zachęcona moim gestem, który mylnie odczytuje jako aprobatę do rozpoczęcia znajomości podaje mi rękę i przedstawia się żarliwie.

Charlyn.
Piękne imię dla pięknej istoty.

  Istoty, którą poznaję aż nadto podczas nieco ponad  pięciogodzinnego lotu zakończonego szczęśliwie, ku mojej niewyobrażalnej radości na płytach lotniska La Guardia, z którego ewakuuję się zaraz po kolejnej próbie wmuszenia w siebie ciastek owsianych zakupionych w sklepie zaraz za punktem odbioru bagażu, którego swoją drogą nie posiadam zbyt wiele jako że przybywam z zamiarem rychłego powrotu do Miasta Aniołów, wraz z tym moim, kawowookim aniołem.

 Mimo iż dzielnice Queens na której mieści się lotnisko dzieli od Brooklynu zaledwie siedemnaście kilometrów pokonanie tego jakże niedługiego dystansu zajmuje mi nieco ponad godzinę- powinienem był liczyć się z ruchem ulicznym, lecz tego nie zrobiłem. I tak oto wpadam na Brooklyn dopiero o czwartej po południu.

Wysiadając z taryfy mam zamiar zapytać kierowcę, o kierunek w jakim podążać powinienem w celu odnalezienia pamiętnej kawiarenki, z najlepszą kawą w mieście. Nie wiem jednak jak ową prośbę ubrać w słowa i może dlatego zostaję z tym wyzwaniem sam...

 Długo krążę nim stawiam pierwszy krok na bulwarze, na którym niegdyś szukałem szczęścia, wzdrygam się mimowolnie na wspomnienie nieprzychylnych spojrzeń i zagłębiam w boczną uliczkę, odchodzącą w głąb niewielkiego placu.

Za dwadzieścia piąta docieram do czerwonych drzwi i z milczącym uznaniem przyglądam się przez moment wciąż jeszcze czerwonej farbie jaką są pokryte po czym popycham je delikatnie i wkraczam do kawiarenki.

Tłum nie jest o tej porze znaczący, nie znaczy to jednak iż lokal jest pusty.
Widząc niezmiennie białe stoliki i eleganckie krzesełka okalające każdy z nich uśmiecham się jeszcze szerzej.
Nic nie uległo zmianie, nawet pani McLean nie postarzała się znacząco.

- Dzień dobry.

Wypowiadam pierwsze od rana słowa, a na dźwięk mojego głosu starsza kobieta unosi wzrok i uśmiecha się nieznacznie.

- Peter, gdzież to się podziewałeś, chłopcze?

Pyta z ukrywanym dokładnie zadowoleniem, na co wzruszam ramionami i uśmiecham się otwarcie.

- Tu i tam, proszę pani.

Kiwa głową, rozumie iż nie chcę zagłębiać się w dyskusję dlatego też porzuca pogawędki i zastępuje je wyczekiwanym przeze mnie pytaniem:

- To co zwykle?

Kiwam głową, po czym dodaję:

- I dużą Latte, z karmelem, podwójnym jeśli można.

Proszę, na co kobieta unosi brwi pytająco.
Rozszerzam uśmiech tak by, dotykał płatków obu uszu, po czym płacę należne pieniądze i zaciskam palce na dwóch wysokich kubkach termicznych.

                                                             *      *      *

 Nim docieram na alejki Prospect Parku kupuję w jednym z niewielkich sklepików kraciasty koc oraz kilka lampionów, zapalniczkę już posiadam bowiem w ciągu tego roku nie udało mi się rzucić palenia, lecz przysięgam sobie iż rzucę to w cholerę jeśli tylko ona się dziś zjawi. 
 Nie zapominam też o świeżych rogalikach z marmoladą, którą jak zapewnia podstarzały piekarz osłodzę uczucia ukochanej oraz czerwonym winie, które mam nadzieję; toleruje Sky.

I kiedy zapalam ostatniego z czterech lampionów, w prawym rogu koca, na środku niewielkiej plaży
dochodzi szósta. Odsuwam się więc o trzy kroki i patrzę wzrokiem krytycznym na scenerię w której  zobaczymy się ze Sky pierwszy raz po jakże długim okresie rozłąki.
Stwierdzam iż jestem względnie zadowolony z własnego dzieła i rozglądam się z nadzieją dookoła w poszukiwaniu jej cienia.

Nie dostrzegam go jednak.
Nie widzę go także gdy wskazówka zegarka oplatającego mój nadgarstek wita godzinę siódmą.

W okolicach godziny ósmej zachodzi Słońce i doceniam w pełni piękno owego pejzażu mimo iż w duszy obawiam się najgorszego.

Jestem pewien że nie zapomniała.
Lecz z każdą minutą tracę pewność co do tego że i ona postanowiła zjawić się tutaj, dzisiejszego wieczoru.

I kiedy tracę już nadzieję, piasek szura pod delikatną podeszwą czyjegoś buta.
Odwracam się więc.

- Boże...

Szepczę w zachwycie, choć wcale tego nie chcę.
Pragnę paść na kolana, wziąć ją w ramiona i wykrzykiwać jej imię tak by, usłyszal cały Nowy Jork. A w zamian za to wszystko nie robię nic
Pozostaję oniemiały nawet wtedy gdy jej oczy topią mnie w swej głębi.

Tak bardzo tęskniłem, Sky...
_________________________

  Powiem nieskromnie iż podoba mi się ten rozdział. :)

Pozdrawiam serdecznie i mam nadzieję że Ci którzy jeszcze ze mną są, choć w najmniejszym stopniu podzielają moje zadowolenie.



piątek, 27 października 2017

32. Vision of love...


     Nad piaskami Jones Beach wciąż jeszcze króluje mgła gdy dostrzegam ciemne kontury jej delikatnej postaci kilka metrów przede mną. Bez zastanowienia ruszam w jej kierunku i kiedy już niemal dotykam jej rozwianych kosmyków, dziewczyna odwraca się, a zmierzywszy mnie wzrokiem od stóp do głów posyła mi rozdzierające spojrzenie. Mrugam w nadziei na łagodniejsze jego tony, lecz gdy ponownie unoszę powieki dostrzegam jej smukłe plecy, kilka metrów przede mną. Ucieka. Ruszam więc w pogoń, nie wiem po którym kilometrze wołam jej imię,lecz mój głos zdaje się zamierać w nagłych powiewach gorącego wiatru, nasze źrenice spotykają się gdzieś w połowie drogi, a w następnej chwili nastolatka po prostu znika. Wciągam powietrze łapczywie i powracam do biegu by, przystanąć w miejscu, w którym o ile wzrok mnie nie zmylił stała jeszcze chwilę temu. Nawołuję ją raz za razem, linia brzegowa posuwa się o kilka centymetrów i wkrótce chłodna woda obmywa moje kostki. Rozglądam się dookoła, lecz nie dostrzegam nic, nic poza pustką i nie wiem już czy patrzę w głąb swojego serca czy może wciąż skanuję piaszczyste krajobrazy przesycone morską solą...

 Słyszę swoje imię, nie wiem jednak kto je wypowiada. Nie otwieram więc oczu w nadziei że krzyk ten również należy do snu. Nadzieja ta umiera szybciej niż zdołałem powołać ją do życia gdy czuję na klatce wibracje.
To nie dreszcz.
Nie jest to również sen.
Nie otwierając oczu przedzieram się palcami przez delikatne fałdki pierzyny by, finalnie ująć w palce smukły telefon i odblokowując ekran zerknąć niemrawo na rzędy liter.

 "Naprawdę wierzysz że wyrzucając mnie ze swojego mieszkania uchronisz Sky przed kolejnym zawodem z twoich rąk? Co się stało, już się nie odstanie, Bruno."

Potrzebuję paru chwil by, w pełni przetrawić sens błyskających złowrogo z powoli ciemniejącego wyświetlacza, słów. I gdy finalnie dochodzi do mnie ich znaczenie w przerażeniu spoglądam ponad urządzenie i przelewam całą żałość na wpatrzonego we mnie Nate'a.
Ten uśmiecha się blado i muszę zamknąć oczy by, jakoś znieść jego nietaktowną reakcję. Przełykam ciężko, tymczasem chłopak wyciąga telefon z mojej ręki i odczytuje widoczne na nim słowa, następnie odrzuca go na bok i krzyżując ręce na piersi wbija we mnie surowe spojrzenie.

- Czy to ta dziewczyna, którą wyrzuciłeś za drzwi?

- Diana.

Przytakuję niemrawo, a oczy blondyna ciemnieją znacząco.

- Czy wy...

- Nie.

- Więc skąd...

- Nie zdradziłbym Sky. Nigdy.

Przerywam mu stanowczo, na co ten przewraca oczami

- Nie chcę być twoim spowiednikiem. Chciałbym zrozumieć tylko skąd wzięła na ciebie haka. Przecież by, sobie tego nie wymyśliła, nieprawdaż?

- Mogła.

Syczę przez zaciśnięte zęby.

- A miała ku temu powody?

- Odtrąciłem ją.

Oczy blondyna rozszerzają się nagle, a powietrze w pokoju mętnieje, choć winno pozostać klarowne.

- Uwiodłeś ją?

Tym razem to moje źrenice rozszerzają się niebezpiecznie i przechodzi mi przez myśl że w innej sytuacji mogłoby wyglądać to nawet zabawnie. Lecz nie dziś.

- Żartujesz sobie ze mnie?!

- Takie oskarżenia zazwyczaj nie biorą się znikąd.

- Ta zdzira najwidoczniej odchodzi od przyjętych zwyczajów.

Warczę szorstko, na co Nate czerwienieje niespodziewanie.

- Dobrze ci radzę, odszczekaj to Hernandez!

Stwierdza jadowicie, a moje źrenice wypełniają teraz powierzchnię całego oka.

- Bronisz ją?!

Unoszę się poirytowany lecz nie muszę czekać na odpowiedź by zrozumieć.- Nie...
Mruczę nie dowierzając..- Nie możesz, nie ją! Nate, przejrzyj na oczy!

Następnie postępuję krok w jego stronę i zaciskając palce na umięśnionych ramionach przyjaciela potrząsam nim dosadnie.

- Dobrze ci radzę, zostaw ją w spokoju Nate.

Lecz moje słowa rozpływają się w powietrzu jeszcze zanim docierają do jego umysłu. Odtrąca moje ręce i patrząc na mnie z wściekłością odsuwa się o krok.

- Nie masz podstaw by, ją szmacić. Nawet jej nie znasz.

- A ty już tak?

- Lepiej niż ty.

- Oh, więc już zwiedziła twoje łóżko?

Jeszcze zanim intonuję to zdanie jego pięść znaczy mój policzek i przez krótki moment rozważam jak wiele takich policzków zarobiłem przez ostatnie kilka dni i ile jeszcze zarobię.
Posyłam mu pełne rozczarowania spojrzenie po czym zabieram z jego rąk list, ubieram się i wychodzę, chowając kopertę do wewnętrznej kieszeni.

Chyba się na nim zawiodłem.
Chyba czuję się rozbity.
i co najważniejsze, i najpewniejsze...
Dziś straciłem przyjaciela.
(...)

Zamykam oczy i czekam.
Czekam gdy silne ramiona obejmują moje szczupłe barki, czekam gdy szorstki podbródek rozciera delikatny naskórek jakim dotychczas pokryte były oba obojczyki.

Czekam gdy nadchodzi obrzydzenie samą sobą.
Kiedy nawiedza mnie nienawiść do samej siebie za to że się zgodziłam.
A później uświadamiam sobie po co to wszystko.
I nie czekam już dłużej...
Przecież tego właśnie chciałam.
Chciałam by, bolało.
Chciałam by, skaleczyło.
I udało się.
Dlaczego więc, teraz gdy dopięłam swego, gdy  leżę sztywno pod obcym mężczyzną,  staram się zachować spokój, a łzy znaczą moje policzki, dlaczego z piersi wyrywa się szloch?
Dlaczego, skoro przechodzę przez to wszystko na własne życzenie?

Z nagłego zamyślenia wyrywa mnie wnet nieznośne pieczenie poniżej bioder i na policzku, słyszę głos lecz nie rozpoznaję go. Unoszę powieki i spoglądam z przerażeniem na tego, któremu pozwoliłam się skrzywdzić raz jeszcze, przyglądam mu się beznamiętnie gdy agresywnie naciąga na tors śnieżno-białą koszulkę i zapina pasek jeansów, lecz nie patrzę gdy skupia na mnie spojrzenie, odwracam wzrok.

- Nie za to ci płacę, suko.

Warczy, zmuszając mnie bym na niego patrzyła. Kciukami rozciera moje łzy, a przeczesując hebanowe pasma moich włosów uśmiecha się nieznacznie.
Przełykam więc ciężko, oczekując kolejnego, nieprzyjemnego komentarza, zamiast tego, mężczyzna sięga do tylnej kieszeni spodni i wyciąga zeń zwitek banknotów by, następnie rzucić je na łóżko i odwróciwszy się na pięcie przemierzyć pokój.
Wzdycham ciężko, czekając aż zamknie za sobą drzwi lecz nic takiego się nie dzieje, spoglądam ukradkiem w nadziei że owego spojrzenia nie odnotuje.
Przekonuję się jednak iż nadzieja jest matką głupich, przekonuję się o tym ponownie spoglądając w chłodne ślepia bruneta.
Patrzymy na siebie przelotnie, po czym słowa przecinają ciszę.:

- Masz szczęście, że jesteś taka śliczna. I ciasna, inaczej nie zapłaciłbym ci ani grosza, nie za to co wyczyniałaś...

Stwierdza oschle i wychodzi.
Rozsypuję się po całym pokoju, bez większej nadziei na wyzbieranie tego co po mnie zostało...

                                                            *      *      *

     Przełykając ostatnią słoną łzę powoli podnoszę się do siadu skrzyżnego i zapatruję tępo w zwitek banknotów czekający cierpliwie na moją decyzję, w najdalszym kącie łóżka. Wyciągam dłoń lecz cofam się niby oparzona jeszcze zanim tknę je opuszkami.
Nie chcę takich pieniędzy...
Nie chcę już tak żyć...
Wraz z tą myślą przychodzi następna i o dziwo nie mam wobec niej żadnych obiekcji.
To już grzech, niedopełniony lecz grzech.
Błąd.
Jeden z wielu, jeden ze średnich rangą.
Ale wciąż błąd.
(...)

     Niewiele rozumiem z tekstu, który czytam choć analizuję słowo po słowie. Zaczynając od uprzejmego powitania na samym początku, wstrzymując dech przy drugim akapicie, gdy orientuję się czego on dotyczy, aż po radosne roztargnienie gdy powoli zbliżam się ku końcowi.
Oto trzymam w dłoni opis odczuć obcego człowieka po zapoznaniu się z  moimi najskrytszymi przemyśleniami i uczuciami, względem zawartości mojego serca i umysłu przelanych na papier.
I nie wiem czy i jak dziękować za to Nate'owi,  czy może wlać oliwy do ognia.
Nie bacząc na okoliczności zaczynam się śmiać, w nagłym przypływie radości. Głośno i szczerze. Oto bowiem trzymam w dłoni kartę przetargową ku drodze do spełnienia marzeń, czy, mógłbym doświadczyć czegoś wspanialszego?
Na ten jeden moment znika złość i ból jakimi otoczyłem się po incydencie z Dianą, zostaje radość i nadzieja.
Nadzieja że to znak.
Chwytam w dłonie komórkę i pospiesznie przeszukuję spis kontaktów, a gdy w końcu docieram do "S,, zamieram, natychmiast pogrążając się w głębokim rozczarowaniu. Jakim sposobem miałbym przekazać jej nowinę kiedy nawet nie mam jej numeru?
Myślę przez moment, następnie wyrywam z leżącego przede mną notesu  pojedynczą, czystą kartkę i zapisuję na niej żarliwą prośbę o spotkanie, obiecując sobie osobiste dostarczenie jej do drzwi brunetki.
(...)

  Gdy mija osłupienie zsuwam się z materaca i pospiesznie opuszczam pokój by, następnie niczym burza wpaść do wspólnego pomieszczenia gdzie kilka dziewczyn obgaduje jednego z klientów, nadając mu każdy z możliwie pochlebnych przymiotów.
To sprawia natomiast że brzydzę się nimi równie mocno co płcią przeciwną. Biorę więc swoje rzeczy i bez słowa wychodzę na korytarz, kierując się ku tylnemu wyjściu. Niepostrzeżenie przemykam obok drzwi prowadzących do biura McKhana by, finalnie dopaść klamki masywnych drzwi i nie bacząc na to czy zostanę przyuważona rzucić się biegiem w głąb Brooklynu.
Biegnę dopóki, dopóty nogi nie odmawiają mi posłuszeństwa, biegnę nawet wtedy gdy nogi odmawiają współpracy i tak, ostatkami sił dopadam drzwi swojego domu...
Zatrzaskuję je i rozglądam się po mieszkaniu.

Ruszam więc w stronę kuchni i kiedy dostrzegam na stole jej wciąż niezablokowany telefon, coś popycha mnie w objęcia kolejnego błędu.
Rozglądam się raz jeszcze by, nabrać pewności iż nie zostanę przyuważona.
I kiedy nie dostrzegam oznak jej rychłego powrotu, nachylam się nad urządzeniem... i mrugam niedowierzając gdy mój wzrok pada na nadawcę. "Peter".

Nierozważnie spoglądam więc na treść i upadam.
Padam na kolana, a łzy zmazują dowody na ciche zabójstwo jakiego się dopuszczono.

"Co się stało już się nie odstanie..."

Co to ma znaczyć?
Czy oni...?
Czy on mógł mi to zrobić?

Jak mógł tak bezczelnie zagrać moimi uczuciami?
Jak bardzo mogłam się pomylić?!

Nie jestem pewna ile czasu mija zanim kanaliki łzowe przestają pracować, wiem jednak że kiedy to następuje podejmuję decyzję.

Podnoszę się więc, przecinam niemały metraż i wpadam do pokoju.
Otwieram drzwi szafy, wyjmuję z niej walizkę i rozglądam się po pokoju.
Czego potrzebuje człowiek na starcie nowego życia?
(...)

 Nim opuszczam bar dzień zmienia się w wieczór.
Biegnę więc ulicami pogrążonego w nocnym  życiu Nowego Jorku gnany dziwnym wrażeniem że za moimi plecami wydarzyło się coś okropnego.
I kiedy otwieram drzwi jej domu, jestem pewien że przeczucie mnie nie zgubiło.

Patrzę na nią gdy makijaż spływa po jej policzkach.
Patrzę gdy wymawia moje imię.

A później czas zamiera.
Zamiera gdy podążam za nią jedną z bocznych ulic, gdy wybiegamy na przedmieścia i wpadamy do utopionego w złocie Prospect Parku i gdy odrzuca walizkę na piasek niewielkiej plaży zdobiącej jezioro o tej samej nazwie, skrzące się niczym lustro, lustro w którym pragnę nigdy więcej się nie przeglądać.
Podchodzę do niej niespiesznie, w obawie że ją spłoszę, lecz odpycha mnie od siebie, a łzy w jej oczach plamią moje serce.

Zapatruje się w horyzont, ociera oczy, wzdycha z trudem i odwraca wzrok.
Przewierca mnie spojrzeniem, lecz nie rusza się z miejsca.
Drżę.
Drżę gdy patrzy wzrokiem trudnym do zniesienia, gdy opuszcza ramiona i niknie sama w sobie.

- Sky...

Szepczę, lecz ona zdaje się nie słyszeć.

- Kłamałeś.

Stwierdza nienaturalnie ostrym dla siebie tonem.

- Pozwól mi się wytłumaczyć.

Proszę.

- Więc jednak to zrobiłeś?

Zamieram w bezruchu, gdy postępuje krok i wbija we mnie wzrok.
Przełykam ciężko.

- Nie zrobiłem nic co mogłoby nas...

Zaczynam, lecz ona przerywa mi dosadnie.

- Nie ma "nas", Bruno. I najwidoczniej nigdy być nie miało.

Mrugam niespiesznie i powoli przetwarzam jej słowa, nie chcąc w nie uwierzyć.
Otwieram usta, chcąc zaprotestować lecz jej słowa wiążą mi krtań.-  Pozwalasz bym cię kochała, pozwalasz sobie zaufać i wszystko po to by, się mną zabawić?

Kiwam przecząco.

- Sky, naprawdę się w tobie zakochałem, rozumiesz? Nie zrobiłbym tego o co mnie posądzasz...

Szepczę błagalnie, lecz ona tego nie słyszy, znów nazbyt daleka ode mnie...

- Milcz.

Zaciskam szczęki.

- Nie chcę by, tak się to skończyło.

Mówię łagodnie, starając się za wszelką cenę pohamować drżenie głosu.- Nie chcę cię stracić, Sky.

Na te słowa coś w niej pęka, oto szlocha już nie w milczeniu, zachwiana między zaufaniem, wiarą i bólem, który teraz dzielimy na dwoje.

- To była twoja decyzja.

Mówi niemal bezgłośnie i mam ochotę paść przed nią na kolana, wyjąć serce z piersi i ofiarować jej takie jakim jest na dowód iż jest jego jedyną posiadaczką, a ja jedynie szczęśliwym jego strażnikiem. - Wybrałeś za nas. A co się z tym wiąże...skończyłeś ten rozdział. Nasz rozdział, jeszcze zanim poszliśmy w przód.

- Sky, daj mi szansę by, wszystko wyjaśnić, proszę.

- Przerzucanie odpowiedzialności nic już nie zmieni.

- Nie chcę niczego na nikogo przerzucać, chcę byś zrozumiała!

Unoszę się, rozpaczliwie pragnąc przebić mur jaki wzniosła wokół siebie.

- Ale ja nie chcę zrozumieć!

- Nie pozwolę ci żyć w kłamstwie.

- Nie chcę znać prawdy.

- Przestań, proszę.

Szepczę, najspokojniej jak tylko potrafię, po czym osadzam palce na jej smukłych ramionach i spoglądam w głąb niej.- Powiem ci prawdę, nagą prawdę, a później zdecydujesz co z nią zrobisz, zgoda?

Odstępuje o krok, uwalniając się spod mojego dotyku, lecz kiwa głową nieznacznie na znak przyjęcia warunków.

Biorę głęboki oddech...

                                                            *      *      *

 - Pogubiłem się, Sky i nigdy sobie tego nie wybaczę, ale się opamiętałem. Brzmi to żałośnie, wiem, ale... nie skrzywdziłbym cię.

Nie wiedząc co więcej powiedzieć podążam za jej wzrokiem by, następnie szepnąć jej do ucha:

- Wybacz mi, proszę wybacz...

Ona natomiast zaciska szczęki, ociera łzę i odstępuje jeszcze o krok. Delikatnie podnosi walizkę, otrzepuje ją dokładnie i w końcu posyła mi spojrzenie.

- Nie umiem, Bruno.

Szepcze,  a moje serce kruszy się boleśnie.- Jeszcze nie teraz.

Dodaje i widzę w jej oczach niemą prośbę o pozwolenie na odejście. Nie godzę się jednak, toteż kontynuuje:...pamiętasz jeszcze co pisałeś w liście?

Kiwam twierdząco, gotowy recytować go aż po własny podpis.

- Więc daj mi czas i jeśli...Jeśli naprawdę ci zależy... Zacznijmy od nowa, tutaj, w ten sam dzień, o tej samej godzinie. Równo za rok.

Otwieram szeroko oczy by, w następnej chwili skarcić się za niepotrzebne roszczenia względem jej decyzji.

- Do tego czasu...Nie szukaj mnie, nie próbuj się ze mną  kontaktować i nie pytaj o mnie...Żyj tak jak przed naszym pierwszym spotkaniem.

Mówi chłodno, po czym odwraca się i odchodzi, a mój sen ziszcza się w jeszcze gorszej odsłonie...
Lecz tym razem nie woda lecz wieczność, obmywa moje kostki, pnie się ku górze i w końcu, trafia do serca, mrożąc boleśnie każdy z miliona odłamków.
____________________________________________



niedziela, 24 września 2017

31.Sleeplessness...


     *Dwa tygodnie później*


    Kiedy cztery puste ściany oblewa nieprzenikniona czerń wieczoru nie zapalam lamp, oszczędzam także świece.                                                                                                  
Otwieram jedynie okno i przysiadając na parapecie spoglądam w niebo obcymi oczami. Kontempluję to co niezbadane, nieuchwytne... gwiazdy.                                                                                             
Wszelkie ich zbiory- jako jedność, i każdą z osobna. Nachodzi mnie wnet przekonanie iż ta moja odłączyła się ostatnio od gwiazdozbioru choć zdawał się być ułożony, a teraz marnieje w niezbadanych odmętach nieboskłonu, zupełnie tak jak czynię to ja...
Patrząc tak,  dostrzegam również kometę, przecinającą pospiesznie granat nocnej kurtyny, mimowolnie przypisuję ją więc do brązowookiego bowiem i on w moich oczach spadł...

Z czasem powoli zatapiam się w odmętach wspomnień; uśmiechach, gestach i słodkich słowach by, finalnie z trudem opanować rozszalałe w przypływie emocji serce, gdy drzwi do pokoju uchylają się nieznacznie...

- Sky?

Rozlega się wnet delikatny szept gdzieś w cieniu pod drzwiami, drżę lecz pozostaję milcząca podczas gdy dziewczyna przechodzi przez pokój i obserwując w skupieniu przysiada na parapecie tuż obok mnie.
Siedzimy teraz ramię w ramię.
Równie milczące, odmiennie skupione, bowiem gdy ja oplatam spojrzeniem niebo, ona oplata wzrokiem mnie by, w końcu odezwać się i wzniecić burzę na moich i tak niespokojnych wodach...:

- Czy on cię skrzywdził, Sky?

Słysząc znane mi już pytanie potrząsam głową nieznacznie, lecz odpowiedź mija się z prawdą.

- Tak.

Szepczę z trudem, a spod powiek obu oczu wypływa czereda łez o średnicy konkurencyjnej do tej jaką posiada co trzecie ziarnko grochu. Tylko kątem oka dostrzegam więc zatroskaną twarz przyjaciółki i smukłe paliczki zakrywające w zdumieniu, blade usta szatynki.

- Boże...

Mruczy niemrawo, owładnięta uczuciem zbyt dalekim od zdziwienia, zbyt płytkim na rozpacz i zbyt bliskim złości. Pragnę coś powiedzieć jednak słowa grzęzną w zaciśniętym gardle i jedynym co wydobywa się zza zaciśniętych warg  jest szloch.
Szloch na tyle żałosny iż wkrótce pokrywa się na poły z równie żałosnym wyciem psa gdzieś w niedalekim sąsiedzctwie i przez moment otulam się myślą iż nie tylko ja rozpaczam w srebrzystej łunie księżyca...
To samo światło omiata nas również w momencie, w którym moje rozdygotane ramiona wpadają w ciepłe objęcia przyjaciółki.
(...)

     Droga Sky!

 Zrozumiem jeśli nie zechcesz doczytać tego rękopisu, aż po ostatnie zdanie dlatego też pozwolę sobie ukrócić wstęp.

 Pragnę byś wiedziała, że żałuję tego co stało się na Hawajach.
Nigdy nie chciałem Cię zranić: mową, dotykiem czy choćby myślą. 
Zgubiło mnie jednak błędne przeczucie i choć wiem, że słowa te nie są teraz na miejscu, pragnę byś wiedziała także, że jesteś dla mnie niczym  powietrze, niczym Słońce i ósmy cud świata i obawiam się że Cię stracę jeszcze zanim pozwolisz mi się oswoić.

Nie rozumiem do końca tego co stało się tamtego wieczoru, rozumiem jednak że zaszedłem o krok za daleko. Lecz dla Ciebie cofnę się i o dwa, jeśli tylko tego zapragniesz. 

Nie poproszę, o kolejną szansę bowiem nie chcę naprowadzać Cię na decyzję i sam już nie wiem czy jestem tym za kogo się uważałem, dlatego też proszę jedynie byś nie zrobiła czegoś czego w przyszłości pożałujesz...

Odkładając pióro, raz jeszcze spoglądam na słowa skierowane do dziewczyny i przygryzając wargę zastanawiam się nad stosownym zakończeniem. Lecz słowa nie nadchodzą, odkładam więc zatopioną w moich myślach kartkę i zapatrując się w łunę przydrożnej latarni dociskam srebrzystą stalówkę do ostatniej zalegającej przede mną kartki przelewając na papier to czego zgłębiać nie powinien nikt...

...Wiem, że jesteś gdzieś tam
Gdzieś daleko...
Chcę cię z powrotem

Moi sąsiedzi uważają, że oszalałem
Ale oni nie rozumieją,
Że jesteś wszystkim, co mam
Jesteś wszystkim, co mam

W nocy, gdy światło gwiazd oświetla mój pokój
Siedzę sam

Mówiąc do księżyca
Próbując do ciebie dotrzeć
W nadziei, że ty jesteś po drugiej stronie
I też do mnie mówisz
Albo jestem głupcem,
Który siedzi sam
I mówi do księżyca

Czuję się jak ktoś rozpoznawalny
Te plotki w mieście
Ludzie mówią, że zwariowałem

Lecz oni nie wiedzą tego co wiem ja
Bo gdy zachodzi słońce
Ktoś mi odpowiada
Tak, oni odpowiadają

W nocy, gdy światło gwiazd oświetla mój pokój
Siedzę sam

Mówiąc do księżyca
Próbując do ciebie dotrzeć
W nadziei, że ty jesteś po drugiej stronie
I też do mnie mówisz
Albo jestem głupcem,
Który siedzi sam
I mówi do księżyca

Czy kiedykolwiek dobiegły cię moje nawoływania?
Gdyż każdej nocy mówię do księżyca

Wciąż próbując do ciebie dotrzeć
W nadziei, że ty jesteś po drugiej stronie
I też do mnie mówisz
Albo jestem głupcem,
Który siedzi sam
I mówi do księżyca

Wiem, że jesteś gdzieś tam
Gdzieś daleko...

Dopisując ostatnie słowa raz jeszcze rozważam rozwinięcie listu, lecz gdy biorę go do ręki i kilkakrotnie analizuję każde z tworzących go słów, decyduję się jedynie na podpis, nie -go jednak odrazu, popadając w zadumę nad jego charakterem bowiem czuję jakoby przymiotnik "twój" nadawał całości zbyt posesyjny charakter, pełne imię natomiast opiewało słowa zbędnym chłodem. Finalnie podpisuję się jako Bruno, pozostając w przekonaniu iż jest to jedyny sensowny podpis...Jedyny  niezobowiązujący.

                                                           *      *      *

 Nie jestem pewien, w którym momencie powieki opadają ciężko, lecz ból przeszywający wszystkie obite kręgi uświadamia mi wnet dosadnie w jakiej pozycji zastał mnie Morfeusz.
Rozglądam się więc dookoła, lecz obraz klaruje się dopiero za wtórym mrugnięciem i oto dostrzegam Nate'a.
Pochylając się nieznacznie nad parapetem przygląda się temu co zostawiłem nań poprzedniej nocy, mrużę więc oczy, obraz zaostrza się i widzę wnet jak niebieskie tęczówki wodzą uważnie po pochyłym piśmie. Zginam się nieznacznie jęcząc z cicha, a blondyn odwraca się gwałtownie i spogląda na mnie speszony.

- Wybacz, nie chciałem...

Zaczyna lecz uciszam go nieznacznym skinieniem.

- Nie krępuj się.

Burczę ponuro, a wysilając się na nieznaczny uśmiech ruszam chwiejnie ku uchylonym drzwiom. Nate podąża moim śladem.

- Więc... to wasz koniec?

Pyta nagle, a to pytanie uderza we mnie z siłą lawiny schodzącej ze stromego zbocza gór. Odwracam się gwałtownie i rzucam mu spojrzenie jakim nie powstydziłbym się obrzucić najgorszego wroga.

- Nie może skończyć się to co tak naprawdę nigdy się nie zaczęło, nieprawdaż?

- Chcesz sobie ją odpuścić?

Słysząc te słowa przełykam ciężko, z trudem powstrzymując w sobie wszystkie gorzkie słowa, które napierają teraz na moje usta. Zaciskam je więc z całych sił.

- Tylko na jej wyraźne życzenie.

Syczę zbyt ostro by, następnie cofnąć się do sypialni po kilka ubrań, w tym czarne jeansy oraz równie ciemną koszulę, wparować do łazienki i wkrótce pozwolić letniej wodzie zmyć z ciała pozostałości bezsennej nocy, nie spisanych żalów wzbierających powoli w odmętach szkarłatnego serca...

A spoglądając na zamazane odbicie w lustrze zastanawiam się przez moment na kogo tak naprawdę popatruję...
Bowiem to już nie ja.
To tylko słaba, wyblakła kopia.
Prototyp człowieka...
W połowie opustoszała dusza- Peter Gene Hernandez.
Połowa mnie.

(Nate's P.O.V.)

Kiedy zamyka za sobą drzwi waham się jeszcze przez moment by, wkrótce niczym burza zagościć w progu jego pokoju i przysiadając na parapecie raz jeszcze zerknąć na pozostawione w nieładzie rękopisy. Odkrywam wówczas iż większość z nich to listy, a może jeden lisr.
Jeden liat w tysiącu kawałków.
Biorę w palce ten jeden, ten dopełniony.
Nie czytam go jednak w obawie przed naruszeniem delikatnej kurtyny za którą brązowooki skrywa wszystko to co szaleje w nim od tamtego pamiętnego dnia...
Patrzę na ostatnie słowa niewidzącym wzrokiem, po czym odkładam go delikatnie, tam gdzie był, w nadziei iż na żadnym akapicie nie ostał się mój naskórek.  Odsuwam na bok stos pogniecionych kartek i wkrótce odkrywam to po co zawitałem w skromnych progach Hawajczyka. Nim zaciskam palce na czterech skrupulatnie zapisanych kartkach zastygam w bezruchu, nasłuchując ostrożnie.
I kiedy nie wychwytuję w najbliższym otoczeniu niczego co zwiastować by, mogło powrót przyjaciela opuszczam cztery kąty pokoju, a wraz ze mną z jego zaciszem żegnają się także teksty i nuty spisane rozedrganym piórem brązowookiego...
(...)

Przymykając powieki z rozkojarzeniem popycham czerwone drzwi niewielkiej kawiarenki, rozglądam się dookoła i zaciskam usta gdy wzrok mimowolnie pada na stolik przy którym siedział tamtego dnia gdy utonęłam po raz pierwszy. Teraz mijesce to jest puste i ogarnia mnie wnet dziwny smutek, niezdefiniowany choć wręcz przesadnie oczywisty...
(...)

Niczym w transie napieram nieznacznie na delikatną klamkę u drzwi malowniczej kawiarenki, a ustawiwszy się na końcu niewielkiej już o tej porze kolejki rozglądam się dookoła.

Nie jest mi jednak dane szukać długo, wszędzie bowiem poznam te perfumy...
(...)

Przełykam cięzko gdy kark opiewa delikatny powiew mięty.
Zamieram w bezruchu gdy jego woń opiewa moje zmysły.
Nie widzę go, lecz czuję jego bliskość.
(...)

Nie mogę spojrzeć w jej oczy więc zatapiam się w rozmyśleniach.
Czy wciąż cierpi?
Czy mnie nienawidzi?
(...)

Czuję wszystko i nie czuję nic.
Pragnę wybiec z kawiarni i zostać w niej dopóki, doputy jest w niej i on.
Pragnę odwrócić twarz ku niemu i wtulić rozedrgane ramiona w jego ciepłą klatkę.
Lecz nie robię tego.
Odwracam się, występuję z kolejki i kroczę ku wyjściu gdy jego ciepła dłoń zatrzymuje mnie wpół kroku.
Zaciskam na niej palce napawając się ciepłem jakie przewodzi ten uścisk, podnoszę wzrok i napotykam jego spojrzenie.
Cierpi, choć może odbija się w nim i moja męka.
Czuję pod powiekami łzy...
(...)

Nie oczekuję iż się odezwie.
Nie oczekuję nawet spojrzenia, lecz gdy w końcu je otrzymuję poczynam żałować impulsu, który kazał mi ją złapać i wypuszczam jej palce w momencie, w którym ona zaciska je silniej.
(...)

Gdy i jego uścisk traci na sile wyswobadzam dłoń i nie patrząc nań ani razu wychodzę, a dzwoneczek u czerwonych drzwi żegna mnie krótko...
Pustka powraca,a wraz z nią rozkwita i tęsknota.
Tęsknię za nim...
Tak cholernie za nim tęsknię...
(...)

Pragnę by, zniknęła.
Pragnę jej na to pozwolić, lecz nim znika za zakrętem odrzucam sprzeciw spragnionego kofeiny organizmu i wychodzę za nią.
Gdy drzwi zamykają się z łoskotem odwraca wzrok, ustępuję  w bok, w nadziei na pozostanie niewidzialnym i ktoś na górze przymyka oko na moje przewinienia bowiem Sky patrzy wzrokiem niewidzącym, nie dostrzega więc i mnie.

Mijamy kilka przecznic, przecinamy je na wskroś, pędzimy wciąż jeszcze sennym bulwarem by, ominąć i szklane drapacze chmur.
Zatrzymujemy się nagle.
Choć nie.
Zatrzymuję się tylko ja.
Zatrzymuję się gdy ona przestępuje przez próg mijesca, w którym widzieć jej nie chcę...

- To niemożliwe...

Szepczę bezsilnie i odwracam wzrok gdy kolana wróżą upadek.
Przełykam ciężko, spoglądam przez ramię i karcę siebie za ten ruch.
Nie rozumiem, choć pragnę by, ten jeden raz to co związane z brunetką było klarowne...
Kapituluję...
Kapituluję, przysięgając jej jednocześnie że ją stąd zabiorę.
Zabiorę, choćbym miał skryć ją w swej kieszeni i wywieźć na drugi koniec świata...
(...)

Nie pamiętam niczego poza nim gdy późnym wieczorem wchodzę do mieszkania.
Pamiętam jego oczy, pełne smutku i prośby o wytłumaczenie którego dać mu nie mogę. Pamiętam jego oddech na moim karku, ciche kroki za moimi plecami i zamazaną postać tuż pod drzwiami piekła.
Reszta to tylko urywany film.
Czyjeś chłodne ręce na moim ciele.
Obce usta, skradzione pocałunki, ból i łzy, a później już nic.

Te same łzy przychodzą i teraz.
Opadam więc na podłogę tuż pod frontowymi drzwiami i chowam twarz w połach czarnego płaszcza.
Łkam, prosząc by, wszytsko to co stało się mijającego dnia było tylko koszmarem, koszmarem z rzędu tych najgorszych lecz wciąż tylko koszmarem...
Sen na jawie, przerywa donośne pukanie do drzwi.
Podrywam się zbyt szybko, przekręcam klucz w zamku zbyt zamaszyście i zaciskam palce na klamce tak mocno że bieleją, te same palce powstrzymują ciało przed upadkiem gdy ten, kto stoi za drzwiami okazuje się nie być tym, którego pragnę widzieć...

- Panna Grey?

Zapytuje uprzejmie odziany w czerwiń mężczyzna i nim zdążę odplowiedzieć wkłada mi w dłonie niewielki pakunek.
Odbieram go bez słowa.
Podpisuję bez zastnowienia pokwitowanie i zamykam drzwi gdy kurier zatrzskuje dzwi lśniącej w gorejącym zachodzie furgonetki.

Spoglądam w dół na niewielkie lecz nie małe kartonowe pudełko, które trzymam teraz w rękach, przełykam ciężko, zrzucam z ramion płaszcz, zsuwam ze stóp buty i ruszam do sypialni.
Kładę pudełko na łóżku, obchodzę je z każdej strony, w końcu siadam w najdalszym jego krańcu i rozdzieram papier, którym jest owinięte.
Natrafiam na szare pódełko, takie samo jak każde inne, lecz wewnątrz czuję że to co się w nim znajduje zmieni mnie na zawsze...
(...)

Przekręcając klucz w zamku popycham drzwi by, następnie zamrzeć w bezruchu.

- Diana?

Szepczę, pragnąc wnet by, jej miejsce zastąpiła nastolatka...

- Peter.

Wypowiada moje imię z chłodem porównywalnym do tego, który wyziera z jej miodowych źrenic. Postępuje krok, pozostaję w bezruchu.
Wyciąga rękę.
Spogląda mi w oczy i w jednej chwili jej smukłe palce przecinają powietrze, a zadbane paznokcie odciskają się na podrażnionej chłodem nocy skórze policzka.

- Ty dupku...

Syczy jadowicie i otwieram szerzej oczy gdy dochodzi do mnie znaczenie jej słów.- Jesteś taki jak wszyscy... Nie zasługujesz na nią, rozumiesz?! Nie zasługujesz...

Nim wypowiada kolejne zdanie postępuję jeszcze krok i zamykam jej usta wciąż chłodną dłonią.

- Nic nie mów.

Proszę choć gdy głos mój rozbrzmiewa w powietrzu, które dzielimy daleki jest od proźby.
Szatynka strąca jednak moje palce i nim orientuję się w swoich czynach wpycham ją do pokoju i jednym ruchem nakazuję jej usiąść na krańcu łóżka, które nastęnie obchodzę pospiesznie. Jej oczy nie opuszczają mojej twarzy lecz nie baczę na to...
(...)

Badam opuszką każdą wypukłość na skórzanej oprawie albumu by, następnie zatrzymując serce przewrócić stronę i ujrzeć pierwsze z wielu zdjęć weń zamieszczonych.
Jestem na nim z ojcem.
Mam nie więcej niż cztery lata i śmieję się do obiektywu gdy ojciec patrzy na mnie z miłością.
Coś w moim żoładku buntuje się i przełykam ciężko odwracając stronę.

Kolejne zdjęcia ukazują mnie, mamę i ojca. Szczęśliwych, pełnych życia... takich jakimi ich już nie pamiętam.
Przewracam strony i z każdym kolejnym zdjęciem nienawidzę tego albumu.
Nienawidzę faktu, że choć ukazuje to co budzi we mnie strach uśmiecham się ciepło.
Nienawidzę faktu, że skłania mnie do doszukiwania się podobieństw we mnie i matce, a później i w ojcu...
Przerzucam strony szybciej, nie pozbawia mnie to jednak wspomnień, pamiętam każdą z chwil uwiecznionych na tych zdjęciach...
Pamiętam każdy uśmiech, uścisk złożony na moich ramionach i uściski, które składałam ja.

A później przychodzą puste strony.
Mnóstwo pustego miesca, nie zapełnionych stron zwieńczonych jednym, jedynym zdjęciem.
Stoję na nim wraz z Ashtonem.
Uśmiechamy się.
Patrzę prosto w obiektyw gdy on spogląda na mnie.

Czuję łzy napływające do oczu.
Czuję tęsknotę i ból gdy przed oczami staje mi chłopak taki jakim widziałam go po raz ostatni i uświadamiam sobie wnet że nigdy się nie zmienił...

Wyciągam je delikatnie i odkładam na bok z zamiarem oprawienia go w ramkę.
Przewracam kolejne strony, nie znajduję na nich już nic.
Zamykam więc album i podnoszę się niespiesznie z zamiarem ustawienia go w rządku, zaraz za książkami, których dawno już nie czytałam, choć nierzadko miałam już taki zamiar...
I gdy unoszę go ponad głową, coś wysuwa się z krańcowych stron i ze świstem upada na podłogę.
Upycham więc prezent na sam koniec zbioru, przysięgając sobie wrócić do niego za jakiś czas, może za kolejne kilka lat...

Padam na kolana i unoszę kopertę na wysokośc oczu, oglądam ją dokładnie lecz jedyne co na niej odnajduję to drobne pismo, którego nie rozpoznaję i kilka słów:
"Na kolejny początek"

Mrugam kilkakrotnie lecz nic się nie zmienia, a otwarta koperta wciąż mości się wygodnie w mojej dłoni...
(...)

 Serce pozostaje chłodne lecz w piersi budxi się ogień gdy jej usta znaczą moją dolną wargę.
Nie odpowiadam odrazu, z otępieniem pozwalam jej objąć mój kark i pogłębić pocałunek, pozwalam jej ułożyć się na łóżku, tuż pode mną i w końcu pozwalam moim palcom utonąć w jej miękkich włosach, nie są jednak tak miękkie jak te, którymi obsypana jest twarz brunetki.
Tracę kontrolę...
A gdy ją tracę moje palce poznają wypukłość jej biodra.

Otwieram więc oczy i zrywam się na równe nogi.

- Powinnaś już iść, Diana.

Charczę przez zaciśnięte gardło.
Dziewczyna unosi się na łokciach i przez moment dostrzegam jak śliczną jest istotą, karcę się za to spostrzeżenie.
Nie chcę jej.
Nie chcę nikogo.
Nie chcę patrzeć z olśnieniem na nikogo.
Nikogo poza Skylar.

- Proszę, wyjdź.

Mówię chłodno, a wtedy szatynka zsuwa się delikatnie na panele i spoglądając na mnie niebezpiecznie ubiera buty, zarzuca płaszcz i wychodzi.
Podążam za nią.

- Ona ci tego nie da, Bruno.

Szepcze, badając opuszką ostrą kość policzkową.
Pragnę by, się nią przecieła.

- Wystarczy że jest.

Kwituję dosadnie po czym przestępuję o krok, dając jej do zrozumienia że powinna przekroczyć próg.

- Twoje przywiązanie mnie przeraża, Bruno... Tylko co jeśli Sky dowie się o czymś co rozwiąże supełek nad którym tak bardzo się trudziłeś? Co jeśli to ty go rozplotłeś?

Pyta, nie spuszczając chłodnych oczu z mojej twarzy.

- Wyjdź.

Szepczę, a ona wychodzi z mieszkania i z mojego życia.
A gdy zamyka za sobą drzwi rozsypuję się w drobny pył i zamieram w przerażeniu gdy dociera do mnie myśl, że może pociągnąć za sobą także Sky.

Co ja sobie myślałem?!
______________________

Brakuje mi komenmtarza na ten rozdział, choć może to przez tak długą przerwę.
I sama nie wiem kogo mi bardziej szkoda...

poniedziałek, 31 lipca 2017

30. Live life like you're giving all...


   Kiedy kilka tygodni później zasiadam za kierownicą podstarzałego BMW najstarszej z sióstr, dopada mnie zwątpienie.
Może już za późno?
Może powinienem zostawić życie takim jakie jest?
Może tak było lepiej?

Z nagłego przypływu myśli wypycha mnie wnet ciche skrzypnięcie fotela pasażera i delikatna woń jej perfum gdy zasiada u mojego boku. Spogląda na mnie uważnie, nasze tęczówki spajają się i choć trwają w jedności zaledwie ułamki sekund wnet jak niczego na świecie pragnę przedzielić moje wątpliwości na nas dwoje. Hamuję się jednak w obawie przed jej słowami, a słowa przeistaczam w czyn. Nim dochodzi do mnie to na co się porywam, silnik warczy nieprzychylnie, a samochód rusza po asfaltowej nawierzchni. Starannie unikając jej spojrzenia zapatruję się w przednią szybę, a wplatając palce w kierownicę zmuszam się do nakierowania większej niż dotychczas uwagi na słoneczne rytmy regae wydobywające się z radia, lecz ona nie pozwala mi zapomnieć o swoim towarzystwie i wkrótce delikatny głos tłumi słowa rozradowanego prezentera.:

- Jesteś pewien że to dobry pomysł, Bruno?

Zagaja łagodnie, ja natomiast z rozeźleniem odkrywam iż ten ton irytuje mnie i postanawiam oszczędzić brunetce gorzkich słów na które nie zasługuje. Zaciskając więc szczękę wbijam wzrok w przydrożny znak informacyjny i analizuję go wnikliwie w poszukiwaniu miejscowości, którą zasygnowany został jeden z najbardziej aktualnych listów matki do męża.- Kapolei.

Gdy wtaczamy się na autostradę radio nagle przerywa, a po samochodzie panoszy się  tak znienawidzona przeze mnie cisza. Pokątnie spoglądam więc na Sky w nadziei na choćby pojedyńczą frazę z jej ust lecz kiedy i nadzieja obumiera pogrzebana w ciszy, postanawiam zmienić taktykę.

- Tak.

Oznajmiam niespodziewanie, a nagłość mojej jakże opóźnionej reakcji zwraca jej oczy ku mnie.

- Słucham?

Dopytuje zdezorientowana wnet skupiając na mnie już nie tylko odsetek, ale całość swej  uwagi.

- Długo myślałem nad tym co powiem ojcu kiedy stanę z nim twarzą w twarz.

- I?

- Zadam mu jedno, jedyne pytanie.

- A jeśli odpowiedź nie będzie satysfakcjonująca?

Zastanawiam się przez moment nad przytoczoną przezeń opcją, stwierdzając gorzko iż nie wziąłem jej pod uwagę...- Wówczas...
Zaczynam lecz słowo, którego pragnę użyć nie jest zdolne do prześlizgnięcia się przez gardło.
Przełykam cięzko, w roztargnieniu skręcając w jedną z malowniczych uliczek, pobieżnie skanuję okolicę i z ulgą stwierdzam iż u jej wylotu droga poszerza się i łączy na nowo z autostradą, oblężoną teraz przez rozlicznych, niecierpliwych kierowców, oraz równie niecierpliwych turystów zasiadających w komfortowych fotelach busów turystycznych i wyposażonych we wszystko czego tylko dusza zapragnie, kolorowych  autokarów.

- Wówczas spasuję.

Dodaję wyzutym z przekonania głosem. Gdzieś z pomiędzy foteli wyrasta wówczas mur, ona zapatruje się w horyzont, a ja ponownie skupiam na drodze wzdychając ciężko gdy samochód gaśnie niespodziewanie.

- Cholera.

Syczę z poirytowaniem, pospiesznie przekręcając kluczyk w stacyjce.

- Nie wierzę że byłbyś do tego zdolny.

Mruczy nastolatka, niezmiennie wpatrzona w odległy punkt, gdzieś ponad horyzontem.- Nie znamy się na tyle długo bym mogła powiedzieć to z przekonaniem, lecz jestem niemal pewna że kłóciło by, się to z twoją naturą. Nie jesteś z tych co odpuszczają...

- Może i tak, ale jak to mówią: "zawsze musi być ten pierwszy raz".

Odpowiadam mrukliwie, na co ona szturcha mnie zadziornie.- Uważaj sobie panienko Sky...
Cedzę przez zaciśnięte od wzbierającego śmiechu gardło. Lecz gdy tylko spoglądam w jej stronę ów śmiech uwalnia się wnet salwą, a zaraz za mną chichocze i ona.

- Odrazu lepiej.

Komemtuje brązowooka po czym wychyla się nieznacznie i zmienia głośność odbiornika, wnet cały pojazd zalewają pierwsze nuty "Billie Jean" z repertuaru Michaela Jacksona. Unoszę brwi i spoglądam na nią z konsternacją, lecz to co widzę zamyka mi usta.

Powieki nastolatki opadają delikatnie, a usta wyśpiewują bezgłośnie znajome zwroty. W przypływie impulsu dołączam się do piosenkarza, wówczas jej oczy otwierają się gwałtownie, a policzki oblewa wnet delikatny rumieniec by, wkrótce do pięknego obrazu dołączył także jej melodyjny śmiech. Zamieram na moment, rozkoszując się subtelnością owego dźwięku i przysięgam przed  samym sobą wprawiać ją w rozbawienie tak często jak często nadaży się ku temu choćby najmniejsza, najbardziej błaha okazja. Ruchem ręki zachęcam ją również do duetu, odmawia kategorycznie.

- Nie umiem śpiewać!

Przewracam oczami w rozbawieniu.

- Owszem, umiesz. Przecież śpiewałaś przez ostatnie dwie minuty trwania utworu.

Zauważam, nie umiejąc pohamować chytrego uśmiechu.

- To już niemal koniec piosenki...

Odparowuje twardo, lecz blask w jej oczach daje mi znać, że bawi ją mój upór w równym stopniu w jakim ten jej poprawia humor mnie.

- Zdaje się że w schowku wala się kilka płyt, poszukaj wśród nich czegoś interesującego.

Proszę przymilnie, a ona wbija we mnie skonsternowany wzrok. Uśmiecham się promiennie.- Nie sądziłaś chyba że pozwolę ci tak po prostu zamilknąć gdy ja zdzieram dla ciebie głos?

Na te słowa kąciki jej ust unoszą się jeszcze odrobinę.

- W zasadzie właśnie taką nadzieję w sobie pielęgnowałam.

Szepcze nieśmiało, kokieteryjnie nawijając długie hebanowe pasmo na palec, mimowolnie odwzajemniam jej gest, a ona sięga niepewnie do czeluści schowka by, kilka sekund później smukłymi palcami wsunąć srebrzysty krążek do odtwarzacza.
Wkrótce mój słuch łechczą łagodne dźwięki kolenego niezapomnianego dzieła Jacksona- "You are not alone".
Tak jak przy poprzednim utworze zaczynam nucić dobrze znany mi tekst po chwili zachęcając do tego również brunetkę.
Z początku jej głosik ledwo wynurza się ponad emocjonalny głos piosenkarza, lecz wkrótce i ona wturuje artyście gładko przechodząc z utworu na utwór.
                                                                  
                                                                 *      *      *

Choć droga z Waikiki do Kapolei jest stosunkowo krótka, my pokonujemy ją z trudem, a gdy finalnie parkuję na podjeździe malowniczego domku szeregowego z wybielonego piaskowca, o miodowo- brązowej dachówce zwieńczającej urokliwy pejzaż i pozwalam kościom na odrobinę gimnastyki jęcząc w duchu gdy obie stopy zalewa nieprzyjemne mrowienie.
Przedzierając się przez schludny podjazd odczuwam zdenerwowanie. Wyczuwa je także Sky, a jej dłoń odnajduje moje palce i zaciska się nań subtelnie. Wymieniamy spojrzenia, Dzielimy uśmiechy,  w końcu znajduję w sobie odwagę by, stawić czoła przeszłości przed którą uciekłem.

We wnętrzu domostwa rozlega się dzwonek, a chwilę po nim drzwi frontowe otwierają się, smukłą postać wymija wnet rozpędzony pies, który w mig doskakuje do furtki radośnie nas obszczekując. Drobna szatynka przechyla głowę i mruży oczy próbując rozpoznać w nas znajomych, lecz w końcu wita się z nami kulturalnie i zawolawszy imię mojego ojca wychodzi na podwórze przed domem. Nim dociera do furtki gdzieś z głębi domu wyłania się także ojciec.
Spoglądam na niego pobieżnie, takie spojrzenie powoli wchodzi mi w nawyk...
Jego twarz zmienia się diametralnie, ostra szczęka jakby łagodnieje, pospiesznie odgarnia niesforny hebanowy lok opadający na czoło i uśmiechając się w niedowierzaniu prędkim krokiem dołącza do naszej trójki.

- Dzień dobry.

Wita nas ciepło niewysoka kobieta, kolejno podając nam dłoń. I kiedy ona wita równie radosną życzliwością Skylar, ja postępuję krok ku ojcu.

- Bruno... tak długo cię nie widziałem, synu!

Wita mnie radośnie, a ja mimowlnie odwzajemniam jego uśmiech. Powielam go, bowiem patrząc na jego twarz widzę to co dostrzegam i w sobie.

- Cześć...tato...

Mruczę, czując się nagle niebywale niezręcznie.

- Nie spodziewałbym się, że... ty... tutaj...

Mówi mężczyzna i przez moment jego oczy szklą się dyskretnie lecz zaciera ów dowód wzruszenia i zastępuje go kolejnym szerokim uśmiechem. Wyciąga rękę i poklepuje czule moje ramię by, następnie kulturalnie ucałować dłoń brązowookiej. W zamian za imię mojej towarzyszki ojciec przedstawia nam swoją wybrankę, a obejmując ją przelotnie zaprasza nas do środka, z góry zastrzegając iż nie wypuszczą nas bez uroczystej, w tym jakże podniosłym dniu kolacji.

Zanim przekraczamy próg domu nastolatka dotyka mojego ramienia. Zatrzymuję się na moment i patrzę w jej oczy.

- Nie potrafię...

Szepczę splatając nasze palce, a ona uśmiecha się łagodnie i gładząc kciukiem wierzch mojej dłoni, mówi:

- To twój ojciec Bruno. Teraz albo nigdy. Nie znajdziesz już lepszego momentu, z czasem będzie coraz trudniej...

Kiwam głową w roztargnieniu i zanim rozplatam uścisk pochylam się lekko całując czule jej ciepły policzek,  pragnąc przekazać bez słów jak ogromnie jestem jej wdzięczny za to że jest tu ze mną.
(...)

 Patrząc w jego oczy zaczynam się zastanawiać nad przewrotnością życia.
Oto ja, Skylar Grey- córka marnotrawna, z ojca marnotrawnego, nakłaniam najczystszą w uczuciach osobę, którą dotychczas poznałam do rozmowy z człowiekiem, do którego i ja jako obca dziewczyna stojąca z boku, gdzieś poza całym obrazem, odczuwam żal.
Przechodzimy przez próg razem, lecz on zdaje się być daleko i kiedy ja po omacku docieram do serca domu- kuchni i obdarzam gospodynię serdecznym uśmiechem, wdając się przy tym w niezobowiązującą rozmowę brązowooki podąża do jednego z niewielkich pokojów, w którym skrył się starszy z Hernandezów, zamykając za sobą drzwi.
(...)

Zamykając za sobą drzwi napotykam jego wzrok.
Siedzi w eleganckim, skórzanym fotelu i popijając niespiesznie słodkawy likier popatruje na mnie z konsternacją.
Odwzajemniam to spojrzenie i przez krótki moment dotyka mnie wrażenie, że on już wie.
Przejrzał mnie na wylot, teraz czeka już tylko na oblężenie.
Lecz ja zachowuję spokój, a przemierzając pokój kilkoma długimi krokami zasiadam w fotelu na przeciwko niego.
Wymuszam na nim wzrokiem by, popatrzył w moje oczy. Nie jestem jednak pewien czego oczekuję po tym spojrzeniu.
Skruchy?
Rozżalenia?

- Dlaczego?

Pytam, lecz mój głos z trudem przebija się przez ciszę.- Dlaczego odszedłeś wtedy kiedy potrzebowała cię najbardziej? Kiedy... oni wszyscy potrzebowali ciebie...Dlaczego?

- Peter, posłuchaj...

Zaczyna lecz i jego głos zostaje wnet pokonany. Czuję się słaby. Słaby widząc pustkę jaką sobą prezentuje. A ów niebyt poszerza się jeszcze gdy zdaję sobie sprawę iż ja łączę się z nim w owej pustce.- Kochałem twoją matkę...Kocham Bernie, ale...czasami w życiu nadchodzą takie chwile, które decydują o tym czy dwoje ludzi zostanie ze sobą, czy też ich drogi się rozejdą... Choroba Bernie...była zwieńczeniem wszelkich nieszczęść jakie wtedy na nas spadły, matka i ja nie umieliśmy się dogadać po tym jak przepadłeś gdzieś w Nowym Jorku... A potem to, ta diagnoza...

- Więc obwiniasz za to mnie?

Pytam kąśliwie choć w głębi duszy pragnę go zrozumieć.

- Nie, oczywiście że nie! Nigdy bym tak nie pomyślał, wiem jak bardzo cierpiałeś przez tamtą dziewczynę...

Milknie na moment, zastanawiając się przez moment.

- Nicole.

Podsuwam cicho, a jego oczy rozświetlają się przelotnie.

- Tak, właśnie. Nicole.

- To nie ma związku z tym o co pytam!

Warczę nagle, czując jak wraz z powietrzem wyzbywam się także wszelkich pokładów cierpliwości.

- Nie unoś się.

Prosi łagodnie lecz już go nie słucham.

- Zostawiłeś ją! Zostawiłeś ją wtedy kiedy powinieneś był wspierać! Pamiętasz jeszcze słowa przysięgi? "Póki śmierć nas nierozłączy". Póki pieprzona śmierć was nie rozłączy... I gdzie byłeś?! Gdzie byłeś gdy ciebie potrzebowała? Pomyślałeś o tym chociaż? A co z Tiarą?! To jeszce dzieciak! Potrzebuje ojca, pomyślałeś o swoich dzieciach czy może miałeś inne priorytety?!

Naskakuję nań nienawistnie, a wtedy z jego ust padają słowa których spodziewałbym się po wszystkich członkach swojej rodziny, lecz nie po nim.

- Nie masz prawa mnie osądzać synu.

Mówi spokojnie, a w mojej głowie słowa te rozbrzmiewają wnet głosem Tiary...- Sam nie byłeś lepszy, uciekłeś, wyjechałeś. Zostawiając nas...

- Gdybym tylko wiedział nigdy bym nie wyjechał.

Bronię się nieporadnie choć nawet dla mnie samego wytłumaczenie to jest niczym milczenie. Niczym jego brak.

- Ale nie wiedziałeś, żadne z nas wtedy nie było świadome tego z czym przyjdzie nam się zmierzyć...

- Nam? Jak śmiesz mówić "nam" w sytuacji w której zostawiłeś ją z tym sam?!

- Bruno, postaraj się chociaż stanąć na moim miejscu...

- Nie.

Przerywam mu oschle, po czym podrywam się z miejsca. Ojciec podąża w moje ślady i jeszcze nim moja dłoń opada na mosiężną klamk jego uścisk oplata moje ramię.

- Nie skończyłem z tobą rozmawiać.

Oznajmia twardo, jak wtedy kiedy pierwszy raz przyłapał mnie na paleniu papierosa w przydomowym garażu. Czuję niemy wymóg jaki nakłada na moje spojrzenie, lecz nie chcę patrzeć mu w oczy. Nie chcę widzieć ani jego, ani jej.
Nie chcę być częścią jego nowego życia.
Nigdy więcej.

- Ale ja nie chcę już rozmawiać. Nie potrzebuję już niczego więcej. Nie od ciebie.

Ucinam ostro, a wtedy on składa na moim policzku odcisk palców swej prawej dłoni.

- Nie pozwalaj sobie.

Na te słowa spoglądam mu w oczy, najgłębiej jak tylko potrafię, kładę obie dłonie na barkach i wzdychając cicho, stwierdzam

- Nie pisz do niej, tato. Nie dzsoń...

- Ale...

Zaczyna, jak gdyby w zakłopotaniu lecz przerywam mu stanowczo.

- Dokonałeś już wyboru, w porządku. Teraz pozwól im stanąć na nogi. Poradzimy sobie, choćbym miał stracić na to wszystkie noce swojego życia. Poradzimy sobie. A ty...żyj życiem, które wybrałeś. I daj jej...

- Daniele...

Dopowiada na prędce, co przyjmuję jedynie delikatnym skinieniem głowy.

- Podaruj Daniele wszytko to na co zasługuje, w końcu to dla niej się zmieniłeś.

Szepczę, a spuszczając wzrok hamuję złość wzbierającą na nowo w żyłach.

- Do usłyszenia, tato.

Mówię dosadnie, a posyłając mu ostatnie chłodne spojrzenie opuszczam pomieszczenie by, następnie dziękując Daniele za gościnność i zażekając się jakoby owe spotkanie było najmilszym co dziś mnie spotkało żegnam ją kulturalnie, bowiem i ona na to zasługuje.

- A kolacja?

Pyta nieśmiało, w głębokiej konsternacji, lecz wtedy ojciec obejmuje ją delikatnie, nie tłumaczy nic lecz szepcze coś niezrozumiale, w oczach kobiety prześwituje wnet smutek, kiwa dobrodusznie i jeszcze nim zamykamy za sobą furtkę dziękuje nam za spotkanie po czym znika gdzieś w sieni, a na ganku zostaje tylko on.
Zadumany, z neutralnym wyrazem oczu...

                                                                 *      *      *

 Nie czuję głodu gdy kilka godzin później zasiadamy w roześmianym, rodzinnym gronie do kolacji, nie czuję pełnego współczucia spojrzenia Skylar choć podświadomie wiem w jaki sposób poparuje w moją twarz.
Nie wdaję się w rozmowę.
Nie komentuję niemoralnych żartów Tiary i nie jestem w stanie wlączyć się w błahą dyskusję o tłumach turystów przez których Presley nie wie w co włożyć ręce.
Kiedy posiłek dobiega końca niewiele myśląc pomagam w sprzątaniu stołu, po czym zarzucam na ramiona bluzę i wychodzę za próg, w nikomu nie znanym kierunku.

Krocząc niestrudzenie przemierzam kolejno kilka malowniczych dzielnic miasta by, w końcu zatrzymać się na brzegu spokojnego oceanu, a pozwalając powoli stygnącej wodzie obmywać moje kostki zatopić spojrzenie w rozżarzonym ostatnimi blaskami Heliosa horyzoncie.
Moje myśli dryfują, a kiedy z trudem zgarniam je w jednym miejscu wysuwa się z natłoku poranne zwątpienie, czy warto było?
Czy warto było usłyszeć wszystkie te słowa prawdy z ust ojca?

Mijają kolejne minuty w bezbrzeżnym milczeniu i w końcu nie jestem już pewien czy szum jaki napływa do moich uszu dochodzi z zewnątrz czy też z wnętrza.

- Bruno?

Słyszę jak gdyby z oddali słodki głos brunetki. Nie odwracam się jednak.
Czekam w niecierpliwości gdy drepcze pospiesznie po jeszcze ciepłym piasku, czekam też wtedy gdy jej gorący oddech owiewa moją szyję by, w końcu nie umiejąc już dłużej znieść czekania zagarnąć ją ramieniem jak najbliżej swego ciała i zatopić się na moment w słodyczy jej warg. Nie protestuje, nieśmiało oddając pocałunek, a wtedy zatracam świadomość swych poczynań.

Niczym w transie delikatnie kładę ją na piasku i upajam się jej dotykiem gdy delikatne opuszki suną niespeisznie po rozgrzanym karku.
I może gdybym wówczas się opanował. Opamiętał. Powstrzymał...

- Stop!

Szepcze brunetka wprost w moje usta gdy niespiesznie rozpinam guzik jej jeansowych spodenek. Niewiele rozumiejąc porzucam owe zmagania i powracam do jej ciepłych policzków.
Jakież jest moje przerażenie gdy odkrywam iż chłód jakim zaszły sygnowany jest przez łzy.
Otwieram szerzej oczy pragnąc ujrzeć ją dokładnie w łunie umierającego dnia, lecz ona wije się w rozpaczy, odpycha moje ciało i kiedy ja wstaję z kolan, ona przemierza biegiem piaszczyste połacie.

Doganiam ją w ostatnim momencie, tuż przed tym gdy ma zamiar zniknąć mi z oczu. Łapię jej nadgarstki, a gdy odwraca twarz widzę spustoszenie w jej kawowych źrenicach.

- Zostaw mnie!

Krzyczy prosto w moją twarz...

- Sky, przepraszam... Ja...sam nie wiem co we mnie wstąpiło...

- Zostaw.

Warczy przerażona, a wyswobodziwszy dłoń z mojego uścisku podąża przed siebie w nadziei na schron.
Ruszam jej śladem, nie zwalniając kroku nawet wtedy gdy dociera do mnie waga mojego przewinienia, gdy przychodzi świadomość...
Gdy uderza we mnie myśl iż przerażona nastolatka ucieka przed tym w kim dotychczas widziała schronienie przed najgorszym, a co finalnie okazało się również przynosić zgubę...
Przede mną.
______________


czwartek, 20 lipca 2017

29. Inverted theatre...


       Na każde dziesięć łez opuszczających kącik prawego oka przypada zaledwie pięć, zawieruszonych gdzieś pod lewym i gdy zaczynam się zastanawiać nad przyczyną tej niezgodności dochodzi do mnie iż przyczyna jest znacznie łatwiejsza aniżeli mogłabym podejrzewać.
Oto u mojego boku, po mojej lewej stronie, delikatnie uczepiona ramienia, w niejako matczynym uścisku drga nieznacznie, zatroskana postać niewysokiej kobiety.
Bernie.

- Czasami dobrze jest pozbyć się wspomnień...przedzielić je na pół, jesteśmy tylko ludźmi, a to przez co przeszłaś...Sky...to nie twoja wina...

Szepcze, gładząc przy tym mój szkarłatny policzek.
Trwam więc w niebycie, zawieszona gdzieś między wspomnieniami, słowami kobiety i delikatnym dotykiem nadającym tej chwili przytłumione światło nadziei na rychłą zmianę...- I w żadnym wypadku nie powinnaś się tym obarczać. To zabrzmi szorstko, jestem tego świadoma, ale...Czasu nie zdołasz cofnąć, nie znajdziesz także siły by, wymazać przeszłość... Lecz z czasem zapragniesz tego czego nie może dać ci żaden inny człowiek na ziemi, zapragniesz wrócić do matki, zobaczyć ją choć przez chwilę, usłyszeć jej głos, lub po prostu odetchnąć tym samym powietrzem.

- Nie było jej kiedy ojciec zmuszał mnie do...

Stwierdzam oschle, lecz urywam nagle, nie umiejąc wyrzucić z siebie tych słów.
 Bernie wzdycha ciężko i przez moment widzę tę sytuację tak jak gdybym stała na uboczu i przyglądała się scence w której nie biorę udziału.
Oto niemal nieznajoma kobieta stara się wzbudzić w rozżalonej nad sobą i własnym losem nastolatce empatię w stosunku do tych, których ta niegdyś odrzuciła. I wnet zaczynam się zastanawiać czy moje rozżalenie jest tu na miejscu.
Może winnam już zapomnieć?
Jakby nie patrzeć, minął już drugi rok, a życie toczy się dalej.

- Nie było jej, ale gdyby wiedziała na pewno by, zareagowała. Pomyśl o waszym ostatnim spotkaniu, Sky... Jaka wtedy była?

Na te słowa przełykam ciężko i nim udzielam odpowiedzi zastawiam się przez moment,  czy cała rodzina o nazwisku Hernandez posiada tak piorunujące umiejętności zaglądania ludziom w duszę, a kiedy dochodzę do wniosku iż jest to wysoce prawdopodne, rodzi się we mnie potrzeba lepszego kamuflarzu.
Jeszcze później dostrzegam zatroskane spojrzenie brunetki i uzmysławiam sobie że jej pytanie wciąż pozostaje bez odpowiedzi. Zbieram się więc na odwagę i wspominam matczyną twarz, wtedy w jednym z nowojorskich szpitali...

Wspomnienie

Pokój zalewa wnet łagodne, miodowe światło, a moim oczom ukazują się delikatne rysy matczynej twarzy. Nie jestem pewna kiedy zaczynam płakać lecz zaraz po tym pospiesznie ukrywam twarz w poduszce.
Niczym mała, obrażona dziewczynka.

- Kochanie...

Szepcze mama, siadając delikatnie na krańcu łóżka gładząc moje włosy tak delikatnie jak gdyby obawiała się że sprawia mi tym ból.
I byłabym skłonna przysiąc iż nie pomyliła się w swych obawach,  bowiem to co dla skóry przyjemne niczym podmuch letniego wiatru, rozdzierało teraz moje serce,  gorsze było od wszelkiego cierpienia fizycznego jakiego doznałam w trakcie tych dwóch, koszmarnych lat.

- Skylar, córeczko...

Wypowiada moje imię, wypowiada je tak jak zdarzało jej się to wtedy kiedy miałam zaledwie kilka lat i przybiegałam do niej z płaczem,  z wszelakich, jakże błachych na tle tego dzisiejszego, powodów.

- Gdzie byłaś?

Szepczę, a jej dłoń wnet zastyga bez ruchu gdzieś na wysokości mojego karku.

- Gdzie byłaś przez te wszystkie lata, mamo?

Koniec wspomnienia

Przez zamknięte oczy dostrzegam ból zalewający jej spojrzenie, miłość przytłumioną rozłąką i żal.
Wiele jest w niej emocji, lecz tę jedną wychwytuję odrazu.
Żal.
Tak bezbrzeżny i głęboki, zamknięty w krótkim spojrzeniu.

- Była zdruzgotana.

Szepczę, a mój głos zanika bezpowrotnie i przez moment nie mam nawet pewności czy aby na pewno jego poszlaka dotarła do ucha pani Hernandez.- Nie płakała, w zasadzie nie mówiła zbyt wiele, próbowała ze mną rozmawiać, ale dawno już zatraciłyśmy kontakt. Była milcząca, kiedy ja wylewałam swoje żale, a potem...- wnet mój głos się załamuje i nie umiem wypowiedzieć już nic, nie umiem też powstrzymać łez, które teraz niczym strumień przelewają się przez nadszarpnięte krańce tamy przeciwpowodzowej, którą skrupulatnie odnawiałam i zalewają policzki obfitymi ilościami płynnego kryształu.
Czuję się niezręcznie, a kobieca dłoń na moim policzku niczego nie ułatwia.

- Przepraszam kochanie... Nie powinnam była... Oh, co ja sobie myśłałam?... Wybacz Skylar...

Łaja się kobieta, po czym podrywa się z miejsca i jeszcze zanim o nie proszę, podstawia pod mój nos kwadratowe pudełko wypchane po brzegi delikatną bielą chusteczek.
Wyciągam więc pojedyńczo kwartet śnieżnych prostokątów, dokładnie osuszam oczy i nos, po czym wbijam zamglone wstydem spojrzenie w radosny nadruk na owym pudełku i mimowolnie poczynam zliczać hasające po nim kudłate, kuliste owieczki.
Kuchnię zalewa cisza, którą przerywam tak nagle iż sama jestem sobą zaskoczona.

- Jeszcze raz przepraszam.

Szepczę, po czym wolnym ruchem wstaję zza eleganckiego stołu i ruszam w kierunku otwartej klatki schodowej, a zatroskany wzrok kobiety depcze mi po piętach...
(...)

- On.. Odszedł.

Mówi cicho, wpatrzona  niezmiennie w odległy punkt gdzieś ponad horyzontem.

- I mówisz o tym tak spokojnie?!

Oburzam się nagle, a Tiara odskakuje wnet w przerażeniiu.

- A powinnam płakać? Dość już łez wylałam. To była jego decyzja.

- Mogłaś go zatrzymać.

Syczę jadowicie, nie zważając nawet na nieodpowiedni ton jaki wnet  przybrała konwersacja.

-  Zatrzymać?! Co ty chrzanisz?! Ojciec jest dorosły, ma swój rozum i sam za siebie decyduje. Nie miałam prawa uziemić go w tym bagnie!

- Więc nazywasz chorobę matki bagnem?

Pytam chłodno, lecz zapominam wówczas z kim rozmawiam, a odpowiedź mrozi mi krew i każdą aortę, która pompowała dotychczas rubinową ciecz do czeluści rozognionego serca

- Bruno, spójrzmy prawdzie w oczy, nie było cię. Nie było cię przy nas przez dwa lata. Nie odzywałeś się, nie pisałeś i nade wszystko, zajmowałeś tylko sobą, nie obchodziło cię to co działo się w domu, nie wiedziałeś nawet jak bardzo potrzebowała cię wtedy mama. Nie było cię wtedy więc i teraz powinieneś spuścić z tonu. Nie masz prawa pojawiać się tutaj tak nagle i żądać by, wszystko było takie jakim to pozostawiłeś.

Jej gniew uderza we mnie z taką siłą, iż przez moment nie jestem pewien czy wciąż oddycham, czy może jednak wstrzymuję oddech. Zapada milczenie, które niespodziewanie przerywają jej łzy.
Przez krótki moment nie jestem w stanie wprawić w ruch choćby paliczka. Umiem tylko patrzeć.    W milczeniu, może rozpaczy...

- Przepraszam...- łka niemrawo, a ja nie myśląc wiele biorę ją w ramiona i oddychając miarowo przeczesuję palcami puszyste pukle jej włosów.- ...nie powinnam była tak na ciebie naskakiwać.Nie miałam do tego prawa... przepraszam...

Krzyk gwałtownie zamiera, stłumiony przez szept, milknie i otoczenie.

- Tiara, siostrzyczko...

Mamroczę gardłowo, choć wiem jak ogromną nienawiścią napawały dziewczynę niegdyś złośliwie zdrabniane zwroty.- Spójrz na mnie...
Proszę podpierając na palcach jej delikatny podbródek.- Nie było mnie wtedy, wiem zachowałem się egoistycznie, ale jestem tutaj. Jestem z wami i zrobię wszystko co w mojej mocy by, było lepiej, rozumiesz?

- A co później?

Pyta tonem wyzutym z wszelkiego zaufania. Zmienność jej nastrojów przytłacza mnie. Przytłacza mnie do tego stopnia iż wkrótce na powrót milknę, pozwalając jej przelać na mnie kolejne gorzkie słowa.:

- Pozwól, że ja powiem ci co będzie później... Ty i ona wrócicie do Nowego Jorku, życie potoczy się dalej, a ja wezmę kolejny etat by było nas stać na kolejne leczenie. Przyjedziesz może za dwa lata, albo na jej pogrzeb. Uściskamy się we łzach, pomodlimy, złożymy wieńce i rozejdziemy, tak to działa. Każdy z nas zacznie nowe życie. Tego chcesz?!

- Przestań!

Krzyczę, gwałtownie gubiąc resztki dotychczasowej cierpliwości.- Przestań robić ze mnie syna marnotrawnego! Dobrze wiesz, że gdybym tylko mógł wróciłbym szybciej, ale nie chciałem. Nie chciałem ponownie upaść na samo dno! Wiesz przecież ile znaczyła dla mnie Nicole...

Warczę oschle, a wtedy ona wyrywa się z moich ramion i poczyna okładać moją klatkę i brzuch drobnymi kuksańcami.

- Ty egoistyczna świnio! Ty cholerny, egoistyczny debilu! Stawiasz jakąś idiotkę ponad własną rodzinę?! Ponad własną matkę?!

Nim zdąży wymierzyć kolejne uderzenie chwytam jej nadgarski i popycham ją na plecy niemal całkowicie blokując jej kończyny.

- Uspokój się dziewczyno... Maltretowanie mnie w zapłacie za błędy jakie popełniłem w minionych latach nie przywróci mamie zdrowia.

Stwierdzam, już łagodniej, bowiem niespodziewanie przychodzi mi na myśl ewentualne wyjście z tej sytuacji. Tiara najwyraźniej zauważa zmianę w mojej dotychczasowej postawie i sama zamienia ofensywę na zabarwioną krytycznym nastawieniem ciekawość. Nie lubuję się w przemowach gdy ona zieje tak dalekim od standardowej, siostrzanej ciekawości nastawieniem, lecz na ten moment uznaję że lepsza taka uwaga aniżeli ignorancja.

- Nie byłbym w stanie wrócić tu na stałe, moje życie toczy się tam, w Nowym Jorku, nie znaczy to jednak że chcę uciec od potrzeby podania mamie pomocnej dłoni. Będę was wspierał, w każdym, możliwym tego słowa znaczeniu...

- Mama wspominała że nie sypiasz na pieniądzach więc, nie sądzę byś...

Wcina się nagle, lecz przerywam jej gwałtownie.

- Podejmę drugą pracę.

- Jakim sposobem? Przecież sama praca w barze pochłania twoje życie niemal w dziewięćdziesięciu pięciu procentach!

- W takim razie pozostaje jeszcze około czterech procent na pracę dorywczą.

Stwierdzam żarliwie lecz iskra w moich oczach zbyt słaba jest by, rozpalić iskierkę nadziei w oczach Tiary.

- Mama nie zgodzi się byś zacharowywał się dla niej...

- Mama się nie dowie. Zanim wyjedziemy podasz mi numer swojego konta, a ja będę wpłacał na nie co miesiąc możliwie jak najwyższą sumę. Będziemy też w kontakcie, będę dzwonił do was regularnie  Zaufaj mi Tiara, wszystko się zmieni, na lepsze... Tylko pozwól mi spróbować...

Mówiąc to szukam w jej oczach choćby cienia niedzei bo, na iskierkę przestałem już liczyć. Najmniejszej drobiny poparcia...
W końcu i ona się przełamuje.

- W porządku. Spróbujmy...

Oznajmia niemrawo po czym spogląda w stronę domu, podnosi się, otrzepuje i wraca wzrokiem ku mojej osobie.

- Powinniśmy już wracać.

Dodaje po chwili, a skinąwszy głową podążam w ślad za nią.

                                                             *      *      *

 Przeczesując opuszkami biały piasek, nakreślam w głowie obraz człowieka, którego niegdyś nazwałbym ojcem... Słońce chyli się powoli ku zachodowi, a wspomnień niezmiennie ubywa, aż w końcu nieporadnie splatam ze sobą te pozostałe i z goryczą stwierdzam iż jest ich zbyt mało by, złożyć zeń kompletny wizerunek, a i cierpliwości nagle braknie. Toteż pozostaję z niekompletną repliką, dziurawą i bez głębszego wyrazu.
Potem objawia mi się , ów człowiek, lecz w świetle bieżących wydarzeń i on blaknie, gubiąc gdzieś wszelkie ludzkie zalety.
Bo, jak nazwać człowiekiem, haniebnego tchórza, uciekiniera, którego kiedyś za sprawą jego własnej, nieprzymuszonej woli mianowano mężem?
Małżonkiem, w zdrowiu i w chorobie,
w bogactwie i w biedzie.
A oto kiedy nadeszły bieda i choroba, ten stchórzył...
Jak nazwać ojca, który po latach pozostawia swe dzieci ginąc bez wieści i zdźbła chęci do odratowania kontaktu?

Trwając niezmiennie w otchłani tychże przemyśleń odcinam się od rzeczywistości i dopiero delikatny uścisk jaki na moim ramieniu składają smukłe palce brunetki prowadzi mnie na powrót do innej czeluści.
Czeluści dnia dzisiejszego.

- Chcę się z nim zobaczyć, Sky.

Wyznaję cicho, gdy dziewczyna sadowi się nieopodal i popatruje troskliwie na moje równie zatroskane lico.

- Bruno...

Zaczyna nastolatka ujmując moje palce w swoje kruche paliczki.- To nie jest dobry moment...Twoja mama, ona cię teraz potrzebuje. Potrzebuje cię teraz u swojego boku, rozumiesz? Jestem pewna, że jeszcze będziesz miał czas by, spotkać się ze swoim ojcem...

Słysząc to przerywam jej cicho.

- Będziemy, Sky. Będziemy.

Poprawiam ją, odwzajemniając jej spojrzenie i nim orientuję się w sytuacji, jej delikatne usta dotykają moich ust.
Ten krótki pocałunek jest jak powiew wiatru, jak muśnięcie zefirkiem, niemal niewyczuwalny lecz mnie o mało nie powala na łopatki.

- Nie jesteś w tym sam, Bruno.

Szepcze brązowooka, kilka milimetrów nad moją twarzą lecz nim nadążam z utrwaleniem w pamięci smaku jej warg poprzez ostatnie muśnięcie ona odsuwa się, nieuchwytna. Bliska i daleka zarazem.

Mimowolnie powracam więc do wpatrywania się w gasnące niespiesznie, żegnane ognistymi barwami grzywiastych fal Słońce, obejmując ramieniem pokryte gęsią skorką, szczupłe ramiona nastolatki. Ona natomiast wtula się we mnie, nie odrywając wzroku od przybrzeżnego piasku, co rusz obmywanego przez powoli słabnące fale.
Oboje dryfujemy, lecz nie na jednej łodzi.
Na dwóch oddzielnych tratwach,
po dwóch innych akwenach myśli i kiedy tak patrzę na nią rodzi się we mnie determinacja.
Nowe pokłady sił i zapału i zdaję sobie sprawę z własnego zaparcia:
znajdę ojca, choćbym miał szukać po całej wyspie i innych, pobliskich lądach.

Znajdę go, choćby tylko po to by, stanąć z nim twarzą w twarz i zapytać.
Zapytać i zrozumieć.
Zrozumieć dlaczego...
_______________________

Miesiąc...
Miesiąc nieobecności, ale jednak jestem.
Wciąż żyję, wciąż tworzę.
A tak oto za nami kolejny już rozdział.

Następny...
Ukaże się ZNACZNIE szybciej.
<3

poniedziałek, 19 czerwca 2017

28. Tears in heaven...

  
    Skupiam wzrok na nieśmiało wychylającym się zza chmur konturze wyspy i gdy patrzę na nią przez podwójne, plastikowe okienko, kołującego samolotu wydaje się niewiele większa od plamy na granatowym obrusie oceanu. Zamykam ją więc w dłoniach jak gdyby owe fikcyjne zniewolenie mogło zaoferować stabilniejszy grunt pod nogami, w momencie, w którym zasmakuję życia na ziemi nieznanej...

- Wciąż nie wiem gdzie tkwi złoty środek, który dostrzegasz w zabieraniu mnie... w nieznane.

Mruczę, popatrując kątem oka na budzącego się powoli Mulata.

- Wciąż dokładam wszelkich starań byś zrozumiała, że szczęście nie zawsze leży w tym co proste i zrozumiałe.

Odpowiada szeptem, a kiedy spoglądam w jego oczy nagle zalewa mnie chęć poznania tego co przyniesie mi czas.
Nie chcę przewidywać nieprzewidywalnego.
Pragnę żyć z dnia na dzień.
Tak jak nie przyszło mi żyć jeszcze nigdy...

I gdy przemierzam rozległe płyty lotniska, u boku brązowookego po raz pierwszy od dłuższego czasu dotyka mnie delikatna bryza, a ów bryza przyprawia mi skrzydła, które jednak zwijam, potulnie czekając na bardziej pomyślne wiatry.
(...)

Przemykając przez szklane drzwi z okazałym napisem "Przyloty" zaciągam się głęboko rześkim, porannym powietrzem.
Honolulu.
Mój dom.
Moja pierwsza miłość.
Moje największe przekleństwo...

Odkąd płuca smakowały delikatnego zasolenia w tutejszym powietrzu  minęły już dwa lata.
Dwa lata, siedemset trzydzieści dni.

Przecież to ogrom czasu, a jednak krocząc w porannym Słońcu, tym samym,  szerokim chodnikiem oplatającym gmach portu lotniczego wszystko zdaje się być takie jakim to pozostawiłem.
I kiedy maszerujemy tak, ramię w ramię, nagle narasta we mnie nadzieja, którą pogrzebałem w sobie przed tygodniami, dokładnie w dniu jej wypadku.

Jeśli można nauczyć człowieka widzącego innego spojrzenia na świat, pragnę być tym, który przywróci Skylar wzrok.

Jeśli możliwym jest nauczenie tego który słyszy, nauczyć słuchania dźwięków niemal niemożliwych do wychwycenia, stanę na wysokości zadania.

A jeśli miłość, można zaszczepić w kimś tak jak chip, na stałe by, nigdy już nie umknęła,  zaszczepię Skylar chip, własnymi rękoma...
Pływając gdzieś w odmętach przemyśleń nie słyszę dokładnie wołania gdy dobiega nas po raz pierwszy, lecz gdy czyjeś delikatne, smukłe palce zaślepiają moje oczy, a nozdrza wychwytują rześki powiew damskich perfum odwracam się gwałtownie i niewiele myśląc zamykam w ramionach długowłosą szatynkę.
- Bruno!

Krzyczy Tiara wprost do mojego ucha.- Tyle lat! Gdzie się szlajałeś?
Pyta półżartem, a potem jej ton się zmienia...- Tyle się zmieniło...od kiedy wyjechałeś.

Przełykam ciężko. Znam ten ton i doskonale wiem iż nie wróży on nic dobrego...
Lecz nim pytam o przyczynę, zjawia się Eric wraz z Jamie i nie ma już mowy, o dyskretnej rozmowie.

- No proszę! Kogo moje oczy widzą? Czyżby to Peter Gene Hernandez?

Jego głos dudni w moich uszach niczym dzwon na wieży, zaraz po ów głosie moje plecy smakują dobitnej oznaki braterskich uczuć w postaci soczystego klepnięcia w zdrętwiałe po długim locie plecy. A potem wszystko milknie.
Cztery pary oczu wpatrują się w brunetkę, ta natomiast zdaje się kulić pod rażeniem ów spojrzeń.

- To jest Skylar. Sky, to moje...rodzeństwo: Eric, Tiara oraz dziewczyna Eric'a, Jamie.

Na te słowa speszona dotychczas nastolatka ożywia się nieco, a komitet powitalny kolejno bierze ją w ramiona i waham się przez moment, czy nie przyjmują jej cieplej aniżeli przyjęli mnie.
Porzucam jednak te analizy, bowiem wraz z wycofaniem się Hernandezów, wycofuje się i ona. Niczym przerażone zwierzę, brązowooka zdaje się kulić ogon i przywierać silniej do mego boku. Zauważam to ja, widzi to także Eric, który odbiera to jakoby znak. Milczące ponaglenie, po którym cała nasza gromada przedziera się przez zaludnione połacie hali i parking, a następnie przy akompaniamencie radosnego trajkotania Tiary rusza w stronę miejsca, w którym pokładam nadzieje na przytulny kąt i to wszystko z czego los uszczknął dziewczynie drobinki szczęścia, w tej najprostszej postaci...
(...)

Pierwszym co rzuca mi się w oczy zaraz po przekroczeniu progu domostwa państwa Hernandez z niejasnych dla mnie przyczyn stają się drzwi.
Masywne, drewniane.
Z delikatnym akcentem pozłacanej, starannie wypolerowanej klamki. Na pozór,  zbyt ciężkie w przekroju uroczej willi, a jednak definiujące bezpieczeństwo mieszkańców tego domu.

Wtedy też myślę, o tym co nazwałabym domem.
Takim prawdziwym, do którego spieszno byłoby mi wracać. Mój wyimaginowany "dom idealny" miałby dokładnie  takie drzwi, żeby rodzinne ciepło i atmosfera odwzajemnionego uczucia nigdy nie wychynęła zeń przez szparę między podłogą. Byłby to domek w stylu skandynawskim, ze spadzistym dachem; ozdobnymi okiennicami wykonanymi z drewna i wiśniowymi zasłonami pyszniącymi się po obu stronach okazałych okien, przez które co rano, złociste Słońce zlizywałoby z blatów, pościeli, krzeseł i podłogi pojedyncze okruszki nocy.
Jeszcze przez moment stoję tak bez ruchu, w holu obcego domu, podziwiam i cegiełka po cegiełce buduję w myślach ten swój, a z niezmierzonych odchłani marzeń wyrywa mnie dopiero radosny, kobiecy głos, gdzieś na wysokości położonej nieopodal kuchni.

- Bruno?! Synu! Synku, to naprawdę ty?! Mój ty Boże... Tyle lat...Tyle lat czekałam na ten moment...

Wykrzykuje brunetka w euforycznym zaskoczeniu,  następnie oplata szyję chłopaka wtulając się w jego obojczyk, a po karmelowej skórze policzka spływa niespiesznie, kwartet słodkich w ów radosnym uniesieniu łez. Spoglądam więc na Bruna, a mimowolny uśmiech spływa na moje usta wraz z jego łzą, przemierzającą niestrudzenie rysy, zaciśniętej szczęki Mulata.

Potem kobieta szepcze coś jeszcze, mówi jednak zbyt cicho, a słowa skierowane są wyłącznie do potomka, odwracam więc wzrok nie chcąc naruszać dyskrecji tej konwersacji...

Wszystko zamiera na moment, jak gdyby ów słowa miały siłę by, zatrzymać czas i życie, na długi, długi moment...
(...)

*ścieżka dźwiękowa*

- Mamo, proszę... Powiedz że to nie prawda. To musi być pomyłka...

Szepczę, topiąc we łzach pozłacany brąz jej tęczówek.

- Przykro mi kochanie...

Odpowiada, jakby bez emocji...
Ów brak godzi we mnie niczym włucznia, pragnę wnet paść na kolana i prosić ją wraz z całym zastępem aniołów by, wszystko to było pomyłką, głupim żartem... Lecz i jej oczy wkrótce zachodzą mgiełką i choć otacza nas wianek rodziny, dzielimy łzy na nas dwoje.

- Przepraszam... Przepraszam, za to co zrobiłem, że tak zniknąłem...Że nie było mnie wtedy kiedy byłem potrzebny.

Łkam w jej ramię, jak za czasów gdy największym problemem była przebita przez sąsiada piłka, w odwecie za definiowanie jego płotu bramką do gry w piłkę nożną.
Wszystko to teraz zdaje się płowieć i maleć, do rozmiarów błahostki...

- To nie twoja wina...

Mruczy kobieta, a drżenie w jej głosie uświadamia mi, z jakim trudem przychodzi jej przepuszczenie tej informacji przez gardło.
Wtulam się w nią raz jeszcze nie chcąc przydawać jej bólu, po czym wychodzę, nie umiejąc już dłużej wytrzymać ciężaru jaki z hukiem spadł na moje ramiona...
(...)

Czuję się przytłoczona.
Przytłoczona wszystkim tym co widziały moje oczy, a w czym nie brałam udziału... Nie jestem pewna co tak naprawdę się stało, wiem tylko że po tych kilku słowach jakie kobieta skierowała do syna, ten wyszedł szybko z pomieszczenia, a w ślad za nim pomknęła szatynka...

Nie wiedząc gdzie winnam skupić swe spojrzenie, zatapiam je w pochylonej nad niskim parapetem postaci brunetki. Ona natomiast, jak gdyby czując moje spojrzenie odwraca się niespiesznie by następnie stopić nasze tęczówki w jedno.

- Zostań...

Szepcze jeszcze zanim zadaję to pytanie.- Zostań i powiedz mi coś o tej pięknej dziewczynie, którą mój syn przywiódł do domu...

Mówi łagodnie, po czym obdarza mnie uśmiechem tak ciepłym iż moje serce zdaje się wrzeć w jego temperaturze.

Nie wiem dokładnie co skłania mnie ku temu, nie myślę o tym aż nadto.
I nim kobieta postępuje w stronę blatu, nim zadaje jedno z kulturalnych pytań, którymi raczy gościa każdy uprzejmy gospodarz podchodzę do niej od tyłu i delikatnie ściskam jej ramię.
Wzdryga się delikatnie, po czym odwraca głowę i uśmiecha się,  uśmiechem wolnym, ufnym  gdy posyłam jej przeciągłe, przepraszające spojrzenie.

-  Mam nadzieję że pijasz czasami kawę?

Pyta ostrożnie, a kiedy potakuję bezgłośnie oddycha jakby z ulgą.- Rozgość się w salonie, niedługo do ciebie dołączę.

To mówiąc uśmiecha się szerzej i spogląda wymownie na bulgoczący cichutko ekspres do kawy.
(...)

Idąc niespiesznie kamienistą dróżką prowadzącą niegdyś do skrytego na samym końcu ogrodu szałasu z niewypowiedzianym rozżaleniem  rozkopuję wszelkie kamienie zastępujące mi drogę.
Nie wiem co dokładnie czuję.
Nie wiem czy to przepełnienie emocjami, czy też ich brak.
Wiem tylko że z serca sączy się rubinowa krew, by następnie zebrać się pod powiekami w postaci płynnego kryształu.

Straciłem tyle czasu...
Tyle cennego czasu, który mogłem podarować jej...

Nie jest mi jednak dane przemyśleć wszystko w samotnym milczeniu, bowiem moje ramię pokrywa wnet rozdygotana ręka młodszej siostry...

- Ucieczka nie pomoże mamie, Bruno...

Szepcze, a po moim ciele przebiega kolejno kilka ostrych dreszczy.
Zabawne, zabawne jest słuchanie własnych słów z innych ust...

- Nie uciekam...chcę... chcę tylko się z tym oswoić...

Mówię szczerze, po czym klękam w niewielkim zagłębieniu garstki spruchniałych gałązek, które przed laty nazywaliśmy szałasem.
Tiara siada po mojej prawej stronie i wtulając się we mnie tak, jak zwykła to robić gdy słowa przychodziły jej z trudem, zapatruje się w rozżarzoną kulę Słońca migoczącą wysoko nad taflą oceanu.

- Gdzie w tym wszystkim jest ojciec?

Pytam nagle, a ów pytanie zawisa w powietrzu, kiedy dziewczyna wbija we mnie spojrzenie, z którego nie umiem wyczytać zupełnie nic...
____________________________________

Czas to jednak największy przeciwnik tego bloga.
Zbliżają się wakacje, a ja mam tyle na głowie, że nie wiem co ze sobą zrobić i cierpi na tym blog.

Przepraszam za moją słabą organizację, kochani...
Obiecuję, że rozdziały będą pojawiały się częściej z początkiem lipca...
A tym czasem....
Co wy na to?