środa, 5 kwietnia 2017

26. Taking the long way home...


Proponowany podkład muzyczny:

1. Opening soundtrack
2. Middle soundtrack
3. Final soundtrack
__________________________

 - Zamknij oczy...
Proszę gdy kilka dni później delikatne ciało dziewczyny wpada bezwiednie w moje ramiona.
- Nie mogę.
Szepcze nastolatka, a obejmując jej ramiona czuję jak zaczyna drżec.
- Proszę... Zrób to dla mnie.
- Boję się.
- Czego?

Ona jednak pozostaje niema.

- Czego się boisz, Sky?
Szepczę, zagarniając niesforny, hebanowy kosmyk zbłąkany gdzieś na jej chłodnym policzku.
Czuję jak jej oddech się splyca, rozluźniam więc uścisk w obawie o sprawienie jej bólu.

- Boję się, że kiedy znów je otworzę ciebie nie będzie. Że on wciąż tu jest. Że to wszystko wróci.

Wnet obraca się gwałtownie, a w jej ciemnych oczach tańczy przerażenie.- Boję się jego towarzystwa, nawet nie wiesz jak na mnie patrzył...

- Sky...

Szepczę starając się ją uspokoić.

- Nie zrozumiesz... Nikt z was tego nie rozumie.  A on wróci. On kłamał, Wcale nie miał na myśli przeprosin...

Kontynuuje brunetka, a ja w oniemiałym przerażeniu przyglądam się jej ciemnym źrenicom.

- Jego już tu niema, Skylar. Twój ojciec wczoraj w nocy wrócił do Puerto Rico wraz z twoją matką, rozumiesz? Jesteś bezpieczna, jestem tu tylko ja.
Szepczę wprost do jej ucha i ze zdumieniem zauważam jak jej ciało ponownie się napręża.

- Skąd mogę mieć  pewność że ty nie chcesz tego czego chciał on?

Pyta, w amoku odstępując ode mnie o krok.
To pytanie rzuca mnie na kolana.
Kolejno przychodzi złość, żal, aż w końcu zostaje już tylko  rozpacz.

- Ja...
Szepczę lecz słowa zastygają w gardle.
Co powinienem teraz powiedzieć?
Co zrobić?

Nie chcę zadać jej bólu kolejnymi słowami,
nie chcę wlać w jej oczy kolejnej dawki strachu.
Nie mówię więc nic, jedynie spoglądam głęboko w te piwne oczy.- To kwestia zaufania, Sky...

Nie reaguje od razu, ale kiedy już odpowiada pragnę by, powrócił ówczesny strach przed nieznanym i zamienił się miejscami z pustką, nadchodzącą zaraz po poznaniu bolesnej prawdy.

- Jak mogę ci ufać skoro niemal się nie znamy?

Pyta, a po moim ciele przebiega ostry dreszcz.
Zastygam w bezruchu kiedy ona pędzona wewnętrznym rozdygotaniem cofa się do ściany, jak gdyby oczekiwała iż chłodne mury wchłoną ją całą tym samym  zabierając  z zamglonego pola mojego widzenia.

- Znasz mnie, Sky. Znasz mnie lepiej niż ktokolwiek inny na tym świecie.

Szepczę, choć pragnę krzyku.- Powiedziałem ci o sobie wszystko, jak na spowiedzi, jestem zawsze gdy tylko tego potrzebujesz, jestem kiedy płaczesz, gdy kipisz złością, gdy cierpisz, spijam twoje smutki jak gdyby byly moimi wlasnymi. Podzieliłem z tobą najbardziej bolesne wspomnienia,wiesz o mnie to co powininem zachować dla siebie, a mimo to mówisz, że jestem dla ciebie obcy, nie rozumiem tego Sky...
Dlaczego?

- Powinieneś już iść, Peter.

Szepcze nagle, jak gdyby moje słowa nigdy nie przecięły powietrza.
Chcę zaprzeczyć.
Chcę się postawić.
Chcę wyjść naprzeciw tej bezuczuciowej masce za którą się skrywa.
Chcę zapytać dlaczego.
Chcę przyswoić, pojąć i zrozumieć.

Nie chcę by, zaszczycała mnie ostrymi półsłówkami, chcę stoczyć z nią batalię na bogate w litery wyrazy.
Nie chcę szeptu,
chcę rozmowy soczystej w natłoku uczuć.
Chcę krzyku,
szczerej kłótni,
słów chłodniejszych niż najczystszy lód, ale nie milczenia.
Nie pragnę milczenia, bowiem zdaje się być tym z czego zbudowany jest mur, którym odgradza się o świata, odcina mnie od siebie.

Ale ona milczy.
Jej spojrzenie nagle staje się chlodne, obce, a wtedy rozumiem.
Z boleścią pojmuję iż przegrałem.
Przegrałem nierozpoczęty bój, bowiem ona nie zmieni zdania, nie zechce spojrzeć na świat moimi oczami nawet wtedy gdy zaoferuję jej cały świat, wraz z niebem i niezmierzonymi galaktykami.
Pozostanie głucha na moje słowa i kiedy ów prawda wdziera się pomiędzy szczelne zbroje umysłu czuję rezygnację tak bezbrzeżną iż obawiam się czy aby na pewno zdołam się w niej nurzać bez ryzyka utonięcia.

Nie znajduję w sobie jednak nadto siły.
Nie chcę jej także szukać.
Chcę oślepnąć.
Chcę ogłuchnąć.
Chcę być taki jak ona.
Nieczuły.

Ale nie umiem hamować tego co gra w moim sercu, w każdym zakamarku mnie, kiedy ona jest blisko, kiedy jest tak blisko.
Więc wychodzę
.
Odwracam się na pięcie i choć wszystko we mnie krzyczy bym nie ustawał w walce o nią,
o nas, ja po prostu kapituluję...

                                                                 *      *      *

  Siadając na krańcu jednej z ukrytych gdzieś w głębi parku ławek biorę w ramiona zapomnianą dotychczas gitarę,  a moje palce mimowolnie przywierają do naprężonych strun instrumentu. Przymykam oczy w obliczu delikatnej barwy jej dźwięku i upajam się tą krótką chwilą milczenia.
Nie jestem pewien kiedy moje usta pozwalają słowom rozżalenia ujrzeć światło dzienne, lecz nie hamuję ich...


- Łatwo przyszło, łatwo poszło
Tak właśnie żyjesz, oh
Brać, brać, brać wszystko,
Ale nigdy nie dajesz
Powinienem był wiedzieć,
że jesteś problemem od pierwszego pocałunku
Miałaś oczy szeroko otwarte,
Czemu były otwarte?

 Dałem ci wszystko, co miałem, a ty wyrzuciłaś to do śmieci,
Wyrzuciłaś to do śmieci, tak zrobiłaś
Abyś dała mi całą swoją miłość to wszystko, o co prosiłem,
Bo to czego nie rozumiesz to, że...

Przerywam na moment zastanawiajac się nad tym do czego faktycznie byłbym zdolny aby tylko jej ulżyć, by zobaczyć uśmiech na jej słodkich usteczkach...

-...Złapałbym granat dla ciebie
Dałbym sobie uciąć rękę dla ciebie
Skoczyłbym prosto pod pociąg dla ciebie
Wiesz, że zrobiłbym wszystko dla ciebie 
Wytrzymałbym cały ten ból
Pozwoliłbym przestrzelić sobie głowę
Tak, umarłbym za ciebie skarbie,
Ale ty nie zrobisz tego samego

I nim nadążam ją zahamować emocja wznosi mój głos o kolejne oktawy, a wraz ze słowami umyka ból.
Choć jest go tak wiele...

- Nie, nie, nie, nie
Czarny, czarny, i posiniaczony, bij mnie aż zdrętwieję.
Pozdrów diabła ode mnie, gdy wrócisz tam skąd przyszłaś.
Szalona kobieta, zła kobieta,
Taka właśnie jesteś
Uśmiechniesz się do mnie,
a potem wyrwiesz hamulce mi z auta

Dałem ci wszystko, co miałem, a ty wyrzuciłaś to do śmieci,
Wyrzuciłaś to do śmieci, tak właśnie zrobiłaś
Abyś dała mi całą swoją miłość to wszystko, o co prosiłem,
Bo to czego nie rozumiesz to, że

Złapałbym granat dla ciebie
Dałbym sobie uciąć rękę dla ciebie
Skoczyłbym prosto pod pociąg dla ciebie
Wiesz, że zrobiłbym wszystko dla ciebie 
Wytrzymałbym cały ten ból
Dałbym przestrzelić sobie głowę
Tak,umarlbym za ciebie, kochanie
Ale ty nie zrobisz tego samego

Jeślibym płonął
oh, przyglądałabyś się, jak spłonałbym w płomieniach

 Ale ukochana, nadal złapię granat dla ciebie

Powtarzam niemal szeptem bo, nie umiem krzyczeć słowami prawdy...

 Dałbym sobie uciąć rękę dla ciebie
Skoczyłbym prosto pod pociąg, dla ciebie dziewczyno
Wiesz, że zrobiłbym wszystko dla ciebie  Oh, oh
Wytrzymałbym cały ten ból
Dałbym przestrzelić sobie głowę
Tak, umarłbym za ciebie skarbie,
Ale ty nie zrobisz tego samego...

Kończąc ostatni akord zatapiam spojrzenie w rozognionym niebie późnego popołudnia i pozwalam pustce na powrót zagościć w sercu.
Nie wiem czy czułem już kiedyś tak nie fizyczną boleść, a jeśli tak to byłbym skłonny pożałować sam siebie.
I żałuję.
Żałuję że po tym wszystkim co starałem się jej ofiarować Skylar, moja niewinna, krucha Sky potraktowała mnie jak...śmiecia, jak wroga.
Jak obcego.

I to przeraża mnie najbardziej.
Jej wzrok.
Jej strach.
Jej popłoch.

Kogo we mnie widziała?

Nie byłem pewien czy naprawdę chcę poznać odpowiedź,
nie wiedziałem także jak zniosę kolejny potok raniących słów.
Wiedziałem jednak że chcę być jej biski.
Chcę by, mnie poznała,
wnet zapragnąłem wykrwawić się przed nią ze wszystkich sekretów,
opowiedzieć jej swoje życie jak bajkę, której może nawet nie zechce usłyszeć.

                                                                *      *      *

 Nie jestem pewien ile czasu upływa zanim ospale podnoszę się z ławki i z trudem stawiając kolejne kroki niespiesznie ruszam ku wąskiej uliczce prowadzącej do domu w którym mieszkam, lecz wiem że Słońce kończy już swoją wędrówkę.
Wiem że wraz z nim kończy się także coś co zapoczątkowała we mnie Sky.

Nadzieja?
Możliwe...

Wnet czuję delikatne wibracje.
Drżę.
Nie chcę teraz towarzystwa innych ludzi.
Nie chcę ich słuchać, w końcu pragnę być ogłuszony sobą, a mimo to sięgam do kieszeni.
Spoglądam na wyświetlacz, a moje oczy zachodzą tą nieprzyjemną mgłą.

I nagle wiem gdzie pragnę teraz być.
Postanawiam wrócić...

Wchodzę więc do domu, jak zawsze cichych, czterech ścian.
Pakuję część dopiero co wypranych i uprasowanych ubrań po czym wychodzę, zamykając za sobą drzwi.
Wychodzę by, za progiem stanąć oniemiały.

Jej oczy poczerniały.
Jej twarz jeszcze wyszczuplała.
Lecz wciąż jest piękna.

Długo podążam rysami jej twarzy, dlatego dopiero teraz zauważam jej wyciągniętą dłoń.
Nie chwytam jej jednak od razu.
Nie obejmuję palcami i nie muskam szarmancko bo, mój wzrok nazbyt głęboko wsiąka w te dwa, krótkie słowa.

"Uratuj mnie"

Krzyczy pisana czarnym wkładem długopisu prośba.
Waham się.
Toczę krótki bój.
Po czym chwytam ją za rękę, splatam nasze palce i podążam przed siebie.
Razem, podążamy w długą drogę, której kres ustanowi miejsce,
które oboje nazwiemy domem...
_____________________________

Pierwsze i podstawowe pytanie, jak wrażenia?
Ku której stronie barykady się skłaniacie?
Czy Bruno zasłużył na wszystkie te słowa?

Podzielcie się Waszymi odczuciami i wracajcie niebawem na kolejną dawkę emocji!

Pozdrawiam cieplutko.
Ps.  Jak nastroje przed Wielkanocą?

<3

czwartek, 23 marca 2017

25. Au revoir hier...


   Pozostając w nieznacznym pohyle dokładnie pucuję szklaną powierzchnię jednego z licznych stolików, dochodzi osiemnasta i przy barze powoli mnoży się liczba amatorów spotkań towarzyskich. Kilka kobiet przygląda mi się z uwagą co rusz wymieniając mniej lub bardziej pochlebne spostrzeżenia, lecz nie zważam na to.
Moje myśli nieprzerwanie dryfują ku Skylar.
Minęły zaledwie dwa dni od kiedy trafiła do szpitala, a mimo to martwiła mnie niezmienność jej stanu. Za każdym razem gdy udawało mi się do niej zajrzeć drzemała lub bez słowa wpatrywała się w ścianę, a kiedy coś do niej mówiłem zdawała się nie słyszeć, sprawiała wrażenie jak gdyby unosiła się gdzieś wysoko, wysoko ponad tym co nas otaczało.

Naraz z zamyślenia wyrwała mnie przeszywająca moje kieszenie wibracja. Zdezorientowany uskoczyłem niezgrabnie w bok, a następnie pospiesznie pochwyciłem urządzenie,
Dzwoniący nie był znany, a numer na wyświetlaczu prezentował się w mojej głowie jako nieprzenikniona pustka. Mimo to rozpocząłem połaczenie, a przewiesiwszy szmatkę przez ramię dałem znak stojącemu za barem Kyle'owi iż wybieram się na zaplecze.

Ledwie zdążyłem przystawić aprat do ucha, a z głośnika niczym lawa buchnął chaotyczny potok słów.

- Peter? Musisz przyjechać do szpitala, byle szybko, Skylar zabarykadowała się w pokoju, a jeden człowiek z personelu powiadomił niedawno lekarza iż widział jak dziewczyna wynosi z pokoju lekarskiego jakieś ostre małe narzędzie, możliwie żyletkę Musisz tu przyjechać. Natychmiast...

Nie rozpoznaję głosu rozmówczyni lecz dokładnie rozumiem to o czym mówi. Na moje barki wstępuje ostry dreszcz, a gardło zaciska się w zdenerwowaniu.

- Niedługo tam będę.

Rzucam pospiesznie po czym kończę połączenie i popychając masywne drzwi wracam za bar.

- Muszę się wyrwać.

Mówię do Greka, a on spogląda na mnie niespokojnie.

- Chcesz zostawić mnie tu samego? Stary, jest piątek, zaraz zjawi się tu chmara pijusów, a ty mówisz mi że musisz się wyrwać?!

- Nate mnie zastąpi.

Podsuwam błagalnie, na co brunet zakłada ręce na kark i wzdycha nieporadnie.

- Igrasz z ogniem. Ostatnio bardzo często się urywasz, a dobrze wiesz jaki jest szef. Poza tym już raz miałeś z nim pogadankę.

Wzdycham nerwowo.

- Kyle, tym razem to sprawa życia i śmierci.

Szepczę z rozjuszonym drżeniem w głosie, przez co ten zaprzestaje przecierania pokali i przez moment dłuższy niż wieczność mierzy mnie badawczym spojrzeniem.

- A więc to ona dzwoniła?

- Tak. Nie. To znaczy...nie, nie ona, ale w jej sprawie.

- Bruno, powinieneś uważać na tę pannę,

Przewracam oczami w głębokim poirytowaniu.

- Kiedyś ci to wytłumaczę.

Obiecuję, z góry jednak wiedząc że taka chwila nie nastąpi. Kyle nie był dla mnie kimś zaufanym, był tylko znajomym z pracy.
Był typem faceta, który zamiast pięknych kobiet widział "dobre dupy", a każda jedna jeśli tylko miała długie włosy, nienaganną figurę i skąpe wdzianko, lub opięte dżinsy otrzymywała miano "niezłej panny".
Ja natomiast, może i byłem konserwatystą, zapyziałym nudziarzem, ale nie traktowałem dziewczyn, a tym bardziej kobiet w taki sposób.

W naszej rodzinie znaczącą pozycję odgrywała mama, to ona wpajała mi szacunek do płci przeciwnej ponadto ja i mój młodszy brat Eric wychowaliśmy się w domu pełnym wpływowych kobiet.

Posiadanie czterech sióstr zobowiązuje...

Narzucając na ramiona ciepłą, czarną kurtkę pospiesznie opuszczam lokal i ponownie wydobywam z kieszeni telefon. Odblokowuję go i w pośpiechu wyszukuję numer do przyjaciela.
Ku mojej bezbrzeżnej irytacji druga strona milczy.
Niczym wściekły ponawiam więc połączenie.
Wciąż na nowo.
I znowu.
I znowu.
I wciąż.
Aż finalnie do moich uszu dociera znurzony głos blondyna.

- Co się stało, Hernandez?

Burczy w słuchawkę, a ja dochodzę do mimowolnych wniosków iż niechcący wybudziłem go z drzemki.

- Nate, musisz mnie zmienić w barze.

Mówię spokojnie, choć w środku cały kipię ze zniecierpliwienia.
Chłopak nie odpowiada co dodatkowo wzmaga moje poirytowanie.- Słuchasz czy nie?
Warczę w słuchawkę, a potem nasłuchuję odzewu.

- Co znowu ci wypadło?

- Muszę być w szpitalu przy Dekalb Avenue. Teraz.

- To po drugiej stronie miasta!

Zauważa niebieskooki, a ja z trudem powstrzymuję się przed dodaniem uszczypliwego komentarza.

- Owszem, i tak się składa że potrzebuję wcześniej wspomnianego zastępstwa w barze. A więc zwracam się do ciebie, mój drogi przyjacielu, czy byłbyś tak dobry i wstąpił na moją szychtę?

Nate wzdycha głęboko po czym zapada niezręczna dla mnie cisza.

- W porządku.

Mruczy finalnie,a  ja czuję jak u mych ramion wyrasta para śnieżnobiałych skrzydeł .- W tym tygodniu wezmę twoją zmianę, ale w przyszłym to ty pracujesz za nas dwoje.

Mówi poważnie na co po moich wargach przemyka skromny uśmiech.

- Stoi.

Odpowiadam krótko, a po gorących podziękowaniach i zapewnieniach o przyszłej odpłacie za jego nieopisane dobro rozłączam się i z impetem ruszam na najbliższy postój taksówek.
(...)

 Nie liczę czasu bowiem niema on dla mnie znaczenia. W końcu...to tylko umowny pomiar, dla nas, ludzi.
Liczę tylko krople spływające w milczeniu po naciętych nadgarstkach.
I choć nie jest mi do śmiechu, uśmiecham się ponuro.

Z traumy się nie wyrasta...

Słyszę głos matki, prośby lekarza i ciche łkanie ojca.
Przywieram do drzwi.

- Powiedz chociaż że tego żałujesz, tato... Powiedz to!

Mówię dokładnie akcentując każde słowo i ponownie nacinam nadgarstek.
Krew zmienia kolor i wraz z jej żwawszym parciem na żyłę przed oczami pojawiają się mroczki.
Nie w pełni świadomie opieram się o chłodną ścianę.
Ciemnoczerwona ciecz pokrywa podłogę szkarłatem lecz nie budzi to we mnie emocji.

To jak stan nieważkości.
Jak gdyby twoje ciało nie było już dłużej twoją własnością.
A potem znów pozostaje tylko pustka.
I jedynym odstępstwem od reguły jest ulga, którą przynosi ów niebyt...
Chcę wykonać jeszcze jedno cięcie lecz palce odmawiają współpracy, a niewielka, srebrna żyletka upada i zataczając się nie zgrabnie wtula swój chłodny, srebrzysty policzek w gładkie płytki...
(...)

 Przełykając ciężko raz jeszcze agresywnie napieram na nieustępliwe drzwi.

- Jak długo już tam siedzi?

Rzucam przez ramię, a matka dziewczyny mruczy coś w odpowiedzi.

- Pół godziny, może trochę dłużej.

Odpowiada szpakowaty mężczyzna co przyjmuję tylko nieznacznym skinieniem głowy.
Nie jestem w stanie powiedzieć ile czasu zajmuje mi pokonanie przekluczonych drzwi, lecz gdy finalnie odpuszczają, niesiony siłą naporu wpadam do pomieszczenia i wyhamowuję dopiero w odległym kącie pomieszczenia.

Wtedy to dostrzegam ją.
Jest blada, a jej nugatowe oczy zioną przerażającą pustką.
Przełykam więc łzy, nie chcąc by, ujrzały światło dzienne i padam przed nią na kolana.

- Sky...

Szepczę nie wiedząc co dokładnie mógłbym teraz powiedzieć.
Lecz ona nawet na mnie nie patrzy.

- Sky, kochanie...

Ponawiam, a wtedy dzieje się coś czego nie przewiduję nawet w najgorszych podejrzeniach.

- Nie nazywaj mnie tak.

Szepcze i nim nadążąm z reakcją jej powieki opadają, a delikatne ciało wiotczeje.

- Sky!

Szepczę do jej ucha, delikatnie klepiąc jej policzek.
To jednak na nic się nie zdaje.
Zsuwam ją więc by, mogła oprzeć plecy na płytkach, a jej głowę kładę sobie na kolanach.
Jestem odrętwiały w narastającej rozpaczy, lecz nie wypuszczam jej z ramion.
W tym momencie to jedyne na co mnie stać.

- Mój Boże...

Gdzieś za plecami słyszę głos pani Grey, odwracam się więc w jej stronę.

- Powinna pani wyjść i zawołać lekarza.

Cedzę przez spierzchnięte wargi, a spoglądając oględnie na zaplamioną ciemnobrunatną cieczą podłogę, mówię:

- Byle szybko.

Ona kiwa tylko głową, a krótko po tym korytarz rozbrzmiewa wzburzonymi głosami lekarzy.

- Proszę delikatnie ją podnieść i ułożyć na wznak na noszch.

Rozkazuje roztropnie, przybrany w śnieżno-białe szaty lekarz,  a gdy wykonuję jego polecenie ten na prędce rusza przed siebie.
Żwawym krokiem podążąm jego śladem, aż do masywnych przeszklonych drzwi prowadzących na blok operacyjny.

- Nie może pan tutaj wejść.

Oznajmia przysadzista blondynka i nim wypieram zastygłe w krtani protesty zamyka za sobą wrota, a ja bezsilnie opadam na posadzkę przywierając czołem do kolan gdy dociera do mnie to co próbowała zrobić dziewczyna.

- Boże...

Charczę z przerażeniem, a łzy chłodzą rozgrzane policzki.
Nie chcę płakać bo, nie wiem czy mówiłem prawdę zapewniając nastolatkę iż łzy nie oznaczają słabości.
Nie wiem też czy płaczę przez to co się stało, przez pustkę w jej spojrzeniu,
z żalu,  czy może za nas oboje.

                                                                                      *      *      *

  Znajdując w sobie ostatki tego co nazywamy siłą unoszę się w końcu i wbijając dłonie w kieszenie dżinsów ruszam niespiesznie wzdłuż niekończącego się korytarza, kierując kroki ku skrytej w głębi gmachu kapliczce.
Kolejno mijam osnute ludzkim cierpieniem oddziały i niezliczone liczby pacjętów oraz odwiedzających, którzy są mi tak obcy.
Lecz łączy nas to miejsce.
Łączy nas cierpienie.

Gdy finalnie docieram do kapliczki rozglądam się oględnie.
Rzędy drewnianych ławek,
surowe, zatopione w bieli ściany i skromny ołtaż skrywają w sobie niepojęte ukojenie.
Są jak milczenie wśród tłumu rozszalałych myśli.
Są jak szept po burzliwej kłótni i słońce po długotrwałej ulewie.

Nie pamiętam kiedy ostatnio nawiedziłem mury kościoła, może jeszcze za dzieciaka.
Z resztą nigdy nie było mi po drodze...
Lecz teraz kiedy stałem u progu czułem skruchę...

Z trudem stawiając kolejne kroki finalnie docieram do jednej z najdalszych ławek i padam na kolana.

- Boże...

Szepczę niemrawo, a mój szept niesie się ciszym szmerem.

- Bądź dla niej wyrozumiały, ona jest dla mnie wszystkim, i nie wiem jak jeszcze mogę jej to okazać. Nie rozumiem jej Boże, nie rozumiem tej którą pokochałem ponad wszystko, a ogromnie bym tego chciał. Chciałbym spojrzeć jej w oczy i bez słowa podzielić jej smutki na nas dwoje, czy to tak wiele?
Dlaczego ucieka?
Co robię źle?!

Nie jestem pewien w którym momencie mój głos unosi się na wyżyny kolejnej oktawy lecz ten sam szloch zamiera w piersi gdy moje ramie ściskają czyjeś kościste palce.
 Wzdrygam się i odwracam wzrok.

- Daj jej czas synu, ona to widzi...

Szepcze głęboki, męski głos.
Spoglądam w oczy starszemu, przypruszonemu siwizną mężczyźnie w czarnej sutannie i mam ochotę zaprzeczyć jego słowom niczym rozkapryszony nastolatek.

- Dałem jej czas, dam tyle ile tylko zechce, ale wtedy ona odchodzi, a ja boję się że już jej nie znajdę. I kiedy tracę już nadzieję ona wraca by, przynieść ze sobą coś co mnie rujnuje. Nie mam jej tego za złe. Kocham ją i chcę ją wspierać, a ona odrzuca mnie jak gdybym był tylko zabawką, chusteczką higieniczną w którą roni łzy, a gdy ta przesiąka nimi cała ona odrzuca ją w kąt i odchodzi, a ja zostaję sam. Znowu sam, tylko ja i ten cholerny potok myśli.  Co robię źle?
Czego tak bardzo się boi?
Nie wymagam od niej zaufania, nie teraz, a tym bardziej miłości bo, na ten moment ta, którą darzę ją wystarczy nan nas dwoje.  Chcę tylko by, otworzyła oczy i spróbowaładostrzec we mnie kogoś kim chcę, kim się dla niej staję. Chcę by, patrząc mi w oczy widziała wsparcie nie wroga. Chcę nauczyć ją kochać, tak jak i ja zostałem nauczony.

- Pewne odpowiedzi zna tylko ona i tylko ona decyduje o tym co podzielicie na dwoje, a co pozostanie tylko jej. Bądź więc cierpliwy, ale nie wymagaj. Daj jej czas i wsparcie, a pewnego dnia ona otworzy oczy. Lecz nie odliczaj czasu jaki ona poświęci na uniesienie powiek.  Jeśli kochasz, nie staraj się zrozumieć.
Nie pouczaj jej, dawaj tylko nieznaczne wskazówki by, czuła twoje towarzystwo i nie zamykaj oczu na żaden z najmniejszych nawet znaków.

Patrz sercem,ono z natury widzi więcej niż zdradliwe ślepia,  a pewnego dnia rozum samoistnie pojmie to czego teraz nie rozumiesz.

Odpowiada zdawkowo kapłan, a ja czuję jak pod powiekami ponownie wzbierają łzy.
Chcę być cierpliwy, chcę znaleźć w sobie tyle cierpliwości by, wystarczyło na nas dwoje lecz nie wiem gdzie jej szukać.
Już nie.
 I wnet przychodzi ta jedna, okrutnie egoistyczna myśl.
Chcę się poddać.
Zostawić to wszystko za sobą.
Raz na zawsze.
________________

Witajcie!

Ogromnie przepraszam...:(
To nie miało tak być.

Rozdział niestety pojawia się dopiero teraz co jednak nie znavzy iż zapominam po prostu...
Dużo, bardzo dużo obowiązków.
Tak, wiem co myślicie.
Też mi wytłumaczenie.

Oświadczam jednak iż od teraz postaram się być bardziej systematyczna w publikowaniu rozdziałów. Ponieważ liczba odwiedzających HTL jest... zatrważająca...:(

Co do rozdziału, co wy byście zrobili na miejscu Bruna?

Następny rozdział już niebawem!
Podzielcie się swoimi opiniami i opowiadajcie co u was!
Pozdrawiam serdecznie!

<3

poniedziałek, 6 lutego 2017

Uwaga...

Z powodów czysto technicznych rozdział pojawić się może dopiero pod koniec tego tygodnia, a wszystko to przez komputer, który nie zapisał owego rozdziału. Wybaczcie, lecz nie mam dziś już siły, ani mówiąc szczerze ochoty pisać od nowa niemal pięciuset linijek tekstu, który raz już napisałam.
Przepraszam...
ROZDZIAŁ POJAWI SIĘ JESZCZE W TYM TYGODNIU.

Pozdrawiam i dziękuję za wytrwałość wszystkim, którzy jeszcze czytają poniższe opowiadanie.
<3

niedziela, 29 stycznia 2017

24. No one but you...


Poniższy rozdział dedykuję Pauli, dziękuję za Twoją wytrwałość!
<3
________

        Przez dłuższą chwilę skrupulatnie zliczam wąskie potoki skroplonej pary, niby na wyścigi ciągnące niestrudzenie ku krawędzi szerokiego okna. Czas zdaje się nie egzystować, a świat zblednąć jeszcze silniej aniżeli dnia poprzedniego.
Otacza mnie jak gdyby swoiste otumanienie, z którego nazbyt trudno jest się wyrwać, choć może najzwyczajniej w świecie, nie staram się wystarczająco zawzięcie...

- Peter?

Dochodzi do mnie przyciszony głos Cerise, na którego dźwięk automatycznie odwracam głowę w jej kierunku.

- Pomyślałam, że powinieneś się rozgrzać.

Mówi troskliwie po czym posuwistym ruchem wkłada mi w ręce papierowy kubek,  po brzegi wypełniony parującą kawą zbożową. Jeszcze przez kilka sekund patrzę na nią nic nie widzącymi oczyma po czym niespiesznie kiwam głową i powracam spojrzeniem ku szpitalnemu łóżku, na którego środku, pod osłoną przyćmionego światła niebieskiej żarówki ledowej drzemie ta, za której głosem wnet tak bardzo zatęskniłem.

- Jeśli chcesz, zamówię ci taksówkę, jest środek tygodnia, nie powinnaś...

Zaczynam niepewnie, bezustannie wpajając tęskne spojrzenie w półmrok sali, w której jawi się ukołysana nienaturalnym snem buzia dziewiętnastolatki.

- Wyganiasz mnie?!

Gromi mnie wnet pełen wyrzutu głos rudowłosej przez co po ciele pospiesznie przepływa gorący, nieprzyjemny prąd.
Raz jeszcze spoglądam w oczy mojej nieletniej towarzyszki po czym wzdycham przeciągle i przeczesuję palcami moje hebanowo czarne włosy.

- Nie wyganiam, po prostu roztrząsam wszelkie za i przeciw.

- Co do czego?

- Co do twojej bytności w szpitalu, Bóg jeden wie jak daleko od miejsca twojego zamieszkania.

- Ach, tak? Więc najpierw prosisz mnie o pomoc, potem nagabujesz na towarzystwo, a teraz tak po prostu proponujesz bym sobie poszła, bo nagle zaczęłam ci przeszkadzać, czyż nie?

Unosi się gwałtownie po czym staje na równe nogi i krzyżując ręce na piersi wbija we mnie chłodne spojrzenie swych szmaragdowych ślepiów.
Nasze spojrzenia się krzyżują.

- Więc pozwól, że w chwili obecnej opuszczę ten budynek byś nie musiał już więcej znosić mojego towarzystwa!

- Cerise, źle mnie zrozumiałaś.

Mówię łagodnie lecz ona ani myśli o przyjmowaniu jakichkolwiek wyjaśnień.

- Daruj sobie.

Warczy urażona po czym ze spuszczoną głową, pospiesznie przemierza korytarz by, w następnej chwili przenikając przez oszklone wrota prowadzące na oddział, zniknąć w roztaczającej się po szpitalnych płytkach, słabej łunie zimowego Słońca.

Waham się, lecz to uczucie trwa nazbyt krótko bym zdążył popaść w jakiekolwiek głębsze analizy. Raz jeszcze spoglądam wgłąb uśpionego mrokiem pomieszczenia po czym puszczam się biegiem w ślad za nastolatką.

                                                             *      *      *

 Jeszcze nim rozsuwane drzwi zamykają się na dobre chaotycznie omiatam spojrzeniem recepcję, a do moich uszu dochodzi wnet głos do złudzenia naśladujący w swej tonacji ten jakim włada dziewczyna, do której bije moje serce...

-  Aishia. Aishia Grey, a to mój mąż, Frederick Grey.

 Przedstawia się kulturalnie drobna brunetka, a stojący u jej boku szpakowaty dżentelmen skłania się wyrafinowanie w pas.- Dziś w nocy otrzymaliśmy wiadomość, iż w waszym szpitalu leży nasza córka, Skylar Grey, czy jest więc możliwość zobaczenia jej?

 Wyrzuciła z siebie z przejęciem, a na te słowa poczułem nieprzymnie chłodne ukłucie w okolicy żeber.
Było w nich coś w co szczerze wątpiłem, a energia jaką emanowali sprawiała iż  nie mogłem się do nich przekonać.

Tymczasem starsza kobieta zasiadająca na recepcji raz jeszcze przerzuciła wzrok z arkusza na parę podającą się za rodziców pacjentki, po czym westchnąwszy rozlegle wydała młodziutkiej pielęgniarce dyspozycję dotyczącą zaprowadzenia państwa Grey do sali, w której liczne medykamenty podtrzymywały Sky przy życiu.

Mimowolnie podążam więc ich śladem, dobrowolnie puszczając Cerise w niepamięć, bezwiednie zdradzając naszą przyjaźń, choć jeszcze chwilę temu poprzysiągłem sobie nigdy więcej jej nie ranić...
(...)

Unosząc jeszcze ciężkie od snu powieki jęczę cicho gdy moim ciałem wstrząsa nagła fala bólu. Nikt jednak nie widzi mojego cierpienia, nikt więc nie reaguje i kiedy ból odchodzi na powrót zostaję sama.

Przewracam się na prawy bok i dostrzegam ciemny zarys postaci, która teraz pospiesznie podchodzi do przyciemnionej szyby i choć nie umiem dostrzec dokładnych zarysów jego twarzy wnet zdaję sobie sprawę w kogo oczy spoglądam.

- Bruno...

Szepczę,  a przez myśl przebiega wnet ta jedna chwila...

...Wspomninie...

- Silne osoby nie upadają.

 Protestuję, mimowolnie dotykając palcami jego dłoni spoczywającej delikatnie na moim sercu.
 Kiedy tylko to wypowiadam na jego ustach wita słaby, smutny uśmiech, który jednak ukrywa przed moim spojrzeniem.

- Upadają, Sky.-
Częściej niż możesz sobie to wyobrazić. Ale zawsze się podnoszą i właśnie tam tkwi ich siła.

- A co jeśli i jej zabraknie?

Szepczę, a słysząc to pytanie brązowooki delikatnie obraca moją twarz ku sobie i muskając palcami szkarłatnej skóry na wychłodzonym policzku, szepcze.

- Wtedy jest ktoś kto stoi za ich plecami.

...Koniec wspomnienia...

Czuję jak wraz z tymi słowami moje oczy wypełniają łzy, zaciskam więc powieki nie chcąc by, mrok pochłonął moją rozpacz, nie chcąc by, naznaczyła ona biel poduszki, bowiem w późniejszych dniach zapewne zastygłaby na niej, zasypiała i budziła się wraz ze mną...

                                                           *      *       *

W niepwenym półśnie słyszę jak delikatne pchnięcie otwiera drzwi, a na posadzce rozlegają się ciche kroki. Gwałtownie otwieram oczy, podnoszę się i zapalam spoglądającą na mnie z eleganckiej, drewnianej szafki przy łóżku, lampkę.

Pokój zalewa wnet łagodne, miodowe światło, a moim oczom ukazują się delikatne rysy matczynej twarzy. Nie jestem pewna kiedy zaczynam płakać lecz zaraz po tym pospiesznie ukrywam twarz w poduszce.
Niczym mała, obrażona dziewczynka.

- Kochanie...

Szepcze mama, siadając delikatnie na krańcu łóżka gładząc moje włosy tak delikatnie jak gdyby obawiała się że sprawia mi tym ból.
I byłabym skłonna przysiąc iż nie pomyliła, się w swych obawach,  bowiem to co dla skóry przyjemne niczym podmuch letniego wiatru, rozdzierało teraz moje serce,  gorsze było od wszelkiego cierpienia fizycznego jakiego doznałam w trakcie tych dwóch, koszmarnych lat.

- Skylar, córeczko...

Wypowiada moje imię, wypowiada je tak jak zdarzało jej się to wtedy kiedy miałam zaledwie kilka lat i przybiegałam do niej z płaczem,  z wszelakich, jakże błachych na tle tego dzisiejszego, powodów.

- Gdzie byłaś?

Szepczę, a jej dłoń wnet zastyga bez ruchu gdzieś na wysokości mojego karku.

- Gdzie byłaś przez te wszystkie lata, mamo?

Powtarzam, zbierając się na odwagę by, spojrzeć jej w oczy.

- Słońce...o czym... o czym ty mówisz?

Pyta z cicha, a  na jej twarzy znajduję paletę przerażenia i wżerającego się we mnie boleśnie smutku.

- O tych wszystkich latach, kiedy cię nie było.
O tych wszystkich latach kiedy ojciec tak bardzo cię okłamywał, o czasie, w którym tak bardzo ciebie potrzebowałam.
O czasie, w którym ty byłaś zbyt zaślepiona by, dostrzec to co dzieje się pod twoim własnym dachem.

- Sky...

Odzywa się wnet ojciec, lecz gromię go tylko spojrzeniem.

- Nie odzywaj się.

- Kochanie...

- Nie mów tak do mnie, ona powinna woiedzieć.

Mówię ostro, a usta mężczyzny rozwierają się wnet w przerażeniu.

- Skylar, dziecko, o czym teraz mówisz?

Pyta matka, na co ojciec pospiesznie podchodzi do miejsca w którym teraz siedzi spięta kobieta.

- To nic takiego, kochanie...

Mówi, a te słowa rozpalają wnet ogień tak gorący iż stanęłabym w płomieniach gdyby ktoś odkręcił gaz.

- Nic takiego?!
Te wszystkie noce kiedy tak dobrze bawiłeś się swoją małą córeczką, dotykałeś tam gdzie wstydziłam się dotknąć nawet ja, te wszystkie noce kiedy całowałeś mnie tak jak jeszcze nigdy nie śmiałeś pocałować mamę, kiedy prosiłam byś przestał sprawiać mi tak ogromny ból. Te wszystkie noce gdy zmuszałeś mnie do seksu twierdząc że wwszystkie grzeczne córeczki pozwalają na to swoim tatusiom, to nic takiego?!
Uważasz, że to NIC TAKIEGO?!

Krzyczę zrozpaczona, a moją klatkę rozdziera wnet ból tak ogromny iż bliska jestem omdlenia.
Zamykam więc oczy, lecz nim powieki opadają widzę jeszcze przerażone spojrzenie mamy, sztab lekarzy i setki cieniutkich rurek...
(...)

- Proszę państwa, bardzo bym prosił aby opuścili państwo gabinet.

Dochodzi do mnie życzliwy głosik pielęgniarki, przytrzymującej teraz ramię pani Grey.
Spoglądam w twarz kroczącego u jej boku mężczyzny i przechodzi mnie wnet  niepojęta fala nienawiści. Coś mówi mi że to on jest człowiekiem, który tak silnie zmienił życie Sky, nie jestem jednak pewien skąd biorą się te przypuszczenia i postanawiam, iż pewnego dnia zapytam o to Sky, zapytam ją o prawdę...

- Kiedy będę mógł ją zobaczyć?

Pytam przechodzącej obok pielęgniarki, na co ta przystaje zmieszana i wpatrując się w moje oczy szuka odpowiednich słów.

- To...To naprawdę nie jest najlepszy moment. Lekarz właśnie podał jej silne leki nasenne...

- Czy mogę tam po prostu wejść? Bardzo panią proszę... Ta dziewczyna...jest wszystkim co mam, całym moim światem, chcę tylko...chcę przy niej być gdy się obudzi...

Błagam czując wnet jak z rozpaczy narasta we mnie skłonność by, paść przed kobietą na kolana. Wszystko byleby tylko wpuściła mnie do Sky.

Ta jednak o nic nie prosi.
Tylko patrzy.
Nieprzerwanie patrzy mi w oczy, po czym niby zahipnotyzowana wpuszcza mnie  do sali, prosi, o milczenie w tej sprawie i odchodzi szybkim krokiem, raz czy dwa spoglądając na mnie przez ramię.
Zatapiam się więc w głębi pokoju wcześniej starannie zamykając za sobą drzwi i siadam na koślawym, drewnianym krześle tuż przy łóżku.
Nastolatka wnet porusza się nerwowo, a ja jedynie zaciskam palce na jej ciepłej dłoni i patrzę jak ponownie wraca do niej spokojny, równomierny sen.

- Jestem tutaj, księzniczko.

Szepczę, w tym samym momencie, w którym dziewczyna zatapia mnie w brunatnym bursztynie swych pięknych źrenic...
______________________

Udało się!

W końcu jest...
Rozdział 24-ty.
Jak Wam się podoba?

Kto spodziewał się takiego obrotu spraw?

Podzielcie się opiniami i wracajcie już niebawem na ciąg dalszy, ponieważ to jeszcze nie koniec przewrotnych zdarzeń!
Ba!
To zaledwie początek...

Pozdrawiam cieplutko!
I zapraszam już niebawem. 
<3
Ps. Kiedy zaczynacie ferie?
      Macie już jakieś plany?

<3

niedziela, 15 stycznia 2017

23. Breathe for me...


 Wszystko to dzieje się szybko, zbyt szybko.
Nieme słowa na jego wargach, tłum przerażonych gapiów, nieustający klakson, oślepiające światła reflektorów, pisk opon...

A potem już nic.
Nic, oprócz bólu i tej niepojętej niemocy...
(...)

- Sky!

 Krzyczę, choć jest już za późno.
Rozpędzone auto gwałtownie hamuje, lecz droga hamowania jest zbyt długa.  Nawierzchnia zbyt śliska,
I kiedy już niemal chwytam jej dłoń, nasze spojrzenia się spotykają.
Na moment.
Na krótki moment przed tym jak srebrzysty Mercedes pcha jej wątłe ciało w przód,
daleko w przód by, następnie zniknąć niczym zjawa, w pierwszej bocznej uliczce.

Czuję jak moje palce rozluźniają uścisk złożony dotychczas trwale na chłodnym szkle telefonu, a sam telefon wymyka się spod ich władzy, ale nie dbam o to.
Wnet jedynym co nabiera znaczących barw, jakichkolwiek barw w niespodziewanie poszarzałym świecie; jest ona.

Niczym w transie ruszam ku miejscu w którym śnieg zatapia swą biel w jej cerze i choć dzieli mnie od niej zaledwie kilka metrów, ta wędrówka zdaje się trwać całe wieki, może lata świetlne.
Ktoś rozpaczliwie lamentuje, inni krzątają się w popłochu, matki zakrywają oczy dzieciom, zabiegani nowojorscy pracownicy korporacji przemykają obok, w garniturach i wypastowanych butach, nazbyt ponaglani przez kalendarz by, poczuć chłód zimy,zbyt obojętni na wszystko to, co dzieje się
dookoła, a  niema związku z biznesem, zyskiem oraz nimi samymi.

I nagle uświadamiasz sobie jak egocentryczny jest ten świat, świat ludzi.
Każdego z osobna.
Nie wszystkich razem...
(...)

Ukojenie jest tak momentalne iż przez pierwsze sekundy nie potrafię go nawet zdefiniować, dlatego jedynie porównuje je do nagłego porywu wiatru na rozgrzanej palącym Słońcem pustyni, do przebłysku Słońca w surowym chłodzie wiecznego mroku i do wszystkiego co pojawia się tak nagle kiedy myślisz że nigdy już nie nadejdzie...

Jeszcze przez moment przed oczami migoce biel, spoglądam więc w dół, a po ciele przebiega chłodny, nieprzyjemny dreszcz.

Widzę siebie, swoje ciało skryte w niewielkim przesmyku między ulicą a chodnikiem.
Widzę ludzi bezradnie krążących wokół miejsca wypadku i samochody nieprzerwanie sunące po betonowych płatach.

Przyglądam się więc baczniej, zgromadzonym wokół mnie osobom.
A patrząc nieustannie wśród tłumu dostrzegam także Mulata.
Klęczy, podtrzymując w ramionach mój bezwładny korpus, nie płacze choć jego oczy wypełnia ból. Nie krzyczy, choć wszyscy wokół rozprawiają podniosłym tonem.
Szepcze.
Szepcze, lecz jestem za daleko by, usłyszeć jego słowa.

A potem wszystko naraz przyspiesza...
(...)

Nie jestem do końca pewien ile czasu upływa od momentu kiedy zakapturzony nastolatek zawiadamia pogotowie do chwili w której przeszywający krzyk syreny zagęszcza powietrze lecz wiem iż trwa to długo.
Zdecydowanie zbyt długo.
Wiem tez że skóra dziewczyny w tym czasie nienaturalnie bieleje i że krew w jej żyłach porusza się teraz ospale.
Przyciskam ją więc silniej do piersi, z utęsknieniem wyczekując morza czerwieni niesionego wraz z przyjazdem ambulansu.

A kiedy personel medyczny kładzie ją na noszach znów nadchodzi ta cholerna niemoc.
Słyszę słowa i czuję obecność stojącej przy mnie osoby, prawdopodobnie spoglądam nawet w jego stronę lecz nie czytam z ruchu warg żadnych wyraźnych słów, a kiedy pada pytanie niemal nieświadomie, jedynie nikłym przebłyskiem rzeczywistości zaprzeczam skinieniem głowy.

- Do jakiego szpitala ją zabieracie?

Pytam, a wtedy ten sam mężczyzna, który wówczas zadał pytanie, spogląda
na mnie przez ramię, w grymasie smutnego uśmiechu odpowiada.:

- Brooklyn Hospital, przy Dekalb Avenue, wie pan gdzie to jest?

Zapytuje protekcjonalnie, a widząc konsternację w moich oczach wzdycha i odchodzi by, po chwili poprowadzić hałaśliwy pojazd przez powoli zatapiające się na powrót w świątecznym nastroju ulice.

- Dekalb Avenue...

 Powtarzam cicho, lecz w mojej głowie owa nazwa odbija się
tylko głuchym, nic nieznaczącym echem.- Dekalb...
Mruczę ponownie, pospiesznie sięgając
do kieszeni po telefon, a kiedy go tam nie odnajduję,
 w przypływie niepokoju rozglądam się dookoła, wnet zdając sobie sprawę iż
porzuciłem go dokładnie w chwili wypadku, porzucając tym samym rozmowę z matką.

- Zdaje się, że znalazłam twoją zgubę.

Rozlega się wnet niepewny, nastoletni głos, a wykonując pół obrotu staję twarzą w twarz z zarumienioną w niewinnym uśmiechu dziewczyną, w grubym, hebanowym płaszczu i równie czarnych rękawiczkach na wyciągniętych ku mnie dłoniach..

Jeszcze przez moment staram się zarejestrować
jej życzliwe słowa,  a gdy w końcu trafiają one do mojego umysłu przywołuję na twarz nikły uśmiech.

- Dziękuję.

- Drobiazg, nie sądzę by, dało się go uratować.

Wzrusza ramionami rudowłosa i dopiero wtedy dostrzegam iż szybka urządzenia tworzy na ekranie wymyślną  mozaikę.

- Cholera...

Klnę pod nosem, na co zielone oczy nastolatki spogladają na mnie surowo.

- Mógłbyś zachować trochę kultury.

Karci mnie urażona, na co spoglądam jej w oczy.

- Wyobraź sobie że nie mógłbym, nie teraz.

- Więc postaraj się chociaż być dla mnie milszy.

- Milszy...Nawet się nie znamy.

Burczę poirytowany na co zielonooka postępuje krok w moim kierunku, ściąga puchatą rękawiczkę
i  wyciągając delikatną rękę ku mnie, mówi.:

- Jestem Cerise i tak się składa że potrzebujesz mojej pomocy.

Mrugam niekoniecznie rozumiejąc co ma na myśli przez ,,potrzebę pomocy", po czym z ukrywaną  rezerwą ściskam jej rękę i przedstawiam się.:

- Peter.

Zapada więc cisza, w ciągu której Cerise przewierca mnie spojrzeniem po czym uśmiecha się szeroko, a ten uśmiech sprawia że wnet pragnę poznać to co zaprząta jej myśli.

- Spieszy ci się?

Pyta niespodziewanie, przez co wytrąca mnie nieco z rytmu.

- Słucham?

- Pytam w jakim stadium jest grunt pod twoimi nogami, pali się?

- Nie da się ukryć.

Przytakuję niespokojnie, na co usta dziewczyny nawiedza cień smutnego uśmiechu.
Poziom mojej adrenaliny gwałtownie się podnosi.- Więc...jak daleko jest stąd do szpitala?

- Samochodem nie powinno nam to zająć więcej niż czterdzieści minut, ruch nie należy w tych godzinach do przesadnych utrudnień.
- Samochodem...

Powtarzam zrezygnowany, a słysząc ową nutkę powątpiewania w moim głosie, zadbane brwi dziewczyny
podrygują niespokojnie na tle pobladłej od chłodu twarzy.

- W czym problem?

- Widzisz...należę do zawężonego grona Nowojorczyków, którzy nie posiadają takowego pojazdu.

Mruczę z dozą wstydu, lecz spoglądając w oczy Cerise ze zdziwieniem stwierdzam iż nie egzystuje w nich nawet cząstka kpiny.

- Cóż...

Szepcze, zaciskając piąstki i wlepiając wzrok w złotawą poświatę niedawno rozbłysłych lamp ulicznych.- W porządku... To nic takiego...

Zapewnia pospiesznie po czym rozgląda się dwukrotnie po powoli pustoszejących uliczkach
i pociąga mnie zdecydowanie ku jednej z najciemniejszych.

- W takim razie zażyjemy spaceru.
Oświadcza, nieustannie zaciskając w puchatej dłoni zmięty skrawek rękawa mojej kurtki.- Do jutra pewnie tam dotrzemy.
Rzuca żartobliwie, posyłając mi przy tym radosny uśmieszek, na co kącik moich warg niepewnie spogląda
ku niebu.


                                                                *      *      *


- Mam już dość...

 Burczy cicho zielonooka kiedy w nieustającym marszu wraz z chłodnym powietrzem połykamy trzydziestą minutę wyprawy.- Proszę, zatrzymajmy się chociaż na moment.

Po raz ostatni zawieram w płucach możliwie jak najwięcej tlenu, po czym pozwalam by, mój ciepły oddech uformował w powietrzu niewielki kłębek pary, po czym przystaję, rzucając okiem na mojego zatrwożonego zmęczeniem oraz  nieznoszącym decyzji o dalszym marszu, bólem stóp, towarzysza, a właściwie towarzyszkę.

- Jesteś pewna że nie dasz rady przejść jeszcze paruset metrów?
Pytam z nikłą nutą prośby w głosie lecz kiedy jej szmaragdowe tęczówki z drwiną spijają czekoladę z brązu tych moich, odpuszczam, pozostawiając pytanie w gronie  retorycznych po czym w geście kapitulacji przysiadam obok niej na zmarzniętym kawałku chodnika, tym, który jeszcze zdołał się uchronić przed zamaskowaniem pod grubą warstwą śniegu.

Zapada cisza, podczas której bezwiednie spoglądam na nią z nadzieją na to iż wnet odzyska siły.
A popatrując z ukosa zauważam jak szczuplutka i wątła jest rudowłosa, jak delikatnym blaskiem skrzą się jej długie, rozwiane pasma i jak głęboko zatapia ona wzrok w pobliskiej hałdzie poszarzałego śniegu.

- Czemu bezustannie się we mnie wpatrujesz?

Szepcze nastolatka co momentalnie mnie peszy, odwracam wzrok.

- Wydaje ci się.

Mruczę zgryźliwie.

- Jasne.

- Jasne.

- Oczywiście.

- Pewnie.

Mimowolnie powracam do niej wzrokiem.
Nasze oczy się spotykają.

- Co robiłaś tak późno na jednej z najbardziej zatłoczonych ulic?

- Spacerowałam.

- Sama...

Mruczę podejrzliwie.

- Owszem, sama, A widziałeś tam kogoś jeszcze?

- Nie naskakuję na ciebie. Po prostu... po prostu się zastanawiam.

- Ach tak.

- Tak. Jesteś młodziutką, śliczną dziewczyną, a Nowy Jork nocą nie należy do najbardziej przyjaznych miejsc na Ziemi  Poza tym twoi rodzice...

- Nie mam rodziców.

Ucina oschle, a mi nagle zasycha w gardle.

- Kłótnia rodzinna?

- Nie.

- Więc strzeliłaś focha?

- Nie.

- To o co chodzi?

- Szukałam przyjaciela.

- Nie mogliście się jakoś umówić?

- Nie.

- Ale...

- Nie, moi rodzice nie będą się martwić...

- Skąd taka pewność?

Pytam nie spuszczając z niej wzroku, lecz ona nie myśli odpowiadać.
Puchata rękawiczka zakrywa twarz, a szczuplutka postać dziewczyny momentalnie prostuje się w nikłej poświacie dogorywającej latarni.

- Cerise...

Wypowiadam jej imię lecz ona ani myśli zareagować.

- Cerise...

Powtarzam wstając i pospiesznie za nią podążając.

- Zostaw mnie!

- Proszę cię, powiedz co zrobiłem nie tak?

- Nic, przecież tylko zapytałeś.

- Więc...

- W bidulu nikt o nikogo się nie martwi, Peter!

Krzyczy, a kilka łez obmywa jej chłodny policzek.

- Przepraszam...

Mówię, chwytając ją za ramię.

- Skąd mogłeś wiedzieć...

Burczy zraniona.

- Nie powinienem był.

- Fakt. Nie powinieneś.

Warczy lecz za maską agresji skrywa ból, wyrywa się spod uścisku lecz pociągam ją ku sobie zamykając w ramionach. Bije piąstkami w moją pierś lecz nie zważam na to.

Z każdą chwilą uderzenia słabną by, w końcu w moją klatkę uderzył jedynie szloch.
Cichutki, dziewczęcy szloch.

- Powinniśmy już iść...

Szepcze w końcu odrywając się ode mnie i pocierając wierzchem dłoni po opuchniętej powiece.

- Powinniśmy.

Zgadzam się krótko po czym oboje ruszamy przed siebie.

                                                                     *     *     *

Chłodne, białe światło jeszcze przez moment pozostawia nas w zaślepieniu, a kiedy oczy z trudem przyzwyczajają się do surowego blasku niepewnie ruszam ku wielkim, przeszklonym drzwiom z przyciemnianego szkła hartowanego.
Cerise zostaje jednak z tyłu.

- Nie idziesz?

Pytam, a ona wzrusza ramionami, patrzy mi w oczy i kiwa przecząco.

- Nie powinnam. W końcu moim zadaniem było aby cię tutaj doprowadzić.

Mamrocze słabo i przez moment mam wrażenie że bliska jest omdlenia.
Cofam się więc by, stanąć u jej boku.

- Nie chcę byś szwędała się po nocach.

- A ja nie chcę ci zaprzątać głowy.

- Zostań.

- Nie powinieneś o to prosić.

- Dlaczego?

- Ponieważ nikt nigdy o to mnie nie prosi. Ludzie proszą o pomoc, a kiedy ją otrzymują odwracają się plecami i po prostu odchodzą.

- Więc będę tą pierwszą osobą.

- Nie chcę byś się o mnie troszczył.

- Przyjaciele już tak mają.

Szepczę, a ona jedynie spogląda mi w oczy z zagadkowym cieniem.

- Nie można przyjaźnić się z kimś kogo się nie zna.

- Ale my się już znamy.

- Przyjaźń potrzebuje czasu.

- Oboje mamy go w nadmiarze.

Odpowiadam ciepło, a ona raz jeszcze wtula się w moją szyję, Z tym że jest to uścisk zupełnie inny niż ten którym owinąłem ją kilka godzin temu. Tamten miał na celu zniewolenie jej, zatrzymanie przed ucieczką, ten świadczył o jej oddaniu naszej dopiero co raczkującej przyjaźni.
   
                                                                   *     *     *

 - Jesteście kimś z rodziny?

Pyta ochryple siedząca za  kontuarem białogłowa.

- My...

Jąkam nie bardzo wiedząc jak sformułować odpowiedź.

- My...

Starsza kobieta zaczyna się niecierpliwić.

- Jesteśmy rodzeństwem.

- Ach tak... A skąd mam mieć pewność że nie oszukujecie?

- Nie widzi pani podobieństwa pomiędzy nim, a Skylar?

Pyta Cerise, na co podstarzała recepcjonistka naciąga na nos okulary z grubymi, przestarzałymi szkłami i mierzy mnie wzrokiem spod podejrzliwie przymrużonych powiek.

- Nazwisko?

- Peter Grey.

Odpowiadam bez zawahania.

- A ty. młoda damo?

- Cerise Ma... To znaczy, Cerise Maria Grey.

- Cerise Maria... Co za absurd.

Burczy zgorzkniale kobieta na co oboje z rudowłosą wymieniamy przerażone spojrzenia.
Wpadliśmy?

- Mama jest bardzo religijna.

Tłumaczę pospiesznie, co finalnie przekonuje recepcjonistkę do wpuszczenia nas na oddział ratunkowy.

- Pokój 306.

- Dziękujemy!

Odpowiadamy jednocześnie po czym pospiesznie wkraczam w długi, szpitalny korytarz.

- Nie mogę uwierzyć, że ta baba dała się nabrać!

Chichocze podekscytowana nastolatka na co zatykam jej usta.

- Przymknij się, jeśli usłyszą to ratownicy medyczni równie dobrze będziemy mogli się podać za jej rodziców, a i tak wyprowadzą nas za ramię.

Syczę, po czym sadzam ją na jednym z wolnych, drewnianych siedzisk przed wspomnianą przez " tą babę" salą, a sam podchodzę do szerokiej na połowę zasuwanych drzwi szyby i przyglądam się milionom rurek prowadzącym od jej ciała.

- Pan wybaczy.

Zaczepia mnie wnet baryton głosu stojącego za mną lekarza.

- Czy mógłbym...

- Przykro mi lecz w tej chwili odwiedziny nie są możliwe, obrażenia są rozległe.

- W jakim ona jest stanie?

- Czy jest pan kimś z rodziny?

Przełykam ciężko ślinę, podążam wzrokiem ku rudowłosej nastolatce po czym powracam do kontemplowania twarzy lekarza.

- Ja i Cerise jesteśmy rodzeństwem Skylar.

Mówię pewnie starając się przy tym zatrzymać wzrok na zatroskanej teraz twarzy mężczyzny.

- Ach tak...

Mruczy szpakowaty brunet, a pocierając twarz zmęczonymi pracą rękoma patrzy mi w oczy ze współczuciem i zapewnia.:

- Zrobimy wszystko by, utrzymać pańską siostrę przy życiu. Mimo wszystko radziłbym zawiadomić o wypadku rodziców...

Mówi spokojnie po czym pospiesznie wchodzi do sali, a zaraz za nim podąża sztab zaalarmowanych jego krzykiem lekarzy.
Nie znam się raczej na medycynie lecz momentalnie rozpoznaję urządzenie które teraz przyciskają do jej klatki piersiowej.

Wnet uświadamiam sobie że jestem bliski jej utraty.

- Oddychaj!

Szepczę łamiącym się głosem, a powstrzymując wzbierające pod powiekami łzy, powtarzam tym razem na głos.:

- Oddychaj dla mnie.
______________________

 Witam!

Niemal dwa miesiące...
Doprawdy nie wiem już jak Was za to przepraszać, to znaczy, tych którzy jeszcze tu są...
Przepraszam, od teraz zmienił się mój plan zajęć i mam zamiar wrócić do regularnego, co-weekendowego pisania rozdziałów, także... Zapraszam w niedzielę 22- go stycznia!

Będzie to bowiem niezwykle przełomowy rozdział.
<3

Wybaczcie mi, proszę!!!

środa, 23 listopada 2016

22. Too cold outside for angels to fly...

 
Jej doskonałość upajała mnie na nowo ilekroć zerknąłem w jej stronę.
 I nie mogłem sobie wybaczyć iż będąc tak blisko, wciąż pozostawałem nazbyt daleko, iż włączając się w jej krąg, tak naprawdę pozostawałem niezmiennie u jego bram, a co najwyżej na obrzeżach, ale w jej nieosiągalności było coś co nie pozwalało mi zaczerpnąć wytchnienia w pogoni za jej osobą.

Więc nie ustawałem.
Nie ustawałem nawet teraz kiedy ona potrzebowała wytchnienia, nie ustawałem bo, jakże trudno jest odetchnąć bez powietrza, powietrza którym wraz ze zrządzeniem losu wnet mogłem się dla niej stać...
Wnet, tak silnie zapragnąłem się nim dla niej stać.

- Więc gdzie jest ten ktoś kto miałby, stanąć za mną?

Szepnęła, a dopiero wówczas zorientowałem się jak wysuszone były moje szeroko otwarte, w gęstniejącym niczym stygnąca kawa, cieniu, oczy.

Zamrugałem więc pospiesznie, raz za razem przeklinając siebie w duchu za to, iż pozwoliłem sobie na zmarnowanie tych sekund, w których mogłem się w nią wpoić
.
- Tuż obok ciebie, Słońce.

 Mruknąłem pozwalając sobie powędrować opuszkami po jej chłodnym policzku.

I choć było ciemno jej czekoladowe oczy zatopiły mnie w swej głębi, pojąc równocześnie rozpaczą z jaką ona się borykała.
Zapadła więc cisza, tak cicha że zdołałem usłyszeć jak jedna z przeżartych chłodem łez z hukiem wgryza się w wolną przestrzeń drewna ławki, na której Skylar toczyła nieustannie bitwę z samą sobą.
Z sercem i rozumem, a w końcu także i ze światem.

- Przestań.

Poprosiła zachwianym emocją głosem, a mnie przeszedł wnet cień przerażenia.

Czyżbym powiedział coś nie tak?
Czyżbym zaszedł za daleko?

- Nic przecież nie zrobiłem.

Obroniłem się niewinnie lecz ona już mnie rozgryzła.

- Nie musiałeś. Wiem co chcesz powiedzieć, nawet kiedy milczysz, udając że to nie istnieje.

- Sky...nie rozumiem, o czym mówisz, ale proszę uspokój się, przecież nic się nie dzieje. Nie masz powodów do obaw. Nie przy mnie.

I nim zdołałem zareagować jej opuszki zachłannie pojmały moje wargi, przywłaszczyły je sobie. Posiadła je na własność, a ja nawet nie śmiałem protestować...

- Dlaczego to robisz, Bruno?
Dlaczego jesteś zawsze wtedy gdy być powinieneś?
Dlaczego nie pozwalasz mi cierpieć w samotności?

Zapytała, lecz ja zdolny byłem tylko do rozchylenia warg i zastygnięcia w bezruchu, pod naporem jej nagłego ataku.

I tak trwaliśmy na nowo w nieprzeniknionym milczeniu, ona zapatrzona w moją twarz, a ja bezwiednie rozkochany w widoku jej pobladłych, skrzących się jedwabiem ust.
Och, były tak niedorzecznie doskonałe...

- Ja...

Zacząłem lecz wnet zrozumiałem iż takie słowa winny ujść w momencie odpowiednim, toteż zamknąłem je w wąskim przesmyku naszych warg, w gorącym pocałunku przyprószonym jedynie zakłopotanymi płatkami śniegu, roztapiającymi się pod żarem uczucia jakie przelać na nią tak rozpaczliwie pragnąłem.

Całowałem namiętnie,  z pasją lecz delikatnie, obawiając się równocześnie iż jednym nazbyt zachłannym ruchem mógłbym ją uszkodzić, a zbyt delikatnym natomiast oddać ją na powrót w ramiona wiatru, z którego zdawała się być stworzona.
Potem nastała chwila niepewności, zawahała się lecz tylko na moment, zawahała się by, po chwili dotrzymać mi kroku by, pozwolić moim palcom rozwiązać sponiewierany wiatrem koński ogon, pozwolić im wpłynąć w miękką gęstwinę brunatnych pasm, by objąć skostniałymi paliczkami mój kark, rozgrzać go żarem swych chłodnych, delikatnych rąk, po czym porzucić w głębokim niedosycie,  a opierając czoło o moje, zerknąć w głębię źrenic, zerknąć tak głęboko jakoby ujrzała w nich więcej niż ja sam o sobie wiem.

A słowa popłynęły same.

- Kocham cię, Skylar...

 I jeśli serce faktycznie potrafi dyktować, owe oświadczenie, wyznanie i obietnicę podyktowało właśnie moje serce.
(...)

  - Nie mów tak.

Szepnęłam czując jak wszystkie opustoszale w swym ogromie, zastygłe dotychczas w błogim bezruchu, emocje  na nowo przybierają na sile  I wyrazistości. Wyrazistości, której od pamietnego wieczoru tuż po pogrzebie Ashton'a tak żarliwie przysięgałam sobie zatopić w niepamieci, w niebycie, bowiem życie nauczylo mnie iż to właśnie nieprzerwana poszarzałość barw znacznie je ułatwia, a co ważniejsze chroni, chroni od bólu, cierpienia I przywiązania, które choć piękne, to zgubne i nieprzewidywalne...

- Sky...

 Mruknał, a chłodny jedwab jego dłoni naznaczył mój jeszcze chłodniejszy policzek.
I choć dotyk ten był niczym lód dla skory, to oparzone serce kazało odskoczyć, a bezwladne w zamęcie ciało, poslusznie usłuchało.

- Nic nie rozumiesz...

Szepnęłam, z trudem przełykajc łzy.- Nie możesz mnie kochać, po prostu nie.

- Nie rozumiem, dlaczego tak mówisz?

Choć bardzo nie chcę to jednak spogladam ku niemu i chociaż jest to ostatnim na co jestem przygotowana, to jednak pozwalam by, nostalgia jego źrernic pochłonęła mnie na nowo, jeszcze głębiej...

- Ktoś taki jak ty nie może kochać kogoś takiego jak ja, najwyższy czas się z tym pogodzić, Bruno.

Odpowiadam enigmatycznie i  nim jego dłoń na nowo zniewala moje spragnione ciepła paliczki podnoszę się gwałtownie, po czym odchodzę, nie spogladajac za siebie.

Słyszę jego krzyk, ale nie jestem w stanie zrozumieć słów,
 słyszę kroki wśród drobnych zasp śnieżnych, lecz zdają się być tylko odległym echem, a w końcu słyszę również swoje serce, rozrywające się na kawałki w czeluści pochylonej klatki piersiowej, chce ucieciec, ale zamykam je w palcach, szczelnie, by jednak sie nie przecisnęło. Po czym pospiesznie odwracam głowę, spoglądam na Mulata i odchodzę, ze zgubnym przeświadczeniem iż czynię poprawnie, choć niezgodnie z samą sobą.

A potem mijają minuty, godziny, a w końcu i dni.
Wiele dni.
Dni bezustannych przemyśleń, może i  łez, lecz skrytych.
Skrytych równie głęboko co wiara...
Nie tyle w uczucie, co w ludzi, w tą siłę, o której zwykł wspominać Bruno, a której jednak w sobie bie odnajdywałam,lecz  może nakzwyczajniej w świecie,  odnaleźć nie chciałam...
                   
                                                       *      *      *

   Jeszcze  przez krótki moment wnikliwie przyglądam się grupce pracowników mających za zadanie sprawowanie opieki nad wszelką zielenią w mieście, którzy teraz mozolnie uwijają się pośród hałd nieskazitelnie białego puchu, z niemałym wysiłkiem stawiając na nogi wysoką na dwa metry, rozłożystą sosnę, którą w ciągu najbliższych kilku godzin będą dokładnie dekorowali jak co roku, w złoto i ognistą czerwień.

Dwudziesty trzeci dzień grudnia.
Dzień szaleńczych wyprzedaży, niekończących się kolejek, walk o karpia, dopisywania ostatnich słów w listach do Gwiazdora, pieczenia słodkich, aromatycznych pierników i lepienia któregoś z kolei bałwana w przydomowym ogrodzie.
Dzień, w którym zatrzymujemy się na moment by, odetchnąć od wiecznej pogoni, by posłuchać kolędy, podziwiać jak dzieci ze śmiechem uwijają się u podnóży pachnącego świerka.
Jeden z niewielu dni w ciągu roku kiedy większość z nas postanawia rozpocząć przemyślenia nad własnym życiem, postanawia oddać się rodzinie, rzucić dietę, podziękować przyjaciołom oraz najbliższym za to że są. (o ile są).

- Nie wydaje mi się by, był to najlepszy z twoich dotychczasowych pomysłów...

Wzdycha szatynka z wysiłkiem dopinając ostatnią z rzędu walizek i walizeczek, które jak wspomniała ubiegłego wieczoru, zapakowała po brzegi w podarki dla rodziny i krewnych z Virginii; niewielkiego miasta położonego na zachód od rzeki Missisipi, najstarszej i jednej z najmniejszych miejscowości w całym stanie Nevada.

- Nic mi nie będzie, Diana.

Burczę pod nosem z niezadowoleniem po raz kolejny odpierając falę infantylnej troski ze strony dziewczyny.

- ...Tak, ale....To święta, nie powinno się ich spędzać samotnie, a z rodziną....

- Ja nie mam rodziny.

Odpowiadam chłodno, po raz kolejny wbijając w krajobraz za oknem wyziębiony wzrok.

- Nie mów tak...

Szepcze i choć już na nią nie patrzę dobrze wiem że jej rysy łagodnieją, a w migdałowych oczach majaczą pojedyncze łzy, których ślady natychmiast zaciera przesuwając wierzchem dłoni, delikatnie po dolnej powiece.-...dobrze wiesz, że zawsze możesz pojechać ze mną. Cała moja rodzina naprawdę cię uwielbia, nawet Mathew...

Mathew to zbuntowany siedemnastolatek, o chłodnych, szmaragdowych oczach i jasnobrązowych włosach postawionych na żel. Łamacz dziewczęcych serc,  w jednym z nadrzędnych miejscowych liceów, który to w zeszłym roku, kiedy zawitałam w gościnnych progach rodziny Parkerów skrycie lecz w sposób widoczny zagiął na mnie swój parol i z tego co wiem nie odgiął go nawet po mojej dosadnej dezaprobacie względem owych nastoletnich zalotów.

Nie chodziło, o to iż nie był atrakcyjny (jak na swój wiek, ma się rozumieć), lecz o barierę wiekową i moje wówczas złamane  serce..

 Ale teraz nastoletni amant nie był powodem dla którego odmówiłam wspólnych świąt, był nim natomiast strach.
Strach; przed wspomnieniami, przed przeniknięciem przez krańce złudnej otoczki rodzinnego ciepła, które jednak nie było skierowane ku mnie tak, jak kierowano je do członków rodziny, lecz ze współczucia, którego ja tak bardzo chciałam się wystrzec, oraz przed nieznanym bowiem Diana choć zaklinała się wiele razy iż nic nie napomknęła zatroskanym staruszkom, o mojej niezbyt kolorowej sytuacji nie była w swych zaklinaniach nazbyt wiarygodna, ponadto spojrzenie pani Parker mówiło samo przez się, że wiedziała o mnie coś więcej niż tylko to czym sama się z nią podzieliłam.
 Wówczas miałam to za złe, niewyparzonemu językowi współlokatorki, jednak z biegiem czasu przestałam baczyć na to jakim zasobem wiedzy zaszufladkowanym pod moim nazwiskiem dysponują poszczególne osoby, bowiem oczywistym dla mnie było iż jest to dla nich wiedza bezużyteczna.

- Niema takiej potrzeby, poradzę sobie, poza tym wrócisz nim się obejrzysz, a wtedy razem wzniesiemy toast za nowy rok.

 Mówię, przywdziewając na wargi pogodny uśmiech, który momentalnie ją uspokaja, toteż troska pokonana walkowerem, kapituluje.


                                                                 *      *      *

- Zadzwonię jutro, jeszcze przed Wigilijną kolacją.

Obiecuje z cicha dziewczyna, po czym wymieniając ostatnie uściski rozstajemy się na trzy długie tygodnie...
Ten fakt dociera do mnie jednak dopiero po czasie, kiedy to spod domu odjeżdża już, zamotana w kolędę, żółta taksówka, a na miejsce współlokatorki wprowadza się cisza.
Bezkresna, głęboka cisza...
(...)

Wydychając w chłód nocy pojedynczą, białą na tle czerni i granatu smugę dymu uważnie przyglądam się rozłożystym ramionom tegorocznej choinki i mimowolnie wpuszczam na wargi uśmiech, a mój umysł zalewa wnet fala ciepłych obrazów, ubiegłych świąt...

Lecz niedane jest mi pozostać w kolorowanym tamtym uczuciem świecie bowiem w akompaniament kolęd włącza się także dźwięk daleki od nastroju świątecznego- niemal automatycznie więc wyciągam domagające się uwagi urządzenie i zerkając niemrawo na imię, na wyświetlaczu, odblokowuję ekran, rozpoczynając połączenie.

Po drugiej stronie linii nikt się jednak nie odzywa...
Przełykam więc ślinę i z podenerwowaniem ściskam w dłoni niewielką garść puchu, który jednak nie studzi mojej niepewności...

- Tak, słucham?

Bełkoczę bez przekonania, lecz po drugiej stronie niezmiennie panuje cisza. Ponawiam wiec zapytanie,tym razem pewniej, bez nutki zawahania lecz i tym razem odpowiada mi milczenie.
W końcu skonsternowany spogladam na wyświetlacz, lecz numer jest nieznany. Przełykam ciężko, a rzucając podejrzliwe spojrzenie ku jarzącemu się urządzeniu ponownie przystawiam je do ucha.

- Halo?

- Bruno...

Odzywa się wnet rozchwiany emocją, kobiecy głos.
Moje serce przyspiesza tempa, a krew zaczyna pulsować, jak gdyby pragnęła przebić każdą z niewielu ścianek żył...

To niemozliwe...
Po tylu latach...

- Mamo?

Pytam naiwnie choć jej głos rozpoznałbym nawet z drugiego końca świata.

- Synu...Synku, to naprawdę ty...

Szepcze.
Nie mogę spojrzeć jej teraz w oczy, jednak podświadomie wiem iż w prawej, złotawo-brązowej źrenicy odbija się teraz niemy, kryształowy cień...
To sprawia natomiast że w jednym momencie tonę, tonę w naglym natloku wspomnień i wsłuchuję się w jej plyłki oddech, jak gdyby przywodzić miał ze sobą ratunek.-...tak dlugo czekalam aż się odezwiesz...

Kontynuuje, a gula w moim gardle z jeszcze wiekszą niż dotychczas zawziętością powstrzymuje sline, która teraz poczyna piętrzyć się w przełyku wraz z całym wachlarzem słów, ktore chciałbym przekazać rodzicielce, a które jednak winny pozostać na zawsze w mojej głowie. I tylko w mojej głowie...

Nie jestem pewien co kobieta chce usłyszeć w odpowiedzi, dlatego nie mówię nic, w obawie, iż jedno nieostrożnie dobrane słowo sprawi jej dodatkowy ból.

-...Bruno...posłuchaj,...wiem że to dla ciebie trudne, ale i ja i ojciec bardzo chcielibyśmy cię zobaczyć, minęło tyle lat...

I choć w duchu pragnę zatrzymać w sobie wszystko co świadczy o tęsknocie oraz słabosci jaką noszę gdzieś w sercu,kiedy płyną  z ust matki, pozwalam by, ostrza owych słów przebiły się do serca, a krew wypłynęła na policzek w pojedynczej, samotnej łzie.
(...)
Podkład muzyczny

 Oddychając głęboko zamykam drzwi od domu, przekręcam klucz w gerdzie i bez ruchu wpatruję się w odległe światła wciąż rozbudzonego magią nadchodzących świąt Nowego Jorku, jest tak jak gdyby dzieliła mnie od niego ściana, pokryta szkłem, grubym, odpornym na uderzenia moich zziębniętych palców.
 Jeszcze jeden, ostatni głęboki oddech.
Zamykam oczy, a gdy otwieram je ponownie pozwalam by, wzrok mnie prowadził, biegnę szybko, ale widzę to tylko po rozmazanych domach i uciekających twarzach, szczęśliwych twarzach ludzi, których nie znam.
Pod powiekami znów wzbierają łzy, lecz nie pozwalam im wypłynąć, w umyśle wciąż kołatają te słowa: ,,kocham cię".

To niedorzeczne.
Jak można kochać człowieka, którego się nie zna?
Jak można kochać kogoś takiego jak ja?

Pochłonięta myślami nawet nie zauważam kiedy wbiegam w sam środek świątecznie przystrojonego rynku. Zewsząd dochodzą mnie tylko rozmyte głosy, śmiech i okrzyki radości.

Nie chcę ich słyszeć...

Ponownie zamykam oczy.
Nadchodzi strach, ale nie umiem go zdefiniować,
Strach przed uczuciem?
Czy przed szczęściem?
Nie wiem, ale zanim dane mi jest to rozstrzygnąć moje rozpędzone ciało zderza się z czyimś zastyglym w bezruchu.

- Przepraszam.

Szepczę, zaślepiona zabłąkaną w oku łzą.
Ale przechodzień tylko patrzy.
I wnet zdaję sobie sprawę kim jest brązowooki chłopak.

Bruno próbuje złapać mnie za ramię, lecz wymykam się spod jego delikatnego uścisku...
(...)

 Mama nie przestaje mówić, natomiast ja nie przestaję słuchać, spragniony dźwięku i tonacji jej głosu i kiedy tak stoję wnet wstrząsa mną uderzenie.
Czyjeś drobne, rozpędzone ciało odbija się od moich pleców.
Odwracam się więc pospiesznie i omal nie wypuszczam z ręki komórki, to ona.

- Sky..

Szepczę, lecz dziewczyna odwraca wzrok.
Płacze.
Pragnąc ją zatrzymać zaciskam palce na wątłym ramieniu,  ześlizgują się jednak po przemoczonym materiale, a nastolatka umyka w łunę latarni.
(...)

 Słyszę za sobą jego głos, lecz nie umiem znaleźć w sobie sił by, stawić mu czoła.
Uciekam, lecz wkrótce dogania mnie echo.

- Skylar!

Odwracam głowę i przez krótki moment nasze oczy spotykają się na wspólnej ścieżce.
Nie chcę słyszeć jak mnie woła, wciskam więc w uszy słuchawki, pozwalając by, muzyka zalała wszystko dookoła.
Patrzę mu w oczy raz jeszcze.
Napotykam w nich coś niepokojącego.

Widzę jak biegnie w moją stronę przepychając się między zamroczonym świąteczną enigmą tłumem, ktoś obok krzyczy, szaleńczo wymachując przy tym rękoma, a potem następuje ból...
Ból, który jednak pochłania ciemność...
________________________________

Jestem!

A wraz ze mną kolejny rozdział.
Przepraszam za moją nieobecność.
To zbyt długa historia, którą w paru słowach opisuje stwierdzenie: było ciężko.

Przepraszam, nie, nie porzuciłam bloga i nie zrobię tego, co by, się nie działo.
Obiecuję że postaram się być regularna!

A teraz rozdział, co wy na to?
Jakie wywołałw Was emocje?
Pozdrawiam gorąco! 
Piszcie śmiało i zapraszam już niebawem!
Wasza Domi
<3