niedziela, 15 kwietnia 2018

36. Burning bridges...


   Czasami ludzie, których na pozór znamy okazują się być nam bardziej obcy niż ci, których-  jak nam się wydaje- nie znamy wcale...

- To już przeszłość, Sky. Zmieniłaś się, nie widzisz tego? Nie wiesz że wszyscy z czasem się zmieniają?

- Nie masz prawa mówić mi co należy do mojej przeszłości, a co zakrawa o teraźniejszość, Reese.

Zauważam chłodno i przez moment w pomieszczeniu gości grobowa cisza.
Szatyn mierzy mnie równie chłodnym, nic nierozumiejącym spojrzeniem, a ja pragnę zapaść się pod ziemię.- Nie znasz mnie tak dobrze jak ci się wydaje. Nie wiesz kim byłam i nie wiesz jak wiele zrobiłam by, być tym kim jestem teraz.

- A kim teraz jesteś, Sky?

Pyta i jest to cios poniżej pasa. Czuję pod powiekami pieczenie, lecz mrugam, stanowczo je przeganiając.
Przełykam ciężko i wbijam weń nienawistny wzrok. Zastanawiam się nad odpowiedzią, lecz po chwili namysłu dochodzę do wniosku iż ciężko jest określić to kim się jest jeśli dopiero co zaczęło się poszukiwania własnego "ja". I tak oto pytanie to zawisa nad nami niczym chmury burzowe. Nie odzywam się już więcej i szczerze żałuję iż szatyn nie umie czytać w moich myślach bo, jedyne czego teraz pragnę to tego by, się odwrócił i wyszedł z mojego mieszkania bez słowa, nawet jeśli trzasnąłby za sobą drzwiami, nie ruszyłoby mnie to.

- Powiedz mi, Sky. Kim teraz jesteś?

Pyta, po czym postępuje krok w moim kierunku i wyciąga dłoń ku mnie. Sztywnieję, lecz on odbiera to jako pozwolenie.
Nie chcę wykraczać poza ramy tego co- jak mi się wydawało- godne było nazwania przyjaźnią, dlatego odsuwam się o krok.
Reese jednak nie odpuszcza, nie zauważa też przerażenia jakie we mnie kiełkuje.

- Studentką fotografii na tej samej uczelni co ty.

Odpowiadam, wręcz nazbyt banalnie, a odpowiedź ta wyraźnie go nie zadowala

- I kim jeszcze?

Udaję, że nie rozumiem do czego dąży zadając to pytanie i po raz kolejny odpowiadam w sposób banalny.

- Kelnerką w pobliskiej kawiarni, pracującą na pół etatu.

Ta odpowiedź również nie należy do grona słów wyczekiwanych przez co na twarzy chłopaka stopniowo pojawia się grymas poirytowania.

- I?

- Wydawało mi się, że twoją przyjaciółką.

Mówię zdławionym głosem, po czym karcę się w duchu za te słowa, jednak on uśmiecha się znacząco, a jeszcze zanim zyskuję zdolność reakcji zbliża się o krok, popycha mnie na stojące niedaleko łóżko, a zawisając nade mną przyciska usta do moich warg. Opieram ręce na jego ramionach i odpycham go z całych sił, lecz to nic nie daje.

- Nie oszukujmy się Skylar, widzę że pomiędzy nami jest coś więcej, nie wstydź się...

Charczy wprost do mojego ucha i czuję wręcz jak ściska mi się żołądek.
Gdy nachyla się raz jeszcze czuję również charakterystyczny zapach. Alkohol.
Podejmuję kolejną próbę strącenia go z siebie, lecz i tym razem próba ta spełza na niczym. Jest ode mnie silniejszy. Pragnę krzyczeć, lecz obawiam się wzbudzić zamieszanie, nie chcę też by, pani Stainer była świadkiem tej sytuacji.

- Reese, proszę...

Szepczę, czując jak oczy powoli pokrywa kryształowa kurtyna pojedyńczych łez.

- Ciii...

Uspokaja mnie, delikatnie gładząc mój policzek palcami lewej dłoni, a prawą zsuwając ciężko wzdłuż mojego ciała.
Biorę wdech.
Zaciskam powieki i próbuję raz jeszcze, a gdy chwieje się nieznacznie wykorzystuję moment i podkurczając kolana kopię go w udo.
Jego dłoń, ta sama która wcześniej poznawała obszary mojego dekoltu, teraz uderza silnie w moją klatkę piersiową.
Syczę gdy nadchodzi ból, lecz znajduję w sobie zaparcie by, odpchnąć go raz jeszcze.

Tracąc równowagę, szatyn upada na łóżko po mojej lewej stronie, wstaję więc na równe nogi, a ciągnąc za koszulkę zmuszam by, i on wstał po czym pcham go w kierunku drzwi.

- Wynoś się.

Burczę chłodno, ,mocując się z drzwiami.

- Sky...

Mówi on, lecz robię wszystko by,  nie usłyszeć. Otwieram drzwi na oścież, gdy wychodzi trąca moje ramię lecz nie reaguję na to. Zatrzaskuję za nim drzwi i nasłuchuję, oczekując skrzypienia schodów, nic takiego nie nadchodzi przez co wiem że dzielą nas tylko drzwi.

- Idź stąd,  Reese.

Mówię stanowczo, z trudem hamując rozrost guli jaka ciąży teraz u dołu gardła.

- Sky, przepraszam...ja...poniosło mnie, przepraszam...

Milczę.

- Odezwij się, proszę.

Wciąż milczę.

= Wiem, że tam jesteś Skylar,

Wzdycham.

- Wynoś się.

Powtarzam raz jeszcze i tym razem to on milczy.- Jeśli nie odejdziesz teraz,  zacznę krzyczeć.
Grożę, choć oboje dobrze wiemy że jest to słomiana groźba, z marną szansą na spełnieniie.

- Pójdę, ale najpierw pozwól mi coś powiedzieć...

Zaciskam powieki.

- Nie musisz już nic mówić, Reese. Po prostu stąd idź.

Słyszę jak opiera się o drzwi. Czekam.

- Pozwól mi chociaż przeprosić.

- Nie przyjmuję twoich przeprosin.

- Skylar...

Zaciskam powieki, nie mogąc tego znieść.

- Wynoś się.

Mówię pół szeptem i słyszę wnet skrzypienie schodów. Znajduję w sobie odwagę by, uchylić drzwi, a gdy to robię zalewa mnie upokorzenie, oto po schodach, niespiesznie wspina się pan Stayner zaalarmowany nagłym poruszeniem.

- Sky, czy... czy wszystko jest w porządku?

Pyta, patrząc mi w oczy. Zaciskam więc zęby i kiwam głową z przekonaniem.

- Tak, Reese właśnie wychodził.

Oświadczam tak pewnie jak tylko potrafię, po czym patrzę na chłopaka.- Prawda?
Pytam, wymuszając nań deklarację przez co także starszy pan spogląda wyczekująco.

- Prawda.

Burczy, zaciskając szczękę, po czym odwraca się na pięcie, żegna z gospodarzem i rzuciwszy mi ostre spojrzenie opuszcza najpierw piętro, a następnie domostwo.

Kiedy wychodzi, trzaskając za sobą drzwiami spuszczam wzrok. Czuję zażenowanie, ale nie do końca wiem co jest jego głównym powodem- to co usłyszałam, to czego omal doświadczyłam z rąk Reese'a czy może fakt, że moim wybawicielem był nie kto inny jak poczciwy pan Stayner.

Przez następne kilka sekund zastanawiam się co sobie o mnie pomyślał.
Zapewne nic dobrego.

Nie winię go za to.
Lecz kiedy udaje mi się unieść wzrok nie widzę nic, nic poza bezbrzeżnym zatroskaniem, które momentalnie stuka w moje serce. I nie wiem już czy go chcę, czy jestem za nie wdzięczna czy może w ciszy łatwiej mi je znieść.

- Wszystko w porządku, Sky?

Pyta delikatnie, przez co moje zażenowanie drąży jeszcze głębszą dziurę by, w końcu przebić się do żołądka.
Kiwam więc głową i zmuszam `do posłania mu spokojnego spojrzenia by, w miarę możliwości go uspokoić. Lecz w krótce i ono staje się za długie, zmieniając swój przekaz. Stoimy więc w milczeniu przez kolejne kilka sekund.

- Niedługo siadamy do kolacji, zjesz z nami?

Proponuje, już pogodniej po czym posyła mi delikatny, niemal swobodny uśmiech. Przełykam pospiesznie, gdy kłucie w żołądku jeszcze się nasila.

- To bardzo miłe z państwa strony, ale... chyba będę musiała podziękować, mam sporo wiedzy do wpojenia na jutrzejsze zajęcia i dziwne przeczucie że tym razem nie uniknę odpowiedzi.

Usprawiedliwiam się możliwie jak najszczerzej, a starszy pan ponownie mierzy mnie zmartwionym spojrzeniem po czym kiwa głową i odwróciwszy się na pięcie chwyta za klamkę.
Przekręciwszy klucz w dopiero co zamkniętych po jego wyjściu drzwiach ruszam ku łazience by, tam klęknąwszy obok sedesu zwrócić całą zawartość żołądka wraz z posmakiem słów Reese'a, a następnie pozbyć się ubrań i wskoczyć pod prysznic by, obmyć się z grzechu, który teraz tak dokładnie wypisany jest na moim ciele.
                                                 
                                                         *      *      *

  Zakręcając wodę nie czuję się czystsza niż przed wejściem do kabiny, nie czuję się lżej jedyne co czuję to powrót do dawnej wersji mnie- tej zniszczonej; psychicznie i fizycznie, nie potrafiącej podnieść się z kolan...
Owijając się szczelnie puchatym, granatowym ręcznikiem drepczę do sypialni gdzie narzuciwszy na siebie piżamę wpełzam pod kołdrę i odszukuję po omacku skrytego pod nią telefonu. Długo zajmuje mi błądzenie po bezdrożach materaca nim moje palce stykają się z chłodnym kształtem o obłych krańcach lecz kiedy to się dzieje oddycham z ulgą i ujmuję go oburącz.

Już po odblokowaniu ekranu zauważam kilka nieodebranych połączeń i trzy nowe wiadomości. Otwieram więc spis połączeń i długo wpatruję się w imię wyświetlone nań w czerwieni.
Bruno.

To tylko pięć niepozornych liter, a jednak moje wnętrze zalewa fala gorąca. W nagłym podenerwowaniu otwieram jego wiadomość i patrzę na nią chwilę nim dochodzi do mnie jej znaczenie.
Nie robię tego o co prosi- nie dzwonie.
Zamiast tego podrywam się z łóżka, ubieram czarny, luźny dres, zawieszam na szyi aparat, chowam do kieszeni kurtki klucze i wychodzę.
Zbiegam schodami w dół, niepostrzeżenie mijam salon, w którym zaaferowana pani Stayner ogląda ulubioną telenowelę, a znurzony nazbyt zagmatwanym wątkiem miłosnym pan Stayner kreśli kolejne litery w dwustustronicowej krzyżówce by, następnie bezszelestnie ulotnić się tylnymi drzwiami domu i wychynąć niczym duch na chodnik.
Jest pusto i odziwo wprawia mnie to w poczucie ulgi.
Kroczę niespiesznie, kolejno wertując w głowie wydarzenia ubiegłego dnia. Od zaszyfrowanych spojrzeń Tanyi w stołówce, przez nagłe pojawienie się Reese'a w moim mieszkaniu i to do czego omal dopuściłam, zatroskaną twarz starszego pana, wiadomości brązowookiego, aż po otulający ciepłem serce obrazek zgodnego, starszego małżeństwa jakie przelotnie zachaczyłam spojrzeniem.
Zastanawiam się czy moi rodzice kiedykolwiek tworzyli właśnie takie, zgodne, kochające się małżeństwo. Przeszukuję wspomnienia- wzdłuż i wszerz, lecz jedyne co w nich dostrzegam to kłótnie, słyszę podniesiony głos mamy, niespokojne gderanie ojca, trzaskające drzwi, a później...
Na tę myśl mój żołądek ponownie domaga się oczyszczenia, lecz przełykam tę potrzebę i odganiam ową myśl z całych sił jakie posiada moja wola.

 Przyspieszam więc kroku i pozwalam by, powietrze wiosennej nocy podszczypywało delikatnie moje policzki. Uchodzę kilometr, dwa, a nawet trzy by, w końcu zatrzymać się na samym środku sennej ulicy, klęknąć niezważywszy na ciekawskie spojrzenia nocnych Marków i ustawiwszy obiektyw w stosownym nachyleniu uwiecznić jedną z ów milczących uliczek Miasta Aniołów..

Przemierzam uliczki, ulice, skwery i alejki, chwytam w obiektyw wszystko co piękne w swej niewinności. Na ziemi i niebie po czym spowalniam, a gdy spowalniam wchodzę w łuk, który z każdym kolejnym krokiem prowadzi mnie do znanego już domu, po znanych, skrzypiących schodach i przez niewąską ale i daleką od miana szerokiej futrynę drzwi prowadzących do niewielkiego mieszkania na poddaszu.

Przekręcając klucz w zamku sprawdzam ich szczelność jeszcze cztery razy nim w końcu decyduję się na ponowne nawiedzenie kabiny prysznicowej. Gdy pierwsza kropla wody skapuje na moje ramię przeszywa mnie dreszcz, drugą witam już jednak z uśmiechem, a trzecią i każdą kolejną przyjmuję niczym ukojenie.
Pozwalam wodzie koić poszarpane nerwy jeszcze przez kwadrans, po upływie czasu niechętnie zakręcam wodę, opuszczam kabinę, owijam się ręcznikiem i wychodzę z łaziemki wprost do supialni.
Pomijam kolację wraz z rutynowo zażywaną dawką kakaa jaką spijam niemal co wieczór, w zamian rozczesuję włosy, przywdziewam wygodną piżamę po czym kładę się sztywno w betach nazbyt dużego w zderzeniu z okolicznościami dnia dzisiejszego łóżka.

Nie jestem pewna kiedy i jak zasypiam, lecz kiedy się budzę wita mnie przeszywający ból w obu skroniach. Zginam się więc w udręczeniu i jęczę w poduszkę by, po pół godzinie niezdarnie wygramolić się spod kołdry i z niemniejszym brakiem gracji potoczyć ku szafie wnękowej.

Otworzywszy jej drzwi przyglądam się przeciągle wszystkiemu co w niej umieściłam- bluzkom, sukienkom, spodniom, koszulom, koszulkom i spódnicom by, w końcu wybrać najmniej pretensjonalny zestaw ubrań jaki przychodzi mi do głowy i przywdziewając na siebie poszczególne jego części dokonać pospiesznej, lecz dokładnej porannej toalety.

Następnie oceniam swój poślizg w czasie- jest na tyle duży, że i tym razem zmuszam się do zignorowania próźb żołądka o litość w postaci pokarmu.
Tak schody w dół jak i wszystkie dzielące dom państwa Stayner od mojej uczelni dzielnice pokonuję w biegu lecz nim dociera do auli w której miejsce ma dzisiejszy wykład pozwalam sobie na wewnętrzny bój. Coś mówi mi że znacznie lepiej wyszłabym dziś na opuszczeniu kilku zajęć i niezwłocznym udaniu się do pracy, ignoruję jednak nieodpowiedzialny pomysl, zaciskam palce na pasku czarnej torebki i przełykając coraz to większą gulę u dołu gardła popycham prawe skrzydło drewnianych drzwi dotychczas dzielących mnie od auli.

Kiedy zasiadam na jednej z licznie usianych po terenie kampusu ławek w przerwie między zajęciami nie umiem powstrzymać się od nerwowej obserwacji otoczenia w obawie na spotkanie tego kogo jeszcze wczoraj rano bez zastanowienia nazwałabym swoim przyjacielem. Nie umiem zmusić się do nawiedzenia kantyny ani przełknięcia choćby kęsa jabłka, które przez moją nieuwagę zawieruszyło się w torebce już kilka dni wstecz i może dlatego nim wybija ósma, a tym samym ostatnia godzina dzisiejszych wykładów mój żołądek zawiązuje się ciasno nierozerwalną linią świadczącą o moim własnym zaniedbaniu tak w dniu wczorajszym jak i w dzisiejszym.

                                                        *      *      *

  Zaczesany na bok, odziany w elegancki, świeżo uprasowany garnitur dżentelmen dopija małą białą kawę, po czym prosi o następną nawet nie racząc spojrzeć mi przy tym w twarz. Przy oknie starsza kobiecina zaaferowana przegląda dzisiejsze wydanie czasopisma plotkarkiego, a obok niej starszy pan w brązowym, wyświechtanym kapeluszu pomrukuje pod nosem przeglądając skrupulatnie rubrykę o polityce.
Jest późne popołudnie i przez okna kawiarenki sączy się nieprzerwaine złota poświata jażącej się dostojnie Klary. Lubię takie popołudnia jak to, wypełnione przyciszonym szmerem rozmów i aromatem świeżo parzonej kawy. W takich okolicznościach zawsze jakoś łatwiej jest znaleźć w sobie lepszy nastrój, kiedy wykonuję proste czynności i prowadzę lekkie rozmowy z klientami znacznie łatwiej jest mi oderwać się od wszystkiego tego co zaprząta moje myśli przed progiem przytulnego lokalu.

 Spokój zakłócony zostaje gdy wraz z nowoprzybyłym gościem dzwoneczek przy drzwiach dźwięczy radośnie, a do środka wpada niepokorny zefirek, owo nieme poruszenie nakazuje mi podnieść wzrok znad kawałka ciasta jaki właśnie wykrawam dla zaczesanego eleganta.

Jego czarny płaszcz teraz rozpięty frywolnie sprawia że można by wziąść go za jednego z filmowych amantów szukających przygód, jego sniada cera zdaje się pochłaniać promienie, a jego oczy choć niezmącenie ciemne śmieją się radośnie niczym oczęta dziecka, które jeszcze nie zaznały zła tego świata. Wita się z gośćmi, którzy patrzą na niego z zainteresowaniem, po czym przeczesuje ręką włosy i podchodzi do kontuaru.

- Dzień dobry, czy serwują państwo kremówki?

 Spoglądam nań serdecznie i kiwam głową twierdząco.

- Owszem, świeżo wypiekane.

Na te słowa uśmiecha się z nutą szarmancji, skierowaną wyłącznie na mnie.

- Poproszę więc dwie, a do tego kawę.

- Oczywiście, jakiej kawy pan sobie życzy?

- Cappuccino z mlekiem proszę.

- W porządku, już podaję.

Odpowiadam kulturalnie lecz wplatam w ową wypowiedź także źdzbło kokieterii i choć staram się ją maskować on wychwytuje ją w locie, przez co dotychczas czekoladowe źrenice teraz opływają również w miód.
Odsuwając wysoką szklankę od spieniacza podaję mu zamówienie, a on obdarza mnie kolejnym, szerszym tym razem uśmiechem.
(...)

Sącząc niespiesznie kofeinowy napój i raz po raz biorąc kęs lub dwa słodkiej kremówki niczym te zajadane z kuchennego blatu w czasach dzieciństwa, obserwuję ją gdy pracuje, jest piękna. Jest piękna w swobodzie z jaką stąpa za kontuarem, nalewa i podaje napoje, a nawet mówi czy choćby
 uśmiecha się do klientów...

Wpierw po prostu patrzę, następnie pozwalam by, zalało mnie natchnienie.
Szperam więc w przepastnych kieszeniach płaszcza by, w końcu odnaleźć niewielki,  oprawiony materiałem, którego zadaniem była imitacja skóry zeszycik, po czym wyrywam z niego kartkę czy dwie i piszę.:

" Oh, her eyes, her eyes make the stars look like they're not shinin'
Her hair, her hair fails perfectly without her trying
She's so beautiful and I tell her everyday..."

Nim dopisuję kolejne linijki uświadamiam sobie, iż choć Sky jest najpiękniejszą kobietą jaką widziały moje oczy, nigdy jeszcze nie skierowałem ku niej wprost, ani jednego komplementu,te przemyślenia sprawiają natomiast iż dopada mnie zażenowanie swym brakiem manier, o których nierzadko wspominała mi mama w czasach gdy wielkim przeżyciem było niewinne chwycenie dziewczyny za rękę. I ciekawi mnie wnet czy gdybym splątał moje palce z palcami brązowookiej, czy byłoby to tak samo onieśmielające uczucie jak tamtego dnia? Czy zarumieniłaby się choć odrobinę?  Z tą myślą przyciskam długopis do kartki i dopisuję następny wers...

  "Yeah, I know, I know when I compliment her she won't believe me 
And it"s so, it"s so sad to think that she don't see what I see
But every time she asks me "Do I look okay?"
I say..."

Kończąc pierwszą zwrotkę poczyniam starania nad doborem najsubtelniejszych słów, które określiłyby, to co w niej widzę. Nie chcę by, tekst wydał jej się obojętny lecz spersonalizowany i obawiam się że nawet jedno, niepoprawnie ubrane w słowa zdanie mogłoby, ją odstraszyć, odstręczyć i zdystansować, a dystans w jej wypadku- to ostatnie czego pragnę.
Decyduję się więc na lekkość przekazu...

  "When I see your face
There's not a thing that I would change cause your amazing 
Just the way you are
And when you smile
The whole world stops and stares for a while
'Cause girl you're amazing
Just the way you are
Yeah..."

Kiedy podnoszę wzrok znad kartek nasze spojrzenia się przecinają, a jej usta rozciąga uroczy uśmiech. Skupiam się na nich przez moment i z całych sił staram się przywieźć na myśl ich smak, dotyk i uczucia jakie towarzyszyły mi gdy pierwszy raz ich skosztowałem...

  "Her lips, her lips, I can kiss them all day if she'd let me
Her laugh, her laugh she hates but I think it's so sexy
She's so beautiful, and I tell her everyday"

 Analizując dopiero co dopisane wersy zagłębiam się w zagadnienia nauki jaką jest fizyka, rozważam natężenie i częstotliwość z jakimi, od kiedy ją poznałem gościł w niej śmiech.
Zdarzały się takie momenty, lecz żadko, dlatego też- jeszcze nim długopis po raz kolejny wita kartkę obieram sobie nowy cel- sprawić by, brązowooka częściej się śmiała. Nie jestem jednak pewien poziomu trudności a jakim przyjdzie mi wykonanie tego zadania, wiem tylko że zrobię wszystko co w mojej mocy by, mu podołać... Następnie zmieniam tory przemyśleń i rozważam poważnie czy jest w niej coś co wziąłbym za warte zmiany tudzież zamiany na inny przywar i jedyne co przychodzi mi do głowy to moje miejsce w jej życiu, wykluczam jednak ową myśl bowiem zdaję sobie naraz sprawę z balastu jaki w sobie nosi, balastu w postaci egoizmu... Piszę więc, zgodnie z prawdą:

  "Oh you know, you know, you know I'd never ask you to change
If perfect's what you're searching for then just stay the same
So don't even bother if you look okay, you know I'll say"

Z każdym kolejnym zdaniem powierzchnia na której tworzę kurczy się, na dodatek nachodzi mnie obawa czy dziewczyna aby napewno zerknie na owy papier, bowiem nie chcę by, zobaczyły go inne oczy, nie chcę by, moje słowa wsiąkły w duszę kogoś kto nie jest Sky i nie chcę by, się tam zagnieździły, być może dlatego resztę zatrzymuję już tylko dla siebie, a kartkę dopełniam jedynie prośbą o spotkanie, podpisując całość dość skromnie, jako "B." nie mniej i nie więcej ponieważ mam niemal całkowitą pewność iż adresatka, zdoła rozpoznać adresującego.

Wsuwając długopis na powrót do kieszeni narzucam na siebie płaszcz, wsuwam delikatnie pozaginany papier pod pyszniącą się białym pudrem kremówkę i posyłając dziewczynie ostatnie, przeciągłe spojrzenie dziękuję grzecznie za obsługę i wychodzęjuż teraz nie mogąc doczekać się jej odpowiedzi...
(...)

 Korzystając z chwili spokoju, tuż przed zamknięciem kawiarenki, kiedy blaty są już przetarte, a ostatni klienci ciepło pożegnani pozwalam sobie na zaspokojenie ciekawości jaką zasiała we mnie niespodziewana wizyta Mulata, obchodzę więc kontuar, zasiadam na wysokim krześle po jego drugiej stronie i delikatnie wysuwam spod kremówki skryty pod nią papier.

Po czym odpływam, zasłuchuję się w piosence bez melodii,
zakochuję w słowach i dryfuję tam gdzie zaprasza kilka ostatnich słów, zapisanych u dołu kartki drobnym druczkiem.
Palę  mosty łączące mnie z rzeczywistością i marzę,
pragnąc poznać to co jeszcze niepoznane...
_____________________________________

piątek, 23 lutego 2018

35. Not completely black and white...


    Uchylam prawą powiekę dopiero w chwili gdy w wąską ramę okna puka niewinnie jeden z delikatnych promieni rozkwitającej niespiesznie, wiosennej Klary.
 Przecieram twarz dłońmi i rozglądam się pobieżnie po obcym mi pomieszczeniu. Z trudem podciągam się do siadu skrzyżnego, pochylam delikatnie i mruczę z niezadowoleniem  gdy w skutek nieuwagi przysiadam niezdarnie na granatowej koszuli okrywającej moje ciało. Rozglądam się ponownie usiłując pobudzić jakiekolwiek wspomnienia z minionego wieczoru, lecz nic nie nadchodzi.
Jest zupełnie tak, jakby wszystkie moje wspomnienia wraz z pamięcią krótko, a może i nawet długotrwałą przeszły reset. Zupełne oczyszczenie.
Wczoraj jest dla mnie niezapisanym arkuszem papieru.

A przynajmniej zdaje się być takowym do momentu, w którym moje spojrzenie zahacza krótko, o hebanowe pasma wychylające się figlarnie spod białej pierzyny.I wnet na nieskażoną dotychczas biel arkusza spływa pierwsza kropla atramentu.
Długi lot samolotem, szum myśli, natłok zmartwień...
Spoglądam raz jeszcze i tym razem dostrzegam także bagaże, ustawione w pionie niby stała dekoracja niewielkiej wnęki chabrowego pokoju.
Wracam spojrzeniem do niewiasty u mojego boku, a na kartkę spływa kolejna plama atramentu.
Gadatliwa kobieta, której imienia nie pamiętam, droga na Brooklyn, czerwone drzwi kawiarenki i stłumiona radość pani McLean na mój widok...
Zaciskam palce na pościeli, delikatnie, tak by, nie uszczknąć ani jednego z hebanowych pasm po czym unoszę ją delikatnie i ślepnę.
Nie na długo, bowiem głodne oczy nie pozwalają umysłowi na choćby krótkie przerwy we wchłanianiu piękna jakie uderza we mnie kiedy niewinność koloru zamienia się miejscami z niewinnością wyrazu.
Pochylam się nieznacznie wciągając łapczywie woń jej skóry, a kartkę zapełnia kolejny akapit.
Godziny czekania. Świece, Kraciasty koc i słodkie rogaliki...

Uśmiecham się do wspomnień.
Rozpoczynamy pierwszy rozdział.
Pierwszy rozdział naszej historii wśród tysięcy odrębnych opowiastek...
Zatrzymując ów uśmiech odrywam od niej wzrok i podnoszę się na równe nogi.
Odwiedzam łazienkę, poprawiam ubrania planując prysznic zaraz po powrocie z porannej eskapady, ubieram buty, zapinam kurtkę i wychodzę.

Przedzieram się przez korytarze, przemykam przez recepcję i tonę w niedzielnym otępieniu jakim spowity jest o tej porze Nowy Jork.
Mijam rzędy drapaczy chmur i zadzierając głowę ku górze zastanawiam się jaki widok mają nowojorczycy, tam na górze.
Nie obiecuję sobie jednak iż kiedyś się o tym przekonam, w zamian za to wpisuję na listę zadań znalezienie widoku równie pięknego w Mieście Aniołów.
(...)

Ziewając cichutko przeciągam się nieznacznie i pozwalam sobie na omiecenie wzrokiem pomieszczenia, w którym najprawdopodobniej zakończyła się wczorajsza noc.
Nie poznaję koloru ścian, obszernego łóżka ani delikatnych zasłon stojących na straży średniej wielkości okien.
Nie mam jednak okazji pomyśleć nad zagadnieniami przyczynowo-skutkowymi dla obecnej sytuacji bowiem drzwi frontowe w głębi korytarza szczękają radośnie, przez co w nieokreślonym amoku wyskakuję z łóżka i ogarnięta równie niezrozumiałym uczuciem obnażenia okrywam się szczelnie narzutą, po czym spoglądam na przybysza.

- Bruno?

Pytam bezpodstawnie, po czym spoglądam w dół, na moje palce zaciśnięte histerycznie na rogach kołdry spowijającej moje tułowie aż po kostki.

- Dzień dobry.

Mówi w odpowiedzi, a po jego ustach krąży pełen rozbawienia uśmiech.
Marszczę brwi.

- Coś nie tak?

Pytam zdezorientowana na co Mulat parska radosnym śmiechem.

- Co w tym śmiesznego?

- Nic takiego.

Poważnieje gdy śmiech zastyga w krtani, lecz patrząc mu w oczy wiem iż wewnątrz wciąż jeszcze chichocze skrycie.

- Bruno!

Niecierpliwię się w końcu, gdy nabieram podejrzeń co do gierki, w którą jak mi się wydaje, bezustannie pogrywamy.

- W porządku... Sky, możesz puścić tą pierzynę.

Mówi z przekonaniem przez co mimika mojej twarzy znika, bez śladu.

- Słucham?

Czy on żartuje?

- Pościel łóżko, Sky, nie potrzebujesz tej kołdry.

- Ale...

Słysząc moje zwątpienie brązowooki odstawia na pobliską szafkę niewielki pakunek jaki dotychczas spoczywał bezładnie w jego dłoni i przechodząc przez pomieszczenie zmniejsza przestrzeń między nami, po czym chwyta nakrycie i odciąga je ode mnie.

- Zdaje się, że jest ci to zbędne.

Zauważa, bezustannie się uśmiechając, przez co zmuszam się do zerknięcia w dół, na siebie.
Zakrywam usta dłonią.
Oto stoję przed nim, spąsowiała lecz w pełni ubrana.
Zawstydzona niczym ośmiolatka, którą kolega z piaskownicy właśnie po raz pierwszy cmoknął niezdarnie w delikatny policzek...

Nie jestem pewna które z nas przechodzi nad tym kabaretem,  jako pierwsze lecz mijają wieki nim odzywam się ponownie.

- Co tam masz?

Pytam, wskazując pakunek po czym sadowię się niepewnie na skraju łóżka.

- Śniadanie.

Oznajmia krótko, a mój żołądek jak na zawołanie zaczyna domagać się uwagi. |Uśmiecham się delikatnie.

- A znajdzie się w nim jakaś kawa?

- Niewykluczone.

Mówi enigmatycznie po czym sięga za siebie i wkłada mi w dłonie średniej wielkości kubek termiczny. Podnoszę go do ust i wdycham słodki zapach napoju. Pozwalam sobie uszczknąć odrobinkę i zastanawiam się co jest nie tak. Mulat w lot wychwytuje moją konsternację i uśmiechając się niezmiennie wskazuje na kraniec łóżka, na którym sadowimy się oboje. Ramię w ramię.

- Pomyślałem że powinnaś spróbować czegoś nowego zanim wrócimy do swoich rzeczywistości.

Szepcze, spoglądając na mnie z ukosa, jak gdyby bał się iż taka wiadomość mnie zawiedzie. Przełykam więc kolejną niewielką dawkę napoju i spoglądam na niego otwarcie.
"Powrót do swoich rzeczywistości..."- powtarzam w myślach, a słowa te nakłuwają mnie od środka.  I uświadamiam sobie wnet jak łatwo jest mi przyjąć nową rzeczywistość, której on byłby nieodłączną częścią...i popadam w zawstydzenie...
(...)

Nasze spojrzenia spotykają się na moment przed jej utonięciem i widzę w jej oczach coś czego pojąć nie potrafię.
Smutek?
Konsternację?

- Chciałem przez to powiedzieć tylko tyle że...

Zaczynam, ogarnięty obawą iż pozwoliłem jej poczuć się odepchniętą...

- W porządku, Bruno. Minął rok, wiele się zmieniło i... w zasadzie nie mam prawa oczekiwać, że rzucisz wszystko by...

Przerywa nagle, a moje serce podchodzi do gardła.

- Sky...

Podejmuję raz jeszcze, klękając przed nią i biorąc w ręce jej delikatną twarzyczkę.- Nie miałem na myśli niczego złego, chciałem tylko...

Niech to diabli.
Przerywam na moment, rozglądam się po pokoju, szukam wsparcia lecz otaczają nas tylko przedmioty, martwe i nieme...
Jesteśmy w tym tylko my dwoje...

- Bardzo mi na tobie zależy.

Dopowiadam krótko, choć stwierdzenie to jest dużym niedomówieniem.

- Naprawdę?

Pyta cichutko, po czym spogląda mi w oczy i znów nie wiem jak zinterpretować to co się w nich tli.

- Tak. Naprawdę, Sky.

Szepczę miękko, a z jej oczu wypływają wnet pierwsze łzy, odpycha mnie delikatnie i umyka w stronę łazienki, pozostawiając samego, klęczącego bezradnie u podnóży łóżka małżeńskiego.
(...)

Zatrzasnąwszy za sobą drzwi opieram się o nie i zsuwam, opadając bezładnie na chłodne płytki pomieszczenia.
Nie wiem dlaczego jego słowa tak na mnie podziałały, nie wiedziałam też że gromadzę pod powiekami łzy, dopóki nie wypłynęły na powierzchnię rumianych policzków.
Siedzę tak na podłodze nowojorskiego hostelu i pozwalam łzom płynąć choć nie są adekwatne do tego co czuję w sercu.
Podświadomość huczy wręcz w radosnych podrygach na wieść o uczuciach tego, o którym myśleć nie przestałam ani na moment w ciągu wszystkich tych jakże długich dni, lecz umysł ogarnia strach...
On nie może mnie kochać...
Nie po tym co się stało...
Nie teraz...

I kiedy myśli ponownie przyspieszają gdzieś nad moją głową rozlega się ciche pukanie. Odsuwam się od drzwi, pozwalając by, do mnie dołączył...
(...)

- Przepraszam.

Mówię wstydliwie, przysiadając u jej boku, pochylając się do przodu i spoglądając na nią gdy skrywa twarz w dłoniach.- Przepraszam, powinienem był się powstrzymać...

Na te słowa jej ramiona ponownie przeszywa dreszcz. Przyciągam ją więc do siebie, pozwalając by przelała na mnie ciężar jaki nosi na swych barkach. Wplatam palce w jej włosy i tulę żarliwie gdy pozostałości łez znaczą moją koszulkę.

- To ja przepraszam.

Mówi cicho, a sposób w jaki odwzajemnia uścisk mówi więcej niż tysiąc słów.- Nie jestem gotowa...Boję się że kiedy...że to wszystko wróci.
Dodaje słabo, a słowa te są niczym strzał dubeltówką w kolano. I rozumiem wnet więcej niż bym chciał.
Skylar kojarzy mnie z przeszłością.
Dziewczyna, którą kocham kojarzy mnie z bólem i upokorzeniem...
Wzdycham, opuszczając ramiona bo, byłem gotowy na wszystko, wszystko poza tym co usłyszałem.
Poza tym co ukryła między słowami...

Mija minuta i kwadrans, lecz znajduję w sobie siłę dopiero po upływie trzech.

- Sky...- zaczynam, odwracając jej twarz ku sobie...- jesteś pewna że chcesz mnie z nim zapoznać?

Pytam, a jej oczy rozszerzają się dwukrotnie i nie jestem pewien czy zrozumiała, lecz zrozumiała. Lepiej niż mógłbym oczekiwać...

- Chcę byś był jego częścią, Bruno. Ale niektóre części układanki dokłada się bardziej rozważnie.

Mówi, a głębia jej oczu pozostawia mnie bez oddechu.
Ogarnia nas milczenie, lecz przerywam je raptownie, jeszcze nim zdąży pochłonąć nas doszczętnie.:

- Wybierz liczbę, Sky.

Mówię spokojnie, na co jej wzrok zakrywa na powrót kurtyna konsternacji.- Zastanów się spokojnie i podaj szczęśliwą liczbę.

Precyzuję, na co ona odchyla się do tyłu, opiera głowę o drzwi i rozgląda ostrożnie po niewielkim pomieszczeniu.

- Dwanaście.

Mówi niespiesznie, dokładnie akcentując każdą z sylab, po czym ponownie splata nasze spojrzenia.
Mrugam, po czym uśmiecham się delikatnie.

- W porządku. Dajmy sobie dwanaście tygodni. Dwanaście spotkań, jeśli po tym czasie nie zdołasz wpasować mnie w swoją układankę...

Przerywam, nie wiedząc jak ująć w słowach natłok myśli jakie teraz przelewają się w mej głowie.

- Jeśli do tego czasu nie zdołam wpasować cię w swoją układankę, zaczniemy tworzyć nową.

Dopowiada rezolutnie, a na łazienkowe płytki upada z hukiem pokaźny kamień jaki dotychczas obciążał moje serce, lecz chowam go za plecami.

- W porządku, ustalmy więc jedną, jedyną zasadę.

Mówię poważnie przez co i ona spina się nieznacznie.

- Jaka to zasada?

Pyta i choć ukrywa to wręcz doskonale, coś wewnątrz umysłu i serca podpowiada mi iż zasiewam w niej ziarenko niepokoju.

- Nic na siłę, Sky. Nigdy, w żadnej sprawie. Zgoda?

Pytam, wyciągając ku niej prawą dłoń.

- Zgoda.

Potakuje tym razem pewniej i pozwala bym uścisnął jej dłoń.

- Czy mogę zaprosić panią na śniadanie, panno Grey?

Ponownie zadaję pytanie, równocześnie podnosząc się na równe nogi, a gdy łapię pion ona obdarza mnie uśmiechem tak pięknym, tak delikatnym, tak niefrasobliwym, iż przez krótką chwilę mam niemal bezgraniczną pewność co do tezy że moje kolana wypełnia wyłącznie wata.

                                                               *      *      *

 Gdy wkraczamy do hali wylotów, a zewsząd dochodzi do nas dźwięk niewielkich, plastikowych kółek setek bagażów i gwar rozlicznych głosów i stłumionych przez ogromne szyby szumów startujących samolotów, dopada  mnie nostalgia. Tracę wigor. Zapał i pewność, tracę je gdy słuchawce odzywa się niezbyt niski lecz i nie wysoki męski głos, którego dźwięk przyozdabia jej usta uśmiechem. I czuję się wnet nie na miejscu i nie w porę.

- W takim razie, do zobaczenia za parę godzin!

 Żegna rozmówcę po czym kończy połączenie, wsuwa telefon do kieszeni jeansów i rzuca mi urocze spojrzenie. Odwracam wzrok i mógłbym przysiądź iż zaczynam się nieznacznie rumienić. Co za żenada...

- Wszystko gra?

Pyta, łagodnie ściskając moje ramię.

Nie Sky.
Nie wszystko gra.
W sumie to nic nie gra...

Spoglądam na nią przez ramię i wymuszam podobny uśmiech.

- Tak, jasne.

- Na pewno? Wydajesz się taki...smutny.

Wzdycham w duchu.

- To nic takiego, po prostu ciężko mi pogodzić się z tym że przy tobie tak szybko mija mi czas.

Mówię w zasadzie szczerze, na co jej spojrzenie topnieje w czymś na kształt zachwytu.
Wyszedłem na niedorobionego romantyka...

Jednak ona uśmiecha się tylko, postępuje o krok w moją stronę, odbija się z pięt i zarzuca mi ramiona na szyję.

- Wczorajszy wieczór był...niesamowity, dziękuję.

Odsuwam się nieznacznie i spoglądam jej w oczy.

- To ja dziękuję. Dziękuję że przyjechałaś i... dałaś mi szansę.
(...)

Przełykam niezauważenie i raz jeszcze wymieniamy się uśmiechami, a przez cały ten czas gdy jego ramiona pozostają oplecione wokół mojej talii mam dziwne wrażenie że brązowooki bliski jest nachylenia się ku mnie i złączenia nas w pocałunku.
Lecz on pozostaje nieruchomy, zatopiony w mym spojrzeniu i przyciągający mnie delikatnie na swoją orbitę.
A później bańka naszej wieczności pęka, a z głośników wydobywa się wyprany z jakichkolwiek emocji głos, nawołujący ostatnich pasażerów relacji Nowy Jork- Los Angeles do niezwłocznego udania się ku odprawie.

- Powinnam już iść.

Mówię cicho, odrywając się nieznacznie od jego ramion. Spoglądam mu w twarz lecz wydaje się
zaszyfrowana,  brunet posyła mi jedynie delikatny uśmiech i kiwa niezdecydowanie.

- Do zobaczenia w Mieście Aniołów księżniczko.

Odpiera ciepło, a w kąciku prawego oka czuję wnet łzę wzruszenia.

- Do zobaczenia, Bruno.

Mówię, odwracając się pospiesznie i ocierając ją niepostrzeżenie.


                                                               *       *      *


 Wychodząc z hali przylotów myślę o Mulacie,
 myślę o nim odwzajemniając uścisk Reese'a wyczekującego mnie u wrót Starbucks'a,
 siedząc w samochodzie przyjaciela, wdrapując się na swoje piętro, rozpakowując się i słuchając opowieści szatyna na temat kolejnego dzieła nad którym pracuje.
 
Jestem nieobecna.
Pozwalam codzienności toczyć się gdzieś obok.
Zapominam odpowiedzieć na wiadomość od Faith i pożegnać Reese'a gdy argumentuje potrzebę opuszczenia mnie spotkaniem ze swoją muzą- Denise.

U schyłku dnia przysiadam do książek, odświeżam sobie tematy poruszone na zeszłych zajęciach, po czym biorę krótki, treściwy prysznic i kładę się do łóżka, z zamiarem odpowiedzenia na prośby przyjaciół o kontakt.
Wchodzę więc w wiadomości i przebiegam wzrokiem po imionach nadawców, nie otwieram jednak żadnej z nich, a zamiast tego odczytuję tę nadesłaną przez numer nieznany.:

"Jestem niemal pewien że znacznie romantyczniej byłoby wysłać listowne zaproszenie, lecz nie znam Twojego adresu, za to na pozyskanie numeru zastosowałem podstęp ;).
 Wybacz jeśli to zbyt wcześnie, ale czy dałabyś się zaprosić na niezobowiązującą kolację w przyszły piątek?
Ps. Mam nadzieję że lot był udany.
Dobranoc Księżniczko.
Bruno"
__________

środa, 17 stycznia 2018

34. Just a prologue...

        
        Kiedy siada tuż obok niezmiennie  wpatrzona w moje oczy, zaczynam żałować że ktoś, tam na górze nie dał mi pamięci fotogenicznej, bowiem nie ma takiej rzeczy na świecie, której pragnę bardziej aniżeli udokumentowania jej uśmiechu.
Uśmiechu jaki pojawił się na jej ustach za sprawą naszego spotkania...
Naszego.
           Ponownego.
                            Spotkania.

 To brzmi nazbyt surrealistycznie by, mogło być prawdziwe, ale z pewnością właśnie takie jest.
Surrealistycznie rzeczywiste.
Oksymoron.

Wygląda na to że znalazłem właśnie swoją ulubioną część mowy, jednocześnie gubiąc wszystkie inne jej części niezbędne do  stworzenia zdania.
Toteż spowija nas milczenie...
Nie jest to jednak nieznośna cisza o palącej potrzebie zniweczenia.

Ta cisza pełna jest zachwytu, zadumy i radości...
To piękna cisza.
(...)

 Patrząc mu w oczy analizuję ich barwę by, wkrótce uznać z radością iż jej głębia nie spłyciła się. Kości policzkowe nie zaostrzyły, choć twarz zdaje się jedynie wspominać nastoletnie lata, wahać nieznacznie między dojrzałością i chłopięcym urokiem, a nierzadkie przed rokiem cienie pod oczami wypłowiały.

Pragnę go dotknąć, pragnę przekonać się że to wszystko nie jest wymysłem mej bujnej wyobraźni.
I nim umysł przetwarza ten lekkomyślny pomysł, wyciągam dłoń, muskając palcami jego rękę.
Jego skóra zdaje się być gorąca, choć może to moja wystygła tak nagle, delikatna niby aksamit.
Zjeżdżam więc w dół, ku dłoni i jeśli aksamit może stać się nawet bardziej aksamitny, aksamit jego skóry właśnie taki się staje.
(...)

 Gdy sunie opuszkami po mojej ręce przymykam oczy, oddając się w milczeniu tej jakże subtelnej pieszczocie.
Napawam się jej dotykiem bowiem nie ma on porównania i gdybym miał go opisać, powiedziałbym że jest jak żar Klary na prerii,  w samo południe; jak powiew rześkiego arktycznego wiatru i jedwab. Lecz wciąż byłaby to jedynie mrzonka.

Staram się więc nie myśleć o jego zdefiniowaniu.
Przymykam powieki i unoszę je gwałtownie wraz z nagłym zanikiem tarcia między naszymi skórami.
Nie od razu odwracam się w jej stronę, w nadziei że brak mojej reakcji pozbawi ją pytań.
Przeliczam się jednak na nadziei i wkrótce nasze źrenice zlewają się w cieniu wieczoru.

- Zrobiłeś sobie tatuaż...

Intonacja jej wypowiedzi nie wskazuje na pytający charakter, mimo to odpowiadam z cicha.

- Tak.

- Co to takiego?

Pyta jakby śmielej, czym jeszcze dosadniej onieśmiela mnie.
To nie jest dobry moment na takie wyznania.
Po prawdzie nie jest też najlepszy na deklaracje.
Wzruszam ramionami.

- Mogę zobaczyć?

Ciągnie z uroczym uśmiechem na malinowych ustach, na co potrząsam głową energicznie, a w oczach musi przebijać się przerażenie, bowiem uśmiech ten poszerza się i nim łapię się w sytuacji jej drobne ciało przywiera do mojej piersi, a moje ramiona owijają ją ciasno w talii.

Zanurzam więc twarz w jej gęstych włosach i wdycham ich świeży zapach.
(...)

 Wtulając twarz w zagłębienie jego szyi chichoczę cichutko, zdaje się być taki onieśmielony, taki skryty...
Zaciągam się zapachem jego skóry i opieram czoło o jego klatkę czując jak silne ramiona bruneta oplatają mnie ciaśniej.

Chcę mu powiedzieć jak bardzo tęskniłam,
jak ogromne przerażenie budziła we mnie myśl, że nie spotkam go dzisiejszego wieczoru...

A jednak nie mówię nic.
Nie mówię, czując że wszystkie te słowa są dziś zbędne...
(...)

- Bałem się że nie przyjdziesz.

Wyznaję z cicha, plącząc hebanowe pukle jej włosów na co brązowooka unosi nieznacznie głowę, pozwalając naszym źrenicom zlać się w jedno. Zupełnie tak jak zdarzało im się zlewać jeszcze rok temu.

- Mogłabym powiedzieć dokładnie to samo.

Przyznaje z tym samym urokliwym uśmiechem, a w jej oczach czai się coś co rozgrzewa moje serce, coś za co pragnę wziąć ją w ramiona i zawirować niby aktor z filmu o zabarwieniu romantycznym i niemal przesadnie, do bólu wręcz przerysowanym; szczęśliwym zakończeniu.

I właśnie to robię.
Nim rozum dochodzi do głosu zrywam się na równe nogi by, następnie porwać i ją. Porwać w ramiona, niby dziecko w niepojętym wręcz zachwycie,  zawirować kilkakrotnie szepcząc przy tym wprost do jej prawego ucha, jak ogromnie cieszy mnie jej widok, jak bardzo wypiękniała podczas tego roku i jak wolno mijały moje dni gdy nie było jej obok...

A później świat wiruje wraz z nami i nim wyplątujemy się z owej karuzeli moje plecy uderzają tępo o chłodną o tej porze ziemię pokrytą zaledwie kraciastym kocem, a jej szczupłe palce przebijają moje obojczyki.
Syczę cicho pod naporem jej kształtnych paznokci lecz mój syk jest niczym w zestawieniu z perlistym śmiechem jaki wydobywa się z jej piersi jeszcze nim udaje nam się stanąć na równe nogi.

                                                               *       *      *

 - Gwiazdy w Nowym Jorku świecą zdecydowanie jaśniej niż w Los Angeles, zauważyłeś?

Napomyka brunetka gdy leżymy ramię w ramię na kraciastym kocu,  a nasze palce dyskretnie przesyłają sobie ciepło, z oddali.
Uśmiecham się i rzucam jej pokątne spojrzenie.

- Niewykluczone.

Mruczę z cicha i gryzę się w język gdy czuję na języku słowa jakie cisną się teraz na moje wargi, przełykam je wraz ze śliną i obchodzę się ich słodkim smakiem w obawie iż po wypowiedzeniu powietrze między nami stałoby się zbyt mdłe.

- Jesteś taki... cichy, Bruno.

Zauważa nagle i dziękuję nocy iż kryje w swoim cieniu rumieńce jakimi spowija się skóra moich policzków. Chichoczę pod nosem i podnoszę do siadu skrzyżnego.

- Niektóre rozmowy nie wymagają słów aby stały się tymi najbardziej pamiętnymi.

Na te słowa Sky wzdycha cichutko i idąc w moje ślady sadowi się tuż obok mnie we wdzięcznym siadzie skrzyżnym.

- Jesteś zdecydowanie różny od ludzi, których spotkałam podczas tego roku...

Mówi niespiesznie, jakby w głębokim zastanowieniu i nie umiem ocenić tego jako komplement, czuję jednak że nie jest to raczej obelga.

- To źle?

Pytam, niby naiwnie na co jej usta rozciąga delikatny uśmiech, taki jaki chciałbym oglądać codziennie, przed snem i po przebudzeniu, dzień w dzień...

- Nie wiem, to źle?

Powtarza moje pytanie przez co marszczę brwi w udawanym poirytowaniu.

- Panno Grey, doprawdy nie wypada papugować czyjegoś słowa.

- Panie Hernandez, pan wybaczy lecz żyjemy w wolnym kraju i mogę powiedzieć co mi się żywnie podoba.

Uśmiecham się przelotnie.

- Fakt.

Przyznaję jej rację na co obdarza mnie kolejnym uśmiechem po którym zapada cisza, którą wypełnia tylko nieznaczne skrzypnięcie plastikowej pokrywki kubka termicznego.

- Zdecydowanie nie ma na świecie lepszej kawy niż ta serwowana przez panią McLean.

Przewracam oczami.
To niesamowite jak bardzo się zmieniła...
Czy na lepsze, sam nie wiem, ale pewnym jest że się zmieniła.

- No co?

Pyta podejrzliwie kiedy widzi jak moje oczy dyskretnie wykręcają młynek.- Czyżbyś zaznał w Los Angeles lepszej kawy?

Pyta i mam wrażenie że pytanie to nie opiewa jedynie na kofeinowy napój.
Spoglądam głęboko w jej oczy, uśmiecham się i obserwując dreszcz jaki przechodzi przez jej ramiona, szepczę.:

- Zdecydowanie, nie.

Przełyka ciężko po czym ponownie odwzajemnia mój gest i odwraca wzrok co przekonuje mnie o tym że ciepło jakie czuję gdzieś wewnątrz opiewa i jej wnętrze.

- Rogalika?

Pytam nagle, co wyrywa z jej gardła cichy śmiech.

- To wysoce nietaktowne.

Unoszę brwi.

- Doprawdy?

- Owszem.

- Nie wydaje mi się.

Mówię kąśliwie, drocząc się.

- Więc jak będzie z tym rogalikiem?

Ciągnie ona przez co moje usta ponownie rozświetla uśmiech.
Wyciągam rękę chwytając za niewielkie białe pudełeczko po czym kładę je pomiędzy nami i uchylam jego wieczko, kątem oka obserwując ją gdy ostrożnie wyciąga zeń łakocie, a  podając mi jednego z nich, mruga figlarnie.

- Chyba nie myślałeś że pozwolę ci patrzeć jak opycham się słodyczami?

- Cóż... Szczerze powiedziawszy, właśnie taką żywiłem nadzieję.

Wyznaję, zgodnie z prawdą na co ona potrząsa głową,  po czym spojrzeniem sugeruje bym to ja jako pierwszy skosztował rogalika.

- Mam nadzieję że nie masz nic przeciwko malinom?

W odpowiedzi dziewczyna jedynie wgryza się w delikatne ciasto i przez moment dane mi jest oglądać jak niewielka stróżka nadzienia spływa niespiesznie z jej kącika. Mimowolnie wyciągam więc dłoń i delikatnie ścieram marmoladę z jej brody przez co uśmiecha się speszona i przeszukuje torebkę w nadziei na znalezienie chusteczki, lecz kiedy ją znajduje łapię jej nadgarstek i potrząsając głową nieznacznie, uśmiecham się zawadiacko.

- Nie jest ci już potrzebna, Sky.

Szepczę, schylając się ku niej i raz jeszcze muskając opuszką jej ust.
Są tak niedorzecznie idealne...
Tak miękkie.
Tak jędrne...

Oddycham głębiej, ze wszystkich sił starając się wyprzeć z siebie chęć skosztowania ich...
(...)

Jego dotyk zdaje się być niczym jedwab i ogień jednocześnie.
Pali lecz przyjemność jaką sprawia nie jest porównywalna z niczym.
Dosłownie niczym...

Przymykam oczy i wzdycham głęboko.

- Dobrze jest czasami wrócić tam gdzie wszystko się zaczęło...

Szepczę, a unosząc powieki napotykam jego źrenice i tonę.

- Nie mogę się z tobą zgodzić...

Mówi, równie cichym głosem przez co uśmiech jaki dotychczas rozjaśniał moje usta stygnie, a widząc moją reakcję ten sam uśmiech, który chwilę temu zgasł na moich ustach płonie wnet na wargach Mulata.

- Nie mogę się z tobą zgodzić, bowiem chciałbym byś jako początek zapamiętała ten wieczór i żaden inny...

Biorę głęboki wdech nie wiedząc czy jestem jeszcze w stanie poprawnie oddychać.
Ogarnia mnie wzruszenie i pragnę rzucić mu się w ramiona, lecz nie robię tego.
Nie robię nic.
Zastygam w bezruchu, więc on kontynuuje monolog.

- Chcę byśmy dziś spisali nasz prolog, Sky.

Kolejny wdech.
Uderzenie gorąca.
Jego twarz jest coraz bliżej.
Jego usta.
Moje powieki. Opadają.
Czekam.
Czuję jego oddech na swoich wargach...
Czekam w zniecierpliwieniu.

I nic.

Otwieram oczy i zaczynam go obserwować.
Obserwuję go gdy wstaje na równe nogi, nie spuszczam z oczu gdy strzepuje niewidzialny pyłek z ramion i gdy wyciąga dłoń w moją stronę.

- Czy uczynisz mi ten zaszczyt i pozwolisz poprowadzić się w  pierwszym tańcu w naszej historii?

Kiwam głową.
A przynajmniej tak mi się wydaje.
Chwytam jego dłoń i pozwalam by, delikatnie wziął mnie w ramiona.

Stawiam pierwszy krok, lecz nogi mam jak z waty i wkrótce odmawiają mi posłuszeństwa.
Zatapiam się w jego ramionach, jeszcze głębiej.
I zaczynamy balansować pośród niemej muzyki, kilka metrów ponad powierzchnią ziemi.
I nie wiem już w któym miejscu sen styka się z rzeczywistością.
Nie dbam o to.

                                                       *      *      *                          

    Mija kwadrans, może dwa, nim sadowimy się ponownie pośród aksamitnych kratek koca. Lampiony, które ustawił na rogach powoli przygasają, a gdzieś ponad horyzontem pojedyncza ryba wpada z pluskiem w otchłań jeziora.
Siedzimy w milczeniu i czuję jak moje ramiona niespiesznie pokrywa gęsia skórka. Nie zwracam na to uwagi, odwracam wzrok i przyglądam mu się raz jeszcze.
Patrzę na niego w ciszy, gdy  ostry profil jego szczęki oświetla jedynie srebrzyste światło Luny, nie odwracam wzroku nawet wtedy gdy mnie przyłapuje.
Nie widzę go dokładnie, lecz coś w środku mówi mi że na jego wargach gości uśmiech, to samo odśrodkowe uczucie przywodzi uśmiech także na moje usta. Wymieniamy uśmiechy, niespieszne, ze słowami zaschniętymi na wargach, a później oplata mnie jego ramię i narasta cisza, głębsza niż przedtem. Niczym doskonałe dopełnienie urzekającego pejzażu, ktorego częścią nagle się staję...
I kiedy tak siedzimy, pochłonięci milczeniem, milczenie to wnet umyka. Umyka wraz z ledwo słyszalnymi krokami traperów na zroszonej wilgocią trawie i rozległym snopie światła padającego na nas zza moich pleców.
Rozlega się chrząknięcie.
Odwracam się jako pierwsza, a zaraz za moimi oczami na umundurowanego staruszka pada także spojrzenie Mulata.
Przełykam ciężko.

- Państwo wybaczą, ale byłbym wdzięczny gdybyście uszanowali zakazy panujące w tym parku.

Mówi chrapliwie starszy mężczyzna, a brak reakcji z naszej strony  zmusza go do kontynuacji.:- Najsampierw pragnę was powiadomić, iż park otwarty jest zaledwie do godziny dziesiątej, a tymczasem zbliża się północ. Po drugie, na terenie parku wzbronione jest używanie ognia...A co ważniejsze...czy to napój alkoholowy?

Pyta nagle, nachylając się nieznacznie i mrużąc oczy w nadziei na dojrzenie nazwy trunku jakim w połowie wypełniona jest butelka.

- Skądże.

Wtrąca brązowooki, a coś w jego głosie mówi o tym jak rozpaczliwie stara się zatuszować śmiech. Ku naszemu nieszczęściu skrytą ironię wychwytuje także nastawiony na wysokie fale aparat słuchowy mundurowego.

- Wolne żarty. Albo w tej chwili zabierzecie stąd swoje manatki i opuścicie park, albo wasz romantyczny wieczór będzie pana kosztował znacznie więcej niż by, sobie pan tego życzył.

Słysząc te słowa i ja zaczynam chichotać.

- W porządku, już się zbieramy.

Oświadcza brązowooki, po czym podnosi się, odwraca w moją stronę i szarmancko podciągnąwszy mnie na nogi zwija kraciasty koc.

- Miłej nocy życzę.

Zwraca się kulturalnie do mężczyzny po czym bierze mnie za rękę i ruszamy ku wyjściu.
                                                 
                                                        *      *      *
- Wyglądamy jak para pijaków.

Śmieję się pod nosem gdy kroczymy wybrzeżem plaży Ford Tilden, na którą dostaliśmy się łapiąc stopa. Na te słowa Bruno spogląda mi w oczy i uśmiecha się tak, jak nie zrobił tego jeszcze nigdy w mojej obecności. Radośnie, niczym dziecko. Patrzy na mnie, a w moim brzuchu wiruje stado motyli.

- Wydaje ci się.

- Nie.

- Tak. Nawet nie jesteśmy pijani.

- Mogłabym polemizować.

- W takim razie oddawaj mi to.

Mówi poważnie, wskazując na butelkę.

- Nie.

- Oddaj.

- Nie.

I nim się orientuję i ja i butelka, razem z Mulatem lądujemy w piasku. Szarpiemy się przez moment pośród salw szczerego śmiechu, a gdy resztka trunku znaczy złoty piasek po mojej prawej stronie, Bruno zawisa tuż nade mną i świat znów milknie.
A może wszystko wokół zagłusza moje serce kołaczące w piersi niby dzikie...
Możliwe.
Jego opuszka znaczy szlak na moim policzku, ustach, szyi i obojczyku.
Nasze oddechy się zlewają.
Drżę, lecz moja temperatra rośnie znacząco.

- Sky?
Szepcze.
 Mruczę chcąc by, kontynuował.- Tak bardzo za tobą tęskniłem...
Urywa nagle, spogląda mi w oczy i widzę że jest jeszcze coś co pragnie mi powiedzieć. Lecz on przerywa, raz jeszcze muska mojego policzka, po czym wstaje, wyciąga do mnie rękę i pomaga mi wstać.

- Powinniśmy już wracać.

Oświadcza nagle, co jeszcze dosadniej mnie dezorientuje.

- To jeszcze nie czas.

Szepcze do siebie lecz mówi to zbyt wyraźnie bym nie usłyszała. Uśmiecham się pod nosem i pozwalam by, pożarła mnie ciekawość.
(...)

Nie wiem jak długo stoimy przy szosie próbując złapać stopa, wiem tylko że kiedy w końcu go łapiemy jej paliczki są odrętwiałe mimo iż okrywałem je swoją dłonią przez cały ten czas.
I gdy w końcu wsiadamy do samochodu wraz z kilkoma studentami oboje oddychamy z ulgą.

- Gdzie jedziecie?

Zagaja blondynka siedząca na fotelu obok kierowcy i uświadamiam sobie nagle że nie mamy gdzie przenocować...
Spoglądam z ukosa na brązowooką.
Ona także wydaje się być zdezorientowana. Stawiam więc na improwizację.

- W zasadzie jesteśmy tu jedynie przejazdem. I szukaliśmy jakiegoś niewielkiego... hotelu, w którym moglibyśmy zatrzymać się tej nocy.

- Och... Więc nie jesteście stąd?

-Nie.
Mówimy jednocześnie przez co kompani podróży spoglądają na nas z konsternacją,  w lusterku.

- Więc... gdzie chcecie się zatrzymać?

Przełykam ciężko. Improwizacja powoli mnie przerasta.

- Zastanawialiśmy nad jakimś hostelem. Możecie nam coś polecić?
Wymieniam spojrzenia z brązowooką, a kątem oka widzę jak para przed nami idzie w nasze ślady.

- Na Brooklyn'ie można się wyspać.
Mówi chłopak na co dziewczyna ożywia się gwałtownie i wyciąga z kieszeni telefon dotykowy.

- Zadzwonię i zarezerwuję wam pokój! NY Moore to niezła miejscówka i...

- Jakbyś mogła, poproś o dwa pokoje.
Uprzedza ją Sky przez co spada na nas kolejna para obcych spojrzeń.

-  Nie ma...problemu.
Odpowiada tamta i już po chwili gawoży uprzejmie z recepcjonistką noclegowni.- Załatwione.
Kwituje donośnie, kończąc połączenie na co dziękujemy jej jednocześnie.
(...)

Gdy przemierzamy Brooklyn rozglądam się z zaciekawieniem, mimowolnie starając się wychwycić w cieniu nocy choć jeden znajomy budynek lub ulicę, poddaję się jednak uznając że podczas  tego roku najwidoczniej wiele się zmieniło, a kiedy w końcu dojeżdżamy pod wysoki budynek o kremowej elewacji i setkach okien, żegnam pogodnie pasażerów i ciągnąc Mulata za ramię wysiadam z samochodu zapominając omal o naszych niewielkich bagażach.
Kiedy samochód ginie na  wyjeździe z parkingu odwracam się niespiesznie w stronę brązowookiego. Stoimy tak przez moment po czym on rusza ku wejściu.
Podążam za nim, czując się nagle niczym zagubiony dzieciak.
Wkrótce potem wkraczamy do holu i brniemy ku recepcjonistce, która z trudem utrzymuje w ryzach opadające powieki.

- Dobry wieczór.
Wita ją brunet na co kobieta odpowiada jedynie niemrawym skinieniem głowy.- Dwa pojedyncze pokoje, proszę.

Na te słowa recepcjonistka obdarza go kolejnym niemrawym skinieniem, po czym niespiesznie wstaje ze swojego fotela i podchodzi do eleganckiego schowka z numerami od 1 do 30. Wyciąga zeń p o j e d y n c z y klucz choć prosił o dwa pokoje i podaje mu go z przepraszającym grymasem.

- Pan wybaczy, jest tylko jeden, podwójny pokój.
Wzdycham pod nosem mimowolnie wyobrażając sobie noc we wspólnym pokoju.

- Cała reszta jest zarezerwowana?

- Tak, zatrzymuje się u nas wielu studentów.

Tłumaczy uprzejmie po czym uśmiecha się nieznacznie i objaśnia drogę jaką pokonać musimy by, odnaleźć nasz pokój.

Pokonujemy więc hol i dwa kręte korytarze, a podczas tej wycieczki udaje mi się dokonać wstępnej oceny obiektu- wydaje się być dość przyjazny i zadbany.
W końcu stajemy przed drzwiami z ciemnego drewna i złotą klamką, które wyróżnia z rzędu pozostałych, identycznych wręcz drzwi jedynie numerek wiszący w ich górnej części, na samym środku.

Wymieniamy spojrzenia po czym Mulat nispiesznie wkłada klucz do zamka, przekręca go dwukrotnie i delikatnie popycha drzwi przez co nasze zmysły spowija delikatny waniliowy zapach.

- Gotowa?

Pyta chłopak przez co uświadamiam sobie że od dobrych paru minut wgapiam się tępo w jego dłonie, zupełnie bez słowa.
Potwierdzam skinieniem głowy i zmuszam się do przekroczenia progu.

Potrząsam głową starając się oczyścić umysł po czym pobierznie oglądam przestronne pomieszczenie.
Sciany pomalowane są na kolor pośredni między granatem, delikatnym błękitem niczym niebo w letni poranek, drzwi prowadzące do łazienki są natomiast białe, podobnie jak niewielka toaletka w części sypialnianej oraz rama łóżka.

Rama łóżka m a ł ż e ń s k i e g o.
Niech to szlag!

- Jak ci się podoba?

Dochodzi mnie wnet głos Bruno, gdzieś zza moich pleców przez co wzdrygam się zaskoczona.

- Jest...

Zaczynam lecz urywam gwałtownie zdając sobie sprawę że nie do końca wiem co czuję w związku z takim obrotem spraw.
Odwracam się do niego twarzą, niemal wpadając w jego tors.
Odstępuję krok do tyłu, a brązowooki posyła mi zawstydzone spojrzenie, drapie się po karku i raz jeszcze obejmuje spojrzeniem sypialnię.

- Niezręcznie.

Dopowiada za mnie przez co jedynie kiwam w aprobacie.

- Wyjdźmy na spacer przed snem.

Rzucam nagle, nie do końca znając powód swojej gonionej nagłym napływem stresu porywczości.
Bruno przygląda mi się z konsternacją, po czym powtarza.:

- Na spacer?

- Tak.

Przeczesuje włosy i spogląda na mnie raz jeszcze, tym razem jakby łagodniej.

- Sky, wiesz która jest godzina?

Wzruszam ramionami starając się zbagatelizować to jak słabo umiejscowiony jest mój pomysł.

- Dochodzi trzecia.

Zauważa brunet przez co na moje policzki wypływa nieśmiały rumieniec.

- O której masz jutro lot?

- O jedenastej, a ty?

- O trzynastej.

Przełykam ciężko.
Jak mogłam się tak wydurnić?

- Więc...jesteś pewna że chcesz się przejść?

- Tak.

Odpowiadam jeszcze zanim pojmuję to rozumem.
Bruno jedynie kiwa niespiesznie głową, przygląda mi się przez chwilę po czym odwraca się na pięcie, chwyta sportową torbę, w której prawdopodobnie skrywa kilka najpotrzebniejszych przedmiotów, o których ja zapomniałam i kieruje się w stronę łazienki.

- W takim razie wezmę tylko szybki prysznic. Jestem na nogach od ponad trzynastu godzin i obawiam się, że niebawem moje perfumy przestaną to ukrywać.

Oznajmia pogodnie po czym zamyka za sobą drzwi, przeklucza je i po mniej niż pięciu minutach do moich uszu dociera szum wody spod prysznica.

Uśmiecham się do siebie.
Nie do końca wiem czego dokładnie spodziewałam się po tym dniu, ale z pewnością jest on dniem wartym zapamiętania...
Analizując każdą jego godzinę obkręcam się na pięcie i upadam plecami na miękki materac łóżka.

Wpatrując się w podwieszony wysoko sufit wsłuchuję się w szum wody, a moje myśli mimowolnie uciekają ku Hawajczykowi.
On także się zmienił, choć może po prostu pozwolił mi dziś poznać tę stronę siebie, której wcześniej nie było okazji ujawnić?
Tak czy inaczej, wszystko to co dziś się wydarzyło rozwiało moje wszelkie wątpliwości...

Pragnę spojrzeć w przyszłość, w którą wliczę również Bruna...
Pragnę...

Nim się orientuję moje powieki opadają, a ciało układa się wygodnie na komfortowym materacu i nadchodzi odpływ...
(...)

Zakręcając wodę chwytam biały, puchaty ręcznik.
Wycieram się pospiesznie, ubieram i myję zęby.
Następnie spoglądam na swoje odbicie, przeczesuję dłonią włosy doprowadzając je do ładu i otwieram drzwi.

- Sky, jesteś gotowa do...

Zaczynam, lecz wchodząc do części sypialnianej moje spojrzenie zastyga na jej anielskiej twarzyczce pogrążonej we śnie i rozumiem już że nigdzie się nie wybieramy.
Wzdycham więc z cicha i okrązywszy łoże biorę ją w ramiona i przesuwam delikatnie, tak by, oparta dotychczas na drewnianym wezgłowiu dziewczyna mogła swobodnie wyłożyć się w pachnącej pościeli.

Wracając na swoją stronę dopada mnie zawahanie.
Nie chcę bowiem by, po przebudzeniu poczuła się niekomfortowo szczególnie że zaistniała sytuacja wpędza w zakłopotanie nawet mnie.
Stoję więc w ciszy i analizuję za i przeciw.
Po czym gaszę światło, kładę się na boku, tak by zwrócić się do niej twarzą i odgarnąwszy kilka niesfornych pukli z jej bladego policzka przypatruję się przez moment jej olśniewającemu pięknu by, wkrótce, z resztkami tego jakże błogiego obrazu na powiekach, pozwolić się zwieźć Morfeuszowi...


niedziela, 12 listopada 2017

33. Year without a rain...

 
   W ciągu tego roku zmieniam podejście do ludzi, stan który zamieszkuję i adres. Wynajmuję mieszkanie na pierwszym piętrze jednego z wieżowców w Mieście Aniołów, piszę kilka tekstów i chowam je do szuflady w oczekiwaniu na powrót mojej muzy. Poznaję dwie kobiety- Catelyn oraz Michele by, wkrótce przekonać się z goryczą iż żadna z nich nie jest warta dedykacji w tekście kolejnej ballady
Poznaję kilku ludzi dzielących moją pasję lecz dopiero po czasie rozumiem jak wielką szansę od nich otrzymuję,  znajduję pracę dzięki której wiążę koniec z końcem  Oddaję dwa nic nie znaczące pocałunki, szafirowookiej Michele by, następnie pozwolić jej uciec na Cypr, gdzie jak pisze w ostatnim esemesie znajduje swoje szczęście takie jakim je sobie wyobrażała.

Nie mam jej tego za złe.

 Gdzieś w głębi serca czuję bowiem że byłaby pierwszą kobietą, którą zraniłbym mimowolnie; może w któryś z gorszych dni nazwałbym ją imieniem Sky, może w jeden z podlewanych alkoholem wieczorów wyznałbym jej prawdę i zgasił małe iskierki tańczące w jej oczach za każdym razem gdy wymawiała moje imię.
Może.
Tak, czy inaczej nie byłem jej wart, a ona nie była mi pisana.

A później pojawia się Catelyn; studentka psychologii, mądra i wygadana.
Zbyt szczera.
Zbyt zaborcza.
Zbyt prostolinijna.
I może dlatego nasza znajomość kończy się wraz z czwartym spotkaniem na którym pyta o moje życie erotyczne, a ja rozumiem wnet do czego pragnie sprowadzić naszą relację i usuwam jej numer zaraz po przeproszeniu jej za nieudany wieczór...

Nocami zdarza mi się przelewać łzy, lecz robię to w ciszy. Z dala od ciekawskich spojrzeń.
Nie odkochuję się.
Nie zakochuję i nie ruszam w przód.

Nie piszę do niej, nie dzwonię i nie szukam wzrokiem choć wiem że i ona zmieniła miejsce zamieszkania.
Bywa że wieczorami popadam w zadumę, szukając odpowiedzi na zaledwie kilka z tysiąca pytań pozostawionych bez odpowiedzi.

Zastanawiam się, czy kogoś poznała.
Czy zastąpiła mnie tym kimś?
Czy znalazła w tym roku chociaż jedną myśl tylko dla mnie?
Czy może było to złudzenie?
Może wierzyłem w to że gdzieś w głębi jej serca i umysłu, lub tylko umysłu jest miejsce i dla mnie tylko dlatego że bardzo tego chcę...

Staram się nie rozmyślać zbyt wiele nad tym dlaczego słowem, które tak ogromnie nas poróżniło było słowo: "kocham"

Czyż nie powinno nas połączyć?

Zacząłem biegać.
Chyba w nadziei że pewnego dnia wpadnie w moje ramiona tak jak wtedy gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, twarzą w twarz.
I byłbym niemal zapomniał...
Zrobiłem sobie tatuaż.

Nie ze względów artystycznych, ideologicznych czy ekspresyjnych, lecz samolubnych.
Tak, zdecydowanie samolubnych.
Dzięki temu mam ją przy sobie zawsze, już na zawsze...
A przynajmniej łatwiej mi to sobie wmówić gdy patrzę na owo niewielkie arcydzieło.

W okolicy świąt odwiedzam dom rodzinny i cierpię w milczeniu za każdym razem gdy któryś z domowników rodziny pyta o nią z ciepłym uśmiechem na ustach.
Nie uśmiecham się gdy gratulują mi pierwszego kroku ku spełnieniu marzeń, czuję bowiem że gdy stawiam krok w przód na drodze ku spełnieniu jednego z nich, cofam się aż o trzy w boju o to drugie. Dużo spaceruję, unikam miejsc które jej pokazywałem rozmyślając o tym co zrobiłem nie tak, dlaczego mnie odepchnęła i czy naprawdę tak niewiele dla niej znaczyłem, coraz rzadziej się odzywam, coraz częściej wyrażam powątpiewanie względem naszego kwietniowego spotkania przede wszystkim dlatego iż obawiam się zawodu gdy zostawi mnie na dobre.

Najczarniejsze scenariusze topię w alkoholu, nie piję go jednak litrami, butelkami czy szklankami. Jedynie w dawkach zdrowotnych, jak na receptę.

Sylwester także spędzam z rodziną, oraz Kat- długonogą szatynką o błękitnych oczach z którą wkrótce próbuję wdać się w romans, lecz moim próbom daleko raczej do romansów Szekspirowskich.
Kat pragnie miłości, cielesności i zaangażowania, a jedyne czego pragnę ja to pozostanie czystym, niczym łza.
I gdy dziewczyna w końcu to pojmuje, sytuacja między nami znacząco się klaruje.
Od tego czasu nie staramy się stworzyć związku, jedynie widujemy się regularnie, do czasu.

Wkrótce Kat zakochuje się na zabój w kochliwym Hiszpanie ze szkoły tańca i zrywa ze mną kontakt gdy próbuję wybić go z jej głowy argumentując moje cele wieloma przypadkami w których chodząc z nią na ów zajęcia nakryłem go obściskującego się w szatni z tuzinem dziewcząt.

Rozpoczynamy wojnę na słowa, lecz czując niechybną przegraną kapituluję tak z życia Kat jak i z parkietu szkoły tanecznej.
Nie rozpaczam jednak nad ową stratą i ponownie wypełniam cały swój grafik muzyką, tekstami oraz powolnym budowaniem wytwórni przy obopólnej uciesze Ariego i Phila.

A potem nadchodzi kwiecień...
(...)

  Pod koniec kwietnia kupuję kalendarz. Nie ozdobny, najzwyklejszy z możliwych. I wyrywam zeń kartki by, szybciej płynął czas. Usuwam ze spisu połączeń numer Diany, zachowuję ten brązowookiego. Nie używam go jednak.
Przeprowadzam się.
Znajduję pracę w niewielkiej kawiarence u rozkosznej staruszki, u wejścia do MacArthur Parku oraz  zakwaterowanie na poddaszu domu starszego małżeństwa nierzadko nawiedzającego kawiarenkę, składam papiery na Uniwersytet Kalifornijski i wpłacam czesne z pieniędzy, które pamiętnego wieczoru znalazłam w albumie od ojca.

Nie znajduję w sobie jednak na tyle odwagi by, spełnić jego prośbę i się z nim skontaktować. Nie dzwonię też do matki, nie odpowiadam na wiadomość, w której składa mi życzenia urodzinowe i nie pozdrawiam jej żarliwie w odpowiedzi na jej ciepłe słowa.

 W przerwie majowej dostaję list od Naomi i czytam go trzykrotnie nim w końcu udaje mi się nakreślić kilka pierwszych słów na kartce, którą kilka tygodni później składam starannie i pakuję w turkusową kopertę wraz z plikiem zdjęć mojego autorstwa przedstawiających Los Angeles w pełnej okazałości; od malowniczych parków, przez gwarne uliczki, kolorowe witryny pobocznych sklepików, zapierające dech w piersi zachody słońca i monumentalne gmachy wieżowców aż po ludzi i ich codzienne życie.
Łzy, uśmiechy, złość i radość.

W czerwcu poznaję Will'a;  malarza, o duszy niemal tak niespokojnej jak jego rozbiegane spojrzenie. Spotykamy się kilka tygodni i zaczynam się obawiać iż uroczy szatyn niebawem odnajdzie we mnie swoją muzę.
Muzę, którą stać się dla niego nie chcę.
I znów uciekam, dopisując jego imię na listę osób, które zraniłam.
Listę na której nieprzerwanie króluje imię brązowookiego.

Will jeszcze kilkakrotnie szuka mnie w niewielkiej kawiarence lecz poczciwa pani Stayner zbywa go domysłami na temat mojej świetlanej kariery za obiektywami aparatów należących do najjaśniejszych gwiazd fotografii w Mieście Aniołów.

Wieczorami siadamy na ganku jej niewielkiego domku gdzieś w najspokojniejszej z dzielnic i śmiejemy się cicho gdy starsza kobieta opisuje z przejęciem mimikę chłopaka za każdym razem gdy słyszy on stek chwytliwych kłamstw.

Lipiec upływa znacznie wolniej niż bym tego chciała, skupiam się więc na przygotowywaniach do roku akademickiego i pracy.
Nie imprezuję.
Nie szukam nowych przeżyć, nie poznaję nowych ludzi i nie zapamiętuję twarzy tych których mijam na przejściach dla pieszych.

Wymieniam kilka listów z tajemniczym wielbicielem i palę je wszystkie gdy odkrywam kim jest mój cichy adorator.

Liczę gwiazdy w ciepłe letnie wieczory, myśląc gdzie teraz znajduje się Bruno.
Piszę scenariusze naszego życia z tytułem "gdybym wtedy nie odeszła", palę je w kominku, który rozpalam pomimo iż żar lipcowych dni jeszcze nie zelżał.

Spijam czerwone wino siedząc na jednej z ławek wysuniętych najdalej w piaski Leo Corrillo State Beach, pozwalam koralowej magii wieczornego nieba spłynąć na kilka ujęć i szukam muszelek tam gdzie srebrzysta woda ledwie muska gorący brzeg.

Klękam tuż przy brzegu i pozwalam by, morska toń zlizywała gorliwie każdą z setki łez jakie wylewam gdy gwiazdy bledną, a w głowie rozbrzmiewa jego głos, jego śmiech;  przed oczami stają kawowe źrenice, a delikatny zefir przywodzi na myśl dotyk jego ciepłych ramion otulających moje barki raz po raz gdy rutyna okazywała się nieznośna.

Ostatnia z łez uzmysławia zawsze jak ogromnie mi go brakuje.
I nim ruszam długim chodnikiem ku drzwiom domu, w którym mam swój kąt rozmyślam nad tym jak bardzo mógł zmienić się w ciągu tego roku.

Czy chowa urazę?
Czy wciąż mnie kocha?

Na rozmyślaniu, zdjęciach, winie i tańcu mija także sierpień bym wkrótce mogła wkroczyć w nowy etap życia. Etap, który niegdyś, w Nowym Jorku odłożyłam na później, lub co bardziej prawdopodobne wymazałam z życiorysu.
I tak oto we wrześniu stawiam pierwszy z wielu kroków na korytarzu wymarzonej uczelni, wysłuchuję pierwszego wykładu, zapisuję pierwsze pospieszne notatki, zarywam pierwszą noc usypiając nad ranem z nosem pomiędzy stronami czterdziestą i czterdziestą pierwszą jednego z podręczników przedmiotowych,

 W pierwszej połowie października poznaję Faith- żywiołowego rudzielca z oczami seledynowymi i uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów. I po raz pierwszy od zerwania kontaktu z Dianą czuję tak silną nić porozumienia.
Nie zostajemy jednak przyjaciółkami, nie od razu bowiem ja nie ufam jej na tyle, a Faith wyznaje zasadę iż prawdziwy przyjaciel musi odkryć w tobie jedną z cech, której jak dotąd nie dostrzegł jeszcze nikt. Nie rozumiem istoty jej zasad lecz przystaję na naszą umowę jeszcze-nie-przyjacielską i tak też zyskuję towarzystwo w dniu swoich dwudziestych urodzin.

Z początkiem listopada Faith wprowadza mnie do zawiłego świata pisarzy, w którym sama zagrzebuje się na codzień by, wkrótce namówić mnie na pomoc przy tekście mającym na celu rozpropagowanie naszego uniwersytetu. I tak oto stajemy się rozpoznawalne.

Krótko po Święcie Dziękczynienia, które moja wciąż-jeszcze-nie-przyjaciółka spędza w rodzinnej Virginii zostaję wtajemniczona w uczucia rudowłosej do znajomego sprzed lat, które jak twierdzi odżyły jednogłośnie gdy ich spojrzenia spotkały się przelotnie na jednym z tamtejszych peronów. Nie staram się jej wmówić iż zadłużenie to jest lekkomyślne choć nie kryję się z takowym twierdzeniem, nie wspieram jej w uczuciach i nie staram się wybić jej z głowy księcia z pamiętnego peronu do czasu gdy nie orientuję się w jak duże problemy popada dziewczyna, a dowiaduję się przypadkiem gdy otwieram jej pocztę i czytam list od dziekana, w którym to wytłuszczonym drukiem podane są powody dla których panienka Faith Daniels jest w pierwszej trójce uczniów z plakietką "do odstrzału".

Nie konfrontuję tego od razu, czekam na właściwy moment do interwencji, w nadziei że z czasem i ona przejrzy na oczy.

I przegląda.

A gdy tylko to robi pole widzenia zasnuwa jej ponownie idealny kandydat na chłopaka, niejaki- Gabriel Donovan, z którym zakochana po uszy Faith nie omieszka mnie zapoznać już po dwóch tygodniach częstych schadzek.
Gabriel nie odstaje od swej wybranki w zachwycie nad swą drugą połową i wkrótce przestaję zamartwiać się wieczorami, o miłosne zawody teraz-już-przyjaciółki, którą staję się dla dziewczyny kiedy pewnego późno-listopadowego wieczoru w nadziei na przetarcie z jej oczu mgiełki zauroczenia opowiadam jej pokrótce swoje rozterki miłosne z ubiegłych lat podsumowując wywód stwierdzeniem iż miłość przyjdzie do niej sama.

 Faith kiwa głową przekornie, a ja śmieję się gorzko do księżyca gdy wspominam jak okropnie potraktowałam tego, którego teraz nazwałabym miłością...

W jeden z samotnych grudniowych wieczorów kiedy to ponownie wylewam łzy wraz z czerwonym winem nawiedza mnie pani Stayner i mimowolnie przyzwala bym popełniła błąd, którego później długo żałuję...

Opowiadam jej wówczas co przywiodło mnie aż tu, pomijam jednak to co stało się przed poznaniem Bruno i ku mojej późniejszej goryczy otwieram się przed kobietą aż nadto i pozwalam by, przejrzała mnie na wylot...
I tak oto zyskuję litość, której nie chcę...
Zyskuję także miejsce przy wigilijnym stole i prawo do odpalenia jednego ze sztucznych ogni sylwestrową nocą.
Tej nocy proszę Boga, niebiosa i wszelkie zastępy niebieskie choć ich istnienie nie jest udokumentowane o pomoc w przejściu kolejnego roku nawet lepiej niż tego, który właśnie upływa...

  Nad ranem, jeszcze zanim odbywam pierwszą drzemkę w nowym roku stawiam na każdej ze 104 kartek jakie dzielą mnie od ponownego spotkania z Brunem numerek od 104 do 1, dzięki czemu jeszcze silniej odczuwam upływ czasu jaki dzieli mnie od wyczekiwanej daty. Na obiedzie noworocznym jaki spędzam w towarzystwie państwa Stayner'ów osnuwa mnie obawa, czy aby na pewno on także tak żarliwie czeka na nasze ponowne spotkanie.

 Wszelkie obawy przelewam na rolkę aparatu w postaci kilku ponurych oraz kilku radosnych zdjęć, dzięki czemu pozbywam się chociaż części ciężaru jaki przywiodły na moje barki.
Drugiego stycznia rozpoczynam swoisty eksperyment społeczny, choć po prawdzie jest to kulturalniejsza i znacznie bardziej wyszukana nazwa czynności jakiej oddaję się przez kolejne tygodnie pracy, a mianowicie: baczna obserwacja ludzi odwiedzających kafejkę. I tak zauważam iż w okresie zimowym znaczna większość stolików zajęta jest przez młodych ludzi, nastolatków, młode pary, kobiety w czarnych, eleganckich płaszczach z czerwonymi policzkami i mężczyzn ubranych elegancko w szykowne palta.
Wówczas dochodzę do konkluzji iż życie kręci się tutaj wyłącznie wokół ludzi, a ta myśl napawa mnie niesmakiem.

 Na przełomie stycznia i lutego znacząco odcinam się od ludzi, staram się spędzać z nimi tylko tyle czasu ile jest wymagane, a całą resztę poświęcam naturze za miastem. W walentynki uwieczniam na fotografiach cukierkowy świat zakochanych, siadam na ławce strzegącej jednego z miejskich bulwarów, przyglądam się beznamiętnie ludziom zakochanym i czynię dywagancje nad pojęciem miłości.
 Wraz z powolnym przemijaniem lutego zapełniam pamięć aparatu wieloma zdjęciami, z wielu dziedzin życia fauny i flory oraz miasta nocą.

W marcu natomiast kupuję kilka albumów i w mig zapełniam je tysiącami zdjęć jakie zrobiłam w ciągu roku. Kupuję także nową kartę pamięci, większą i pozwalającą mi na zapełnienie kolejnych albumów. Nie udaje mi się jednak wyrwać z miasta na okres wystarczający do nacieszenia się pierwszymi podrygami wiosny, bowiem wraz z nadejściem wiosny budzą się w lektorach nowe chęci do sprawdzania naszej wiedzy. tak też zostaję uwikłana w kolejne wiadomości jakie nabywam śledząc kolejne strony podręczników przedmiotowych- linijka po linijce. I o ile w marcu padam z nóg z przemęczenia i przeforsowania swych szarych komórek, o tyle z początkiem kwietnia cała senność paruje ze mnie doszczętnie.

Z każdym dniem sen zdaje się coraz bardziej nieosiągalny, z każdym dniem pokonuję na porannych przebieżkach dłuższe dystanse i mnożę w sobie endorfiny, już w pierwszym tygodniu kupuję bilet samolotowy by, każdego wieczoru przez pełny kwadrans wpatrywać się weń z nadzieją, radością, ale i domieszką niepewności, by w końcu z nienotowanym na żadnej istniejącej skali podekscytowaniem zapiąć walizkę o godzinie zero, dnia czternastego.
(...)

 Budząc się zbyt wczesnym rankiem myślę o jej oczach.
Próbując wcisnąć w siebie choć kęs ciemnego chleba zastanawiam się nad odcieniem jej włosów.
Dobierając ubrania myślę o jej dłoniach.
Biorąc prysznic staram się uzmysłowić sobie słodycz jej ust.
Narzucając na ramiona katanę staram się przywołać jej zapach.
A zapinając walizkę opływam w zachwyt nad nią całą.

To doprawdy niezdrowe podejście do drugiej osoby.
Nie zważam na to.

Nie zważam również na słowa ciemnookiej kobiety usilnie zagadującej mnie na wejściu do terminala, ani na nieuprzejme spojrzenia, o zbyt erotycznym zabarwieniu.

Rzucam na nią okiem dopiero na pokładzie samolotu, gdy siada u mojego ramienia i uśmiecha się zalotnie.
Uchylam kącik warg ku górze w nadziei że taki kontakt jej wystarczy.

Nie wystarcza.
Zachęcona moim gestem, który mylnie odczytuje jako aprobatę do rozpoczęcia znajomości podaje mi rękę i przedstawia się żarliwie.

Charlyn.
Piękne imię dla pięknej istoty.

  Istoty, którą poznaję aż nadto podczas nieco ponad  pięciogodzinnego lotu zakończonego szczęśliwie, ku mojej niewyobrażalnej radości na płytach lotniska La Guardia, z którego ewakuuję się zaraz po kolejnej próbie wmuszenia w siebie ciastek owsianych zakupionych w sklepie zaraz za punktem odbioru bagażu, którego swoją drogą nie posiadam zbyt wiele jako że przybywam z zamiarem rychłego powrotu do Miasta Aniołów, wraz z tym moim, kawowookim aniołem.

 Mimo iż dzielnice Queens na której mieści się lotnisko dzieli od Brooklynu zaledwie siedemnaście kilometrów pokonanie tego jakże niedługiego dystansu zajmuje mi nieco ponad godzinę- powinienem był liczyć się z ruchem ulicznym, lecz tego nie zrobiłem. I tak oto wpadam na Brooklyn dopiero o czwartej po południu.

Wysiadając z taryfy mam zamiar zapytać kierowcę, o kierunek w jakim podążać powinienem w celu odnalezienia pamiętnej kawiarenki, z najlepszą kawą w mieście. Nie wiem jednak jak ową prośbę ubrać w słowa i może dlatego zostaję z tym wyzwaniem sam...

 Długo krążę nim stawiam pierwszy krok na bulwarze, na którym niegdyś szukałem szczęścia, wzdrygam się mimowolnie na wspomnienie nieprzychylnych spojrzeń i zagłębiam w boczną uliczkę, odchodzącą w głąb niewielkiego placu.

Za dwadzieścia piąta docieram do czerwonych drzwi i z milczącym uznaniem przyglądam się przez moment wciąż jeszcze czerwonej farbie jaką są pokryte po czym popycham je delikatnie i wkraczam do kawiarenki.

Tłum nie jest o tej porze znaczący, nie znaczy to jednak iż lokal jest pusty.
Widząc niezmiennie białe stoliki i eleganckie krzesełka okalające każdy z nich uśmiecham się jeszcze szerzej.
Nic nie uległo zmianie, nawet pani McLean nie postarzała się znacząco.

- Dzień dobry.

Wypowiadam pierwsze od rana słowa, a na dźwięk mojego głosu starsza kobieta unosi wzrok i uśmiecha się nieznacznie.

- Peter, gdzież to się podziewałeś, chłopcze?

Pyta z ukrywanym dokładnie zadowoleniem, na co wzruszam ramionami i uśmiecham się otwarcie.

- Tu i tam, proszę pani.

Kiwa głową, rozumie iż nie chcę zagłębiać się w dyskusję dlatego też porzuca pogawędki i zastępuje je wyczekiwanym przeze mnie pytaniem:

- To co zwykle?

Kiwam głową, po czym dodaję:

- I dużą Latte, z karmelem, podwójnym jeśli można.

Proszę, na co kobieta unosi brwi pytająco.
Rozszerzam uśmiech tak by, dotykał płatków obu uszu, po czym płacę należne pieniądze i zaciskam palce na dwóch wysokich kubkach termicznych.

                                                             *      *      *

 Nim docieram na alejki Prospect Parku kupuję w jednym z niewielkich sklepików kraciasty koc oraz kilka lampionów, zapalniczkę już posiadam bowiem w ciągu tego roku nie udało mi się rzucić palenia, lecz przysięgam sobie iż rzucę to w cholerę jeśli tylko ona się dziś zjawi. 
 Nie zapominam też o świeżych rogalikach z marmoladą, którą jak zapewnia podstarzały piekarz osłodzę uczucia ukochanej oraz czerwonym winie, które mam nadzieję; toleruje Sky.

I kiedy zapalam ostatniego z czterech lampionów, w prawym rogu koca, na środku niewielkiej plaży
dochodzi szósta. Odsuwam się więc o trzy kroki i patrzę wzrokiem krytycznym na scenerię w której  zobaczymy się ze Sky pierwszy raz po jakże długim okresie rozłąki.
Stwierdzam iż jestem względnie zadowolony z własnego dzieła i rozglądam się z nadzieją dookoła w poszukiwaniu jej cienia.

Nie dostrzegam go jednak.
Nie widzę go także gdy wskazówka zegarka oplatającego mój nadgarstek wita godzinę siódmą.

W okolicach godziny ósmej zachodzi Słońce i doceniam w pełni piękno owego pejzażu mimo iż w duszy obawiam się najgorszego.

Jestem pewien że nie zapomniała.
Lecz z każdą minutą tracę pewność co do tego że i ona postanowiła zjawić się tutaj, dzisiejszego wieczoru.

I kiedy tracę już nadzieję, piasek szura pod delikatną podeszwą czyjegoś buta.
Odwracam się więc.

- Boże...

Szepczę w zachwycie, choć wcale tego nie chcę.
Pragnę paść na kolana, wziąć ją w ramiona i wykrzykiwać jej imię tak by, usłyszal cały Nowy Jork. A w zamian za to wszystko nie robię nic
Pozostaję oniemiały nawet wtedy gdy jej oczy topią mnie w swej głębi.

Tak bardzo tęskniłem, Sky...
_________________________

  Powiem nieskromnie iż podoba mi się ten rozdział. :)

Pozdrawiam serdecznie i mam nadzieję że Ci którzy jeszcze ze mną są, choć w najmniejszym stopniu podzielają moje zadowolenie.



piątek, 27 października 2017

32. Vision of love...


     Nad piaskami Jones Beach wciąż jeszcze króluje mgła gdy dostrzegam ciemne kontury jej delikatnej postaci kilka metrów przede mną. Bez zastanowienia ruszam w jej kierunku i kiedy już niemal dotykam jej rozwianych kosmyków, dziewczyna odwraca się, a zmierzywszy mnie wzrokiem od stóp do głów posyła mi rozdzierające spojrzenie. Mrugam w nadziei na łagodniejsze jego tony, lecz gdy ponownie unoszę powieki dostrzegam jej smukłe plecy, kilka metrów przede mną. Ucieka. Ruszam więc w pogoń, nie wiem po którym kilometrze wołam jej imię,lecz mój głos zdaje się zamierać w nagłych powiewach gorącego wiatru, nasze źrenice spotykają się gdzieś w połowie drogi, a w następnej chwili nastolatka po prostu znika. Wciągam powietrze łapczywie i powracam do biegu by, przystanąć w miejscu, w którym o ile wzrok mnie nie zmylił stała jeszcze chwilę temu. Nawołuję ją raz za razem, linia brzegowa posuwa się o kilka centymetrów i wkrótce chłodna woda obmywa moje kostki. Rozglądam się dookoła, lecz nie dostrzegam nic, nic poza pustką i nie wiem już czy patrzę w głąb swojego serca czy może wciąż skanuję piaszczyste krajobrazy przesycone morską solą...

 Słyszę swoje imię, nie wiem jednak kto je wypowiada. Nie otwieram więc oczu w nadziei że krzyk ten również należy do snu. Nadzieja ta umiera szybciej niż zdołałem powołać ją do życia gdy czuję na klatce wibracje.
To nie dreszcz.
Nie jest to również sen.
Nie otwierając oczu przedzieram się palcami przez delikatne fałdki pierzyny by, finalnie ująć w palce smukły telefon i odblokowując ekran zerknąć niemrawo na rzędy liter.

 "Naprawdę wierzysz że wyrzucając mnie ze swojego mieszkania uchronisz Sky przed kolejnym zawodem z twoich rąk? Co się stało, już się nie odstanie, Bruno."

Potrzebuję paru chwil by, w pełni przetrawić sens błyskających złowrogo z powoli ciemniejącego wyświetlacza, słów. I gdy finalnie dochodzi do mnie ich znaczenie w przerażeniu spoglądam ponad urządzenie i przelewam całą żałość na wpatrzonego we mnie Nate'a.
Ten uśmiecha się blado i muszę zamknąć oczy by, jakoś znieść jego nietaktowną reakcję. Przełykam ciężko, tymczasem chłopak wyciąga telefon z mojej ręki i odczytuje widoczne na nim słowa, następnie odrzuca go na bok i krzyżując ręce na piersi wbija we mnie surowe spojrzenie.

- Czy to ta dziewczyna, którą wyrzuciłeś za drzwi?

- Diana.

Przytakuję niemrawo, a oczy blondyna ciemnieją znacząco.

- Czy wy...

- Nie.

- Więc skąd...

- Nie zdradziłbym Sky. Nigdy.

Przerywam mu stanowczo, na co ten przewraca oczami

- Nie chcę być twoim spowiednikiem. Chciałbym zrozumieć tylko skąd wzięła na ciebie haka. Przecież by, sobie tego nie wymyśliła, nieprawdaż?

- Mogła.

Syczę przez zaciśnięte zęby.

- A miała ku temu powody?

- Odtrąciłem ją.

Oczy blondyna rozszerzają się nagle, a powietrze w pokoju mętnieje, choć winno pozostać klarowne.

- Uwiodłeś ją?

Tym razem to moje źrenice rozszerzają się niebezpiecznie i przechodzi mi przez myśl że w innej sytuacji mogłoby wyglądać to nawet zabawnie. Lecz nie dziś.

- Żartujesz sobie ze mnie?!

- Takie oskarżenia zazwyczaj nie biorą się znikąd.

- Ta zdzira najwidoczniej odchodzi od przyjętych zwyczajów.

Warczę szorstko, na co Nate czerwienieje niespodziewanie.

- Dobrze ci radzę, odszczekaj to Hernandez!

Stwierdza jadowicie, a moje źrenice wypełniają teraz powierzchnię całego oka.

- Bronisz ją?!

Unoszę się poirytowany lecz nie muszę czekać na odpowiedź by zrozumieć.- Nie...
Mruczę nie dowierzając..- Nie możesz, nie ją! Nate, przejrzyj na oczy!

Następnie postępuję krok w jego stronę i zaciskając palce na umięśnionych ramionach przyjaciela potrząsam nim dosadnie.

- Dobrze ci radzę, zostaw ją w spokoju Nate.

Lecz moje słowa rozpływają się w powietrzu jeszcze zanim docierają do jego umysłu. Odtrąca moje ręce i patrząc na mnie z wściekłością odsuwa się o krok.

- Nie masz podstaw by, ją szmacić. Nawet jej nie znasz.

- A ty już tak?

- Lepiej niż ty.

- Oh, więc już zwiedziła twoje łóżko?

Jeszcze zanim intonuję to zdanie jego pięść znaczy mój policzek i przez krótki moment rozważam jak wiele takich policzków zarobiłem przez ostatnie kilka dni i ile jeszcze zarobię.
Posyłam mu pełne rozczarowania spojrzenie po czym zabieram z jego rąk list, ubieram się i wychodzę, chowając kopertę do wewnętrznej kieszeni.

Chyba się na nim zawiodłem.
Chyba czuję się rozbity.
i co najważniejsze, i najpewniejsze...
Dziś straciłem przyjaciela.
(...)

Zamykam oczy i czekam.
Czekam gdy silne ramiona obejmują moje szczupłe barki, czekam gdy szorstki podbródek rozciera delikatny naskórek jakim dotychczas pokryte były oba obojczyki.

Czekam gdy nadchodzi obrzydzenie samą sobą.
Kiedy nawiedza mnie nienawiść do samej siebie za to że się zgodziłam.
A później uświadamiam sobie po co to wszystko.
I nie czekam już dłużej...
Przecież tego właśnie chciałam.
Chciałam by, bolało.
Chciałam by, skaleczyło.
I udało się.
Dlaczego więc, teraz gdy dopięłam swego, gdy  leżę sztywno pod obcym mężczyzną,  staram się zachować spokój, a łzy znaczą moje policzki, dlaczego z piersi wyrywa się szloch?
Dlaczego, skoro przechodzę przez to wszystko na własne życzenie?

Z nagłego zamyślenia wyrywa mnie wnet nieznośne pieczenie poniżej bioder i na policzku, słyszę głos lecz nie rozpoznaję go. Unoszę powieki i spoglądam z przerażeniem na tego, któremu pozwoliłam się skrzywdzić raz jeszcze, przyglądam mu się beznamiętnie gdy agresywnie naciąga na tors śnieżno-białą koszulkę i zapina pasek jeansów, lecz nie patrzę gdy skupia na mnie spojrzenie, odwracam wzrok.

- Nie za to ci płacę, suko.

Warczy, zmuszając mnie bym na niego patrzyła. Kciukami rozciera moje łzy, a przeczesując hebanowe pasma moich włosów uśmiecha się nieznacznie.
Przełykam więc ciężko, oczekując kolejnego, nieprzyjemnego komentarza, zamiast tego, mężczyzna sięga do tylnej kieszeni spodni i wyciąga zeń zwitek banknotów by, następnie rzucić je na łóżko i odwróciwszy się na pięcie przemierzyć pokój.
Wzdycham ciężko, czekając aż zamknie za sobą drzwi lecz nic takiego się nie dzieje, spoglądam ukradkiem w nadziei że owego spojrzenia nie odnotuje.
Przekonuję się jednak iż nadzieja jest matką głupich, przekonuję się o tym ponownie spoglądając w chłodne ślepia bruneta.
Patrzymy na siebie przelotnie, po czym słowa przecinają ciszę.:

- Masz szczęście, że jesteś taka śliczna. I ciasna, inaczej nie zapłaciłbym ci ani grosza, nie za to co wyczyniałaś...

Stwierdza oschle i wychodzi.
Rozsypuję się po całym pokoju, bez większej nadziei na wyzbieranie tego co po mnie zostało...

                                                            *      *      *

     Przełykając ostatnią słoną łzę powoli podnoszę się do siadu skrzyżnego i zapatruję tępo w zwitek banknotów czekający cierpliwie na moją decyzję, w najdalszym kącie łóżka. Wyciągam dłoń lecz cofam się niby oparzona jeszcze zanim tknę je opuszkami.
Nie chcę takich pieniędzy...
Nie chcę już tak żyć...
Wraz z tą myślą przychodzi następna i o dziwo nie mam wobec niej żadnych obiekcji.
To już grzech, niedopełniony lecz grzech.
Błąd.
Jeden z wielu, jeden ze średnich rangą.
Ale wciąż błąd.
(...)

     Niewiele rozumiem z tekstu, który czytam choć analizuję słowo po słowie. Zaczynając od uprzejmego powitania na samym początku, wstrzymując dech przy drugim akapicie, gdy orientuję się czego on dotyczy, aż po radosne roztargnienie gdy powoli zbliżam się ku końcowi.
Oto trzymam w dłoni opis odczuć obcego człowieka po zapoznaniu się z  moimi najskrytszymi przemyśleniami i uczuciami, względem zawartości mojego serca i umysłu przelanych na papier.
I nie wiem czy i jak dziękować za to Nate'owi,  czy może wlać oliwy do ognia.
Nie bacząc na okoliczności zaczynam się śmiać, w nagłym przypływie radości. Głośno i szczerze. Oto bowiem trzymam w dłoni kartę przetargową ku drodze do spełnienia marzeń, czy, mógłbym doświadczyć czegoś wspanialszego?
Na ten jeden moment znika złość i ból jakimi otoczyłem się po incydencie z Dianą, zostaje radość i nadzieja.
Nadzieja że to znak.
Chwytam w dłonie komórkę i pospiesznie przeszukuję spis kontaktów, a gdy w końcu docieram do "S,, zamieram, natychmiast pogrążając się w głębokim rozczarowaniu. Jakim sposobem miałbym przekazać jej nowinę kiedy nawet nie mam jej numeru?
Myślę przez moment, następnie wyrywam z leżącego przede mną notesu  pojedynczą, czystą kartkę i zapisuję na niej żarliwą prośbę o spotkanie, obiecując sobie osobiste dostarczenie jej do drzwi brunetki.
(...)

  Gdy mija osłupienie zsuwam się z materaca i pospiesznie opuszczam pokój by, następnie niczym burza wpaść do wspólnego pomieszczenia gdzie kilka dziewczyn obgaduje jednego z klientów, nadając mu każdy z możliwie pochlebnych przymiotów.
To sprawia natomiast że brzydzę się nimi równie mocno co płcią przeciwną. Biorę więc swoje rzeczy i bez słowa wychodzę na korytarz, kierując się ku tylnemu wyjściu. Niepostrzeżenie przemykam obok drzwi prowadzących do biura McKhana by, finalnie dopaść klamki masywnych drzwi i nie bacząc na to czy zostanę przyuważona rzucić się biegiem w głąb Brooklynu.
Biegnę dopóki, dopóty nogi nie odmawiają mi posłuszeństwa, biegnę nawet wtedy gdy nogi odmawiają współpracy i tak, ostatkami sił dopadam drzwi swojego domu...
Zatrzaskuję je i rozglądam się po mieszkaniu.

Ruszam więc w stronę kuchni i kiedy dostrzegam na stole jej wciąż niezablokowany telefon, coś popycha mnie w objęcia kolejnego błędu.
Rozglądam się raz jeszcze by, nabrać pewności iż nie zostanę przyuważona.
I kiedy nie dostrzegam oznak jej rychłego powrotu, nachylam się nad urządzeniem... i mrugam niedowierzając gdy mój wzrok pada na nadawcę. "Peter".

Nierozważnie spoglądam więc na treść i upadam.
Padam na kolana, a łzy zmazują dowody na ciche zabójstwo jakiego się dopuszczono.

"Co się stało już się nie odstanie..."

Co to ma znaczyć?
Czy oni...?
Czy on mógł mi to zrobić?

Jak mógł tak bezczelnie zagrać moimi uczuciami?
Jak bardzo mogłam się pomylić?!

Nie jestem pewna ile czasu mija zanim kanaliki łzowe przestają pracować, wiem jednak że kiedy to następuje podejmuję decyzję.

Podnoszę się więc, przecinam niemały metraż i wpadam do pokoju.
Otwieram drzwi szafy, wyjmuję z niej walizkę i rozglądam się po pokoju.
Czego potrzebuje człowiek na starcie nowego życia?
(...)

 Nim opuszczam bar dzień zmienia się w wieczór.
Biegnę więc ulicami pogrążonego w nocnym  życiu Nowego Jorku gnany dziwnym wrażeniem że za moimi plecami wydarzyło się coś okropnego.
I kiedy otwieram drzwi jej domu, jestem pewien że przeczucie mnie nie zgubiło.

Patrzę na nią gdy makijaż spływa po jej policzkach.
Patrzę gdy wymawia moje imię.

A później czas zamiera.
Zamiera gdy podążam za nią jedną z bocznych ulic, gdy wybiegamy na przedmieścia i wpadamy do utopionego w złocie Prospect Parku i gdy odrzuca walizkę na piasek niewielkiej plaży zdobiącej jezioro o tej samej nazwie, skrzące się niczym lustro, lustro w którym pragnę nigdy więcej się nie przeglądać.
Podchodzę do niej niespiesznie, w obawie że ją spłoszę, lecz odpycha mnie od siebie, a łzy w jej oczach plamią moje serce.

Zapatruje się w horyzont, ociera oczy, wzdycha z trudem i odwraca wzrok.
Przewierca mnie spojrzeniem, lecz nie rusza się z miejsca.
Drżę.
Drżę gdy patrzy wzrokiem trudnym do zniesienia, gdy opuszcza ramiona i niknie sama w sobie.

- Sky...

Szepczę, lecz ona zdaje się nie słyszeć.

- Kłamałeś.

Stwierdza nienaturalnie ostrym dla siebie tonem.

- Pozwól mi się wytłumaczyć.

Proszę.

- Więc jednak to zrobiłeś?

Zamieram w bezruchu, gdy postępuje krok i wbija we mnie wzrok.
Przełykam ciężko.

- Nie zrobiłem nic co mogłoby nas...

Zaczynam, lecz ona przerywa mi dosadnie.

- Nie ma "nas", Bruno. I najwidoczniej nigdy być nie miało.

Mrugam niespiesznie i powoli przetwarzam jej słowa, nie chcąc w nie uwierzyć.
Otwieram usta, chcąc zaprotestować lecz jej słowa wiążą mi krtań.-  Pozwalasz bym cię kochała, pozwalasz sobie zaufać i wszystko po to by, się mną zabawić?

Kiwam przecząco.

- Sky, naprawdę się w tobie zakochałem, rozumiesz? Nie zrobiłbym tego o co mnie posądzasz...

Szepczę błagalnie, lecz ona tego nie słyszy, znów nazbyt daleka ode mnie...

- Milcz.

Zaciskam szczęki.

- Nie chcę by, tak się to skończyło.

Mówię łagodnie, starając się za wszelką cenę pohamować drżenie głosu.- Nie chcę cię stracić, Sky.

Na te słowa coś w niej pęka, oto szlocha już nie w milczeniu, zachwiana między zaufaniem, wiarą i bólem, który teraz dzielimy na dwoje.

- To była twoja decyzja.

Mówi niemal bezgłośnie i mam ochotę paść przed nią na kolana, wyjąć serce z piersi i ofiarować jej takie jakim jest na dowód iż jest jego jedyną posiadaczką, a ja jedynie szczęśliwym jego strażnikiem. - Wybrałeś za nas. A co się z tym wiąże...skończyłeś ten rozdział. Nasz rozdział, jeszcze zanim poszliśmy w przód.

- Sky, daj mi szansę by, wszystko wyjaśnić, proszę.

- Przerzucanie odpowiedzialności nic już nie zmieni.

- Nie chcę niczego na nikogo przerzucać, chcę byś zrozumiała!

Unoszę się, rozpaczliwie pragnąc przebić mur jaki wzniosła wokół siebie.

- Ale ja nie chcę zrozumieć!

- Nie pozwolę ci żyć w kłamstwie.

- Nie chcę znać prawdy.

- Przestań, proszę.

Szepczę, najspokojniej jak tylko potrafię, po czym osadzam palce na jej smukłych ramionach i spoglądam w głąb niej.- Powiem ci prawdę, nagą prawdę, a później zdecydujesz co z nią zrobisz, zgoda?

Odstępuje o krok, uwalniając się spod mojego dotyku, lecz kiwa głową nieznacznie na znak przyjęcia warunków.

Biorę głęboki oddech...

                                                            *      *      *

 - Pogubiłem się, Sky i nigdy sobie tego nie wybaczę, ale się opamiętałem. Brzmi to żałośnie, wiem, ale... nie skrzywdziłbym cię.

Nie wiedząc co więcej powiedzieć podążam za jej wzrokiem by, następnie szepnąć jej do ucha:

- Wybacz mi, proszę wybacz...

Ona natomiast zaciska szczęki, ociera łzę i odstępuje jeszcze o krok. Delikatnie podnosi walizkę, otrzepuje ją dokładnie i w końcu posyła mi spojrzenie.

- Nie umiem, Bruno.

Szepcze,  a moje serce kruszy się boleśnie.- Jeszcze nie teraz.

Dodaje i widzę w jej oczach niemą prośbę o pozwolenie na odejście. Nie godzę się jednak, toteż kontynuuje:...pamiętasz jeszcze co pisałeś w liście?

Kiwam twierdząco, gotowy recytować go aż po własny podpis.

- Więc daj mi czas i jeśli...Jeśli naprawdę ci zależy... Zacznijmy od nowa, tutaj, w ten sam dzień, o tej samej godzinie. Równo za rok.

Otwieram szeroko oczy by, w następnej chwili skarcić się za niepotrzebne roszczenia względem jej decyzji.

- Do tego czasu...Nie szukaj mnie, nie próbuj się ze mną  kontaktować i nie pytaj o mnie...Żyj tak jak przed naszym pierwszym spotkaniem.

Mówi chłodno, po czym odwraca się i odchodzi, a mój sen ziszcza się w jeszcze gorszej odsłonie...
Lecz tym razem nie woda lecz wieczność, obmywa moje kostki, pnie się ku górze i w końcu, trafia do serca, mrożąc boleśnie każdy z miliona odłamków.
____________________________________________